czwartek, 3 grudnia 2009

PO CO NAM WŁADZA USTAWODAWCZA I PREZYDENT?

...jako suplement do mojej dzisiejszeh notki: HISTORYCZNA RZEWNOŚĆ WSPOMNIEŃ O NASZEJ NIEPODLEGŁOŚCI...

Witam ponownie

Pisząc dzisiaj post o faktycznej utracie przez Polskę niepodległości i suwerenności oraz wczytując się w komentarze do niego zrozumiałem tak naprawdę ogrom zmiany, która się dokonała. Zrozumiałem, że już teraz wszystko powoli bedzie zmierzało do innych rozwiązań, zrozumiałem żem już nie Polak ale Europejczyk z regionu zwanego Polską! I zainspirowany komentarzem blogera o nicku: Sterowiec Niesterowalny doszedłem do jakże ciekawego i być może dla niektórych (dla mnie trochę tak) zaskakujacego wniosku.

OTÓŻ W POLSCE NIE POTRZEBUJEMY JUŻ WŁADZY USTAWODAWCZEJ CZYLI PARLMENTU A TAKŻE URZĘDU PREZYDENTA RP. NIE POTRZEBUJEMY TEŻ DOTYCHCZAS STNIEJĄCYCH PARTII POLITYCZNYCH ANI TEŻ WYBORÓW PARLAMENTARNYCH I PREZDENCKICH. 

Bo tak naprawdę w sumie wszystkie partie są już w Polsce nieistotne. Zgadzając się gremialnie i stadnie na TL dokonały same wyboru całkowitej swojej marginalizacji w sensie prawnie istotnego wpływu na Polaków i na nasz kraj. Logicznie więc obecne patie nie mają żadnego wpływu na obecny i przyszły los Polaków. A tym samym wybory do polskiego parlamentu czy też na Prezydenta nie mają juz zadnego znaczenia bowiem de facto Polski Parlment zatracił cel swojego istnienia: stanowienie prawa a polski Prezydent w świetle Prezydenta Europy zaracił jakikolwiek sens swojego bytu. W przyszłości tak naprawdę jedynymi wyborami lokalnie istotnymi dla obywateli bedą wybory samorządowe i to raczej w wyborach do regionów niż w ramach dotychczasowych województw. W sensie wybrów do gremium ustawodaczego będą zaś liczyc się tylko wybory na poszczególne globalne partie polityczne jak na ten przykład te funkcjonujace już w Parlamencie Europejskim. Być może faktycznie wystarczy jakies mało liczne gremium stanowiące prawa o charakterze lokalnym (coś na kształt 100 osobowego Senatu samorzadowego). Państwo Poslkie przestało istniec więc po co nam rząd i parlament stanowiacy prawo krajowe, którego de facto już sam nie stanowi? Także los całej naszej postokrągłowej klasy politycznej jest przesądzony a jej członkowie, zdając sobie z tego sprawę, muszą mieć jeszcze czas na wyciągnięcie resztek możliwych "profitów" wynikających z władzy oraz odpowiednie "ustawienie" się w nowej rzeczywistości (wybór partii lub instytucji globalnych).

Aby ten czas mieć Cała nasza klasa polityczna (nie licząc marginalnych ugrupowań o różnym chaakterze) z ochotą uczestniczy w zbiorowm oszukiwaniu Polaków i przedłużaniu czasu trwania prowizorycznej budowli zwanej naszą sceną polityczną. Polska polityka jest jednym teatrem, w którym od 20 lat graja ci sami aktorzy tylko przedstawienia sie zmieniają. I Ci aktorzy zrobią wszystko żeby ten teatr trwał do czasu zakładanego przez Unię Europejską jego końca i broń Boże żeby ludzie nie zaczęli zauważać też innych aktorów i innych teatrów a tym samym nie wyeliminowali ze sceny politycznej przed momentem jej całkowitej Europeizacji i stworzenia z Europy Konfederacji Regionów a nie Ojczyzn.

