Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afganistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afganistan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Czy Amerykanie wyjdą z Polski?

Na tak postawione pytanie odpowiadam: "wszystko jest możliwe za kadencji J. Bidena a tak naprawdę za kadencji K. Harris"

W swoim tekście z 29 maja pt: "J. Biden - prezydentura, która może zniszczyć suwerenność Polski!" pisałem m.in.: 

"Jesteśmy dziś w nowej sytuacji geopolitycznej. Prezydentura J. Bidena będzie dla nas latami bardzo trudnymi. Trzeba się liczyć, że Niemcy zintensyfikuję swoje działania dla budowy swojej hegemonii w UE kosztem naszej części Europy i dezintegracji takich międzynarodowych i pomijających Niemcy umów jak V4 czy Trójmorze. Przykład Kopalni Turów daje wiele do myślenia i spowodował rozdźwięk między Czechami a Polską - przypadek? Nie sądzę i wydaje mi się, że już wkrótce nastąpią próby skłócenia nas ze Słowacją czy Węgrami. 

Do tego Niemcy będą miały decydujący wpływ na odbudowę tzw. kondominium niemiecko-rosyjskiego a tym samym prawdopodobny jest kolejny "reset" w stosunkach USA-Rosja a to dla nas nie wróży nic dobrego: już jeden taki obanowski "reset" zakończył się tragedią pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 roku. 

Sytuacja jest więc niewesoła i teraz - mimo nieraz występujących u nas zastrzeżeń - winniśmy wszystko robić, aby to PiS utrzymał się u władzy, bo inaczej już realnie staniemy się podwykonawczym landem niemieckim, jako ich tania siła robocza a o naszej suwerenności będziemy mogli tylko z rozrzewnieniem przeczytać w książkach historycznych" [1]

Tak więc - uzupełniając -  jesteśmy w strasznie złej sytuacji. Z jednej strony Niemcy z ich UE, z drugiej USA-Żydzi a z "trzeciej" Rosja i jej ścisła współpraca z Niemcami (kondominium rosyjsko-niemieckie). 

Wajcha przez USA została w Europie i na świecie przestawiona już dawno o 180 stopni. Afganistan jest jej pierwszą ofiarą. Czy my będziemy następni? Tego nie wiem, ale można mieć obawy i to duże, bo skoro USA poświęciły 20 lat na budowę afgańskiej armii szkoląc i wyposażając ją w sprzęt wojskowy liczony w setkach mld USD a teraz to zostawiają Talibom, to taka Polska może obecnie stać się dla nich po prostu niepotrzebnym balastem. Wystarczy - wydaje mi się, że tak myśli prezydencja J. Bidena - mieć dobre stosunki z Niemcami i ich przywódczą rolą w UE i Rosją w ostatecznej walce o hegemonię światową z Chinami. 

Niemcy i Rosja widzą tą zmianę wektorów polityki USA. Widzi to też Izrael ze swoimi wyssanymi z palca reparacjami, które Polska ma im wypłacić za Holocaust II WŚ. Zauważmy, że wszystkie wymienione kraje i ich rządy zintensyfikowanie atakują Polskę niemal codziennie. Ze strony Niemiec i ich UE to normalka, podobnie ze strony Izraela i Rosji. USA natomiast jeszcze jakoś "grają na starych skrzypcach", ale struny już nie te i "grajkowi z demencją" nie chce się już na nich grać albo powoli zostaje do tego zmuszany.  

Niestety Polska nie jest mocarstwem i musimy mieć jakiś globalnych sojuszników. Przeczekanie J. Bidena nic dobrego nam nie da, choć może i to jest jakiś pomysł, bo z pewnością w kolejnych wyborach wygra Republikanin (oczywiście, jeżeli nie dojdzie do następnych fałszerstw). Nie stać nas na zmarnowanie i bierną postawę przez następne kilka lat. Musimy na kogoś postawić. Doprawdy nie wiem dziś na kogo. Może na Turcję z jej największą po USA armią w NATO? Może na kraje BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, Republika Południowej Afryki)? Tak wiem, że tam jest Rosja, ale może trzeba zacząć się z nią dogadywać? Wiele też sobie obiecywałem po wizycie prezydenta A. Dudy w Chinach. Pod Łodzią miał powstać hub transportowy jako element Nowego Chińskiego Jedwabnego Szlaku, ale zapewne pod naciskiem USA na razie nic z tego projektu nie jest realizowane. 

