Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tw. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2020

R. Trzaskowski - resortowe dziecię

"Niedaleko pada jabłko od jabłoni". "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci".

Te dwa polskie przysłowia mówią nam jak ważne jest wychowanie młodego człowieka, które rzutuje na cale jego życie. To rodzinne środowisko w sposób decydujący określa jego przyszłe poglądy i zachowania, które bywają w miarę upływu czasu przedmiotowo niemal tożsame jak rodziców czy dziadków. Nieprzypadkowo więc jeszcze do niedawna (do czasu II Wojny Światowej) prawie zawsze przy poznawaniu się mówiono z jakiej rodziny się pochodzi oraz wskazywano na nazwisko rodowe.

W czasach powojennych z tego zrezygnowano, bowiem rodzinnie realizatorzy komunizmu nie mogli się pochwalić najbliższymi i przodkami oraz pochodzeniem, przede wszystkim dlatego, że nie reprezentowali sobą nic ponadto, że są albo zbrodniczym okupantem Polski, albo mają pochodzenie etnicznie słuszne i nie polskie.

Stąd do dziś taki atak na wszystkich, którzy próbują badać rodzinne powiązania "elit" III RP. Do tego wielu z nich - po wyeliminowaniu polskich prawdziwych elit przez sowiecką Rosję i nazistowskie Niemcy - po prostu wstydzi się swojego pochodzenia, co wydaje się nadzwyczaj niepoważne i śmieszne dla nas, ale nie dla nich, bo często dla już dzisiejszych "elit" mogłoby się okazać, że najbliżsi lub przodkowie mają za sobą niecną przeszłość oprawców naszych rodaków w okresie komunizmu.

Zresztą bardzo łatwo wskazać, kto coś ukrywa ze swojej historii rodziny. Wystarczy przejrzeć Wikipedię, gdzie w notkach biograficznych wskazuje się datę urodzenia a życiorys często rozpoczyna się szkołą średnią lub studiami bez wskazania rodowodu własnego pochodzenia. Często też po prostu fałszuje się (wybiela się) owe pochodzenie. Niestety owo wybielanie często dotyczy dzieci czy wnuków właśnie tych komunistycznych oprawców, ale nie tylko: zaciemnia się też cały okres komunizmu i stara mu się nadać walor niemożności innego zachowania się własnych rodzin, bo "były takie czasy". Owszem były takie czasy, ale nikt nikogo nie zmuszał do bycia "ubekiem" lub tajnym współpracownikiem służ specjalnych PRL lub innych komunistycznych, w tym sowieckich.

Dobrze, zdarzają się wyjątki, gdy współcześni odcinają się od własnych rodzinnie komunistycznych korzeni, ale jest to rzadkością. Być może również nie jest to na tyle ważne w przypadku osób prywatnych, ale ktoś, kto staje się osobą publiczną musi zdawać sobie sprawę, że wszelkie informacje na temat jego osoby są bardzo ważne dla innych. A już sobie nie wyobrażam, żeby pomijać drzewo genealogiczne (rodowód) osób, które roszczą sobie prawo do zajmowania eksponowanych stanowisk państwowych, też w przypadku kandydowania w wyborach prezydenckich.

Chyba zasadne jest powiedzenie prawdy i jasna deklaracja, że dana osoba odcina się od działalności swoich najbliższych. Wtedy możemy mówić o stawaniu w prawdzie. Niestety obecne "elity" III RP nie tylko, że nie odcinają się od korzeni komunistycznych, ale niemal stają się one glejtem wiarygodności przedstawicieli dużej części dzisiejszej totalnej opozycji.

Swego czasu środowisko związane z Gazetą Polską opublikowało poszerzoną o najbliższych informację na temat R. Trzaskowskiego, którą we fragmentach przedstawiam poniżej [1].

 ----------

Matka Rafała Trzaskowskiego, kandydata na fotel prezydenta stolicy, była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie Justyna. Meldowała bezpiece o kontaktach z dyplomatami USA muzyków i ludzi zajmujących się jazzem – Jerzego Matuszkiewicza, Leopolda Tyrmanda czy Romana Waschki. Jej pierwsza teściowa była kapitanem UB, teść – pułkownikiem LWP, a inni z bliskich działali na wysokich szczeblach PZPR. Rafał Trzaskowski dumnie przedstawiał w internecie swoją rodzinę i jej zasługi, określając tę prezentację jako „autolustracja”. Ominęła ona jednak rodowe związki z komunizmem - pisze w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska" Maciej Marosz.



fot. Gazeta Polska

Wygląda na to, że jakość takiej lustracji można porównać do kampanijnej akcji ratowania szyby w drzwiach przez mocowanie jej taśmą klejącą.


O swojej matce Teresie Trzaskowskiej kandydat na prezydenta Warszawy wspomniał tylko przy prezentacji w Internecie jej dawnego zdjęcia. Tymczasem jak wynika z akt IPN, Służba Bezpieczeństwa zarejestrowała ją w 1960 r. jako tajnego współpracownika działającego pod ps. Justyna. Trzaskowską interesował się kontrwywiad PRL ze względu na jej kontakty z dyplomatami USA, a w szczególności z figurantem akt SB, I sekretarzem ambasady tego kraju w Warszawie Thomasem Donovanem.


Trzaskowska trafiła do kręgu dyplomatów pojawiających się na różnych imprezach z racji bycia żoną jednego z najbardziej znanych już wówczas muzyków jazzowych – Andrzeja Trzaskowskiego. Powierzchowna znajomość „Justyny” z Donovanem przerodziła się w zażyłą relację, bywanie w rezydencji dyplomaty, częste spotkania. Przemieszczała się ona też przy różnych okazjach po mieście autem dyplomaty.

Służba Bezpieczeństwa poważnie podeszła do kwestii werbunku żony muzyka. Odbyto z nią najpierw trzy wstępne spotkania, po czym na rozpoczęciu współpracy pojawiła się dwójka wysokich rangą esbeków – kpt. Rolnik i por. Władysław Prekurat. W przygotowanym planie zwerbowania Trzaskowskiej, na wypadek stwierdzenia jej braku entuzjazmu do współpracy z SB, zamierzano przypomnieć jej, że mieszka w Warszawie bez zameldowania. Jednak użycie tego argumentu okazało się całkowicie zbędne.


Już na pierwszym spotkaniu Trzaskowska przekazała SB wiele „cennych informacji i wyraziła chęć dalszego spotykania się” – napisali Rolnik i Prekurat. „Jak wynika z jej oświadczeń oraz naszych danych agenturalnych, wymieniona zachowuje w tajemnicy fakt prowadzenia z nią rozmów i przywiązuje dużą wagę do konspiracji” – chwalili funkcjonariusze SB.

