Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2021

Nestlé CHEERIOS® OWSIANY - wedle mnie najbardziej banalna reklama ostatnich dni

A oto jej zwizualizowany przekaz: 



Zapewne twórcom reklamy przyświecał jeden podstawowy cel: aby wywołać u odbiorców-klientów jednoznaczne i podświadome skojarzenie, że nowy produkt jest tradycyjną owsianką, którą Polacy kupują od dziesięcioleci. Dodatkowo humorystyczny i animowany jej charakter ma przybliżać produkt dzieciom i ułatwiać rodzicom przekonanie swoich pociech do konsumpcji zdrowej owsianki. Ale doprawdy aż tak łopatologicznie nie można tego było bardziej przedstawić. 

Polski dorosły konsument wymaga jednak trochę bardziej inteligentnych reklam niż ciągłe powtarzanie, że nowy produkt to owsianka i powtarzane jest to do obrzydzenia. W tej reklamie widać pokłosie bardzo prostych przekazów do konsumentów niektórych krajów Starej Europy. I nie obrażam nikogo, ale Polacy wydają się bardziej inteligentni i taki przekaz zamiast zachęcać do zakupu będzie niejednych odstraszał. Nie lubimy po prostu, aby traktowano nas jak idiotów.

W przypadku dzieci jest to bardziej skomplikowane. Je łatwiej zmanipulować poprzez atrakcyjny dla nich przekaz wizyjny i być może rzeczywiście z badań marketingowych wyszło, że ta reklama jest dla nich atrakcyjna, ale przecież to dorośli najczęściej podejmują ostateczną decyzję zakupu. 

Być może faktycznie to naprawdę dobry produkt, ale sposób jego promocji na rynku polskim jest wedle mnie fatalny. Nie wiem, co sobie myślały osoby zatwierdzające tą reklamę. Czy naprawdę aż tak źle myślą o naszej inteligencji konsumenckiej? To tylko świadczy o ich miernej znajomości naszego rynku, bo my jesteśmy jednak bardzo wymagającymi konsumentami i taki wedle mnie banalnie infantylny przekaz promocyjny może nas tylko zniechęcić do zakupu. 

Wiem z autopsji jak to wszystko działa i wiem, że nieraz decydujący głos w sprawie przekazu reklamowego nie leży po polskiej stronie. I tylko w tym upatruję usprawiedliwienia dla "puszczenia" u nas tej reklamy. 

A może się jednak mylę i tylko nieliczne jednostki mają podobne do moich odczucia a ja nazbyt przeceniam polskiego konsumenta?

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com

wtorek, 25 czerwca 2019

Co pokolenie to wyborcza, wyborcza.pl

Jak ja się cieszę, że wreszcie szmatławiec pod nawą Gazeta Wyborcza już ma tylko tyle zysków, że stać ją tylko na reklamę w internecie. Przychody spadają, kurczy się jej nakład i może w końcu upadnie, mimo pomocy G. Sorosa a A. Michnik zaszyje się pośród drzew Białowieskich, które zeżarły korniki i zawsze będzie go widać.

To naprawdę wspaniała wiadomość zważywszy, że jeszcze niedawno, ale też przez całe 30-lecie była opiniotwórcza dla wielu Polaków. Teraz zeszła na "psy". Stała się bulwarową gazetą, tak jak jej portal.

Tytuł zaczerpnąłem z jej reklamy w necie, bo obecnie tylko na to ją stać. To koszmarnie prymitywna i infantylna reklama dla nieuświadomionych z wyprutymi synapsami ludzi. Może jednak jeszcze wysupłają jakieś rezerwy finansowe na reklamę w TV. Może. Na razie postawili na tańszy internet.

Pamiętam kiedyś, że nawet ją prenumerowałem i do tej pory mi wstyd i chyba wstyd odczuwa wielu jej dawnych czytelników. To brukowiec dla Polaków. Postkomunistyczna, promująca lewacką
ideę oraz rewolucję kulturową. Oby zniknęła w końcu z rynku, czego bym sobie życzył z całego serca a A. Michnik przeszedł w polityczny niebyt. Zbigniew Herbert opisał go jako intelektualnego komunistycznego potwora i miał rację. Nie, niestety za tą opinię nie dostał Nagrody Nobla, która mu się należała jak nikomu. W. Szymborska nie dorastała mu "do pięt". Szkoda, ale podziwiam Herberta za szczerość.