Nie wiem też jak długo Polska wytrzyma te ataki ze wszystkich stron. Jesteśmy na dorobku. Nie mamy ani broni jądrowej, ani tożsamej elektrowni, nasza armia poczyniła dużo wzmocnień, ale sądzę, że jest tak naprawdę jeszcze w budowie. Nie jesteśmy też samowystarczalni energetycznie. 

Na razie współczuję polskim rządzącym. Są tak naprawdę w potrzasku. Dobrze, że chociaż delikatnie postawiliśmy się Izraelowi. To jest ostatni moment na taką postawę a teraz - gdy w Afganistanie jest kryzys - jest to też moment najlepszy. 

Obserwujmy więc kto nas atakuje wewnętrzne i zewnętrznie, i jak będzie dalej reagował polski rząd na te zaczepne krytyki. Tak czy inaczej, ale powtórzę to, co już kiedyś napisałem: "być może potrzebny jest Polexit albo choć postraszenie nim" i mam nadzieję, że jednak Amerykanie zostaną w Polsce, choć ta pewność już nie jest całkowita. 


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com

sobota, 8 lutego 2014

Dlaczego i komu potrzebne są międzynarodowe konflikty zbrojne?

Na świecie dziś nie ma pokoju a międzynarodowe konflikty zbrojne w dalszym ciągu występują i są cyklicznie inspirowane przede wszystkim przez: USA oraz ich najbliższych sojuszników (m.in. Irak, Afganistan, Palestyna) i Rosję (m.in. Gruzja). 
 
Dlaczego tak jest? Bo przecież nie dlatego, żeby wprowadzać demokrację i przeciwdziałać wykreowanemu terroryzmowi... 

Tak naprawdę cele są cztery, które tworzą pewną nierozerwalną całość i przenikają się wzajemnie na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Pierwszym z nich jest podtrzymanie oraz zintensyfikowanie w społeczeństwach poczucia zagrożenia - często tylko sztucznie wykreowanym - terroryzmem. Następnym zaś to zdobycie wpływu w krajach o potencjalnie dużych zasobach surowcowych lub też w krajach, które USA czy Rosja uznają za geopolitycznie strategiczne z punktu widzenia własnych interesów polityczno-gospodarczych. Kolejnymi zaś a tak naprawdę podstawowymi, które implikują pozostałe to: władza i pieniądze -  uzyskanie, zwiększenie lub utrzymanie stanu ich posiadania.  Zagrożenie terroryzmem umożliwia ograniczanie wolności obywateli - paradoksalnie - w celu zapewnienia im koniecznej ochrony przed tym terroryzmem. To rozszerza obszar i zakres władzy dla elit rządzących. Każdy zaś konflikt zbrojny wymusza jego finansowanie a tym samym powoduje zwiększenie stanu posiadania gotówki przez koncerny zbrojeniowe... które mogą współfinansować rządzące partie polityczne lub rządzących autorytarnie przywódców... Uzyskanie nowych wpływów w krajach o dużych zasobach surowcowych zwiększa zarówno zakres władzy jak i zasoby finansowe...

Powyższe jest niemal truizmem, ale jakże często celowo pomijanym w naszej świadomości a także również celowo z niej skutecznie (poprzez PR i publicity) wypierany przez elity polityczno-gospodarczo-społeczne.  Bo przecież ewentualna akceptacja wojny przez normalnych ludzi musi (winna) wynikać z ducha jej humanitarnej celowości lub też celowości związanej z poprawą bezpieczeństwa. Społeczeństwo musi mieć jasno nakreślony cel wynikający z idei budowy demokratycznego dobrobytu i wolności w państwach będących podmiotem prowadzonych działań wojennych lub też musi być przekonane, że dana wojna poprawia ich poczucie bezpieczeństwa. W imię właśnie takich idei politycy i elity mogą zdobyć obecnie poparcie pospólstwa dla przecież tragicznych i krwawych w swej istocie działań wojennych. I tak w rzeczywistości jest. Wojna w imię demokracji i humanitaryzmu oświecenia oraz dla poprawy bezpieczeństwa zabija tworząc niestety jednocześnie wrogość oraz fanatyzm prowadzące w sumie do jej eskalacji. Czyż tak naprawdę nie o to chodzi i to w sumie we wszystkich obecnie trwających konfliktach zbrojnych? Aby po prostu trwały i trwały...