Dlatego zgoda na werbunek była formalnością. Prekurat zapisał później, jak werbowana zareagowała na informację, że zaczyna kontakty z kontrwywiadowcami PRL. „Po wymianie kilku zdań powiedziałem jej, że jestem oficerem kontrwywiadu i chciałbym przeprowadzić z nią rozmowę. Wymieniona przyjęła oświadczenie z pewnym uśmiechem i bez zażenowania nadmieniła, że bardzo jej się podobało właśnie takie nawiązanie z nią kontaktu, że to świadczy o naszej umiejętnej pracy itp.” – zapisał funkcjonariusz SB.


Trzaskowska opowiedziała o tym, jak w 1959 r. poznała Donovana oraz w jakim gronie Polaków spotyka się ów dyplomata. Wskazała, że był on m.in. zaproszony na przyjęcie wyprawiane przez muzyka jazzowego i kompozytora Jerzego Matuszkiewicza i jego żonę. Opowiedziała też bezpiece o pobycie i kontaktach w Polsce popularnego komentatora muzyki jazzowej z USA Willisa Conovera.
Przy kolejnym spotkaniu z TW funkcjonariusze pytali, czy nie ma negatywnych wrażeń z pierwszej rozmowy z nimi. Odpowiedziała, że nie ma żadnych złych odczuć, jedynie zastanawia się, dlaczego kontrwywiad zwrócił się właśnie do niej. Wyraziła obiekcje co do przekazywania informacji na temat obywateli polskich czy osób z zagranicy, które nie szkodzą PRL. SB uspokoiła ją, że chciałaby się tylko dowiadywać od niej co jakiś czas o tym, co dzieje się w otoczeniu Donovana i innych obcokrajowców.

SB zwracała też uwagę na ograniczenia TW. Jako osoba ze średnim wykształceniem nie znała języka angielskiego. Oceniano też, że była „politycznie słabo wyrobiona”. Na plus działało to, że dostrzeżono w niej spryt i inteligencję.


----------------

Cóż tu więcej dodać? Chyba tylko tyle, że jednak warto wiedzieć "skąd wyrastają nogi" kandydata na prezydenta R. Trzaskowskiego.

https://m.telewizjarepublika.pl/mocne-oto-kim-byla-matka-rafala-trzaskowskiego,69690.html

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw)
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... © Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

sobota, 20 lutego 2016

Kiedyś donosiłem... będę premierem!

Wśród rzeszy urzędników państwowych, biznesmenów, polityków, dziennikarzy, artystów i ... wielu innych i też opłacanych z naszych ciężko zarobionych pieniędzy krążyli i krążą nadal różni pożyteczni idioci, KO i TW, czyli tajni współpracownicy komunistycznych służb specjalnych.

Przemykają po sejmowych korytarzach, zostają radnymi, prezesami spółek Skarbu Państwa, kandydują na najwyższe urzędy państwowe, zostają nawet ministrami, premierami, prezydentami... i czymś tam jeszcze...

No cóż... a, że świat mamy teraz zwirtualizowany to nagle spotkałem wczoraj wirtualnego, nierzeczywistego mojego dawnego "znajomego" ze studiów. Chłop się trzyma. Elegancko ubrany, dobry samochód i oczywiście dobre państwowe stanowisko, dające możliwość nieograniczonej niczym kariery... aż do premiera a może i prezydenta...

Na mój widok morda mu się uśmiechnęła i zaprosił mnie na zakrapiany obiad do, a jakże, jednej z najdroższych restauracji w moim mieście.

Zawsze jest przyjemnie pogadać o swojej młodości, szalonych czasach studenckich, imprezach, egzaminach. Z chęcią więc przystałem na propozycję, pamiętając jednak żeby nie zadać mu jednego wszakże pytania: jak on w ogóle skończył te studia, skoro się nie uczył a jego wiedza, też ta ogólna, zawsze wprawiała mnie w dobry humor .

Nie rozpisując się zanadto: po zjedzeniu pysznego obiadku i wypiwszy kilka głębszych oraz po dłuższych wspominkach nagle wypalił.... wiesz już od studiów pracowałem dla komuny jako najpierw KO a później TW!.

Przyparło mnie do krzesła, ale widząc, że prawdopodobnie chłop ma potrzebę wygadania się i to spotęgowaną rauszem, pozwoliłem mu dalej mówić. Oto co usłyszałem o tej jego współpracy....

-----

Musiałem jakoś skończyć te cholerne studia, więc się zgodziłem. Miałem obserwować członków NZS, ale uwierz nic w sumie na nikogo nie doniosłem... no może raz cholera.... na takiego jednego, co mi odbił dziewczynę, zanim poznałem no tą swoją... wywalili go, ze studiów... należało mu się, skurczybyk rogacza ze mnie zrobił...

A co? Przecież nie tylko ja... gdybyś ty wiedział ilu takich było i kto... to byś nie uwierzył... też tych naszych koleżków i dziewczyny też były... trzymamy się razem... no żeby coś wtedy zrobić to trzeba było jakoś się uwikłać, jakoś się z nimi dogadać,

Pamiętasz przecież później... było dziecko i żona na studiach i prawie zero kasy... no to jakoś coś tam zawsze skapnęło... i było na przeżycie i na studia... i na rodzinę... i na wyjazdy zagraniczne...

A dalej? Wiesz jak to jest... musiałem później dalej kapować i coś tam pisywać do tych swoich oficerków prowadzących. Jak już raz wdepniesz w to gówno to niestety już do końca życia.... musiałem... wiesz... ale zawsze starałem się, żeby nikomu nie zrobić krzywdy. Nie zawsze się to udawało, czego żałuję... Ale coś tam musiałem im powiedzieć... Teraz to mają łatwiej... i zapłatkę można dostać i prowizję wziąć w kasynie, czy jakoś tam inaczej a ja... tam kombinowałem... jakiś totolotek czy jakaś lewa, no wiesz... fucha... wiesz człowiek się przyzwyczaja do dobrego, do kaski...

Ku...wa... ja tak w sumie to z nimi pogrywałem, ale jakieś prawdziwe rzeczy im tam pisałem... a co miałem zrobić? Następne dzieciaki, małe mieszkanie, niska pensja a z wiedzą było u mnie jak wiesz krucho. Coś tam nieraz później chcieli... a to jakiś stołek dla kogoś... bo wiesz dali mi dobrą fuchę, dużo mogłem... no i tam jakiś przetarg miał wygrać ktoś tam, i tam wiele jeszcze... ale wtedy już na nikogo nie pisałem... po prostu załatwiałem nieraz co tam chcieli...

Kiedyś wcześniej musiałem... bo tam coś oficerkom się nie spodobało, że takie tam bzdety im wypisuję... zagaworzyłem  więc na swojego kolegę...sorry aresztowali go i tak pobili, że zmarł w szpitalu, ale ja nie wiedziałem, że to się tak skończy... myślałem, że go nastraszą i tyle... to płotka była... cholera, byłem na tym jego pogrzebie... wzruszyłem się... nawet zadzwoniłem do jego żony, czy ma z czego żyć.. nic nie chciała... wiedziała?

