"A miało być tak pięknie, a miało być tak wspaniale,
a wyszło jak zwykle — tylko po tym memy zostaną..."
Jakoś ostatnio nie potrafię inaczej pisać o naszym "Złotym Premierze" [0] jak tylko w kategorii "political fiction" lub w sposób lekko żartobliwy, ironiczny czy szyderczo-sarkastyczny. "I sam sobie zadaję pytanie: Dlaczego tak jest? Czy to platoniczna przyjaźń? Czy może już takież kochanie?" [1,2].
I często mam też pewność, że "Złoty Premier" myśli tak jak ja i robi to, co ja bym na jego miejscu robił. Wiem, że może być to przejaw jakiejś dewiacyjnej projekcji psychologicznej czy nawet chorego fanatyzmu, ale co ja mam zrobić jak już tak jest?
Więc o czymże ja to myślałem i już w swoich snach widziałem?
Dziś jest wspaniały dzień, dzień będący rocznicą zwycięskiej bitwy wyborczej w 2023 roku. I choć to musiało jeszcze trwać do 13 grudnia, to już było wiadome, że znów będziemy u władzy. No i to marzenie, ta myśl, ten cel i to "słowo ciałem się stało i mieszka wśród nas" [3] już 3 lata.
Jakże pięknie byłoby w taką rocznicę otrzymać na pięknej tacy prezent w postaci Trybunału Konstytucyjnego jako zwieńczenie dzieła zawłaszczania konstytucyjnych organów państwa. Teraz miało być już z górki, następny w kolejce czekał NBP.
I już wszystko było uzgodnione i dopracowane ze wszystkich stron. Komisja Wenecka miała dać nam specyficzny glejt do działań pacyfikujących obecny TK. Mój "Bobas" przygotował mundurową oprawę tegoż uroczystego przejęcia. Wcześniej w sieć poszła wiadomość, że szykowany był zamach na mnie i na moich ludzi. Kochany W. Putin też coś dorzucił ostrzeliwując Ukrainę blisko granicy z Polską i to tak, żeby można było wprawić Polaczków w poczucie strachu i oblężenia. Aferki trochę zbyt pedofilsko-zoofilsko frywolnych i o "lepkich rączkach" towarzyszy skutecznie leżą sobie teraz pod dywanem i ani myślą spod niego wypełzać. Pieniążki z KPO przyszły i też już są rozdane. Towarzysze chyba się cieszą bo mają wymarzone jachty, swoje kluby swingersów czy kasę na inne swoje fanaberie. Nawet mojemu "Leninkowi" kapnąłem 400 tysięcy dla jego żony - a co? Niech też się cieszy - wszak dałem mu "drugą osobę w państwie" i coś mu się należy za fatygę. Trochę szkoda, że nie chce poddać się procedurze sprawdzającej przez ABW, no ale jak prawnie +nie musi, to nie musi. "Bobasa" trochę musiałem przystopować, bo już za dużo tego alkoholu wokół niego. Ja też sobie lubię golnąć, ale wtedy raczej trzeba się schować w szpitalnym "pokoju odtrucia" u młokosa w Szpitalu Południowym a nie wychodzić do ludzi i gadać z pogłosem. Krajanie z Niemiec też się chyba cieszą, bo dałem im SAFE i to tak sprytnie, że całą ewentualną odpowiedzialność będą ponosili wespół-zespół Kosiniak z Kamyszem - o pardon... jeszcze z Andrzejkiem, któremu w nagrodę dałem funkcję wiceprzewodniczącego KO. Może to i mało, ale i tak niech się cieszy - wszak zdobył tylko niespełna 7 tysięcy głosów w wyborach a ja dajmy na to prawie 550 tysięcy! Dziś jest już pełną gębą rządowym finansistą i ekspertem od gospodarki. Czy kiedykolwiek o tym marzył? A ja nieraz lubię spełniać marzenia. Fakt... trochę szkoda Rafcia, który miał być prezydentem, ale z tej klęski też trzeba umieć wyjść z twarzą, bo w końcu urząd prezydencki w ogóle jest nam niepotrzebny. W Krakowie trzeba przewietrzyć, żeby znów jakaś tam niespodzianka nam nie wpadła. Koniu "Romek" cały czas ze skutkiem zagania do liczenia głosów nasze stadko baranów z "silnych razem". No i tylko ten TK, NBP i na koniec porąbany "Alfons" wraz z tymi "wolnymi" Polaczkami, którzy chyba nigdy już się nie zmienią i którym nie wolno ufać ani na jotę. To nieprzewidywalny katolicki motłoch. Szkoda, że Otto von Bismarck po mojemu, po prusacku nie dokończył swojego Kulturkampf. Ileż wtedy mniej by było problemów w mojej Europie, moim Berlinie, mojej Brukseli. Na dzisiejszą rocznicę miał być gotowy TK a później już by poszło gładko... "Bobas" zawalił sprawę, bo nawet jego mundurowa świta w części zdezerterowała. Nawet mój ogier Berek nie dał rady z dryblasem z TK a zapewniał, że spokojnie go pokona. Porąbany "Alfons" został w kraju a miało go przecież nie być i droga do jego Pałacu miała stać otworem jak onegdaj za czasów prezia Dudy. Teraz i na wojsko też nie ma co liczyć. Gdzież ta karność i posłuch z czasów Jaruzela, no gdzie? Nikomu już nie można ufać! Trzeba czystek, tak - trzeba do cholery zrobić czystki i niemiecki porządek z tymi niesfornymi Polaczkami! Tylko kto zrobi jeszcze porządek z tym złotowłosym Trumpem i na koniec z porąbanym "Alfonsem"...?