Z takiej perspektywy więc można łatwo wtłumaczyć oczywistość kierunków działań polityków reprezentujących wszystkie partie polityczne, którzy na dziś i dla gawiedzi nawet starają być wobec siebie coraz bardziej antagnistyczni (ale tak naprawdę w nieisotnych kwestiach). Jak zauważył to też Sterowiec Niesterowalny wszystkie partie przecież - niczym prowadzone na rzeź bydło - parły w stronę Unii Europejskiej i w sumie promowały zapisy traktatowe niwelujące faktyczną niepodległość i suwerenność Polski. L. Kaczyński traktat podpisał nawet bez jakichkolwiek oporów, które głośno artykułował choćby V. Klaus. Nie było żadnej merytorycznej dyskusji bo być nie mogło. W jej wyniku trzeba by było Polakom jasno i otwarcie powiedzieć, że Traktat Lizboński uśmierci Polskę jako niepodległe i suwerenne państwo. I gdyby do naszej świadomości dotarł ten fakt, to pewnie mógłby przyczynić się do rewolucji na naszej scenie politycznej (pewnie i tak w kosekwencji spacyfikowanej jak w przypadku irlandzkiego NIE). Z tego też względu nie przeprowadzono również referendum, bo byłaby kampania, w której trzeba by wyłożyć ten tragiczny w swojej wymowie fakt: Polska przez wieki walcząc o swoją państwowość teraz oddaje ją dobrowolnie i bez żadnego oporu.

Tak więc też nie należy się dziwić, że tak szybko i delikatnie wszyscy przeszli do porządku dziennego nad faktem podpisania przez L. Kaczyńskiego tego taktatu. Przecież dla opozycji byłby to swietny argument dyskredytujacy L. Kaczyńskiego jako obrońce polskości i narodu polskiego. Ale nie! W imię własnego istnienia na scenie politycznej ten argument nie bedize padał z żadnych ust. A np. ruchy części posłów PiS chcących zaskarżyć TL jako niezgodny z polską Konstytucją uważam za co najmniej śmieszny i cokolwiek spóźniony o ile nie jest (mam nadzieję, że nie) li tylko włącznie propagandowy mający "udbruchać" tę część elektoratu PiS, która była przeciwna TL.

Reasumując zrobiło mi się tak trochę smutno... Może jednak szansa na odwrócenie tego toczącego walca, niszczacego narodowość i państwowość, jeszcze jakaś istnieje... Wątpię w nią coraz bardziej, chociaż historia upadku sztucznych tworów takich jak Cesarstwo Rzymskie, ZSRR czy III Rzesza, daje mi jej trochę więcej.

Pozdraiwam

HISTORYCZNA RZEWNOŚĆ WSPOMNIEŃ O NASZEJ NIEPODLEGŁOŚCI...

Witam


Od kilku dni obowiązuje Konstytucja Europejska zwana dla niepoznaki Traktatem Lizbońskim. Unia Europejska literalnie prawnie stała se państwem federacyjnym z marionetkowym Prezydentem i równie egzotyczną na arenie międzynarodowej Minister Spraw Zagranicznych. Informacja o tym przeszła nawet niezbyt eksponowana zważywszy tak długi okres przygotowań, kontrowersji i zawirowań referendalno-konstytucyjnych.

I co? Czy sposób funkcjonowania Polski i innych krajów Unii się zmienił? Czy mieszkańcy tych krajów utracili swą suwerenność lub niepodległość?

Otóż WCALE NIE! Bo takowe powoli i systematycznie traciły od momentu przekształcenia EWG w twór najpierw quasi-państwowy a teraz już z definicji prawnej ściśle już państwowy, ale powiedzmy że wielce eksperymentalny i pionierski. Traciły w sposób płynny a najważniejszym elementem tej utraty było powolne oddawanie podstawowego atrybutu państwowej niezależności i suwerenności jaką jest możliwość stanowienia własnych praw obowiazujących nadrzędnie na terenie danego kraju!