Kiedyś coś nieopatrznie naopowiadałem mojemu oficerowi prowadzącemu na temat mojej koleżanki i stała się tragedia: - nie chciałem tego - ale ona nie wytrzymała przesłuchania i popełniała samobójstwo... skąd mogłem wiedzieć, ku...wa?!,

Innym razem znów moim oficerkom chlapnąłem coś nieopatrznie na temat innego mojego znajomego i musiał uciekać z kraju zostawiając niepracującą żonę z dwójką dzieci... no i ona musiała wszystko sprzedać żeby z czegoś żyć... oddalili się od siebie, rozwiedli się. Jemu się nie powiodło za granicą, ale nie wiem co z nim jest... A ona ciężko pracowała, nie miała czasu na wychowywanie i dostatecznie dużo pieniędzy na kształcenie synów. Nie było ojca, dorastali praktycznie sami i wyobraź sobie jaka tragedia: zostali kryminalistami, podobno zamordowali już kilka osób (są w mafii). Wiesz ja nawet chciałem jej pomóc finansowo, ale jakoś tak nie mogłem spojrzeć jej w twarz... w sumie mogłem choć wysłać jakiś przekaz anonimowo, ale jakoś tak nie pomyślałem... Ale żyje!, żyje do dzisiaj!

Któregoś tam roku, dawno to było, zagaworzyłem.... nie!.... chlapnąłem coś, nie na trzeźwo, mojemu oficerkowi, z którym piłem, no upił mnie cholera... no i coś tam wspomniałem o moim koledze, świetnie zapowiadającym się młodym naukowcu. Cholera to był  talent czystej wody... No i wyobraź sobie, że chłopcy bez mojej wiedzy wyrzucili go z uczelni i nie mógł kontynuować pracy naukowej ...trochę się załamał... ale teraz buduje w Niemczech domy (nawet dobrze zarabia). No, ale szkoda go... mógł być znanym naukowcem polskim. Ale żyje przecież...

O innych nic nie wiem, może w ogóle nie ma tych innych... przecież ja tam tylko jakieś gówna na nich pisałem...

Słuchaj! Przepraszam za to wszystko, głupio mi nieraz, ale przecież nie tylko ja i ważniejsi ode mnie też...! Nie chciałem!  Byłem wtedy młody i głupi miałem rodzinę i swoje ambicje, które mogłem spełniać. Nie nie chciałem tego wszystkiego, co się stało nieraz,

Ale... ale to było dawno. Ja się zmieniłem a po drodze zrobiłem tyle dobrego... No i mogłem robić to dobro, bo dawali mi coraz lepszą posadę, taką gdzie coś mogłem dobrego... wiesz... jakby nie oni to nic bym nie mógł tego dobrego zrobić... podobno zniszczyli moje papiery, ale ciągle coś tam chcą... no i ja muszę nieraz... a ja wiem cholera, czy nie mają dalej na mnie tych papierów?

Teraz też robię wszystko dla dobra ludzi i kraju... tylko nieraz... wiesz jak to jest... komuna minęła, ale chłopaki mają, chyba mają jednak na mnie te papiery i podobno jakieś filmy jak jadłem i piłem z oficerkami i te nasze rozmowy...  skur...syny jedne jedne, zabezpieczyli się... Więc od czasu do czasu coś mi każą, no i ja muszę... rozumiesz muszę... to dla nich robić, ale staram się aby to było jakoś tak gładko, choć nieraz nie jest tak gładko i trzeba ostrzej i jakieś tam im projekty prawne przez wejściem w życie, czy coś tam, ale nikogo nie zabijam ani oni dziś nie zabijają, no może nieraz... przecież tyle zrobiłem dobrego, więc jak nieraz coś tam muszę to trudno, mniejsze zło... oni też są wysoko i nieraz pomogą, nie tylko mi, ale i naszym też...

Nawet nieraz chciałem się przyznać... Tylko wtedy wszystko na nic, całe moje życie, życie innych, rodzina... a przecież tyle dobrego zrobiłem... no i wiesz... zagrozili mi, że ujawnią... a ja napisałem na lustracyjce, że ja nigdy, mhmmm...

Wkurza mnie, że cały czas jeszcze dają o sobie znać i ciągle coś chcą, ale lepsze to niż mój upadek i koszmar ludzi, którzy we mnie wierzyli i wierzą nadal i koszmar moich znajomych jakby się dowiedzieli i mój koszmar, i dzieci i.. a co ja ci będę mówił... a tyle dobrego przecież zrobiłem... po co to wszystko odgrzebywać, no po co?... było, minęło...

Słuchaj naprawdę... stałem się już inny, jestem nowym człowiekiem, w nowej Polsce... przecież ta komuna to przez nas padła, nie? Ta wolna Polska ku..wa to dzięki nam, no nie?... bez walki!

Ale ja tu ciągle o sobie... a co tam u ciebie...

(nagle dzwoni telefon.....mój znajomy chwilę rozmawia, kończy i rozpromieniony zwraca się do mnie)

Jest, jest, jest!!! Jak fajnie. Miałem przed chwilą telefon od mojego byłego oficerka. Chcą mnie zrobić premierem... Niedługo nominacja! Będę premierem dla dobra Polski i Polaków!

mhmmm.. a ... może załatwić ci jakiś stołek? Tyle w końcu już o mnie wiesz i tyle ci niepotrzebnie przy tej wódzi napaplałem... musimy trzymać się przecież razem... Wracam do żony z dobrą wiadomością... a wiesz, że ona teraz to ważna persona w dużej gazecie, tej naszej, jest...

-------------------

Nie zdążyłem  odpowiedzieć... Znikł jak kamfora.... zostawiając mnie w zadumie nad przesłaniem "Granicy" Z. Nałkowskiej, nad tym "wdepnięciem w gówno" na całe życie i nad starym powiedzeniem: "raz kurwa, zawsze kurwa"...

Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

środa, 9 grudnia 2015

III RP i przypadek Myszkiewicza, Niesiołowskiego zwanego Stefanem!

Od lat obserwuję coraz większy człowieczy i umysłowy upadek  etyczno-moralny Stefana Myszkiewicza vel. Niesiołowskiego i vel... coś tam jeszcze.

Ostatnie jego wypowiedzi trącą już jakimś niemalże opętaniem nienawiścią do wszystkiego co związane jest z polską rządzącą prawicą, z prezydentem A. Dudą i w ogóle z polskością. Od lat zresztą z jego paszczy wydobywa się śmierdzący jad, którego fetor - po przegranej B. Komorowskiego i PO - jakby się jeszcze wzmógł.