Nagle... otworzyłem oczy i ze zgrozą przejrzałem się w lustrze. To był już kolejny raz ogromny wstrząs poznawczy: wszak nie jestem D. Tuskiem!
[0] Nazwa "Złoty Premier" w odniesieniu do Premiera D. Tuska nawiązuje do nazywania Kanclerz A. Merkel "Złota Pani" stosowanym przez publicystę S. Michalkiewicza,
[1] Całość tegoż wersetu stanowi parafrazę fragmentu wiersza A. Mickiewicza pt. "Niepewność", który został muzycznie spopularyzowany przez piosenkę M. Grechuty pod tym samym tytułem,
[2] Platoniczne uczucie – głęboka sympatia, przywiązanie i emocjonalna bliskość wobec drugiej osoby, bez wymiaru seksualnego, często również bez oczekiwania na związek romantyczny. Może obejmować zachwyt, troskę, tęsknotę i poczucie szczególnej więzi, ale pozostaje przede wszystkim w sferze emocjonalnej, duchowej lub intelektualnej,
[3] Parafraza cytatu z Ewangelii według św. Jana 1,14. Nie waham się użyć tego biblijnego zwrotu, bom wszak już nie żyję w grzechu z moją żoną. Tak już jest od momentu kiedy pojąłem moją miłość za żonę na ślubie w obrządku rzymskokatolickim, który miał miejsce w 2005 roku i 27 lat po ślubie cywilnym. Trochę późno, ale cóż było robić przed wyborami prezydenckimi w kraju katolickim? No co?
W piątek Komisja Wenecka przyjęła rekomendację w sprawie przepisów regulujących kompetencje prezydenta RP w zakresie odbierania ślubowań od sędziów Trybunału Konstytucyjnego oraz innych powołań. Opinia pozostawała tajna do czasu jej oficjalnego opublikowania - aż do wczoraj [1].
Opinia Komisji Weneckiej dotyczy wieloletniego sporu wokół procedury powoływania i zaprzysięgania sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Jej kluczowe tezy sprowadzają się do następujących punktów:
1. Brak prawa weta i kontroli po stronie Prezydenta. Zgodnie ze stanowiskiem Komisji, Prezydent RP nie ma kompetencji do kontrolowania ani weryfikowania procedury wyboru sędziów TK dokonanego przez Sejm. Rola głowy państwa przy odbieraniu ślubowania ma charakter wykonawczy i urzędowy (związany), a nie uznaniowy czy dyskrecjonalny. Prezydent nie może zatem odmawiać odebrania ślubowania ani przewlekać tej czynności.
2. Możliwość ślubowania bez fizycznej obecności Prezydenta. W sytuacji, gdy Prezydent bezpodstawnie odmawia lub opóźnia odebranie ślubowania i blokuje objęcie funkcji przez sędziego, dopuszczalne jest złożenie ślubowania bez jego fizycznego udziału. Warunkiem jest zachowanie formy prawnej (np. złożenie oświadczenia na piśmie, odpowiednie poświadczenie procedury i formalne doręczenie go Prezydentowi). Ma to zapobiegać paraliżowi konstytucyjnego organu.
W praktyce więc opinia stanowi uzasadnienie i wsparcie dla działań większości parlamentarnej, rządu D. Tuska i Marszałka Sejmu W. Czarzastego. Jest ona istotna w odniesieniu do sędziów wybranych przez Sejm, od których prezydent dotychczas nie odebrał ślubowania, np. w sprawie Macieja Berka czy wcześniejszych zaprzysiężeń w Sali Kolumnowej w obecności Marszałka Sejmu.