Mimo reklamy obecne pokolenie już nie czyta Gazety Wyborczej ani jej portalu. Są owszem i tacy, którzy uważają je świętość, ale to są ludzie zaczadzeni i wyjałowieni z myślenia. W życiu realnym potrafią mówić tylko i wyłącznie językiem GW i TVN. Oni już są straceni dla Polski, bo nieraz próbowałem do nich dotrzeć argumentami merytorycznymi. Odzew był taki, że reagowali agresją i krzykiem. Też smutne.

Ja osobiście uważam, że ten który głosuje na obecną opozycję tak promowaną przez GW jest albo zdrajcą, albo robi to koniunkturalnie, aby utrzymać jakąś tam pozycję przynoszącą mu zyski w dniu codziennym. To są ludzie wyprani z polskości jak u Tuska, dla którego "polskość to nienormalność" a może... sam jest a'la nienormalny, skora my Polacy szanujący polskość uważani są przez niego za nienormalnych? Skłaniam się osobiście do tego ostatniego, bo te nienawistne i zacietrzewione nienawiścią lisie oczy zdenerwowanego Tuskusia mówią wszystko... Dla niego liczy się tylko leniwa władza: "Panowie policzmy głosy" gaworzył podczas Nocnej zmiany w 1992 roku.

GW upada, czego nie mogą znieść jej włodarze. Skończył się jej wpływ - dzięki internetowi - na Polaków i dobrze. Młodzi ludzie dziś mają dostęp do różnych informacji i różnych portali, czego my w latach 90-tych nie mieliśmy i wierzyliśmy jedynie w to, co napiszą w GW a już później powiedzą  w TVN. Niestety jest wielu ludzi, którzy pamiętając te lata dalej są skłonni do akceptacji wszystkiego podawanego przez gazetę A. Michnika. Żal mi ich, bo nieraz to naprawę kiedyś wartościowi ludzie. Wiem to z autopsji.

Na pogrzeb GW nie pójdę, niech sami sobie wykopią grób i mam nadzieję, że nastąpi to dość szybko, nawet Soros nie pomoże.

Będę ukontentowany, gdy zobaczę te miny ich redaktorów, którzy przez tyle lat kształtowały umysły wielu Polaków. Ja zakończyłem z nią "współpracę" w 1992 roku i od tego czasu nieraz ją czytam "z drugiej ręki", co by znać ich poglądy. Jest to lektura, która wprawia mnie w stan obrzydzenia, ale zawsze warto znać, co myślą wrogowie polskości a ona taka jest.

Tylko szkoda mi tych moich rodaków ciągle ją czytających i na jej podstawie wyrabiających sobie opinię o świecie i Polsce. Naprawdę nie warto. Lepiej poszukać w internecie innych informacji, aby wyrobić sobie opinię i własne zdanie, tyle tylko, że ci Polacy już nie potrafią myśleć samodzielnie. 30 lat skutecznie ich z tego "wyleczyło". Jeszcze raz szkoda.

Nadzieja jest w młodych Polakach, dlatego  GW tą internetową reklamę kieruje przede wszystkim do nich, ale nie martwmy się, bo młodzi więcej dziś wiedzą niż my w swoich czasach i nieraz potrafią myśleć! I to jest moja radość.

Ostatnio dyskutowałem z około 65 letnim mężczyzną, który kupował GW. Zapytałem dlaczego. Odpowiedział mi, że ją kupuje od początku i nie wyobraża sobie dnia bez niej. Na moją krytykę jego zakupu "wsiadł" na mnie krzykiem. Tych ludzi już nikt nie jest w stanie uratować. "Jak koń, klapki na oczach". Trudno, ale rośnie nowe pokolenie i z ich postawy jestem w części dumny. Naprawdę duża ich część wie dużo, mimo, że nieraz krytykujemy ją za buźki w smesach, czy czytanie tylko skrótów książek. Takie czasy a co tu mówić o propagandowych tekstach GW. Nie czytają. I dobrze! Po co sobie zatruwać umysły jej wypocinami.