Zauważmy (ograniczając się do wojen na Bliskim Wschodzie), że z historii tych wojen inicjowanych przez wielkie mocarstwa w stylu USA czy wcześniej ZSRR możemy wyciągnąć jeden oczywisty wniosek: żadna z nich nie przyczyniła się w jakikolwiek sposób do budowy zachodniej (lub tzw. socjalistycznej wcześniej) demokracji w państwach będących ich areną. Pochłonęła za to zawsze wiele ofiar w postaci zwykłych żołnierzy walczących w imię wydumanych idei popartych równie zwykłą chęcią zarobku. Ponadto wpłynęła na fanatyczny wzrost nienawiści podbijanych narodów wobec agresorów a tym samym... wzrost zagrożenia terroryzmem... Agresorzy więc niejako sami wykreowali sobie terroryzm i sami go podsycają... Niestety też - co wielu podejrzewa - same np. akty terrorystyczne będące przyczyną rozpoczęcia konfliktów zbrojnych kreowane lub inspirowane były przez tych, którzy teraz bronią nas przed tym terroryzmem. 

I nawet gdybyśmy odrzucili wymienione przeze mnie trywialne cele wojen w postaci przede wszystkim władzy i pieniędzy, które powodują iż:
- występowanie wojen i konfliktów zbrojnych  jest dla mocarstwowych wojskowych oraz koncernów reprezentujących globalny przemysł wojskowy gwarantem ich istnienia i takowoż niezbędności tegoż istnienia a w konsekwencji wzbogacania,
- tworzenie i implikowanie antagonizmów narodowościowych, państwowych, religijnych czy systemowych prowadzące do powstania lub utrzymywania wojen jest potrzebne „wielkim demokratycznym i niedemokratycznym politykom” do przejęcia lub utrzymania władzy, 
i w dobrej wierze przyjęli fakt cywilizacyjnej, humanitarnej i antyterrorystycznej niezbędności tych wojen, to i tak nigdy one nie zmienią kształtu innych cywilizacji, w tym islamskiej!

Najważniejszym - dla USA czy Europy - jest zrozumienie faktu, iż zachodnia tradycja demokracji i jej rozumienie jest i będzie zawsze obce tradycji i kulturze krajów Bliskiego Wschodu!

I w tym sensie każdy tam zainicjowany konflikt zbrojny jest z góry skazany na niepowodzenie realizacji górnolotnych celów wypowiadanych przez złotoustych przywódców oraz ich klakierów. Tą odmienność kształtowaną przez tysiące lat widzą wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób interesują się ta problematyką. Widzą ją też np. żołnierze wracający z misji i półotwarcie sami mówią, że te wojny są bezsensowne. Może dlatego wykreowano terroryzm i zagrożenie nim, by stał się alibi dla prowadzenia wojen? Ewenementem jest oczywiście państwo Izrael, które zostało na tych ziemiach sztucznie stworzone na wzór demokracji zachodniej cywilizacji (ale to zupełnie inna inszość). 

Tak więc, gdyby celem inicjowania owych konfliktów nie były tylko przede wszystkim władza i pieniądze, nasze - w sensie naszej cywilizacji - działania winny koncentrować się na jej ochronie a nie z góry skazanym na niepowodzenie niszczeniu lub też "ucywilizowywaniu" świata islamskiego. 

Winniśmy zająć się rozwojem naszej zachodniej cywilizacji a islamską pozostawić im, propagandowo dbając jednocześnie o niwelowanie nienawiści islamskiej wobec USA i Europy, za którą niestety w większości ponosimy - jako cywilizacja zachodnia - winę sami (szczególnie USA i Izrael). 