Ostatnio sugerował, że antyrządowe demonstracje przed siedzibą PiS, czyli - wedle niego - nowym Komitetem Centralnym mogą skończyć się jej podpaleniem:

"Kaczyński pełni dziś w Polsce mniej więcej taką funkcję, jak Jaruzelski w Polsce Ludowej. Jest faktycznie człowiekiem, który decyduje o wielu obszarach. A te, których nie kontroluje, zapowiedział, że chciałby kontrolować. W tej chwili porwał się na Trybunał Konstytucyjny, ale chyba go przegra dzięki Unii. Polsku z Unii nie wyprowadzi, bo to byłby koniec jego rządów. W związku z tym demonstracja będzie taka, jak pod domem Jaruzelskiego, bo tam jest władza. Demonstracje będą też przed tym nowym Komitetem Centralnym na Nowogrodzkiej [siedziba PiS - red.]. Być może to się skończy spaleniem tej siedziby, tak jak palono komitety PZPR, tak być może zapłonie komitet PiS-u. To zależy oczywiście od tego, co PiS będzie robiło" [1].

W innym miejscu znów daje o sobie znać jego "pisowskie zafiksowanie" i jakieś odmęty jego wspomnień o Stanie Wojennym oraz często stosowanej przez ZSRR  "bratniej pomocy", o którą dziś zwraca się do UE:

"Andrzej Duda jest pisowskim funkcjonariuszem i wykonuje dyrektywy PiS. Mam nadzieję, ze sędziowie - nielegalnie wybrani, pisowscy - nie będą orzekać, że stowarzyszenie Iustitia pozbawi tych ludzi - za sprzeniewierzenie się - prawa orzekania (...) Nasza broń, ludzi walczących o demokrację, jest jak w stanie wojennym - ulica! Demonstracje uliczne! I pomoc zagraniczna. Nie rozumiem naszej reprezentacji w PE - na co oni czekają? Co jeszcze musi się stać, żeby Unia Europejska w to wkroczyła?!" [2]

Nie omieszka też - niczym jakiś opętaniec i z jakimś szaleństwem w oczach - oburzać się na Krzyż zawieszony w kancelarii Premiera:

"Nie ma potrzeby demonstracyjnie wieszać tam krzyża. Krzyż jest w wystarczająco wielu miejscach w Polsce i wykorzystywanie krzyża w momencie, kiedy jest łamanie demokracji, kiedy jest polska wolność zagrożona, wyciąganie krzyża i pokazywanie jacy my jesteśmy katolicy, jacy my jesteśmy wspaniali, bronimy krzyża. Jeszcze raz mówię obrzydliwe [3]".

Kiedyś zaś raczył powiedzieć też takie coś:

"PiS chce kazać kobietom rodzić dzieci, o których wiadomo, że są kalekie? To coś nieprawdopodobnego! Miałem wujka inwalidę, wiem, jak wyglądają takie sytuacje w życiu".

Trudno oceniać S. Niesiołowskiego. Jedni widzą u niego cynizm, pogardę dla innych i zwykłe karierowiczostwo. Inni upatrują oznak jakiejś choroby natury psychicznej. Jeszcze inni nawet symptomy opętania, które wymaga egzorcyzmów.

Ja widzę po prostu w S. Niesiołowskim człowieka upadłego, upadłego totalnie i ten upadek nastąpił już dawno temu, kiedy donosił UB-kom na swoich kolegów z opozycji, na swoją narzeczoną, na swój niepodległościowy "Ruch", np. na temat swojej narzeczonej donosił:

"Pragnę jeszcze wyjaśnić, że pozyskałem, wiosną l969 roku jako członka naszej nielegalnej organizacji również Elżbietę Nagrodzką, zam. w Łodzi przy ul. Bydgoskiej 30 m.39. Nagrodzką zorientowałem kto jest członkiem organizacji na terenie Łodzi oraz poznałem z Andrzejem Czumą z Warszawy. Wiadomym mi jest, że Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia muzeum Lenina w Poroninie" [4].

Naprawdę. Nie oburzają mnie już słowa z jego ust płynące. Żadne! Powtórzę: patrzę jeno na tego człowieka jako na kwintesencję upadku, którego fundamentem jest kłamstwo... Jedno niemalże kłamstwo, które z tego człowieka zrobiło moralne, etyczne, ludzkie dno... Kłamstwo, które skończyło się powstaniem czegoś na kształt kanalii. Nie obchodzi mnie też, czy owe coś "na kształt kanalii" ma jakieś zaburzenia psychiczne, czy jest opętane, czy tylko stało się cynicznym i pozbawionym wnętrza konformistycznym oraz konsumpcjonistycznym a'la robotem.

I patrzę ze smutkiem na ten upadek... Na dosłowne nurzanie się w coraz większych odmętach zatrutej i chorej z nienawiści oraz złej duszy ludzkiej...

I mam też pytania do wszystkich tych, którzy tak przeciwni byli i są dalej lustracji...

Przez jej brak, przez to kłamstwo założycielskie III RP ileż takich Niesiołowskich przestaje być dosłownie już godnych nazywania człowiekiem?

Ileż takich Niesiołowskich ze strachu przed odkryciem tego kłamstwa, które zrodziło później gąszcz innych kłamstw jest gotowych nawet zabijać lub odmawiać godności życia innym... byleby taka postawa była akceptowana przez tych, którzy znają o nich prawdę, mają kopie ich teczek, wiedzą, że skłamali, itd...?

Czyż taki właśnie był cel nadrzędny przeciwników lustracji: posiadać "haki" i wiedzę na temat nieujawnionego kłamstwa innych... do końca ich dni... aż do ich upodlenia?

Czyż dlatego namówiono Wałęsę, aby wycofał po 5 minutach swoje oświadczenie z PAP-u w 1992 roku, w którym stwierdzał, że faktycznie podpisywał pewne dokumenty i rozmawiał często z UB. I Wałęsa wcale dziś mową nienawiści nie odbiega daleko od pana S.M.N.

Czy dlatego też taka władzę ma lub miała przez 26 lat Agora, GW i jej szef, który jako jedyny z tzw. "opozycji" miał wzgląd jako jeden z pierwszych do całości archiwum MSW w okresie zmiany rządów i transformacji ustrojowej?

Ludzie, którzy skłamali, których de facto nie zmuszono do ujawnienia prawdy a tym samym perfidnie upodlono... bywają gorsi niż kiedyś ich a dzisiaj nasi wrogowie posiadający wiedzę o ich kłamstwie... To taki syndrom np. kapo w obozie koncentracyjnym: z reguły bywał bardziej nikczemny niż jego Pan – niemiecki Hitlerowiec, bowiem musiał udowodnić swoje przywiązanie i przydatność oraz zasłużyć na jego łaskę.... a coraz większe okrucieństwo często też miało na celu wyzbywanie się własnego głosu sumienia.

Nie będę poszukiwał więcej porównań...


Dla mnie historia upadku i degrengolady Pana Stefana Myszkiewicza Niesiołowskiego jest historią upadku III Rzeczpospolitej... powstałej na fundamencie kłamstwa...