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła na bloggerze: https://krzysztofjaw.blogspot.com/ i e-mailową informacją o tym fakcie. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych.

piątek, 21 czerwca 2019

Apel o zmiany w zakresie reklamowania leków oraz kilka przemyśleń

Przez ostatnie dwa dni śledziłem bloki reklamowe różnych telewizji. To była męczarnia, bo z reguły reklam w TV nie oglądam.

Miałem jednak w tym swój cel a mianowicie oszacowanie liczebności reklam produktów leczniczych i suplementów diety produkowanych przez koncerny farmaceutyczne.

Okazało się, że średnio w każdym tym reklamowym bloku aż około 50% stanowiły reklamy w/w produktów. To naprawdę bardzo dużo i dużo też muszą kosztować.

Można się zastanawiać skąd te firmy mają pieniądze na tak kosztowne kampanie reklamowe, ale odpowiedź jest bardzo prosta: bardzo duża rentowność jednostkowa produktów, która przekłada się oczywiście na rentowność i ogromne zyski samych koncernów, które te produkty oferują na rynku.

Trzeba też wyraźnie powiedzieć, że te reklamy są finansowane przez nas, wszystkich kupujących. Kalkulując bowiem jednostkowe koszty danego produktu wlicza się w nie też jednostkowe wydatki na reklamę. Metoda ta jest bardzo prosta i w sumie dotyczy to różnych produktów z różnych branż, gdzie ustalając koszty nie tylko analizuje się jednostkowe koszty stale, ale też koszty zmienne, które zawierają również nakłady promocyjne każdego produktu.

Mamy więc źródło tak drogich reklamowanych leków i suplementów diety, podczas gdy te niereklamowane mają cenę (z tą samą substancją czynną) wynoszącą nawet tylko około 20% tych reklamowanych. Rozbój w biały dzień i "w białych kołnierzykach".

Innym źródłem wysokich cen jest tak zwana marża jednostkowa, czyli różnica między ceną leku a jego kosztami produkcji (koszty stałe + koszty zmienne). Okazuje się, że niektóre leki mają dwa a nawet 3 i więcej razy wyższą marżę niż same jednostkowe sumaryczne koszty produkcji. Innymi słowy niektóre produkty mają nawet 300% (a nawet więcej) rentowności, co przekłada się na bardzo dużą rentowność samych koncernów farmaceutycznych (rentowność netto: zysk netto/wartość sprzedaży).

Przyznam szczerze, że nie spotkałem do tej pory takich rentowności. Branża farmaceutyczna jest pod tym względem chyba na pierwszym miejscu. Nawet sektory samochodowe i alkoholowe nie osiągają takich rentowności a średnio dla wszystkich sektorów ta rentowność netto wynosi między 5 a 15%.

Nie dziwmy się zatem, że koncerny farmaceutyczne mają tyle kasy, że stać je na drogie kampanie reklamowe, które i tak się zwracają, bo otumanieni i przytłoczeni reklamami konsumenci kupują te produkty nie wiedząc nawet, że można zakupić o wiele tańsze leki i suplementy diety z tymi samymi substancjami czynnymi.

Koncerny farmaceutyczne w sposób perfidny i przemyślany bazują na zdrowiu konsumentów i chęci ratowania przez nich własnego swojego zdrowia. Bo wiemy przecież, że zdrowie jest najważniejsze i wiedzą o tym koncerny i dlatego są pewne, że chorzy imają się wszystkiego i są skłonni płacić wysokie ceny za swoje zdrowie. Perfidia najwyższych lotów.

Oglądając te reklamy przez dwa dni zauważyłem, że prawie nigdy w reklamach nie podaje się określonej substancji czynnej lub określonych substancji czynnych, które są odpowiedzialne za leczenie. Wymienia się z reguły tylko nazwę leku i do czego jest nam potrzebny. Już o tym pisałem, ale nazwa leku jest naprawdę nieistotna, bo nieraz bywa, że kilkanaście (i więcej) produktów na rynku zawiera te same substancje czynne tylko leki są oferowane pod różnymi nazwami a ich ceny nieraz się diametralnie różnią, choćby w przypadku kwasu acetylosalicylowego - substancja czynna leku (aspiryna, polopiryna,  acard, polocard, tabletki "z krzyżykiem") gdzie za 6 tabletek zapłacimy od 1,5 zł aż nawet do 8 czy 9 zł. Najtańsze z nich, czyli tabletki "z krzyżykiem" nie są reklamowane w żaden sposób...