Niestety. Jak już pisałem i ograniczając się tylko do USA i jej sojuszników, nie zaprzestaje się kreacji owych wojen i konfliktów zbrojnych. Irracjonalna walka o wpływy, władzę i pieniądze jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Tak było i w przypadku Bush'ów (gdzie stworzono sztucznie zagrożenia iracką bronią masowego rażenia i wszechobecnym terroryzmem, co pozwalało utrzymać im władzę i rozpocząć wojnę w Iraku), tak jest w przypadku B.H. Obamy (kontynuującego i intensyfikującego politykę poprzedników, który wobec trudności gospodarczych postawił na   wojnę w Afganistanie) , ale też i takie też są przyczyny nieustającego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

W przyszłości może się nawet okazać, że nawet argument w postaci kontrreakcji wojskowej na Afganistan za ataki na WTC może być jałowym, płytkim i fałszywym jak owa broń masowego rażenia w Iraku.  Kto wie skoro niektórzy renomowani i znaczący naukowcy oraz politycy skłaniają się do uznania 11 września jako "organicznej pracy wewnętrznej USA"? Jestem daleki od spiskowej teorii dziejów, ale niektóre ich argumenty są doprawdy przekonywujące (chociażby wcześniejsze powiadomienia w newsach o zamachu na jeden z budynków, który w momencie tej informacji stał jeszcze dumnie w najlepsze lub specyficzny sposób zawalenia budynków przypominający operację ich wyburzania). 

Niemniej już teraz widać, że np. wojna w Afganistanie była posunięciem jałowym pod względem skuteczności. Nawet jest wprost przeciwnie: wyrosło już nowe pokolenie talibów, które rośnie w siłę a skuteczność wojskowa działań militarnych USA i jej sojuszników sukcesywnie się obniża. I, wobec pamiętnej historii inwazji ZSRR na Afganistan i jej ostatecznej porażce, twierdzę, że żadne ewentualne zwiększanie kontyngentów i realizowanie nowych operacji wojskowych owej skuteczności relatywnie nie zwiększy. Będzie tylko więcej ofiar, więcej propagandy zagrożenia terrozryzmem, więcej kasy w budżetach firm zbrojeniowych, więcej...

Symptomatyczna jest tutaj postawa B.H.Obamy. Ten sztuczny twór, wykreowany przez "zarządczy dwór" władający USA od bardzo dawna, jest niczym wprowadzony na rynek nowy PR-owy produkt, którego segmentem docelowym (targetem) byli czarnoskórzy mieszkańcy USA i kobiety. Więc marketingowo - choć tak naprawdę O'Bama jest mulatem i po matce prawowitym Żydem -  akcja się powiodła: skłoniła (a nawet wzbudziła po raz pierwszy impuls do zakupu w postaci głosowania) do oddania głosów na Obamę i jego zwycięstwo wyborcze. Natomiast polityka USA była i pozostanie w swoich pryncypiach taka sama jaką dotychczas znamy. Nagroda Nobla dla Obamy to nic innego jak budowanie sztucznego wizerunku Obamy jako polityka pokojowego. Stała się (ta nagroda) tym samym własną parodią i zdezawuowała się chyba ostatecznie. 

Reasumując. Wojna jest więc potrzebna wielkim mocarstwom jak deszcz na pustyni. Może jednak nadszedł już czas na pokój na świecie i wyeliminowanie tych przywódców, którzy do niej dążą i ją wywołują? Może warto o ten pokój walczyć... oczywiście pokojowo?

Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Strach, prymitywizm i prostacka perfidia kampanii wyborczej Myśliwego...

Witam

Portal gazeta.pl podał prawdziwe i zaskakujące przyczyny tak szybkiego wczoraj opuszczenia siedziby swojego sztabu wyborczego przez kandydata PO, zapalonego myśliwego, Bronisława Komorowskiego! Otóż potral ten w artykule zatytułowanym: Powyborczy poniedziałek: Komorowski w Afganistanie, Kaczyński w Szczecinie podaje m.in. takie oto rewelacje:

"Do drugiej tury wyborów zostały dwa tygodnie. Kandydaci walczą o każdy głos (...) Tymczasem Bronisław Komorowski niespodziewanie udał się z wizytą do Afganistanu - dowiedziało się Radio TOK FM. Marszałek Sejmu pełniący obowiązki prezydenta wyleciał z Polski już wczoraj po godz. 22.00 (...) Komorowski powiedział w Afganistanie, że "żadne przyspieszone decyzje o losach misji nie będą podejmowane". - Jest wyraźna cezura czasowa, w której będzie można sprawdzić, czy zwiększony wysiłek państwa polskiego, jeśli chodzi o liczbę żołnierzy w Afganistanie, przyniesie efekt. Tą cezurą są niewątpliwie wybory parlamentarne, które odbędą się w Afganistanie we wrześniu tego roku - powiedział Komorowski. Jak ocenił, mogą one stworzyć szansę na stworzenie nowych rozwiązań. - Natomiast po wyborach parlamentarnych w Afganistanie czeka nas rzetelna dyskusja o tym, jaki cel sobie stawia Polska w ramach NATO; co chcemy proponować jako rozwiązania całego Sojuszu i jak będziemy budowali własny kalendarz zaangażowania w Afganistanie - dodał. Komorowski przypomniał, że na listopad planowany jest szczyt NATO poświecony m.in. operacji ISAF. - To będzie dobry moment na dyskusję w ramach całego Sojuszu Północnoatlantyckiego, ale także do formułowania polskiego poglądu na sprawy obecności NATO jako całości, a także obecności Polski w misji afgańskiej - ocenił".