Jest to skandaliczna rekomendacja jawnie wkraczająca w zakres kompetencji polskiego wymiaru sprawiedliwości, w co nie może wkraczać UE.
I choć jest to tylko niewiążąca prawnie w Polsce rekomendacja Rady Europy a nie wiążące prawnie to jawnie opowiada się po jednej ze stron wewnętrznego politycznego sporu wokół wyboru sędziów TK – oczywiście po stronie rządu D. Tuska i Marszałka Sejmu W. Czarzastego a nie po stronie Prezydenta RP K. Nawrockiego.
Takie działanie Komisji Weneckiej może w przyszłości grozić w Polsce prawnym dualizmem i już kompletnym paraliżem polskiego wymiaru sprawiedliwości! Czy o to chodzi urzędnikom/biurokratom Komisji Weneckiej? Czy o to chodzi unijnym, polskim podżegaczom walki z prezydentem K. Nawrockim? A przy okazji też, niestety, ma chyba służyć do kolejnego etapu ograniczania niepodległości, suwerenności i wolności Polski jako wolnego, suwerennego i niepodległego państwa europejskiego.
Jak więc widać peowska i lewacka wizja walki z Polską "ulicą i zagranicą" obowiązuje dalej, choć już jest z oczywistych względów pozbawiona członu "ulicy". Tym niemniej w UE może być jeszcze nadzwyczaj skuteczna, szczególnie działając przeciw K. Nawrockiemu i jego prezydenturze a obszar dotyczący TK i wyboru sędziów do jego gremium nadaje się do tej walki z Polską idealnie.
Myśląc życzeniowo to - wedle mnie - są to już "ostatnie podrygi konającej ostrygi", czyli "ostatnie podrygi tonącego okrętu" jakim jest współczesny model UE. Tyle tylko, że na koniec będziemy oglądać rozpaczliwe próby uratowania "czego się da" przez unijne elity chcące dalej być wyrocznią ws. Europy i jej kierunku rozwoju. Proces oddania przez nich władzy może niestety być "drogą przez mękę" a szkoda...
Co dalej?
Już teraz są pierwsze efekty opinii Komisji Weneckiej. M. Berek już dziś rano ma złożyć "pseudoślubowanie" przed Marszałkiem Sejmu, choć opinia Komisji Weneckiej w żaden sposób nie ma prawnego wpływu na polski wymiar sprawiedliwości, w tym na proces wyboru sędziów do TK. Sama publikacja niniejszego felietonu z pewnością nastąpi już po tym niby zaprzysiężeniu.
Oj... jak się "chłopcy" śpieszą, by zawczasu postawić Polskę przed "faktem dokonanym" i zarazem narzucić swoją narrację w sprawie politycznej dyskusji nad wspomnianą rekomendacją Komisji Weneckiej.
Trzeba jednak powiedzieć, że opinia ta może mocno wpłynąć na prawnie wiążące, czyli - jak już wspomniałem - treści hipotetycznych rozporządzeń UE, postanowień TSUE czy wyroków ETPCz.
Ale do tego jeszcze daleka droga i można domniemywać, że cała sprawa zakończy się tylko na tym etapie, bo UE też ma ograniczone możliwości wpływania na ustrój prawny w Polsce. Trzeba bowiem wiedzieć, że Komisja Wenecka może jedynie rekomendować, lecz niczego nie może nakazać, natomiast np. TSUE może wiążąco orzekać, lecz tylko wtedy, gdy sprawa wyboru lub statusu sędziego TK realnie wchodzi w zakres prawa UE. Sam polityczno-konstytucyjny spór o ślubowanie sędziego wybranego przez Sejm pozostaje przede wszystkim sprawą polskiego prawa konstytucyjnego.
Mówiąc najkrócej. Sam wybór sędziów TK oraz procedura uchwały Sejmu i ślubowania przed Prezydentem to co do zasady materia ustrojowa regulowana polską Konstytucją i ustawami, więc nie jest automatycznie sprawą dla TSUE. Trybunał TSUE nie może projektować polskiego TK, wybierać jego sędziów, unieważniać uchwał Sejmu ani przejąć funkcji polskiego organu konstytucyjnego, jakim jest np. Prezydent RP K. Nawrocki.