Do teraz jeszcze strażnikiem tych resztek suwerenności były konstytytucje nardowe jako akty normatywne zakreślające granice wpływu prawa unijnego na prawo danego państwa. Z dniem wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego de facto mamy do czynienia z sytuacją, w której dotychczasowe zapisy w konstytucjach narodowych możemy traktować jako niebyłe, już historyczne.

NASZA KONSTYUCJA (podobnie jak i innch państw członkowskich) STAŁA SIĘ MARTWYM AKTEM PRAWNYM!

Zauważmy! TAK NAPRAWDĘ OD KILKU DNI W POLSCE NIE OBOWIĄZUJĄ JUŻ ZAPISY KONSTYTUCYJNE ZAWARTE W NASZEYM WŁASNYM DOTYCHCZAS NAJWYŻSZYM AKCIE PRAWNYM A PRZEPISY ZAWARTE W TRAKACIE LIZBOŃSKIM! CZYLI PRZESTALIŚMY BYĆ NIEPODLEGŁYM I SUWERENNYM PAŃSTWEM!

I nie dziwmy się Premierowi Tuskowi, który mówi, że wcale TL nie musi być opublikowany w Dziennu Ustaw by obowiazywał w Polsce! Przecież nasza Konstytucja jest zapisem w swietle prawa międzynarodowego obecnie już aktem prawnym niższego rzędu by nie powiedzieć, że martwym (nietrudno wobrazić sobie np. wyrok zaskarżenia sposobu wejścia TL w Polsce wydany przez Europejski Trybunała Sprawiedliwości -sic!-).

Aż dziw, że w Polsce, tak przwiązanej do tradycji własnej państwowości i przez dzisiątki lat jej pozbawianej, fakt ten nie wzbudził jakichś emocjonalnych dyskusji i oporów. Medialne głosy o jej końcu (w dotychczasowym rozumieniu tego pojęcia) były raczej marginalizowane lub przedstawiane wprost humorystycznie (pokazanie kilkuosobowego happeningu JKM palącego flagę Unii Europejskiej oraz wygłaszającego marginalne i karykaturalne jakieś apele o utracie suwerenności). Nawet na forach głosy krytyki Traktatu były w sumie nieliczne i niewzbudzające wielkich emocji (chociażby dość dobry wczorajszy post na Salonie niejakiego xsiora: http://xsior.salon24.pl/141961,namiestnik-czy-prezydent).

Parafrazując własną odpowiedź udzieloną autorowi pod jego postem mogę powiedzieć, że rzeczywiście Logicznym na pewno jest taki oczywisty fakt - Traktat Lizboński tworzacy z Unii Europejskiej pańswo federacyjne drastycznie ogranicza występowanie dotychczasowch, historycznie ukształtowanych kategorii wolnościowych zawierające się w określeniach: suwerenność i niepdległość poszczególnych państw.

Stała się rzecz wielce więc zmieniajaca funkcjonowanie świata - Powstało nowe państwo: Unia Europejska składajaca się z czegoś na miarę poszczególnych Stanów w USA lub poszczególnch Republik w dawnym ZSRR! Autor wierdzi, że jest to twór twór wielce nowatorski. Ja bym dorzucił jeszcze, że nawet pionierski w sensie abstrakcyjności pwstawania europejskich struktur niczym jak we wspomnianym ZSRR.

Mało tego!. Ograniczenie wolności i utrata przez poszczególne narody własnych państwowości obyło się po raz pierwszy bez rozlewu krwi a nawet przy społecznym poparciu ludzi zniewolonych i zmanipulowanych współczesnymi socjotechnikami, mediami i charakterem globalne informacji. Twórcom Unii Europejskiej udało sie ją stworzyć przy kosmicznie rozrośniętych biurkach administracyjnych, tworzących coś na kształt Komitetu Centralnego ZSRR do którejś tam potęgi. I nawet metodami niedemokraycznymi (zmiana nazwy kluczowego dokumentu aby ominąć konsekwencje referendów we Francji czy Holandii lub też przeprowadzaniem referendów w Irlandii do zakładanego skutku!) oraz z pominięciem praw zawartych w dotychczas obowiązujacych w państwach członkowskich najwyższych aktach prawnych (konstytucje).