[1] http://wpolityce.pl/polityka/274379-to-przestaje-byc-zabawne-niesiolowski-nawoluje-do-demonstracji-przed-domem-kaczynskiego-i-siedziba-pis-i-sugeruje-byc-moze-sie-to-skonczy-spaleniem
[2] http://wpolityce.pl/polityka/274504-szewska-pasja-niesiolowskiego-nasza-bron-to-ulica-jak-w-stanie-wojennym-co-jeszcze-musi-sie-stac-zeby-unia-europejska-w-to-wkroczyla
[3] http://niezalezna.pl/73752-co-tak-przerazilo-stefana-niesiolowskiego-wpadl-w-szal-przez-krzyz
[4] Fragment protokołu z przesłuchania Niesiołowskiego z 29 czerwca 1970 r. [przesłuchujący: kpt. mgr Leonard Rybacki]. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI, strona 11 — 11) dowiadujemy się też np., że por. Dariusz Borowczyk z KM MO w Łodzi zanotował 20 czerwca 1970 r. o, godz.15.10, iż Stefan Myszkiewicz Niesiołowski przyznaje się do tego że istniał ,,Ruch”, że był organizacją konspiracyjną. Twierdzi, że nie było przywódców. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI, strona 11 -76) wynika już, zdradzał niemal wszystkich naokoło. Więcej też: http://www.scribd.com/doc/58939179/niesiolowski


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

poniedziałek, 26 września 2011

Tańcząca ludzka "Nicość" nad pękniętą "Struną" czyjegoś prawego życia...

Witam

Obejrzałem przed chwilą w TVP1 sztukę pt.: "Dolina Nicości" w ujęciu Wojciecha Tomczyka.

Reżyser - przedstawiając w sposób twórczy jedną z historii opisanych w książce Bronisława Wildsteina o tym samym tytule - opowiada historię znajomości dwóch dawnych przyjaciół z czasów studenckich: Jana Returna i Daniela Struny. Ich koleje życia po 1989 roku potoczyły się zupełnie odmiennie a przyjaciele stracili ze sobą jakikolwiek kontakt. Po latach dochodzi jednak do spotkania. Uwalnia ono falę skojarzeń, wspomnień, dygresji, wyrzutów sumienia oraz prób wewnętrznej i zewnętrznej relatywizacji oraz zaprzeczania winy "zdrady i współpracy z SB". W młodości obaj przyjaciele razem walczyli z komuną. Jan Return, który poszedł na współpracę z SB i doprowadził do aresztowania a później "wykreowanego przez SB uwolnienia" D. Struny, w wolnej Polsce - jako jeden z wielkich przywódców opozycji, "dzięki któremu uwolniono" m.in. D. Strunę -  zrobił wielką i wspaniałą karierę dziennikarza w Warszawie, opływa w luksusach wtulony w ramionach kolejnej zapewne kochanki... z cygarem w ustach... Daniel Struna, niegdyś charyzmatyczny przywódca grupy, w III RP został człowiekiem przegranym, popadł w alkoholizm, nie poradził sobie z poczuciem winy (został złamany w brutalnym śledztwie przez SB a sposób złamania tego wcześniej niezłomnego przywódcy wskazał właśnie jego przyjaciel Jan Return), funkcjonował na granicy życia i śmierci, by w konsekwencji popełnić samobójstwo...

Obejrzałem tą sztukę... Jej koniec... Cisza wokół... i tylko w mojej pamięci zostanie z niej chyba na zawsze obraz  kręcącej się pustej karuzeli życia... bez piekła i nieba... w dolinie nicości, relatywizacji wszelkich wartości... gdzie dobro i zło nie istnieją... nie ma winy i zdrady a jedynie cierpienie zdrajców, czyli ich - według nich - bohaterstwo...

Zapewne tego chcieliby wszyscy SB-cy i TW oraz wszyscy zdrajcy pracujący dla Komuny i z nią współpracujący, tej gloryfikacji ich sumień i cierpienia za zdradę, którą musieli popełnić... bo takie były uwarunkowania, tak ich złamano...

Niestety... zdrajca bez przyznania się do zdrady, skruchy, prośby o wybaczenie i zadośćuczynienie... pozostanie na zawsze ludzka kanalią... i tak jak główny bohater wyrzuci wspomnienia swojej zdrady  oraz  ludzkiej przyjaźni i wspomnienie czyjegoś życia na śmietnik... Dalej pójdzie sobie tańczącym krokiem dalej chłonąc życie i żyć nicością "zabijając" wyrzuty sumienia gloryfikacja i wybielaniem podobnych sobie podłych kanalii...

Ostatnia scena sztuki... Jan Return wyrzuciwszy wiersze przyjaciela, D. Struny (miał je wydać jako jego życiowy testament, ślad istnienia) odchodzi w dal tanecznym krokiem... "tańcząca ludzka nicość nad pękniętą struną czyjegoś prawego życia"...

Jak długo jeszcze będziemy znosić taniec tych ludzkich podłych "nicości" w naszej Ojczyźnie?
Jak długo?


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/; kjahog@gmail.com
Prośba: "Jeżeli korzystasz z wikipedii to sprawdź, czy treść informacji nie została ocenzurowana przez administratorów/cenzorów polskiej jej wersji - porównaj treść hasła z jego brzmieniem na obcojęzycznych stronach wikipedii, szczególnie tej anglojęzycznej!"

wtorek, 15 lutego 2011

M. Belka przeciw EURO, czyli "boczki" Pana Prezesa?

Witam

Od czasu do czasu dobrze poczytać sobie niektórych naszych – "szczególnie wybranych niekoniecznie ze względów merytorycznych" – ekonomicznych ekspertów zasiadających tu i ówdzie na  dość eksponowanych stanowiskach. Zdarza się im bowiem w swoich wypowiedziach zawrzeć nieraz choć część prawdy, może w sposób zawoalowany i nie bezpośredni... ale jakże to cieszy mimo wszystko...

M. Belka, szef NBP to postać dość wewnętrznie niespójna. Z jednej strony w niektórych kręgach uważany za bardzo dobrego, stonowanego i przewidywalnego oraz poważnego makroekonomistę (w tym przede wszystkim: makrofinansistę), z drugiej zaś wielu jest przekonanych o jego ubecko-wsiowej pracy jako TW "Belch" oraz powiązaniach przede wszystkim z tzw. światem międzynarodowej finansjery.

Można jeszcze znaleźć i trzecią, i czwartą "stronę" (czyli bok lub zdrobniale: boczek) jego politycznej oraz zawodowej  osobowości (zakładając, że jest się przestrzenną człekokształtną figurą geometryczną). Ten trzeci "boczek" można w bardzo wielkim skrócie nazwać: "na salonach poważna persona a za drzwiami z butów wychodzi słoma". Zdarzało się przecież naszemu premierowi, wicepremierowi, ministrowi finansów zaznajomić  innotypowo z Jenifer Lopez czy też publicznie mówić o "niechęci do kopania się z koniem". Tę stronę pomińmy... może nieraz jako polityk trzeba dla uwiarygodnienia i zapamiętania przez przyszłych wyborców wystrzelić w przestrzeń medialną słowne co najmniej newsy, które dają naszym dziennikarzynom żer dla ich wierszówek...