Pragnę tedy, aby zmienione zostały zasady reklamowania leków i suplentów diety bez podawania ich substancji czynnej (substancji czynnych). Koncerny zatem winny mieć obowiązek podawania w reklamach właśnie informacji o substancji czynnej (substancjach czynnych), tak aby konsument wiedział co kupuje i ewentualnie (nawet w internecie) poszukać  zamienników lub poprosić, aby farmaceuta znalazł nam jakiś tańszy zamiennik danego leku, ale z tą samą substancją czynną.

Marzy mi się taka sytuacja, aby chory konsument idąc do apteki nie operował nazwą leku, ale właśnie kierował się li tylko substancją czynną. Ja osobiście kupując coś w aptece zawsze posługuję się taką nazwą i proszę aptekarza o jak najtańszy lek z ową substancją. Zdarzały mi się np. takie sytuacje, że nawet mając receptę z nazwą leku, który kosztował np. 30 zł, prosząc aptekarza o znalezienie tańszego leku z daną substancją, kupowałem go za 6 zł. Jest to kolosalna różnica. Zaoszczędziłem w ten sposób aż 24 zł. Nie warto? Pewnie, że warto!

Aby to jednak stało się możliwe należy przeciwstawić się lobbingowi firm farmaceutycznych oraz przeprowadzić szeroką telewizyjną kampanię uświadamiającą konsumentów. Tak kampania winna być finansowa ze środków Ministerstwa Zdrowia oraz transparentnych stowarzyszeń i fundacji.

Nie może być tak, że koncerny farmaceutyczne bazują na niewiedzy ludzi, którzy nieraz wielokrotnie przepłacają kupując określone leki czy suplementy diety.

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła na bloggerze: https://krzysztofjaw.blogspot.com/ i e-mailową informacją o tym fakcie. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych.

środa, 15 marca 2017

M. Ostaszewska, B. Linda i T-Mobile...

Rozumiem powody, dla których w promocji określonych produktów wykorzystuje się wizerunki znanych osób. Sam przez wiele lat byłem tzw. marketingowcem i uważam,że tego rodzaju przekaz poprzez osoby opinionośne i opiniotwórcze może być wielkim sukcesem, ale też i wielka porażką.

Niestety tak jest, że powinno się wykorzystywać osoby powszechnie znane i lubiane, co do których nie ma w segmencie docelowym klientów odczuć nieprzychylnych. Więc wybiera się takie osoby, które jednoznacznie kojarzą się pozytywnie, miło lub mogą być wzorem niemal dla wszystkich klientów i potencjalnych klientów określonych produktów. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju (rdzenia) samego produktu, potrzeb które zaspokaja lub ma zaspakajać i profilu klientów, do których chce się dotrzeć z przekazem promocyjnym.

Skupiając się akurat np. na telefonii komórkowej, internecie, bankach czy produktach pierwszej potrzeby konsumentami, do których kierowany jest przekaz promocyjny bywają raczej niemal wszyscy (są oczywiście specyficzne wyjątki) z określonej społeczności, np. narodu, czy mieszkańców danego kraju (ewentualnie z podziałem ze względu na: wiek, status społeczny - np. pracownik czy właściciel firmy, wykształcenie lub inne profilowe cechy odbiorców).  

I jest oczywiste, że wybór określonych przekaźników (autorytetów) wybranych do promocji określonych produktów jest na tyle ważny, że ich cechy, mentalność, opinie, osiągnięcia, ich osobowość zaczyna być kojarzona z daną marką, danym produktem. W związku z tym bardzo ryzykowny staje się wybór osób kontrowersyjnych jako przekaźników, bowiem określona marka może budzić negatywne konotacje a zła opinia może się rozchodzić niemal w sposób geometryczny.