Doprawdy! Hipokryzja Eurokratów sięgnęła najwyższych lotów: w imię demokracji wprowadzili niedemokratycznymi metodami ustrój federacyjny zbliżony niemalże do totalitaryzmu! Czyż nie jest to genialne! Czyż Stalin nie zaśmiewa się w grobie! Powstało wreszcie idealne beznarodowe państwo federacyjne z Centralnym Kierowaniem, Planowaniem, i Stanowieniem Praw takich samych dla wszystkich! Ba chyba nawet On nie myślał, że można tak prawnie i szczegółowo ingerować w kazde nawet najbardziej prywatne obszary funkcjonowania jednostki! Czyż Hitler nie pije "za zdrowie" ziszczonej wreszcie idei Wielkiej Rzeszy (zmodfikowanej dzisiaj o jeszcze 2, 3 najwieksze dotychczasowe państwa Europy) otoczonej miękkimi buforami świadczącymi na jej rzecz usługi i jej podporzadkowanej (te bufory to oczywiście pańswa średnie i małe, którch głos bedzie liczył się coraz mniej, systematycznie coraz mniej - vide ograniczanie prawa veta). Nie wspomnę już o grobowych konwulsjach śmiechu wydobywających się zapewne z piersi i ust G. Orwella!

I nie dziwmy się, że dla pozorów powołano na dzień dzisiejszy tak mało charyzmatycznych przywódców i z małych krajów. Dzisiaj silny Prezydent UE czy silny Minister Spraw Zagramnicznych jeszcze moliby być postrzegani przez wielu jako faktyczny zamach na własnych narodowych przywódców. Ale nie martwmy się: kolejni bedą coraz bardziej wyraziści i będą coraz więcej deprecjonowali znaczenie lokalnych wodzów ograniczając ich rolę do (co słusznie zauważył xsior) mniej wiecej roli Gubernaorów Stanowych w USA.

W tej sytuacji naprawdę lekceważenie przez D. Tuska polskiej Konstytucji czy też zaśmiewanie się z polskości świadczą jedynie o zrozumieniu przez niego sensu zmiany, która się dokonała. I w tym samym kierunku podążają jego propozycje zmian w naszej konstytucji. Nie chodzi tu wcale o konstytucje (bo przeciez tak naprawdę ona nie obowiązuje) ale o perspektywiczna likwidację Urzędu Prezydenta RP. Bo przecież będzie jeden Europejski a lokalnie to bedzie coś na kszałt obecnego Premiera czy też Kanclerza lub Gubernatora.

Tak na koniec smutne spostrzeżenie (rozszerzając myśl blogera Salonu24 - Frianta): PRL prawnie i formalnie była cały czas suwerenna i niepodległa (pomijam inne aspekty) a teraz, takową przestała być całkowicie. Prawo obowiązujące w Polsce może być w zdecydowanej większości ustalane jawnie poza jej granicami (sic!). W czasach komuny przynajmniej dbano o jakieś pozory tego, że to Polacy ustanawiają własne prawo chciaż nawet i wtedy stanowiliśy raczej jego więszkość.

Niestety dzisiaj nam Polakom ale i innym narodom europejskim (przynajmniej wsród niezlemingowanych części społeczeństw) pozostaje rzewne wspomnienie takich pojęć jak: patriotyzm, norodowość, suwerenność, niepodległość, Ojczyzna...