TSUE może jednak pośrednio ocenić krajowe reguły lub praktykę dotyczącą TK, jeżeli wykazany zostanie rzeczywisty związek z prawem UE. Taki związek mógłby wystąpić, gdy sposób obsadzenia TK:
– pozbawiałby jednostkę skutecznej ochrony praw wynikających z prawa UE,
– utrudniałby polskim sądom stosowanie prawa UE lub wykonywanie wyroków TSUE,
– byłby elementem działania państwa naruszającego wymóg skutecznej ochrony sądowej z art. 19 ust. 1 TUE,
– wpływałby na sprawy objęte Kartą praw podstawowych UE, która wiąże państwa tylko wtedy, gdy „stosują prawo Unii”.
W takim wypadku TSUE nie rozstrzygałby „kto ma być sędzią TK” na gruncie polskiej Konstytucji. Mógłby natomiast stwierdzić, że Polska — przez określoną regulację albo praktykę — narusza obowiązki unijne, a państwo musiałoby usunąć naruszenie. Z perspektywy bowiem prawa UE nie można usprawiedliwić niewykonania obowiązku unijnego krajowym wyrokiem czy normą konstytucyjną. TSUE powołuje się w takich przypadkach na:
– art. 19 ust. 1 Traktatu o UE, który wymaga, by państwa zapewniały skuteczną ochronę sądową w dziedzinach objętych prawem UE,
– art. 47 Karty praw podstawowych UE, który chroni prawo do skutecznego środka prawnego i do niezależnego, bezstronnego sądu — gdy sprawa mieści się w zakresie prawa UE.
Ogólnie, w spawie ostatnich wyroków TSUE, Polska ma raczej negatywne skojarzenia jak np. rozgardiasz wokół kopalni Turów. W sprawie Turowa nie było końcowego „wyroku nakazującego zamknąć kopalnię”, lecz tymczasowe postanowienie zabezpieczające TSUE. 21 maja 2021 r., na wniosek Czech w sporze przeciw Polsce, wiceprezes TSUE nakazał Polsce natychmiast wstrzymać wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów na czas rozpoznawania sprawy. Chodziło o ryzyko szkód środowiskowych i dla zaopatrzenia mieszkańców pogranicza w wodę, związane z oddziaływaniem kopalni na terytorium Czech. Polska nakazu nie wykonała, argumentując m.in., że nagłe zatrzymanie wydobycia grozi bezpieczeństwu energetycznemu i destabilizacją działania elektrowni Turów. 20 września 2021 r. TSUE nałożył więc na Polskę okresową karę EUR 500 tys. dziennie, naliczaną do czasu wykonania zabezpieczenia. Spór zakończył się polityczno-międzypaństwowo: 3 lutego 2022 r. Polska i Czechy zawarły ugodę, a Czechy wycofały skargę. 4 lutego 2022 r. sprawę usunięto z rejestru TSUE; od tego dnia kara przestała być naliczana, a kopalnia nie została zamknięta.
Jak widać można nie wykonywać wyroków TSUE i doprowadzić do zwycięstwa polskiego interesu narodowego. Trzeba jednak od razu być świadomym, że wtedy czekają nas kary finansowe, które możemy skutecznie rekompensować poprzez np. zmniejszenie polskiej składki do UE. A nie jestem przekonany czy UE zechce za wszelką cenę dalej chronić układ rządzący obecnie Polską – dotyczy to też sporu o sędziów do polskiego TK.
Podsumowując.
Rekomendacja Komisji Weneckiej nie ma żadnej mocy prawnej w Polsce, natomiast w sensie politycznym i międzynarodowym może mieć bardzo duże znaczenie.
Może np. stanowić punkt odniesienia dla TSUE i ETPCz. Choć opinie Komisji Weneckiej nie są wiążące, międzynarodowe trybunały (ETPCz w Strasburgu oraz TSUE w Luksemburgu) regularnie powołują się na nie jako na autorytatywne źródło wykładni europejskich standardów praworządności.
Może też być ważnym argument w sporze wewnętrznym. Stanowisko to daje silny mandat prawno-porównawczy rządowi i większości sejmowej do uznawania sędziów, którzy złożyli ślubowanie alternatywną drogą, podczas gdy otoczenie Prezydenta może je odrzucać, wskazując na prymat literalnego brzmienia krajowych przepisów i brak wiążącego charakteru opinii międzynarodowych ciał doradczych.
Tak czy inaczej czeka nas rok zaostrzającej się walki politycznej rządu i większości parlamentarnej z Prezydentem RP, jego otoczeniem i grubo ponad połową Polaków. Przemysł pogardy wobec Prezydenta dopiero się zaczyna i pewnie będzie jeszcze intensywniejszy niż w przypadku ś.p. Lecha Kaczyńskiego. D. Tusk walczy bowiem o "polityczne życie" a nie życie z widokiem "zza więziennych krat". Podobnie jest w przypadku całej KO i lewackiej elity spod znaku Marszałka Sejmu.