Przyznam szczerze, że jestem coraz bardziej zniesmaczony a nawet zażenowany postawą Sztabu Wyborczego B. Komorowskiego i jego samego.

Zauważcie! Owa wizyta wyszła na jaw dopiero dzisiaj, ale przecież musiała być przygotowana o wiele wcześniej! Dlaczego o tym nie informowano wyborców? Dlaczego tę wizytę trzymano w tajemnicy? I teraz fundamentalne pytanie (dla mnie będące już raczej odpowiedzią): Czy gdyby Bronisław Komorowski wygrał wczoraj wybory w I turze (czego niemal byli pewni Tusk i z koleżankami oraz koleżkami od hazardu i od "deali" na prywatyzacji szpitali), to poleciałby do Afganistanu? Odpowiadam: szczerze wątpię!

Jeżeli mam rację to myślenie propaństwowe i traktowanie swojej publicznej służby na rzecz Polski i Polaków  jest wręcz w Platformie Obywatelskiej sprowadzone do miernej i powierzchownej a nawet prymitywnej oraz prostacko perfidnej li tylko "wyborczej gry PR-owej".  Oni po prostu mieli przygotowaną tę wizytę właśnie na wypadek, gdyby jednak Myśliwy nie wygrał już w I turze!

Jak mają się wobec tego czuć polscy żołnierze, którzy codziennie narażają swoje życie w niebezpiecznym Afganistanie a wielu z nich już niestety zginęło? Czy perfidne i małostkowe wykorzystywanie polskich żołnierzy i tragizmu naszej misji w Afganistanie (przypominam, że jeszcze nikomu nie udało się podbić tego kraju... wiele o tym wiedzieć powinien przecież Myśliwy... bowiem ma sporą gromadkę przyjaciół wśród dawnego WSI a ten ostatni z kolei od zawsze był w Polsce usłużny wobec KGB... i Moskwie przecież też nie udała się wyprawa podbojowa do Afganistanu) nie jest potraktowaniem tych żołnierzy jako "zwykłych pionków na szachownicy wyborczej PO"? Czyż B. Komorowski takim postępowaniem nie udowadnia swojej pogardy wobec tych żołnierzy i nie pokazuje swojego wyrafinowanego cynizmu (jak wtedy, gdy niespełna dwie godziny po tragedii smoleńskiej, nawet jeszcze nie wiedząc czy Lech Kaczyński naprawdę nie żyje... już ogłosił się - być może nawet niekonstytucyjnie - Pełniącym Obowiązki!). Na miejscu żołnierzy w Afganistanie odwróciłbym się plecami do stojącego przed nimi B. Komorowskiego, ściągną spodnie, pochylił się i pokazał mu swoje cztery litery... Tylko na taki gest zasługuje jego postawa i rozgrywanie Afganistanem swojej kampanii wyborczej. A fe... dla mnie to obrzydliwość...

I teraz nie dziwmy się, że D. Tusk, B. Komorowski i cała ta "ferajna" od Niesiołowskiego po Wajdę i Bartoszewskiego myślała, że Jarosław Kaczyński będzie opierał swoją kampanię na tragicznej śmierci swojego brata śp. Prezydenta Profesora Lecha Kaczyńskiego!