I tylko mam nadzieję, że jak każdy sztucznie tworzony twór federacyjny w historii (Cesarstwo Rzymskie, ZSRR, III Rzesza i inne) Unia Europejska w końcu musiałaby będzie upaść! Oby to stało się jak najprędzej! A może o tylko moje marzenia...
Pozdrawiam

środa, 2 grudnia 2009

KOMU POTRZEBNE SĄ WOJNY?

Witam serdecznie


Zainspirowany postem Palestrina2005 ((http://moherykontrauklad.salon24.pl/141827,barackowi-obamie-powiedzmy-nie) chciałbym niejako zmodyfikować i rozszerzyć swoją do niego odpowiedź w formie odrębnej notki.


Zgadzam się z podstawową konkluzją wynikającą z w/w artykułu: My jako Polska jak już tam weszliśmy, ze względów sojuszniczych wobec NATO, winniśmy w dalszym ciągu być obecni w Afganistanie natomiast bezcelowym jest zwiększanie liczebności tam naszych wojsk na prośbę (perswazję?) Prezydenta B.H. Obamy. I również zgadzam się z autorem, że: " Amerykanie powinni więc skoncentrować się na rozwalaniu Al. Kaidy w USA i Europie, odcięciu jej od źródeł finansowania, polowaniu na „grube ryby”, walce PRowej z nienawiścią islamską wobec USA i Europy, zapobieganiu ewentualnemu przejęciu przez terrorystów broni masowego rażenia". 


Niemniej jednak zastanawiam się czy taka zmiana strategii (taktyki?) przez USA jest możliwa i przez nią pożądana oraz jak wagowo istotnie dużo do powiedzenia ma w tym względzie polski rząd. Sądzę, że raczej nic w tym względzie się nie zmieni i Polska posłusznie spełni żądania B.H. Obamy i pośle więcej naszych żołnierzy do Afganistanu a USA dalej będą intensyfikować działania na tym terenie. Dlaczego? Bo tak naprawdę ta wojna jak i inne wojny prowadzone obecnie przez lub z inspiracji USA nie ma przecież na celu wprowadzenia demokracji i przeciwdziałanie terroryzmowi a jedynie podtrzymanie oraz zintensyfikowanie poczucia zagrożenia terroryzmem. Cele są proste a zarazem poprzez swój hipokrytyczny wydźwięk straszne: WŁADZA i PIENIĄDZE - uzyskanie, zwiększenie lub utrzymanie stanu ich posiadania.  


Jest to niemal truizm, ale jakże często celowo pomijany w naszej świadomości a także również celowo z niej skutecznie (poprzez PR i publicity) wypierany przez elity polityczno-gospodarczo-społeczne.  Bo przecież akceptacja wojny musi wynikać z ducha jej humanitarnej celowości. Społeczeństwo musi mieć jasno nakreślony cel wynikający z idei budowy demokratycznego dobrobytu i wolności państw oraz jednostek. W imię właśnie takich idei politycy i elity mogą zdobyć obecnie poparcie pospólstwa dla przecież tragicznych i krwawych w swej istocie działań wojennych. I tak w rzeczywistości jest. Wojna w imię demokracji i humanitaryzmu oświecenia zabija tworząc niestety jednocześnie wrogość oraz fanatyzm prowadzące w sumie do jej eskalacji. Czyż tak naprawdę nie o to chodzi i to w sumie we wszystkich obecnie trwających konfliktach zbrojnych? 


Zauważmy (ograniczając się do wojen na Bliskim Wschodzie), że z historii tych wojen inicjowanych przez wielkie mocarstwa w stylu USA czy wcześniej ZSRR możemy wyciągnąć jeden oczywisty wniosek: żadna z nich nie przyczyniła się w jakikolwiek sposób do budowy zachodniej (lub tzw. socjalistycznej wcześniej) demokracji w państwach będących ich areną. Pochłonęła za to zawsze wiele ofiar w postaci zwykłych żołnierzy walczących w imię wydumanych idei popartych równie zwykłą chęcią zarobku.