P.S.
Z ostatniej chwili. M. Berek i pozostali "zaprzysiężeni inaczej" sędziowie próbują dostać się do TK. Następuje siłowe przejęcie TK przez ekipę D. Tuska. Rzecz dzieje się teraz i należy ją bacznie obserwować oraz zadać sobie pytanie: – Kto i kiedy tak walczył z polskim narodem?
Zastanawiałem się czy w ogóle poruszać temat ewentualnego zwariowania Premiera Donalda Tuska, bo nie jestem ani psychologiem, ani tym bardziej psychiatrą więc moje oceny psychiki oraz zachowań innych są jedynie subiektywne a ich konkluzje wynikają m.in. z osobistych doświadczeń zawodowych, posiadanej wiedzy ogólnej i marketingowej (psychologia ogólna – w tym psychologia zachowań konsumenckich, statystyka i inżynieria społeczna, NLP) oraz informacji, wypowiedzi innych i obserwacji dziejącej się rzeczywistości. Można mi tym bardziej zarzucić pewnego rodzaju tworzenie scenariusza oraz reżyserię filmu czy też konstrukcji i istoty tekstu z gatunku tzw. "teorii spiskowej", bowiem w większości traktuję moje słowa jedynie w kategorii "political fiction", satyry i szyderczego sarkazmu.
Śpieszę też wyjaśnić, że używane nieraz w tekście określenia oznaczają:
– szyderczy sarkazm - werbalny lub niewerbalny przekaz, który jest przesadnie piękny i wyszukany, a jednocześnie ironiczny i szyderczy wobec danej osoby lub grupy osób,
– egocentroizm - moje słowo - neologizm - stworzone na potrzeby określenia zjawiska jednoczesnego występowania: egoizmu, egocentryzmu i cynizmu spowitych mgłą egotyzmu,
– megalomitomania - patologiczne zaburzenie psychiczne charakteryzujące się jednoczesnym występowaniem przesadnego poczucia własnej wielkości (megalomanii) oraz kompulsywnej skłonności do zmyślania i tworzenia fałszywych historii (mitomanii), które służą podtrzymaniu wyolbrzymionego obrazu własnej osoby,
– obsesyjna nienawiść - silne, uporczywe i nawracające uczucie wrogości, które zajmuje umysł osoby przez długi czas, często prowadząc do obsesyjnego myślenia o zemście lub krzywdzie. Osoba z obsesyjną nienawiścią może nieustannie rozmyślać o doznanych urazach i planować odwet, nawet jeśli minęły lata od zdarzenia. Jest często podstawą patologicznej mściwości i może być elementem różnych zaburzeń psychicznych, takich jak zaburzenia osobowości (np. paranoidalne, obsesyjno-kompulsyjne) lub zaburzenia afektywne,
– psychologiczna projekcja – świadomy lub podświadomy mechanizm obronny, który polega na przypisywaniu innym ludziom własnych akceptowanych bądź nieakceptowanych myśli, emocji, pragnień, wad lub motywacji.
Oczywiście żadne z wymienionych określeń nie odnosi się bezpośrednio do zachowań Czcigodnego i Ukochanego Przywódcy, polskiego premiera Tuska Donalda, a wszelkie podobieństwa w tym zakresie są przypadkowe i niezamierzone.
Mówiąc w bardziej zrozumiałym, dla niektórych nawet chyba ojczystym, języku oznacza to wg. tłumacza Google mniej więcej to:
Für Deutschland – "Dla Niemiec" – (zwrot dodany do tekstu na pamiątkę słynnego aktu służebnie pochwalnego wobec Niemiec i Niemców wygłoszonego onegdaj przez D. Tuska):
Natürlich trifft keine der genannten Bezeichnungen direkt auf das Verhalten des verehrten und geliebten Führers, des polnischen Premierministers Donald Tusk, zu, und jegliche Ähnlichkeiten in diesem Bereich sind zufällig und unbeabsichtigt.
Tekst podzieliłem na części, które nie są merytorycznie chronologiczne a moim subiektywnym zdaniem są co najmniej ważne, czyli tak naprawdę kolejność części jest merytorycznie nieistotna. No chyba, że po ich lekturze można będzie wyodrębnić zależności przyczynowo - skutkowe określonych postaw i zachowań naszego Gorącego Słońca Peru.