Każdy innych ocenia swoją miarą... Jeżeli teraz sztab Myśliwego posunął się do wykorzystywania misji w Afganistanie oraz tragizmu żołnierzy tam przebywających lub już nieżyjących... to wyobraźmy sobie, gdyby np. taki D. Tusk miał brata bliźniaka i ten brat jako prezydent zginąłby w podobnych okolicznościach jak Lech Kaczyński... Toż przecież zapewne ta śmierć byłaby główną osią i podstawą jego ewentualnej kampanii prezydenckiej...  (mam nadzieję, że się mylę... i jak ja bym chciał się mylić w ocenie PO i samego D. Tuska, ale jakoś nie potrafię znaleźć argumentów pozytywnych na ich rzecz)..

Stąd chyba wynikała bezradność sztabu Myśliwego. Był kompletnie zaskoczony postawą w kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego i nie potrafił zbudować skutecznej strategii swojego kandydata... po prostu Chłopcy byli zdezorientowani i bezsilni wobec klasy i osobowości Jarosława Kaczyńskiego, który przerasta już ich nawet nie o głowę, ale o cały tułów (nawet tak duży jak tego przecież wysokiego Myśliwego)...

Oj, boją się Chłopcy, boją naszego Jarosława...

Pozdrawiam

P.S.
Użyłem w tekście nazwy "myśliwy" w znaczeniu pejoratywnym, bowiem - jak wiele razy dawałem temu wyraz - nie rozumiem traktowania zabijania jako pasji samej w sobie i hobbystycznej rozrywki, której ucieleśnieniem jest chociażby wieszanie na ścianach "trofeów" myśliwskich!




ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD... http://krzysztofjaw.blogspot.com/; kjahog@gmail.com

środa, 2 grudnia 2009

KOMU POTRZEBNE SĄ WOJNY?

Witam serdecznie


Zainspirowany postem Palestrina2005 ((http://moherykontrauklad.salon24.pl/141827,barackowi-obamie-powiedzmy-nie) chciałbym niejako zmodyfikować i rozszerzyć swoją do niego odpowiedź w formie odrębnej notki.


Zgadzam się z podstawową konkluzją wynikającą z w/w artykułu: My jako Polska jak już tam weszliśmy, ze względów sojuszniczych wobec NATO, winniśmy w dalszym ciągu być obecni w Afganistanie natomiast bezcelowym jest zwiększanie liczebności tam naszych wojsk na prośbę (perswazję?) Prezydenta B.H. Obamy. I również zgadzam się z autorem, że: " Amerykanie powinni więc skoncentrować się na rozwalaniu Al. Kaidy w USA i Europie, odcięciu jej od źródeł finansowania, polowaniu na „grube ryby”, walce PRowej z nienawiścią islamską wobec USA i Europy, zapobieganiu ewentualnemu przejęciu przez terrorystów broni masowego rażenia". 


Niemniej jednak zastanawiam się czy taka zmiana strategii (taktyki?) przez USA jest możliwa i przez nią pożądana oraz jak wagowo istotnie dużo do powiedzenia ma w tym względzie polski rząd. Sądzę, że raczej nic w tym względzie się nie zmieni i Polska posłusznie spełni żądania B.H. Obamy i pośle więcej naszych żołnierzy do Afganistanu a USA dalej będą intensyfikować działania na tym terenie. Dlaczego? Bo tak naprawdę ta wojna jak i inne wojny prowadzone obecnie przez lub z inspiracji USA nie ma przecież na celu wprowadzenia demokracji i przeciwdziałanie terroryzmowi a jedynie podtrzymanie oraz zintensyfikowanie poczucia zagrożenia terroryzmem. Cele są proste a zarazem poprzez swój hipokrytyczny wydźwięk straszne: WŁADZA i PIENIĄDZE - uzyskanie, zwiększenie lub utrzymanie stanu ich posiadania.  


Jest to niemal truizm, ale jakże często celowo pomijany w naszej świadomości a także również celowo z niej skutecznie (poprzez PR i publicity) wypierany przez elity polityczno-gospodarczo-społeczne.  Bo przecież akceptacja wojny musi wynikać z ducha jej humanitarnej celowości. Społeczeństwo musi mieć jasno nakreślony cel wynikający z idei budowy demokratycznego dobrobytu i wolności państw oraz jednostek. W imię właśnie takich idei politycy i elity mogą zdobyć obecnie poparcie pospólstwa dla przecież tragicznych i krwawych w swej istocie działań wojennych. I tak w rzeczywistości jest. Wojna w imię demokracji i humanitaryzmu oświecenia zabija tworząc niestety jednocześnie wrogość oraz fanatyzm prowadzące w sumie do jej eskalacji. Czyż tak naprawdę nie o to chodzi i to w sumie we wszystkich obecnie trwających konfliktach zbrojnych? 