I nawet gdybyśmy odrzucili wymienione przeze mnie trywialne cele wojen w postaci władzy i pieniędzy, które powodują iż:

- występowanie wojen i konfliktów zbrojnych  jest dla mocarstwowych wojskowych oraz koncernów reprezentujących globalny przemysł wojskowy gwarantem ich istnienia i takowoż niezbędności tegoż istnienia a w konsekwencji wzbogacania,

- tworzenie i implikowanie antagonizmów narodowościowych, państwowych, religijnych czy systemowych prowadzące do powstania lub utrzymywania wojen jest potrzebne „wielkim demokratycznym politykom” do przejęcia lub utrzymania władzy, 

i w dobrej wierze przyjęli fakt cywilizacyjnej i humanitarnej niezbędności tych wojen, to i tak nigdy one nie zmienią kształtu cywilizacji islamskiej!


NAJWAŻNIEJSZYM JEST ZROZUMIENIE FAKTU, IŻ ZACHODNIA TRADYCJA DEMOKRACJI I JEJ ROZUMIENIE JEST I BĘDZIE ZAWSZE OBCE TRADYCJI I KULTURZE KRAJÓW BLISKIEGO WSCHODU!  


I w tym sensie każdy tam zainicjowany konflikt zbrojny jest z góry skazany na niepowodzenie realizacji górnolotnych celów wypowiadanych przez złotoustych przywódców oraz ich klakierów. Tą odmienność kształtowaną przez tysiące lat widzą wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób interesują się ta problematyką. Widzą ją też np. żołnierze wracający z misji i półotwarcie sami mówią, że te wojny są bezsensowne (znam wielu takich, dla których jest to tylko źródło dochodu). Ewenementem jest oczywiście państwo Izrael, które zostało na tych ziemiach sztucznie stworzone na wzór demokracji zachodniej cywilizacji (ale to zupełnie inna inszość). 


Tak więc, gdyby celem inicjowania owych konfliktów nie była tylko władza i pieniądze, nasze - w sensie naszej cywilizacji - działania winny koncentrować się na jej ochronie a nie z góry skazanym na niepowodzenie niszczeniu lub też "ucywilizowywaniu" świata islamskiego. Stąd też moja naiwna akceptacja takowych działań na polu wskazanym przez Palestrina2005, czyli rozbiciu wojskowym i ekonomicznym AlKaidy, wyeliminowaniu jednie jej przywódców, działaniach propagandowych niwelujących nienawiść islamską wobec USA i Europy (not a bene wynikającą nieraz głównie z samych agresywnych działań tych ostatnich) czy też ochronie przepływu broni masowego rażenia. 


Niestety. Owe wojny i konflikty zbrojne to znów trywialnie walka o wpływy, władzę i pieniądze. Tak było i w przypadku Bush'ów (gdzie stworzono sztucznie zagrożenia iracką bronią masowego rażenia i wszechobecnym terroryzmem, co pozwalało utrzymać im władzę), tak jest w przypadku B.H. Obamy (kontynuującego i intensyfikującego politykę poprzedników, który wobec trudności gospodarczych stawia znów na wojnę w Afganistanie jako motor swojej przyszłej propagandy wyborczej) , ale też i takie były przyczyny niedawnego ataku i masakry Izraelczyków na Palestyńczykach przed wyborami w Izraelu (w jej wyniku prawica izraelska wygrała owe wybory).


W przyszłości może się nawet okazać, że nawet argument w postaci kontrreakcji wojskowej na Afganistan za ataki na WTC może być jałowym, płytkim i fałszywym jak owa broń masowego rażenia w Iraku.  Kto wie skoro niektórzy renomowani i znaczący naukowcy oraz politycy skłaniają się do uznania 11 września jako "organicznej pracy wewnętrznej USA"? Jestem daleki od spiskowej teorii dziejów, ale niektóre ich argumenty są doprawdy przekonywujące (chociażby wcześniejsze powiadomienia w newsach o zamachu na jeden z budynków, który w momencie tej informacji stał jeszcze dumnie w najlepsze lub specyficzny sposób zawalenia budynków przypominający operację ich wyburzania). 