Z reguły do promocji marki w tego typu działaniach marketingowych wybiera się znanych ludzi, przede wszystkim aktorów, sportowców, pisarzy, itd, którzy mogą jednoznacznie pozytywnie być kojarzone z określonym produktem czy określoną marką i taką pozytywną konotację mogą wywołać w docelowym segmencie rynku (targecie).


I nie dziwię się, że T-Mobile wybrał do swojej promocji panią Maję Ostaszewską czy Bogusława Lindę, którzy cynicznie i wprost histerycznie reagują na obecne władze w Polsce i krytykują je wszędzie, gdzie tylko można. Wszak elity niemieckie (unijne) też nie lubią rządu polskiego, więc taka Maja Ostaszewska czy Bogusław Linda idealnie określają target niemieckiej sieci T-Mobile - to totalni krytycy obecnej Polski, antypolacy, lewicowo-liberalne osobowości, Targowiczanie, inni zdrajcy, KOD-owcy, PO-wiacy czy .Nowocześni wraz z prymitywami z tzw. OR i lemingami wszelkiej maści wspierani przez resortowych potomków, postkomuchów, ubeków, sbeków, WSI-oków, TW, KO i tego typu indywidua, dla których "polskość to nienormalność"... jak to powiedział zniemczony klasyk.  


Serdecznie dziękuję sieci T-Mobile, że jednoznacznie - poprzez wizerunki osób wykorzystywanych do promocji swoich usług - wykorzystuje osoby nie identyfikujące się z patriotyczną Polską i polskimi władzami. Mam nadzieję, że wszyscy Polacy rozumieją ten gest i z pewnością podejmą określone decyzje, które winny kończyć się wyborem innego operatora sieci komórkowej.

Niestety w życiu prywatnym jak i publicznym bierze się odpowiedzialność za swoje czyny i jeżeli T-mobile zdecydowała się na promowanie swojej marki i firmy poprzez tego typu postaci to również bierze za ich wypowiedzi odpowiedzialność i wykorzystując je dalej tylko potwierdza moje wnioski. 

Ja ze swojej strony mogę zapewnić, że dopóki firma będzie wykorzystywała owe osoby w swojej kampanii promocyjnej to ja będę wszystkim moim znajomym Polakom odradzał korzystanie z sieci T-Mobile, podobnie jak odradzałem korzystanie z usług Grupy ING, która wykorzystywała i dalej wykorzystuje wizerunek Pana Marka Kondrata, dla którego "Polska nie jest najważniejsza" [1].

Pozdrawiam

P.S.
A marketingowcom T-Mobile gratuluję umiejętności :) a aktorom, chcącym zarabiać na reklamach radzę taki oto jasny przekaz i nie mój niestety: "aktor jest od grania a dupa od srania"...

[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2010/08/apel-do-wszystkich-klientow-grupy-ing.html

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

piątek, 4 maja 2012

Czy naprawdę wiem co kupuję?

Witam serdecznie

Dziś troszeczkę mało poważnie, ale czy na pewno?


Jedną z form promocji określonych produktów jest oczywiście ich opakowanie i wszystko to, co się na nim znajduje lub to... czego na nim brakuje.

Rzesza marketingowców pracuje nieraz przez wiele miesięcy nad wyglądem opakowania danego produktu oraz nad treścią przekazu informacyjnego, które ma nieść to opakowania dla konsumenta. Często prowadzi się badania konsumenckie, szczególnie te jakościowe (focusowe) aby poznać opinie potencjalnych i rzeczywistych konsumentów o danym opakowaniu i jego przekazie. Wyniki tych badań stanowią często podstawę do korekty a nawet zmiany całego projektu graficznego tegoż opakowania i zmian treści na nim zapisanych...


Niestety często też sam projekt graficzny oraz treści zawarte na opakowaniu stanowią przekaz niekompletny, celowo niejednoznaczny lub też realnie fałszywy. Podobnie zresztą jest tak w innych np. umowach cywilno-prawnych, które  podpisujemy np. z instytucjami finansowymi a pamiętajmy, że zakup określonego produktu jest umową cywilno-prawną zawieraną przez producenta i pośrednika z konsumentem i wszystkie informacje zawarte na opakowaniu są niejako "warunkami i zapisami" tejże umowy.