Zauważmy (ograniczając się do wojen na Bliskim Wschodzie), że z historii tych wojen inicjowanych przez wielkie mocarstwa w stylu USA czy wcześniej ZSRR możemy wyciągnąć jeden oczywisty wniosek: żadna z nich nie przyczyniła się w jakikolwiek sposób do budowy zachodniej (lub tzw. socjalistycznej wcześniej) demokracji w państwach będących ich areną. Pochłonęła za to zawsze wiele ofiar w postaci zwykłych żołnierzy walczących w imię wydumanych idei popartych równie zwykłą chęcią zarobku.


I nawet gdybyśmy odrzucili wymienione przeze mnie trywialne cele wojen w postaci władzy i pieniędzy, które powodują iż:

- występowanie wojen i konfliktów zbrojnych  jest dla mocarstwowych wojskowych oraz koncernów reprezentujących globalny przemysł wojskowy gwarantem ich istnienia i takowoż niezbędności tegoż istnienia a w konsekwencji wzbogacania,

- tworzenie i implikowanie antagonizmów narodowościowych, państwowych, religijnych czy systemowych prowadzące do powstania lub utrzymywania wojen jest potrzebne „wielkim demokratycznym politykom” do przejęcia lub utrzymania władzy, 

i w dobrej wierze przyjęli fakt cywilizacyjnej i humanitarnej niezbędności tych wojen, to i tak nigdy one nie zmienią kształtu cywilizacji islamskiej!


NAJWAŻNIEJSZYM JEST ZROZUMIENIE FAKTU, IŻ ZACHODNIA TRADYCJA DEMOKRACJI I JEJ ROZUMIENIE JEST I BĘDZIE ZAWSZE OBCE TRADYCJI I KULTURZE KRAJÓW BLISKIEGO WSCHODU!  


I w tym sensie każdy tam zainicjowany konflikt zbrojny jest z góry skazany na niepowodzenie realizacji górnolotnych celów wypowiadanych przez złotoustych przywódców oraz ich klakierów. Tą odmienność kształtowaną przez tysiące lat widzą wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób interesują się ta problematyką. Widzą ją też np. żołnierze wracający z misji i półotwarcie sami mówią, że te wojny są bezsensowne (znam wielu takich, dla których jest to tylko źródło dochodu). Ewenementem jest oczywiście państwo Izrael, które zostało na tych ziemiach sztucznie stworzone na wzór demokracji zachodniej cywilizacji (ale to zupełnie inna inszość). 


Tak więc, gdyby celem inicjowania owych konfliktów nie była tylko władza i pieniądze, nasze - w sensie naszej cywilizacji - działania winny koncentrować się na jej ochronie a nie z góry skazanym na niepowodzenie niszczeniu lub też "ucywilizowywaniu" świata islamskiego. Stąd też moja naiwna akceptacja takowych działań na polu wskazanym przez Palestrina2005, czyli rozbiciu wojskowym i ekonomicznym AlKaidy, wyeliminowaniu jednie jej przywódców, działaniach propagandowych niwelujących nienawiść islamską wobec USA i Europy (not a bene wynikającą nieraz głównie z samych agresywnych działań tych ostatnich) czy też ochronie przepływu broni masowego rażenia. 


Niestety. Owe wojny i konflikty zbrojne to znów trywialnie walka o wpływy, władzę i pieniądze. Tak było i w przypadku Bush'ów (gdzie stworzono sztucznie zagrożenia iracką bronią masowego rażenia i wszechobecnym terroryzmem, co pozwalało utrzymać im władzę), tak jest w przypadku B.H. Obamy (kontynuującego i intensyfikującego politykę poprzedników, który wobec trudności gospodarczych stawia znów na wojnę w Afganistanie jako motor swojej przyszłej propagandy wyborczej) , ale też i takie były przyczyny niedawnego ataku i masakry Izraelczyków na Palestyńczykach przed wyborami w Izraelu (w jej wyniku prawica izraelska wygrała owe wybory).