Ogólnie zaś muszę stwierdzić, że napisanie tego tekstu rodziło się w "bólach tworzenia" i jak dla mnie trwało zbyt długo, oj... za długo. Wynikało to przede wszystkim z tego, iż – chyba po raz pierwszy w historii mojego blogowania (od 2008 roku) i pomimo tego, że tekst ma charakter szyderczego sarkazmu i satyry – musiałem zmierzyć się z koniecznością autocenzury. Jej podstawą było zachowanie tzw. "ostrożności procesowej", która jest niezbędna w totalitarnym lub quasi totalitarnym państwie i w okolicznościach braku lub ograniczenia wolności słowa, czyli cenzury politycznej i ideologicznej, w tym mającej nawet charakter prewencyjnej.
Było to dla mnie nowe doświadczenie i teraz rozumiem ile pracy musieli włożyć w swój przekaz opozycyjni artyści, naukowcy, dziennikarze, etc. w okresie zamordyzmu i szalejącej cenzury czasów komuny. Tyle tylko, że wtedy było jasne gdzie jest "zło" i jak ono (nawet prawnie - uchwalona 31 lipca 1981 roku przez Sejm PRL ustawa o kontroli publikacji i widowisk) wygląda. Teraz rządzący mogą dowolnie uznać, kto jest ich wrogiem i kogo należy prześladować lub w określony sposób zniszczyć. A opozycyjni twórcy a nawet zwykli ludzie zaczęli się po prostu bać systemu i nagminnie już stosują autocenzurę i autocenzurę prewencyjną.
No, ale starczy już tego przydługiego, ale dla mnie koniecznego wstępu i skupmy się na pewnym znamiennym fakcie.
Otóż stało się coś nieprawdopodobnego w dużym państwie europejskim, które chce uważać się za poważne.
Oto na oczach kamer, mikrofonów i ludzi, którzy podobno umieją czytać, dokonano publicznej prezentacji wniosków z chyba tajnego i "dość precyzyjnego" raportu CIA, który miał otrzymać od szefa tej agencji Johna Ratcliffa nasz Ukochany Premier Donald Tusk. Dokonał tego z pełną powagą. Słowami z dokumentu, którego jak się okazało... najprawdopodobniej nigdy nie było.
Nie było żadnej teczki. Nie było stron. Nie było numeru, daty, pieczęci, parafki ani nawet tej żałosnej kserokopii, którą u nas zwykło się nazywać oryginałem, bo oryginał „jest w sejfie Kancelarii Premiera”. Był człowiek, nawet Premier RP. Były kamery i mikrofony. Była powaga tak gęsta, że można było nią kroić powietrze. I był głos, który przez dłuższy czas prezentował to, czego najpewniej nigdy nie sporządzono. A przed nim siedziało lub stało grono osób w polskim Sejmie oraz m.in. podczas spotkania z szefami rządów państw Grupy Wyszehradzkiej w Bratysławie.
"Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeśli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE" - stwierdził był nasz Czcigodny Premier [1].
Zresztą zobaczcie i usłyszcie to (razem z komentarzem) na własne oczy i uszy...
Na takie dictum odpowiedział prezydencki minister Marcin Przydacz: "Nie było żadnego »tajnego raportu CIA« na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?" [2].
Do narastających wątpliwości odniósł się też Tomasz Siemoniak, przedstawiając kulisy przekazania informacji ze stolicy USA. Jak wyjaśnił, natychmiast po rozmowie przeprowadzonej w Waszyngtonie z szefem amerykańskiej agencji wywiadowczej przekazał szefowi rządu kluczowe ustalenia: "Przekazałem je premierowi nie w postaci pisemnego raportu, po prostu można to nazwać ustnym raportem" – sprecyzował Tomasz Siemoniak. Dodatkowo poinformował, że te same, precyzyjne informacje niezwłocznie po paru dniach trafiły również do Prezydenta RP [3].
Pozwolą Państwo, że opiszę rzecz po kolei, gwoli ścisłości, skoro ścisłości właśnie nam odmówiono.
Najpierw ustami polskiego premiera powiedziano, że dokument istnieje. Potem, że w sumie jego treść jest co do zasady raczej utajniona, więc nie może być pokazana. Potem, że "raport - niewidka" został już pokazany — właśnie teraz, ustnie — i że kto nie słuchał, ten nie czytał. Na koniec "między wierszami" dodawano, że wątpliwości co do istnienia dokumentu są nawet atakiem na powagę państwa i jego bezpieczeństwo. I fanatyczni zwolennicy KO czy lewacko-demoliberalne elity unijne kiwali z wielką powagą głowami, jakby kiwanie było formą lektury.