Warto więc czytać na opakowaniu wszystko, co jest na nim zapisane (szczególnie to, co jest relatywnie zapisane nielogicznie "małymi literkami") a nie kierować się li tylko szatą graficzną i relatywnie dużym opisem słowno-graficznym.

Dziś - obrazując pewne niepokojące zjawisko - posłużę się przykładem soku pomidorowego firmy Tymbark, który zakupiłem sobie w szpitalnym sklepiku...

Jest to tylko przykład i dotyczy zapewne wielu firm... Ja akurat wczoraj nabyłem ten sok w kartoniku 1 litrowym a jako, że w szpitalu jest dużo czasu, więc przeczytałem wszystko i zanalizowałem wszystko, co znajduje się na jego opakowaniu...

Mój niepokój wzbudził brak w opisie podania procentowego składu tegoż soku wskazującego oddzielnie  zawartość świeżo przetartych zaraz po zbiorze pomidorów i soku pomidorowego powstałego z soku zagęszczonego. Widnieje natomiast taka oto informacja: "Sok pomidorowy 100% częściowo z zagęszczonego soku pomidorowego (...) Skład: przeciery i soki (100%): przecier ze świeżych pomidorów i sok pomidorowy z soku zagęszczonego, sol morska". Czy taki opis wskazuje nam ile jest  w soku przecieru ze świeżych pomidorów a ile soku z zagęszczonego soku pomidorowego?

Odpowiadając na postawione pytanie możemy stwierdzić, że na pewno nie wiemy jaka jest relacja pomiędzy tymi sokami w soku pomidorowym Tymbarku a moje wątpliwości, co do jednoznaczności treści zawartych na opakowaniu tegoż soku wynikają jeszcze z faktu, iż na jednej ścianie kartonu w sposób słowno -graficzny Tymbark informuję nas: "Wiem, co piję. Z 1,1 kg pomidorów odmian m.in. Batory i Etna... przetartych zaraz po zbiorze... powstaje najwyższej jakości sok Tymbark bez dodatku cukru. SOK 100%". Na tej ścianie nie ma informacji, że sok w kartonie jest częściowo wyprodukowany z zagęszczonego soku pomidorowego a nie tylko z przecieru 1,1 kg pomidorów dokonanego zaraz po zbiorze! Co prawda na innej ścianie kartonu takowa informacja jest napisana (podobnie jak w opisie składu), ale jest napisana relatywnie małym i nieczytelnym z daleka drukiem, natomist na pierwszym planie (widocznym z daleka) jest znów: "Wiem, co piję: BEZ dodatku cukru. 1,1 kg pomidorów przetartych zaraz po zbiorze. Ze szczyptą soli"... i małymi jasnozielonymi literkami, ledwie z daleka widocznymi: "sok częściowo z zagęszczonego soku".


Pracowałem wiele lat w dziale marketingu firmy międzynarodowej i wiem, że na pewno marketingowcy firmy Tymbark wiedzą ile procentowo jest w końcu  soku przecierowego ze świeżych pomidorów (gdzie przetarcie tych pomidorów nastąpiło zaraz po zbiorze) w tymże soku pomidorowym a ile soku z zagęszczonego soku pomidorowego... Jeżeli oni nie wiedzą to na pewno wiedzę tą posiadają szefowie i pracownicy działu  produkcji.

Nie wiem czy chciałbym wiedzieć, ile jest tego soku w soku a ile innego soku w tymże soku... Ważne jest, że nic nie wiem i nie wiem tak naprawdę co piję... choć może sok Tymbarku jest rzeczywiście bardzo dobrym sokiem a może i najlepszym na rynku, bowiem kupując go podświadomie wiem, że jest wyprodukowany z 1,1 kg świeżo przetartych pomidorów...

Chociaż raczej ... hm... wiem, że nic już nie wiem a takież stwierdzenie - dzięki soczkowi z Tymbarku - przybliża mnie do Sokratesa... hm... wypada mi za to podziękować producentowi, co niniejszym czynię...

Pozdrawiam, lekko humorystycznie, ale czy na pewno...?


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com