W przyszłości może się nawet okazać, że nawet argument w postaci kontrreakcji wojskowej na Afganistan za ataki na WTC może być jałowym, płytkim i fałszywym jak owa broń masowego rażenia w Iraku.  Kto wie skoro niektórzy renomowani i znaczący naukowcy oraz politycy skłaniają się do uznania 11 września jako "organicznej pracy wewnętrznej USA"? Jestem daleki od spiskowej teorii dziejów, ale niektóre ich argumenty są doprawdy przekonywujące (chociażby wcześniejsze powiadomienia w newsach o zamachu na jeden z budynków, który w momencie tej informacji stał jeszcze dumnie w najlepsze lub specyficzny sposób zawalenia budynków przypominający operację ich wyburzania). 


Niemniej już teraz widać, że wojna w Afganistanie jest posunięciem jałowym pod względem skuteczności. Nawet jest wprost przeciwnie: wyrosło już nowe pokolenie talibów, które rośnie w siłę a skuteczność wojskowa działań militarnych USA i jej sojuszników sukcesywnie się obniża. I, wobec pamiętnej historii inwazji ZSRR na Afganistan i jej ostatecznej porażce, twierdzę, że żadne zwiększanie kontyngentów i realizowanie nowych operacji wojskowych owej skuteczności relatywnie nie zwiększy. Będzie tylko więcej ofiar, więcej propagandy zagrożenia terrozryzmem, więcej kasy w budżetach firm zbrojeniowych, więcej...


Symptomatyczna jest tutaj postawa B.H.Obamy. Ten sztuczny twór, wykreowany przez "zarządczy dwór" władający USA od bardzo dawna, jest niczym wprowadzony na rynek nowy PR-owy produkt, którego segmentem docelowym (targetem) byli czarnoskórzy mieszkańcy USA i kobiety. Więc marketingowo akcja się powiodła: skłoniła (a nawet wzbudziła po raz pierwszy impuls do zakupu w postaci głosowania) do oddania głosów na Obamę i jego zwycięstwo wyborcze. Natomiast polityka USA była i pozostanie w swoich pryncypiach taka sama jaką dotychczas znamy. Nagroda Nobla dla Obamy to nic innego jak budowanie sztucznego wizerunku Obamy jako polityka pokojowego. Stała się (ta nagroda) tym samym własną parodią i zdezawuowała się chyba ostatecznie. Wojna jest potrzebna USA jak deszcz na pustyni. A jej sukcesy, wobec porażki gospodarczej, mogą być jedyną skuteczną bronią w czasie wyborów. Nie demonizując znaczenia wspomnę na marginesie tylko fakt, że Obama nie jest de facto Murzynem, ale Mulatem i po matce prawowitym Żydem wykształconym w renomowanych uczelniach USA. Jest zatem członkiem elity rządzącej w USA i daleki od zwykłych Czarnych i nie tylko Amerykanów. Jest mistrzem nowomowy i PR-u jak nasz D. Tusk. Być może nadeszły czasy, że już "Mężowie Stanu" nie będą przywódcami a tylko kolorowe opakowania puste w środku. Niestety i to m.in. głosami nas samych (doskonale dających się manipulować).


Reasumując. Dla interesów Polski i Polaków winno być obecnie minimalizowanie naszego udziału w Afganistanie do poziomu niezbędnego dla zapewnienia zobowiązań sojuszniczych wobec NATO a celem bardzo bliskim ostatecznie wycofanie się z tej bezsensownej wojny. Prezydent Obama i USA mają nas w głębokim „poważaniu” i dostrzegają jedynie wtedy, kiedy jesteśmy potrzebni dla wzrostu ich politycznej pozycji. Nie nauczyliśmy się tego przez ostatnie 20 lat? Niestety poziom naszych przywódców było (i jest) daleki od wymienionej już kategorii„Mężów Stanu” i chyba to pojęcie bezpowrotnie umarło we współczesnym, globalnym świecie. Dwóch Panów od skutecznego PR-u i publicity już się spotkało, pół godziny pogadało i uzgodniło zwiększenie naszego kontyngentu. Ciekawe, jak się czuł nasz D. Tusk w sytuacji gdy jest potrzebny tylko dla zapewnienia części bytu politycznego  B.H. Obamy, ale chyba dobrze, bo przecież zawsze w przyszłości będzie mógł liczyć na jakiś osobisty rewanż. A Polska? No cóż na "polskość" jest jedyna recepta: śmiech (bardziej elegancko: ironiczny uśmiech)....

Pozdrawiam