Nie wiem, kto i dlaczego uznał, że werbalny zwrot „przedstawiam” zastępuje papier. Nie wiem, kto i dlaczego nauczył część dziennikarzy z nabożeństwem zapisywać "wyplute z gardła" przez D. Tuska treści, których – z dużą dozą prawdopodobieństwa graniczącego z pewnością – nikt nigdy nie napisał.
Ale wiem jedno. Od tej chwili dokument nieistniejący ma już swój żywot publiczny, bogatszy niż niejeden dokument istniejący. Ma interpretacje. Ma obrońców. Ma krytyków, którzy spierają się o nieistniejący przecinek. Ma ludzi, którzy nawet „czytali go w całości”, choć całość składa się z kilku zdań wypowiedzianych do mikrofonu: że dokument (w kontekście rosyjskiego imperializmu) jest bardzo ważny dla polskiego i europejskiego bezpieczeństwa.
Prezentujący części raportu nasz Ukochany Premier D. Tusk był nad wyraz poważny, jakby faktycznie wierzył w istnienie tego raportu.
A może on rzeczywiście w to wierzył, może też sam go wymyślił albo miał jakieś urojenia lub słyszał głosy czytające mu jego treść? Mogło być też tak, że zrobił to na rozkaz jego mocodawców z Berlina albo też najzwyczajniej z własnej potrzeby, bo po prostu jest "patologicznym kłamcą" i kłamiąc odczuwa specyficzną formę jakiejś chorej ekscytacji i satysfakcji? Albo też zrobił to bardzo cynicznie licząc na wywołanie w Polakach psychozy strachu przed ewentualną agresją i wojną z Rosją? Może też skierował te słowa do debilnej części swojego fanatycznego elektoratu, który bezgranicznie i bezrefleksyjnie uwierzy w każdą wypowiedzianą przez niego bzdurę? A może jest to pośredni wyraz jego nieskrępowanej i widocznej już niemal obsesji na punkcie Prezydenta Karola Nawrockiego, którego podziwia a jednocześnie zazdrości mu wszystkiego tak mocno, że aż go we wszystkim nienawidzi?
No i poniżej mamy "wariację" sztucznej inteligencji na temat wspomnianej obsesji:
Autor: wariacja AI – bezosobowego "GPT Image" na podstawie hipotetycznego i "sardonicznie uśmiechniętego" mojego zapytania: "Jak mogłaby wyglądać mroczna obsesja Premiera Donalda Tuska na punkcie osoby Prezydenta Karola Nawrockiego?"
Każdy z tych w/w powodów jest możliwy i każdy z nich można by było omówić w osobnym felietonie albo też zanalizować je wszystkie by wykazać, że przyczyną zachowania Premiera jest tak naprawdę ich "mix", czyli ich współzależny zespół. I rzeczą najważniejszą jest określenie wewnętrznej struktury ich stopnia wpływu na decyzje i zachowania naszego Słońca Peru. Niemniej każdy z nich jest co najmniej niebezpieczny dla Polski i Polaków, bo przecież dotyczy osoby samego Premiera Polski a Polska nie zasługuje na premiera być może: nierównoważnego psychicznie, z ewentualnym kompleksem niższości lub też możliwego patologicznego kłamcę i zawistnika.
No bo jak określić osobę, która "ciągle się wścieka", opowiada o nieistniejących w rzeczywistości faktach, bywa patologicznym kłamcą i cynicznym hipokrytą z silnie zakorzenionym "mechanizmem wyparcia", u której często widać wybujałe ego a jednocześnie jakiś nieokreślony "kompleks niższości" czy też charakteryzującą się nad wyraz rozwiniętą i w sumie infantylną potrzebą posiadania władzy i oceniającą innych "podług własnej miary"? A dodatkowo wyczuwa się u niej brak empatii lub ta empatia jest raczej udawana.
Czy jest ona egocentroikiem, megalomitomanem a może już osobą niemal chorą psychicznie projektującą swoje wyobrażenia o innych na podstawie wyobrażeń o własnej osobie? Nie mnie to rozstrzygać – są od tego różni specjaliści. Ja tylko subiektywnie i w "krzywym zwierciadle"* opisuję to co widzę i jak to – być może całkowicie błędnie – odbieram i interpretuję. A szczerze... to chciałbym w tym temacie być naprawdę w "mylnym błędzie".