Niemniej już teraz widać, że wojna w Afganistanie jest posunięciem jałowym pod względem skuteczności. Nawet jest wprost przeciwnie: wyrosło już nowe pokolenie talibów, które rośnie w siłę a skuteczność wojskowa działań militarnych USA i jej sojuszników sukcesywnie się obniża. I, wobec pamiętnej historii inwazji ZSRR na Afganistan i jej ostatecznej porażce, twierdzę, że żadne zwiększanie kontyngentów i realizowanie nowych operacji wojskowych owej skuteczności relatywnie nie zwiększy. Będzie tylko więcej ofiar, więcej propagandy zagrożenia terrozryzmem, więcej kasy w budżetach firm zbrojeniowych, więcej...


Symptomatyczna jest tutaj postawa B.H.Obamy. Ten sztuczny twór, wykreowany przez "zarządczy dwór" władający USA od bardzo dawna, jest niczym wprowadzony na rynek nowy PR-owy produkt, którego segmentem docelowym (targetem) byli czarnoskórzy mieszkańcy USA i kobiety. Więc marketingowo akcja się powiodła: skłoniła (a nawet wzbudziła po raz pierwszy impuls do zakupu w postaci głosowania) do oddania głosów na Obamę i jego zwycięstwo wyborcze. Natomiast polityka USA była i pozostanie w swoich pryncypiach taka sama jaką dotychczas znamy. Nagroda Nobla dla Obamy to nic innego jak budowanie sztucznego wizerunku Obamy jako polityka pokojowego. Stała się (ta nagroda) tym samym własną parodią i zdezawuowała się chyba ostatecznie. Wojna jest potrzebna USA jak deszcz na pustyni. A jej sukcesy, wobec porażki gospodarczej, mogą być jedyną skuteczną bronią w czasie wyborów. Nie demonizując znaczenia wspomnę na marginesie tylko fakt, że Obama nie jest de facto Murzynem, ale Mulatem i po matce prawowitym Żydem wykształconym w renomowanych uczelniach USA. Jest zatem członkiem elity rządzącej w USA i daleki od zwykłych Czarnych i nie tylko Amerykanów. Jest mistrzem nowomowy i PR-u jak nasz D. Tusk. Być może nadeszły czasy, że już "Mężowie Stanu" nie będą przywódcami a tylko kolorowe opakowania puste w środku. Niestety i to m.in. głosami nas samych (doskonale dających się manipulować).


Reasumując. Dla interesów Polski i Polaków winno być obecnie minimalizowanie naszego udziału w Afganistanie do poziomu niezbędnego dla zapewnienia zobowiązań sojuszniczych wobec NATO a celem bardzo bliskim ostatecznie wycofanie się z tej bezsensownej wojny. Prezydent Obama i USA mają nas w głębokim „poważaniu” i dostrzegają jedynie wtedy, kiedy jesteśmy potrzebni dla wzrostu ich politycznej pozycji. Nie nauczyliśmy się tego przez ostatnie 20 lat? Niestety poziom naszych przywódców było (i jest) daleki od wymienionej już kategorii„Mężów Stanu” i chyba to pojęcie bezpowrotnie umarło we współczesnym, globalnym świecie. Dwóch Panów od skutecznego PR-u i publicity już się spotkało, pół godziny pogadało i uzgodniło zwiększenie naszego kontyngentu. Ciekawe, jak się czuł nasz D. Tusk w sytuacji gdy jest potrzebny tylko dla zapewnienia części bytu politycznego  B.H. Obamy, ale chyba dobrze, bo przecież zawsze w przyszłości będzie mógł liczyć na jakiś osobisty rewanż. A Polska? No cóż na "polskość" jest jedyna recepta: śmiech (bardziej elegancko: ironiczny uśmiech)....

Pozdrawiam