Istotniejszy - z punktu widzenia interesów Polski - jest natomiast czwarty "boczek"  Pana M. Belki (powiązany z drugim), na podstawie którego można domniemać o jego niezbyt chlubnej i wręcz przebiegłej działalności na szkodę naszego kraju... no może li tylko na rzecz "możnych tego finansowego świata". Przecież nie trudno posługiwać się sloganem: "lepiej dla mnie i moich rodaków kumplować się z finansowym Panem niż występować przeciw niemu".

Z pewnością "niezbyt chlubna" część czwartego "boczka" to niejasna, ale chyba pierwszoplanowa i zarazem negatywna rola M. Belki w prywatyzacji wszech czasów, czyli polskiego PZU. Polecam obejrzenie filmu wyemitowanego przez TVN - sić! – poniżej:


Oczywiście Pan M. Belka zawsze twierdził, że nie miał nic wspólnego z prywatyzacją PZU. Wyszukał nawet winnych tym insynuacjom w świecie niejakich wiewiórek: "Nie doradzałem, nie byłem informowany – wielokrotnie powtarzał premier, spekulując nawet skąd legenda o jego udziale w procesie prywatyzacji PZU. Wg niego „gębę” dorabia mu były prezes PZU Życie Grzegorz Wieczarzak. Jeżeli tysiąc wiewiórek mi to mówi, no to zaczynam w to wierzyć - mówił Belka (...) To nie są wiewiórki, które mają rude kity, ale pełno ich na ulicach Warszawy. My do tego świata wiewiórek należymy...".

Niemniej w kontekście "wiewiórkowych insynuacji" zostanie przez M. Belkę szefem NBP po tragicznie poległym Sławomirze Skrzypku jest B. (k...) majstersztykiem. Usadowienie na tym newralgicznym miejscu tak naprawdę - jak się wydaje -przedstawiciela pewnych kół finansowych związanych z BŚ i MFW gwarantuje niejakiemu quasi "prezydentowi" swobodę w pełnieniu roli politycznego namiestnika jego wschodnich gospodarzy "głuszcowych polowań rosyjskich".

Do wyjaśnienia pozostaje też "przebiegłość" owego czwartego "boczka" Naszego szefa NBP. Analizując jego ogólnie dostępny życiorys w wikipedii  można dojść do przedziwnego wniosku: Belka to polityczny PECHOWIEC... albo właśnie może przebiegły cynik lub szantażysta emocjonalno-polityczny. Przez większość przecież swojej polskiej kariery politycznej zawsze dochodził do stanowisk w sposób cokolwiek zastanawiający a żegnał się raczej z funkcjami bardzo szybko, co utrudnia historyczne zweryfikowanie jakichkolwiek jego działań. Tak dla zobrazowania:
–  w PRL działacz ZSP, Związku Socjalistycznej Młodzieży w Polsce i PZPR,
– cały czas skupiony na współdziałaniu z SLD a szczególnie wokół A. Kwaśniewskiego i jego zaplecza. Formalnie związany z partią w tłustych dla tej formacji latach 1999-2005 (szczególnie do afery Rywina),
–  w 1996 zostaje też konsultantem Banku Światowego...
... i teraz...
– w lutym 1997 powołany przez W. Cimoszewicza (na miejsce G.W. Kołodki) na funkcję wicepremiera i ministra finansów by już w październiku odejść wraz z całym rządem SLD po przegranych wyborach (oj biedaczek przepracował te 6 miesięcy gwarantujące mu rządowe odprawy i nie tylko...),
–  w październiku 2001 ponownie zostaje wicepremierem i ministrem finansów (tym razem - o dziwo - powołany przez  Leszka Millera) by... odejść już w lipcu następnego roku (oj! znów powyżej 6 miesięcy) po drodze wprowadzając znienawidzony przez większość tzw.: "podatek" Belki od dochodów kapitałowych (przez instytucje finansowe swobodnie omijany),
–  24 czerwca 2004 roku zostaje, z trudem i po wątpliwym etycznie manewrze A. Kwaśniewskiego, Premierem RP by zdać urząd po niespełna roku. Jakiż on był w tym 2004 roku biedny: za pierwszym razem (w maju) nie uzyskał jako kandydat na premiera wotum zaufania w Sejmie. To jego pryncypał postanowił nie wystawiać nikogo innego... tylko ponownie M. Belkę... Tak to - głosując do skutku na tę samą kandydaturę - można w końcu uzyskać oczekiwany efekt (dygresyjnie: mieli się od kogo uczyć unijni socjal-globalistyczni komisarze polityczni nakazując ponownie głosować w sprawie Traktatu Lizbońskiego Irlandczykom... nic tylko uczyć się od "bratnich komunistów"....),
– od 2005/2006 roku aż do czasu  "nagłej i niespodziewanej pustki" na stanowisku Prezesa NBP, nasz nietypowo znajomy z J. Lopez znalazł sobie posadki (albo jemu je wyznaczono): sekretarza wykonawczego Komisji Gospodarczej ONZ ds. Europy (UNECE: 2006-2008/2009) oraz dyrektora Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego (2009-2010) (oj ciekawie... czyżby MFW wyznaczył na stanowisko niezależnego szefa NBP swojego człowieka tak jak G. Soros i jego pokątni niejakiego bez-peselowca i licencjata z dziedziny ekonomii Jana vel. Vincenta Rostowskiego na polskiego ministra finansów? Jedyna pociecha w tym, że merytorycznie M. Belka wobec Jana Vincenta jest jak zapach odświeżacza powietrza wobec niektórych nieprzyjemnych zapachów, który ma neutralizować...).

Jakoś tak w Polsce politycznie dla niego wszytko zdarzało się przypadkiem lub zrządzeniem losu a na zewnątrz od 1996 swobodnie i stabilnie cały czas związany z BŚ i MFW... ale może to tylko dzięki jego wiedzy ekonomicznej? Któż to wie...

No, ale wracając do mojej jego delikatnej pochwały wyrażonej w pierwszym akapicie... Otóż tak sobie czytam jego ostatnią wypowiedź z dnia wczorajszego  a w niej swoisty "zgrabeł"* słowny przeplatany jednak niekiedy słusznymi i zaskakującymi stwierdzeniami. Te ostatnie to jakże odkrywczy i w sumie logiczny argument wyrażony sformułowaniem: "Polski system finansowy i gospodarka pozostają odporne na kryzys zadłużenia w niektórych krajach strefy euro" (źródło: j.w.). Jakże radośniej robi się w sercu: nasz Prezes NBP jawnie (albo w domyśle) stwierdza, że EURO w Polsce uczyniłoby ją nieodporną na kryzys... Konstatując: więc po co w ogóle ta waluta skoro generuje kryzysy?