Człowiek naiwny (dla przykładu jakiś dziennikarz), a więc dziś niemal wywrotowiec — mógłby zapytać, czy może dostać egzemplarz omawianego raportu. Odpowiedź na to niemal zawsze jest jedna i wypowiadana z wyrzutem, że egzemplarz właśnie został przekazany publicznie. Ustnie. I że domaganie się papieru jest niepoważne, bo papier można sfałszować, a powagi nie. Na to nie ma już odpowiedzi, bo odpowiedź wymagałaby dokumentu, a dokumentu nie ma, więc zamyka się jakąkolwiek dyskusję w imię dokumentu.
I tu dochodzimy do rzeczy, która powinna każdego normalnego człowieka zadziwić, postawić na nogi i skłonić do poważnej refleksji.
Skoro dokumentu nie ma, to nie ma też tego, co dokument rzekomo przedstawia, nakazuje lub przed czym przestrzega. Nie ma więc podstawy, aby stanowił podstawę wyciągania na jego podstawie jakichkolwiek wniosków, bo przecież dokumentu po prostu nie ma a jest tylko przekaz ustny. I na jakiej podstawie ten ustny przekaz premiera powstał? Na podstawie dokumentu, którego nie ma? Istny "misz masz", jakieś koło absurdu i hipokryzji, które zamknęło się tak szczelnie, że prawda nie ma już którędy wejść ani wyjść.
Mówiąc kolokwialnie: pokazano nam pustkę i kazano jej bić brawo.
Najpierw było zdanie. Potem stało się cytatem. Cytat stał się źródłem. Źródło stało się dokumentem. Dokument stał się podstawą tworzenia atmosfery strachu. A kiedy ktoś już pyta o papier, to słyszy, że jest ignorantem, bo „wszyscy już to słyszeli”. Wszyscy. Czyli nikt nie musi już sprawdzać. Sprawdzanie bowiem byłoby brakiem zaufania do wszystkich i atakiem na bezpieczeństwo państwa, a brak takiego zaufania jest dziś jedynym przestępstwem, które nie wymaga dokumentu.
Pozostawiam w próżni pytanie, które i tak ciśnie się na usta: jeżeli dokument nie istnieje, to co właściwie zostało zaprezentowane z taką drgającą powagą?
Odpowiedź jest prosta i dlatego nie padnie na żadnej konferencji prasowej. Zaprezentowano naszą gotowość, żeby uwierzyć. Nic więcej. Ani strony, ani podpisu, ani treści. Tylko gotowość. I ta gotowość — to trzeba powiedzieć z całą szyderczą powagą, na jaką stać felieton — była jedynym załącznikiem, jaki tego dnia naprawdę wniesiono na salę.
A na koniec opowiem Państwu, co mi się śniło...
...Była sala. Duża, urzędowa, z wodą w karafkach, których nikt nie pije, bo picie wyglądałoby na lekceważenie powagi. Na stole leżała teczka. Gruba. Z napisem „DOKUMENT”. Prezentujący otworzył ją z namaszczeniem, z jakim otwiera się rzeczy ostateczne. W środku nie było kartek. Było lustro. I każdy, kto zajrzał, zobaczył nie treść, tylko własną minę, już zgodną, już kiwającą, już cytującą artykuł, którego nie ma. A im dłużej patrzył, tym bardziej był pewien, że właśnie przeczytał. I zaczął poprawiać innych: że w podkreślonym i omawianych akapicie raportu jest inaczej, że załącznik mówi wprost, że kto nie widzi, ten nie chce widzieć. A lustro milczało. Lustro zawsze milczy. To ludzie dopisują mu głos. I ten głos był coraz pewniejszy, i coraz bardziej oburzony, i coraz głośniej żądał postępowania prokuratorskiego wobec wszystkich, którzy śmią twierdzić, że w teczce nic nie ma... aż się przebudziłem.
Oj, jak to dobrze, że to był tylko sen...
Tylko że przemówienie premiera nie było snem. Było całkiem realne. Z mikrofonem. Z powagą. Z dokumentem, którego nie było. I z nami, którzyśmy już prawie zaczęli go cytować.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... a jeżeli już musisz zostawić jakiś dokument, zostaw taki, który da się wziąć do ręki...
Koniec części I. Niedługo będą kolejne. A może Państwo mają jakieś propozycje zachowań premiera, którymi warto się sarkastycznie przyjrzeć? Bo dziś chyba już tylko satyra nam pozostaje, zupełnie jak za czasów komuny...
*„w krzywym zwierciadle” – związek frazeologiczny, który oznacza przedstawianie rzeczywistości w sposób celowo zniekształcony, przesadzony i karykaturalny, zazwyczaj po to, aby coś wyśmiać, skrytykować lub obnażyć czyjeś wady. W literaturze, filmie i publicystyce zwrot ten oznacza zastosowanie satyry, parodii lub groteski.