Zgrabeł natomiast tkwi w innych ciekawych wypowiedziach naszego Prezesa, co poniższymi cytatami śpieszę Wam przedstawić:

Pan Profesor stwierdził m.in., że  "Bezrobocie rośnie, ale zatrudnienie też", co dla niego jest zjawiskiem pozytywnym, bowiem oznacza zwiększenie aktywności zawodowej Polaków a fakt zwiększania się liczby bezrobotnych wynika np. z faktu: "...zmian w systemie emerytalnym – te słynne emerytury pomostowe – (powodują, iż emeryci pomostowi- dop. - kj) zostają w sile roboczej dłużej. Być może mamy też do czynienia ze statystycznym wyrażeniem powrotów z emigracji..." (źródło: j.w.). Co prawda prezes mówi, że  statystycznie zimowy wzrost stopy bezrobocia jest wyższy niż zazwyczaj, ale przecież nie jest to tragiczne bo zatrudnienie wzrasta ogółem! Doprawdy jakieś to kuriozalne poszukiwanie wytłumaczenia wzrostu bezrobocia i wprost na siłę przekuwanie go w sukces... Rodzi się zadanie prostych pytań: Czy Pan Profesor mówił o gospodarce polskiej jako zamkniętej a o obywatelach polskich pracujących za granicą jako nieklasyfikowanych statystycznie? I czy ich powrót (po chóralnym "wygonieniu" ich PR-wą Tuskową propagandą z Polski) jest dla polskiego rządu tak niebezpieczny? Czy emeryci i renciści nie mają prawa pracować, skoro dostają swoje wypracowane latami środki w wysokości co najwyżej 1/3 uposażeń unijnych a jednocześnie rząd D. Tuska okrada ich z tej namiastki wolności emerytalnej jaką miały dawać fundusze zgromadzone na OFE?,

Szanowny Pan M. Belka nie zapomniał też dodać, iż: "W większości krajów, przyspieszyło tempo wzrostu gospodarczego. W Polsce także. W tym roku będziemy (mieć - dop. k.j.) stopniowe, ale powolne ożywienie w gospodarce światowej. Kraje wysoko rozwinięte odbijają się od dna kryzysu (...) wzrost PKB (w Polsce - dop. k.j.) w 2011 r. może przekroczyć 4,0 proc. W 2010 roku wzrost PKB wyniósł 3,8 proc. (...) Czynnikiem ryzyka dla wzrostu gospodarczego, zarówno w Polsce, jak i na świecie, jest konieczność przeprowadzenia konsolidacji fiskalnej. Czynnik ten jest szczególnie istotny dla państw w trudnej sytuacji fiskalnej (...) w sytuacji niepewności co do wzrostu gospodarczego na świecie, należy prowadzić ostrożną politykę dywidendową". Ciekawe... Czy nasz Prezes NBP jest PEWNY przyspieszenia wzrostu gospodarczego na świecie i w Polsce, czy może raczej jest zwolennikiem twierdzenia o występującej sytuacji NIEPEWNOŚCI co do jego wzrostu?

Galopując słowotokiem Prezes NBP raczył nas także oświecić stwierdzeniem: "Zadowalająca płynność przedsiębiorstw oraz niska skłonność do inwestycji wpływała jednak negatywnie na popyt na kredyty, szczególnie inwestycyjne (...) ...wielkość kredytów dla przedsiębiorstw w Polsce jest bardzo niska. A nawet zawstydzająco niska. Jeżeli nawet dane statystyczne nie ujmują rzeczywistości w sposób poprawny to statystyki mówią: wielkość kredytu bankowego dla przedsiębiorstw to tylko 16 proc. PKB". Skądinąd słuszna konstatacja Pana Prezesa ma się jednak nijak do prowadzonej przez niego polityki monetarnej ograniczającej popyt na kredyty ze strony przedsiębiorstw i gospodarstw domowych... "Podaż pieniądza (M3) w styczniu 2011 r.spadła o 1,8 proc. mdm, czyli o 14.170,9 mln zł i wyniosła 768.362,3 mln zł - podał NBP (...) Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie znacznie wyżej podniesie stopy procentowe, aby zapobiec wyższej inflacji, co spowoduje schłodzenie gospodarki i wyraźne wyhamowanie wzrostu gospodarczego - uważa Jerzy Hausner, członek Rady (...). (źródło). Ojojoj... najpierw zamyka się pieniążki w swoim sejfie a potem narzeka, że są zamknięte w tymże sejfie...

I na koniec pragnę tylko tak dla uspokojenia własnego sumienia zadać naszemu Prezesowi NBP jedno pytanie... Czy dalej płacimy za elastyczną linię kredytową MFW, czyli za samą "gotowość MFW do udzielenia kredytu" około 200 mln USD rocznie podczas, gdy - podobnie jak w latach ubiegłych -  "Polska nie wykorzystuje środków przyznanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w ramach elastycznej linii kredytowej (FCL) - wynika z cotygodniowego raportu MFW na temat jego działalności finansowej" (źródło: j.w.). A tragicznie zmarły S. Skrzypek robił wszystko, żeby nie dopuścić do podpisania owej umowy...

 Pozdrawiam

P.S. A może ktoś zna jeszcze inne "boczki" naszego Prezesa NBP?...

* "Ze zgrabłem (w niektórych częściach kraju, zwłaszcza na wschodzie, narzędnik, dopełniacz, biernik posiadają przyrostek -ełem) mamy do czynienia, gdy dana osoba, wypowiadając się na jakiś temat, trafnie dobierze słowa, które opisywać będą wewnętrznie sprzeczny lub po prostu pozbawiony sensu komunikat. Subiektywność towarzysząca odbiorcy zakłada jednak względność zgrabła (-eła). Stąd, dla jednego zgrabłem (-ełem) będzie wypowiedź, która dla innego jest logiczna i – co istotne – zgodna z przekonaniami odbiorcy.." (źródło)




ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD... http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

czwartek, 4 lutego 2010

Kiedyś zabiłem... Będę ministrem dla dobra Polski!

Wśród rzeszy urzędników państwowych  opłacanych z naszych ciężko zarobionych pieniędzy krążą TW, czyli tajni współpracownicy komunistycznych służb specjalnych.

Przemykają po sejmowych korytarzach, zostają radnymi, prezesami spółek Skarbu Państwa, kandydują na najwyższe urzędy państwowe, zostają nawet ministrami...

No cóż... a, że świat mamy teraz zwirtualizowany spotkałem wczoraj wirtualnego, nierzeczywistego mojego dawnego "znajomego" ze studiów. Chłop się trzyma. Elegancko ubrany, dobry samochód i oczywiście dobre państwowe stanowisko, dające możliwość nieograniczonej niczym kariery... aż do ministra włącznie.

Na mój widok morda mu się uśmiechnęła i zaprosił mnie na zakrapiany obiad do, a jakże, jednej z najdroższych restauracji w moim mieście.

Zawsze jest przyjemnie pogadać o swojej młodości, szalonych czasach studenckich, imprezach, egzaminach. Z chęcią więc przystałem na propozycję, pamiętając jednak żeby nie zadać mu jednego wszakże pytania: jak On w ogóle skończył te studia, skoro się nie uczył a jego wiedza ekonomiczna zawsze wprawiała mnie w dobry humor (tak to pamiętałem... studiowaliśmy ekonomię).

Nie rozpisując się zanadto: po zjedzeniu pysznego obiadku i wypiwszy kilka głębszych oraz po dłuższych wspominkach nagle wypalił.... wiesz już od studiów pracowałem dla Komuny jako TW!.

Przyparło mnie do krzesła, ale widząc, że prawdopodobnie chłop ma potrzebę wygadania się pozwoliłem mu dalej mówić. Oto co usłyszałem o tej jego współpracy....



Musiałem jakoś skończyć te cholerne studia, więc się zgodziłem. Miałem obserwować członków NZS, ale uwierz nic w sumie na nikogo nie doniosłem... no może raz cholera.... na takiego jednego, co mi ukradł dziewczynę... wywalili go, ze studiów... należało mu się,
 

Wiesz jak to jest... musiałem później dalej współpracować i coś tam pisywać do tych swoich oficerów prowadzących. Jak już raz wdepniesz w gówno to niestety.... musiałem... wiesz... ale zawsze starałem się, żeby nikomu nie zrobić krzywdy. Nie zawsze się to udało, czego żałuję...
 

Kiedyś doniosłem politycznie na swojego kolegę...sorry aresztowali Go i tak pobili, że zmarł w szpitalu,
 

Kiedyś coś nieopatrznie naopowiadałem mojemu oficerowi prowadzącemu na temat mojej koleżanki i stała się tragedia: - nie chciałem tego - ale Ona nie wytrzymała przesłuchania i popełniała samobójstwo... skąd mogłem wiedzieć!,
 

Innym razem znów moim oficerom prowadzącym chlapnąłem coś nieopatrznie na temat innego mojego znajomego i musiał uciekać z kraju zostawiając niepracującą żonę z dwójką dzieci... no i ona musiała wszystko sprzedać żeby z czegoś żyć. Ciężko pracowała, nie miała czasu na wychowywanie i pieniędzy na kształcenie synów. Pozbawieni ojca dorastali praktycznie sami i wyobraź sobie jaka tragedia: zostali kryminalistami, podobno zamordowali już kilka osób (są w mafii). Wiesz ja nawet chciałem jej pomóc finansowo, ale jakoś tak nie mogłem spojrzeć jej w twarz...
 

Któregoś tam roku, dawno to było doniosłem.... nie nie doniosłem!.... chlapnąłem coś, nie na trzeźwo, mojemu oficerkowi, z którym piłem o moim koledze, świetnie zapowiadającym się młodym naukowcu. Cholera to był  talent czystej wody... No i wyobraź, że Chłopcy bez mojej wiedzy sprawili, ze wyrzucono Go z Uczelni i nie mógł kontynuować pracy naukowej ...trochę się załamał... ale teraz buduje w Niemczech domy (nawet dobrze zarabia). No, ale szkoda Go mógł być znanym, światowej sławy naukowcem polskim.
 

Słuchaj! Przepraszam za to wszystko! Nie chciałem!  Byłem wtedy młody i głupi miałem rodzinę i swoje ambicje, które mogłem spełniać. Nie nie chciałem tego wszystkiego, co się stało potem.
 

Ale... ale to było dawno. Ja się zmieniłem.
 

PRZYZNAŁEM SIĘ PRZECIEŻ, ŻE BYŁEM TAJNYM WSPÓŁPRACOWNIKIEM KOMUNISTYCZNYCH SŁUŻB BEZPIECZEŃSTWA! To mało! Wiesz ile mnie to kosztowało i jaką cywilną odwagą musiałem się wykazać i ją posiadać, żeby się przyznać!
 

STAŁEM SIĘ NAPRAWDĘ DOBRYM, INNYM, NOWYM CZŁOWIEKIEM. W NOWEJ, WOLNEJ POLSCE!
 

PRZEZ TE WSZYSTKIE LATA MIAŁEM PIENIĄDZE NA KSZTAŁCENIE SIĘ ZA GRANICĄ. JESTEM NAPRAWDĘ TERAZ DOBRYM FACHOWCEM. JESTEM KOMPETENTNY I PRACOWITY.
 

Wiesz... CHCĘ BYĆ MINISTREM!


(nagle dzwoni telefon.....mój znajomy chwilę rozmawia, kończy i rozpromieniony zwraca się do mnie)


Jest, jest, jest!!! Jak fajnie. Miałem przed chwilą telefon od Donka. Niedługo nominacja! Będę ministrem dla dobra Polski i Polaków!

(... i znikł jak kamfora....)

Pozdrawiam

ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD...

niedziela, 20 grudnia 2009

UWAGA! T. LIS... KOLEJNA PONIEDZIAŁKOWA MANIPULACJA!

Witam


Zbliża się poniedziałek... przedświąteczny... Ja już dziś ubrałem choinkę, ku radości mojej 6-letniej siostrzenicy.
Radości było co niemiara i obiecuję, że dla Was drodzy blogowicze we wtorek, ku również Waszej radości i także mojej satysfakcji, w godzinach porannych przedstawię szczegółową analizę spotkania Pana A. Olechowskiego z Tomaszem Lisem.
Ten ostatni, hiena dziennikarska III RP - a owszem - po spotkaniu z Wolskim-Jaruzelskim (które już zdążyłem opisać ze szczegółami socjotechnicznymi) zaprosił do swojego programu nie kogo innego, jak hienę PRL-owskich, antypolskich służb specjalnych...A. Olechowskiego, który w programie ma ogłosić, czy będzie kandydował na urząd Prezydenta RP (sic!).

Scenariusz Chłopców jest realizowany konsekwentnie (zapraszam na mój blog i stronę internetową w bloggerze - sorry za autopromocję!).
Postaram się zdezawuować zarówno T. Lisa, jak i A. Olechowskiego (Bildenberga i nie - Polaka... ku rozpaczy Lemingów). I to nie dlatego, że ich pieniacko nienawidzę i zieję złością, ale dlatego, ze działają (obydwoje) na skodę Polski i jej Obywateli, czyli Nas.
Jakże bym się cieszył, gdybym się pomylił (byłbym gotowy całować stopy i Lisowi i Olechowskiemu), ale znając scenariusz (i pytania!) owej, dopiero poniedziałkowej rozmowy, jestem zdegustowany i przerażony.
POLACY! (mówię to i do siebie) NIE DAJCIE SIĘ zmanipulować!

Pozdrawiam

P.S. W odpowiedzi na wiele pytań internautów pragnę jedynie powiedzieć, że dla mnie każde zwierzątko jest śliczne, nawet hiena, szczur czy lis... tak więc przypisywanie przeze mnie cech zwierzęcych ludziom jest (z mojego punktu widzenia) nigdy nie jest pejoratywne a tylko dla nich korzystne. I tak też proszę traktować użytą przeze mnie nazwę zwierzątka: "hiena", tym bardziej przed Wigilią, gdzie wszystkie nasze wspaniałe zwierzątka mówią ponoć ludzkim głosem.

ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD...