Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 kwietnia 2017

Ideologia nie jest nauką ani wiarą, ani filozofią!

Ideologia jest - najogólniej mówiąc - zbiorem poglądów i osądów, które w przekonaniu określonej grupy społecznej wyrażają jej interesy i o tyle są akceptowane w ramach tej ideologii, o ile pozostają w zgodzie z subiektywnym odczuciem tej grupy społecznej i współprzyczyniają się do osiągnięcia przez nią - stawianych właśnie jedynie przez nią - celów głównych czy pośrednich prowadzących do celów głównych.

Takie ujęcie sprawia, iż ideologia nie może być oceniania w kategoriach teoretycznych, w tym aksjologicznych. Nie można do niej odnosić kategorii: prawdy czy kłamstwa, piękna czy brzydoty, miłości czy nienawiści, dobra czy zła, realizmu czy odrealnienia, mądrości czy głupoty, rzeczywistości czy utopii, normalności czy szaleństwa, nieba czy piekła, człowieczeństwa czy antyczłowieczeństwa, obiektywizmu.

Dla zwolenników i propagatorów danej ideologii to właśnie jedynie ona jest niebiańsko piękna, całościowo prawdziwa (w tym naukowo), miłościwa, dobra, realna, mądra, obiektywna, humanitarna, ludzka, normalna, rzeczywista i jedyna. I dla takiej grupy społecznej wszystko inne jest odwrotnością tych kategorii i winno być unicestwione, zwalczone. Ideologia więc tworzy duchowy, psychiczny i fizyczny totalitaryzm, co jest a'priori antyludzkie, anormalne i nietolerancyjne, bowiem odbiera człowiekowi wolność ducha, myśli i działania.

I takie ideologie jak: rewolucjonizm, demokracja, marksizm, feminizm, komunizm wojenny, nazizm, socjalizm, komunizm kulturowy, konsumpcjonizm, nihilizm, liberalizm, demoliberalizm, politpoprawność, wartości humanistyczne, LGBTQ, gender, islamizm...są kwintesencją antyludzkiego zła w czystej postaci.

To wyżej to zwykłe ideologie oderwane od nauki, wiary i filozofii, oddalone od istoty człowieczeństwa, to chronologicznie przedstawiony upadek indywidualizmu człowieka, to powolny upadek - powtórzę - człowieczeństwa .

Nie ma żadnej korelacyjnej zależności między wiarą, filozofią i  nauką a tymi wyżej wymienionymi ideologizmami.One są totalitarnie antyczłowiecze i takie pozostaną, i z nimi każdy normalnie myślący (homo-sapiens!) oraz czujący człowiek powinien walczyć wszelkimi dla niego możliwymi metodami.

To takie ludzkie: odczuwanie, logiczne i abstrakcyjne myślenie, tolerancja, odmienność jednostki - indywidualizm w każdym obszarze, wiara, miłość, wiedza, poczucie piękna i dobra, umiejętność postrzegania zła i brzydoty, poszukiwanie i zdobywanie wiedzy oraz informacji, akceptacja prawdy i negacja kłamstwa... Bądźmy ludźmi a nie zmanipulowanymi i odmóżdżonymi pacynkami poruszanymi przez innych!

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

wtorek, 10 kwietnia 2012

Uwikłane obecnym życiem pokolenie "Klubowiczów"

Witam bardzo serdecznie

Obecna wersja postu pierwotnie opublikowana została podczas zaplanowanej przeze mnie przerwy w dostępie do mojego autorskiego bloga. Przepraszając za zamieszanie umieszczam go ze względów przede wszystkich archiwalnych oraz dla tych, którzy czytają moje posty tylko na moim blogu. Opublikowany został na forach w dniu 31 marca w godzinach wieczornych.

---------------------------------------------------------
"Stylizowane meble, nowa terenówka co trzy lata, markowe ubrania na każdy sezon, dwupoziomowy apartament i na deser wakacje, do tego podziw bliskich, szacun sąsiadó i zazdrość kumpli. Nawet tych, których śę ledwo pamięta... Wedłu rodziców Miłki to wystarczy, aby stać się najszczęśliwszą osobą na świecie. Ona jednak uważa inaczej. Nie chce być dłużej grzeczną dziewczynką. Próbuje kroczyć własną ścieżką, a nie tą wyznaqczoną przez idealną starszą siostrę (zwaną tą Pierwszą) i rodzinę, dla której liczy się zachowanie pozorów..."
(Cytat z odwrotnej strony okładki: Izabela Sowa, Agrafka, Nasza Ksiegarnia, Warszawa 2009)
Ten jej świat to ścieżka, droga powrotna do normalności i ładu człowieczego istnienia na tej naszej Ziemi, gdzie najważnieszy jest człowiek i to co ma w środu a nie to czym i jak się otacza....
------------------------------------------------------------------------------
Opowieść o Kevinie to "tylko taka historia o szybkich czasach, o wyscigach szczurów, o zagubionych ludziach pozbawionych marzeń, spokoju i czasu - czasu na życie, na myślenie, na uczucia".
Kevin był bardzo lubianym mężczyzną około 30-tki. Osiągnął sukces zawodowy, jako singiel i przystojny w oczach kobiet mężczyzna, był dla singielek obiektem, o którego toczyła się między nimi walka... co mu zresztą bardzo odpowiadało i zaspakajało jego męskie ego. W ciągu tygodnia był pedantycznym aż do przesady, mężczyzną z zasadami, typowym polskim "yuppies" - reprezentantem dwudziestikilkulatków kończących studia w latach 90-tych XX wieku a dziś już ludzi około 40-50 letnich, posiadających już nierzadko własne dzieci a nawe wnuczęta. W tzw. weekendy (piątkowe popołudnie do niedzieli wieczór lub... poniedziałku) wtedy stawał się zupełnie innym człowiekiem, bywalcem klubów otwartych nieraz i całe noce, niemal alkoholikiem i narkomanem (amfetamina, kokaina), dziwkarzem i wszystkim, co było przeciwiństwem Kevina z "tygodnia pracy"...
Kevin to typowy właśnie przedstawiciel pewnej grupy a nawet pokolenia wiecznie przed czymś uciekającego lub wiecznie za czymś goniącego. "Stał się dla niej (autorki opowoieści) symbolem, znakiem czasów (...), pokoleniem, które uciekało od osaczającego świata. Sposoby ucieczki były różne: narkotyki, alkohol, krótkie, szybkie związki bez zobowiązń, bez uczuć. Czasem ucieczka w chorobę a czasem wszystko naraz".
Całe życie Kevina i nurtujące go we wnętrzu rozterki, każde drżenie serca i niepokój, każde zdenerwowanie i tęskonota za niespełnioną i utraconą z jego winy (imprezy, alkohol, hulaszczy tryb weekendowego życia), pytania o sens istnienia i dalszego życia... kierowały go w jedną, dobrze znaną mu stronę - klub! Wiedział, że tam ""poczuje się bezpiecznie, uwolni się od złych myśli (...) Wchodząc do klubu czuł jak jego puls się uspokaja. Panika znikała (...) "Klubowicz", tak ktoś o nim powiedział. Wtedy oburzył się na to określenie"", ale tak w istocie było - uciekał przed światem w tą atmosferę anonimowości, azylu bezpieczeńsstwa, ułudy braku problemów, tej niby wolności... zwodniczej kolorowym opakowaniem a wewnątrz ukrywającej tak naprawdę zniewolenie...
Takie życie w końcu zawsze prowadzi do degrengolady, niemal dwoistości natury: tej poprawnej (a może tylko odgrywanej jak robią to aktorzy) i tej zupełnie innej, w której Kevin pogrążał się w nicości bytu przedłużanego kolejną teqilą, alkoholem, przypadkowym seksem czy narkotykami. Kevin też w tej wieczxnej ucieczce, wiecznym lęku i strachu "dostrzegł wyraźnie bezsens tego, co robi. Praca, dom, spotkania ze znajomymi. Te same rozmowy, rytuały, powtarzana schematyczne zachowania (...) Swiadomość tego spadłą na niego tak nagle, że poczuł zawrót głowy. Chciało mu się płakać i krzyczeć"!
Dlaczego? "Dlaczego na każde niepowodzenie, na jakieś potknięcie czy normalne dla każdego innego człowieka gorsze momenty w życiu, Kevin reagował niemalże tak samo: uciekał, bo tylko tak można było nazwać - powracanie w podobnych sytuacjach sytuacjach do tych samych miejsc - do klubów, gdzie był anonimowy, a jednak swój. Jak większość bywalcówchował się tutaj przed samym sobą".
Dlaczego? Czyżby ten współczesny świat wytworza ( już wytworzył albo ma zamiar) człowieka, który ma być wyzuty z wszelkiej wrażliwości, z wszelkich wartości, z własnwej tożsamości. Czyżby miał on być wiecznie samotny i zagubiony a takiw emocjonalne stany jak radość i szczęcie codziennego życia, ciepło rodzinnej miłości i wzajemnego szacunku mają zostać (już zostały?) zapomniane, zamienione w pył...?
Dlaczego? Bowiem brak nam tak naprawdę tej miłości do drugiego człowieka, tej miłości czystej, nieskalaneej zawiścią, złością, gniewem , żalem, zazdrością i innymi złymi emocjami:człowieka do człowieka. Człowiek zaczął gardzić innym człiwiekiem, często tylko dla tego, że jego opakowanie jest ładniesjsze a on ma więcej talentów... chciciaż winien wiedzieć, że talenty to dar, który nie jest jego... winien je rozwijać, ale ni utożsamiać ze sobą, swoją osobowością. Właśnie nad ciałem u imysłem oraz wnętrzem winien pracować...
Ta osamotniona "kasta" pojeyńczych singli to grupa zagubionych ludzi, strasznie właśnie samotnych, bez miłości, wiary, nadziei, wewnętrznie puści i odczłowieczeni... Im jednak człowiek wrażliwszy, bardziej ludzki, tym bardziej jest w stanie odczuć straszną przestrzeń tej pustki i tym bardziej cierpi, bo wie, że można inaczej... może tak jak kiedyś... Oni wiedzą, że jedyną dla nich szansą jest odkrycie własnycg odczuć, uczuć (emocji), a przede wszystkim miłości, miłości tej jedynej, szczerej, prawdziwej i bezinteresownej...
I o dziwo, gdy ta miłość nadchodzi... tracą ją często w sposób zupełnie niezrozumały dla otoczenia. Ogarnia ich paniczny strach przed tą miłością, chcą jej i boją się, że jej nie sprostają, że im się nie należy... bo ich dusze zostały już wyprane z emocji, są puste. Tak naprawdę nie chcą jej, bo boją się, iż... mogą ją utracić... i tracą ją...
"...-Kevin, proszę, nie dzwoń więcej, umówiliśmy się, pamietasz? (...) - Jesteś zwykłą szmatą! - wrzasnął. Rozłączyła się. Rzucił telefonem o ścianę. Rozbił się w drobny mak. Nie umiał potem określić, jak długo pił, spał, śnił koszmary, wymiotował i znowu pił. Później, po wielu miesiącsach (psychoterapii - dop. kj) dowiedział się od matki, jak to sąsiedzi opowiadali o dzikich krzykach doch z jego mieszkania albo o tym, jak śpiewał i tańxczył z butelką w ręku nago na balkonie. W końcu dowlókł się do łazienki. Puścił wodę. Rozebrał się. Przygotował nożyki do golenia. Wszedł do wanny i pomału przeciął sobie żyły na obu przegubach. Nic nie czuł. Wydawało mu się, że leci gdzieś wysoko. Zamknął oczy..." . Uratowała go matka, jej serce wiedziało, że jego milczenie było milczeniem niezwykłym i przerażająco groźnym...
Kevin przeżył i co dalej...? Jak tak naprawdę chronić kogoś przed nim samym, gdy na zewnątrz wydaje się, że jest ze stali a wewnątrz jest tylko niwidocznym okruchem samotności i rozchwianej - obecnym tempem i treścią dizsiejszego realnego życia - duszy?
Jedno jest pewne! Nie można uciekać, bać się, lękać, być rozgoryczonym i ciągle wspomoinać to, co uciekło... Nie wróci! Trzeba dalej szukać miłości, która utuli i da spokój ducha, radość życia, piękno wolności od wszystkiego i piękno wolności oddania siebie całego drugiemu człowiekowi, którego się naprawdę kocha, szczerze, bezinteresownie... gdzie ważniejsze jest "...doznawanie a nie rejestracja rzeczywistej teraźniejszości, gdzie nie trzeba robić zdjęć, aby pamiętać i czuć, patrzeć i słuchać, smakować drugiego człowieka, naaszą ukochaną (ukochanego)". Aby kochać wysarczy serce i dusza, rozum jest zbędny tak jak zbędne dla prawdziwej miłości są wyszukane szaty i popmpatyczne ceremonie ślubne...
Kevin szukał i w końcu znalazł swą miłość, szczerą, opartą na prawdzie...
I znów - chociaż 20 lat później - depresja i wszystko, co było z nią związane (kluby, alkohol, kobiety, narkotyki, oderwanie od życia na zawsze) mogły go już ostatecznie pogrążyć i po raz kolejny mógł utracić kolejną obietnicę i szansę szczęścia bycia z drugą osobą i już swoimi i jej dziećmi. Jednak - jako już dojrzały 48 latek - wygrał! Uświaadomił sobie, że "tylko od niego zależy jakie rozwiązanie wybierze (...) On (dzisiejszy -dop. -kj) Kevin z realnego świata chce żyć, chce widzieć jak rosną jego córki, jakie drogi wybiorą dla siebie. To jest naprawdę ważne. Chce zestarzeć się z Dorotą, o ile ona będzie tego chciała. Idąc obok, Dorota słuchała go z wielką nadziją. Po raz pierwszy Kevin mówił otwarcie, że jedną z dróg, najprostszą z pewnegp punktu widzenia jest ucieczka przed życiem. On jednak wybrał inaczej. Podejmie kolejne próby stawiania mu czoła..."
(Wszystkie cytaty tej części postu (pomiędzy liniami przerywanymi) pochodzą z książki: Anita Bartosiewicz, Klubowicz, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2008)
---------------------------------------------------------------------
Kevin to moje pokolenie, pokolenie 40-50 latków, które omamione pseudowolnością i pseudokapitalizmem Polski po 1989 roku zatraciło siebie. Kevin to też ta część mojego pokolenia, która jednak coś zrozumiała i zmienia swój stosunek do świata, własnych wartości przez siebie uznawanych za najważniejsze, wartości, w których człowiek jest najważniejszy oprócz Boga czy też Siły Wyższej...
A może takie pokolenie Kevinów to znak naszych koszmarnych czasów pogoni za szczęściem, które zostało nam, ludziom na całym świecie zobrazowane zupełnie inaczej niż wygląda ono naprawdę?
Częścią mojego pokolenia są też rodzice Miłki, ale jakże oni są diametralnie inni od "mojej części". Dalej tkwią w oparach wszechobecnego i niszczycielskiego wnętrze konsumpcjonizmu. Szkoda mi ich, ale nadzieję pokładam w Miłce, ich córce....
W tych młodych ludziach, takich jak Miłka jest nadzieja dla nas wszystkich... I to jest właśnie nadzieja prawdziwa, pokrzepiająca, dająca wiarę, że w człowieku zawsze wygra człowiek i jego naturalne człowieczeństwo!

Pozdrawiam

P.S. Niniejszy post nie jest żadną formą promocji kogokolwiek czy też czegokolwiek. Nie znam utorek obydwu książek i mam nadzieję, że wybaczą mi zacytowanie ich fragmentów w tak obszernej formie. Szczególnie wyrażam taką nadzieję wobec Pani Anity Bartosiewicz i dziękuję jej za napisanie fascynującej książki o moim pokoleniu... Ja studia ekonomiczne kończyłem w 1993 roku i... stałem się niejako takim bardzo podobnym do bohatera ksiązki "Klubowiczem"... i też dokonałem diametralnej zmiany i przewartościowania swojego życia! Całkiem relatywnie niedawno...

Szatnia - co kto posiada i w co jest ubrany, czyli nie szata zdobi człowieka

Witam serdecznie
Dziś znów (co zdarza mi się niezmiernie rzadko) powtarzam niemal w całości i lekko uzupełniając mój post z 12 lipca 2011 rku zatytułowany: "Szatnia - czyli co kto posiada i w co jest ubrany". Czynię tak z różnych powodów, ale najważniejszym jest przybliżenie Wam moich pewnych osobistych przemyśleń determinujących moje postępowanie w codziennym życiu realnym, przynajmniej staram się być tym, którego nie zdobi jego szata i przedmioty, które posiada, ale mam nadziję dobre i szlachetne moje wnętrze i osobowość...

Obecna wersja postu opublikowana została pierwotnie podczas zaplanowanej przeze mnie przerwy w dostępie do mojego autorskiego bloga. Przepraszając za zamieszanie umieszczam go ze względów przede wszystkich archiwalnych oraz dla tych, którzy czytają mooje posty tylko na moim blogu.

Opublikowany został na forach w dniu 29 marca w godzinach popołudniowych.

------------------------------------------------------------------

Zastanawiając się od dawna nad naszym obecnym człowieczeństwem i nad tym, ile z nigo nam naprawdę zostało postawiłem onegdaj pytanie, które byó efektem tych przemyśleń: Czy my wszyscy jesteśmy li tylko szatniarzami? I oczywiście nie chodzi mi o zawód ale o sposób oceny innych.
Bo co tak naprawdę jest dla nas ważne u innych, co nas w pierwszym rzędzie (ale czesto i w następnych też) interesuje, o czym rozmawiamy odnosząc się w rozmowach o innych?
Czy zastanawiamy się nad sensem wypowiadanych przez nich słów, nad tym, co tak naprawdę w ogóle mają do powiedzenia, co reprezentują własnym wnętrzem czy... tylko potrafimy rozmawiać przede wszystkim o nowym buciku czy lakierze do paznokci lub nowym zegarku lub samochodzie?
Oczywiście określony wygląd zewnętrzny jest ważny, ale czy on decyduje o tym kim jest człowiek jako jednostka. Czy czasem nie przykładamy zbyt wiele znaczenia zewnętrznym formom jego wyglądu i poprzez ten pryzmat oceniamy tak naprawdę kim jest?
Jak nagiego króla rozpoznamy pośród innej nagiej gawiedzi? Czyżby po szacie, którą noszą? To po czym... Oczywiście po tym co ma do powiedzenia i o czym - abstrahuję oczywiście od wypowiadania zwrotu "Ja Król", bo chyba wszyscy to potrafilibyśmy powiedzieć.
I tak my postrzegamy świat. Przez pryzmat kolorowego opakowania i nie zastanawiamy się często w ogóle nad tym co jest w środku. A może tam tkwi zgniła cokolwiek cuchnąca zawartość, a może jest coś innego niż nam opakowanie przedstawia, a może jest gorszej jakości niż to ubranie (opakowanie), którym jest okryte? A poza tym czy my to opakowanie w ogóle będziemy w jakikolwiek sposób wykorzystywać?
Co wobec tego jest ważniejsze w człowieku? To co posiada, czym się okrywa, jakim samochodem jeździ? Czy może to jaki jest, co sobą reprezentuje, jakie ma wartości, poglądy, opinie?
A może we współczesnym, zglobalizowanym, konsumpcyjnym świecie już w ogłole człowiek jako jednostka się nie liczy zupełnie. Może nie liczysz się Ty, Ja, My wszyscy. Może już tylko jesteśmy okrewślonymi jednostkami o wyglądzie x, y, z a wewnątrz mamy być tacy sami?
Ja osobiście chciałbym abym dalej miał na imię Krzysztof, a nie ten co nosi coś tam, coś tam. A Wy?
Ja osobiście chciałbym abym dalej miał na imię Krzysztof, a nie ten co nosi coś tam, coś tam i ciągle widnieje w szatni. A Wy?

Pozdrawiam
Wczoraj informowałem, że trudno mi będzie odpowiadać na komentarze ze względu na ogranicznony dostęp do komputera

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad

Największą wartością człowieka jest on sam a szczęściem Stworzenie go przez Boga Ojca na Jego podobieństwo.

Witam bardzo serdecznie

Niniejszy post jest pewną parafrazą mojego postu z dnia 12 lipca 2011 zatytyłowanego: "Największą wartością człowieka jest on sam". Ze względu na ważność treści właśnie teraz postanowiłem go w części przypomnieć i uzupełnić.

Obecna jego wersja opublikowana została pierwotnie podczas zaplanowanej przeze mnie przerwy w dostępie do mojego autorskiego bloga. Przepraszając za zamieszanie umieszczam go ze względów przede wszystkich archiwalnych oraz dla tych, którzy czytają mooje posty tylko na moim blogu.

Opublikowany został na forach w dniu: 28 marca w godzinach popołudniowych.
--------------------------------------------------------
Kupujemy, wciąż kupujemy te nasze wprost uwielbiane dobra trwałego użytku, przedmioty, bez których nie moglibyśmy już funkcjonować.

Kupujemy ciągle, mimo woli i przy naszej woli, coraz więcej i coraz więcej. Kupimy jednego dnia a drugiego już pojawia się lepszy model tego czegoś, więc dążmy, żeby go kupić, ale zanim go kupimy już jest inny model.

Więc żałujemy, że tamtego nie kopiliśmy, ale już chcemy następny, bo właśnie już się pojawił. Kupiliśmy, udało się, mamy kolejną zabawkę.... I nazajutrz okazuje się, że jest jeszcze lepszy model. Złościmy się, że kupiliśmy wczoraj tamten model a nie poczekaliśmy na model dzisiejszy, złorzeczymy na wszystkich, ale i tak więc w złości czekamy na lepszy model, ten wyśniony, ten najwspanialszy. Niestety... okazało się, że kupił go sąsiad więc szukamy jeszcze lepszego modelu od tegoż posiadanego przez sąsiada, ale jeszcze musimy go wyśnić, więc włączamy kolorowy świat okienek, w którym sen trwa cała dobę. O! tam nasi najmądrzejsi mówią, że ten jest najlepszy z najlepszych a nawet jest naleszpejszy z najlepszejszych! No nareszcie mamy mega najlepszejszy. Ufff....

Siadamy zmęczeni ta ciągłą pogonią za rzeczami, przedmiotami. Zdobyliśmy najlepszejszy ze wszystkich możliwych  modeli. Ileż to było bieganiny, drgawek serca, złości, zawiści, zazdrości... a wszystko dla tego przedmiotu. Co prawda w domu jest do wymiany jeszcze wiele, ale to za moment... Siedzimy więc i słyszymy, że.... pojawił się najnajnajlepszejszy z najlepszeszych! Serce staje, nogi drżą... wstajemy. I znów... ta kołomyja... pogoni lub kultywowania przedmiotów, które już posiadamy. Bo ileż to mamy w domu zgromadzonych przedmiotów, które dla nas posiadają wartość szczególną, rzeczy nipotrzebnych, ale z niezrozumiałych względów wprost wielbionych a które wyzwalają w nas mnóstwo negatywnych emocji i zatruwają niepotrzebnie nasz codzienne funkcjonowanie. 

Czyż dziś pogoń za przedmiotami, pogoń za luksusowym życiem, pogoń za lepszym statusem materialnym, lepszym samochodem, mieszkaniem nie staje się dla nas chorobliwą obsesją dążania za pustką, czymś bezwartościowym jak papier-banknot np. 50 ł, który można spalić i tylko tyle z niego zostaje wartości, ile tegi popiołu po spaleniu... Zapominamy o człowieku, o nas samych. Stajemy się niewolnikami otaczających nas przedmiotów, niewolnikami pieniądza w każdej formie.

W tej pogoni możemy zatracić siebie. Pracujemy coraz więcej żeby mieć na te coraz lepsze dobra a jak je juz mamy, to musimy pracować na te lepsze jeszcze ciężej... Kołomyja...

I w tej pogoni możemy stracić coś najcenniejszego, nas samych. W różny sposób, ale najczęściej są to różnego rodzaju  uzależnienia: narkomania, alkoholizm, pracoholizm, seksoholizm, lekomania i inne.  Pogoń za pieniądzem, pogoń za przedmiotami może nieraz mieć tragiczne dla nas samych skutki.

Ja też biegnąc za marzeniem, za przedmiotami zatraciłem w pewnym momencie na ługie lata samego siebie... alkohol stawał się chwilami dla mnie najważniejszy.

Za wszystkim tym jednak stoją i stały pieniądze. Pieniądz stał się niejako bożkiem współczesnego, konsumpcyjnego świata: stanowi wyznacznik wszystkiego co ma być ludzkie. Nie rozumiałem tego nigdy. Wiedza, wykorzystywanie talentów, pomaganie innym lub nawet zarabianie, ale w firmie, gdzie ludzie za swoją pracę mogliby godnie żyć a nie wegetować... to było moje marzenie.

Przecież, gdy pracownik zarabia głodowe pensje to po prostu wegetuje, jest niewolnikiem... a jak jeszcze swoje posiadane dobra nabył na kredyt, np.: samochód, mieszkanie, pralkę, lodówkę, etc. to... jest już nawet nie niewolnikiem,  jesteś niczym 'pies na smyczy' u swojego pracodawcy: firmy, banku czy jakiejś innej organizacji gospodarczej lub instytucji go zatrudniającej.

Taki człowiek jest ubezwłasnowolniony i tak naprawdę tak dalece zniewolony, że przestaje myśleć, zachowywać się i czuć jak człowiek. Każą Mu pójść jako baranowi na rzeź to pójdzie, bo jak nie to... starci pracę, a więc: mieszkanie, samochód, pralkę, lodówkę, i zostanie - wedle dzisiejszych konsumpcjonistycznych kanonów - nikim....

Bo przecież człowieka już w Nim dawno zabito. Stał się li tylko przedmiotem a nie podmiotem. Wartość przedmiotu zależy też właśnie od jego koloru, wagi, ciężaru, ozdóbek, itd. Przedmiot łatwo wycenić: ma tyle a tyle części, tyle i tyle wartych. I tak teraz wyceniany jest człowiek – jako suma wartości dóbr, które posiadł (samochodu, pralki, mieszkania, garniturów, itd, itp).

A gdzie jest sam człowiek i jego wartość? Gdzie jest człowiek jako ten, który winien byc w centrum zainteresowania. Czyż to nie on winien być najwartościowszym z tych "przedmiotów", które nabył? Czyż to nie on powinien decydować o ich wartości a nie one o jego wartości?

Z człowieka dziś próbuje się zrobić wyjałowioną z wszelkich wartości "rzecz" niezdolną do bycia człowiekiem!

A może o to właśnie chodzi, żeby była tylko nieliczna grupa ludzi a resztę ma tworzyć bezkształtna, bezmyślna, kolorowa, wiecznie głupawo zadowolona masa, której wartość maja określać jedynie przedmioty, które ta masa posiada? Bo w tej masie może ma już nie być człowieka jeno łatwo sterowalny, zhomogenizowany w zakresie potrzeb zlepek "istot cokolwiek oddychających jeszcze"? Czy o to chodzi obecnym elitom rządzącym w skonsumpcjonizowanym do granic absurdu świecie?

Jeżeli tak, to pragnę przypomnieć, że nie da się z człowieka wyplenić z człowieka. Choćby i jedno ziarnko z człowieczeństwa w nim zostało to wzrośnie w nim, wypełniając znów jego całe wnętrze. Jesteśmy różnorodni i tacy zostaniemy. Mamy różną osobowość, ducha, poglądy, idee, narodowości, kolor skóry, ale i każdy z nas inaczej myśli, zachowuje się, ma inny system wartości, odczuwa, myśli, podejmuje sam decyzje... jest Człowiekiem, czyli istotą wiedzącą, umiejącą, myślącą i czującą. A wnętrza, ducha nie da się kupić ani sprzedać ani wymodelować!

I wnętrze człowieka, czyli sam człowiek jest największą własną wartością Człowieka a nie dobra, które może posiadać jednego dnia a drugiego już nie.

Największą wartością człowieka jest on sam a jego szczęściem, że został stworzony przez Boga Ojca, Stwórcę na Jego podobieństwo! Każdy z nas jest a'priori dobry, każdy z nas jest człowiekiem dobra a nie zła. Dbajmy o to dobro w nas i pilęgnujmy je. Czyńmy dobro lub powstrzymujmy się od czynienia złą - to też jest dobry uczynek! Bądźmy dalej ludźmi i starajmy się każdego dnia uszlachetniać i zwiękaszać naszą wartość i rozwijać talenty dane nam przez Boga Ojca Jedynego!

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

sobota, 16 lipca 2011

Ułuda wolności w zniewoleniu nikotynizmem...*

Witam serdecznie

Półtora miesiąca temu w notce:  Jam nieraz ciekawski klient Biedronki... i papierosy... stwierdziłem: "...ale to tylko taka ma naiwna wieczorno-piątkowa i być może zupełnie absurdalna pisanina dla zabicia "głodu nikotynowego", bo właśnie od 4 dni już nie palę (bez żadnych tam plastrów czy innych świństw jako wspomagaczy - wrażenia z rzucania postaram się opisać, ale może jednak trochę później... o ile wytrzymam...)".

Muszę od razu się przyznać: NIE WYTRZYMAŁEM, ale... WYTRZYMUJĘ OD NOWA

Wytrzymałem dokładnie magiczny miesiąc, po czym 02 lipca zapaliłem jednego... by przez kolejny tydzień nadrabiać zaległości i palić dosłownie jak "smok", czyli przeszło paczę dziennie długich Route 66 i to czerwonych...

Napisałem czerwonych dla podkreślenia mocnych, zawierających dużą zawartość nikotyny i substancji smolistych.  Palenie jest jednak paleniem. I nie ma tak naprawdę znaczenia, czy palimy cienkie, czy grube papierosy, słabe czy mocne, mentolowe czy wiśniowe. Palenie jest paleniem, jest uzależnieniem od nikotyny i nie ma co wartościować tegoż uzależnienia.

Ileż to razy słyszałem: Ależ ja palę  "lighty", albo... palę tylko 4 papierosy dziennie. To nie tak źle! Raczej to tylko oszukiwanie własnego siebie...

Zawsze nawet w okresach, kiedy paliłem mówiłem jedną rzecz, zresztą odnoszącą się też do wszystkich aspektów naszego realnego funkcjonowania: "jeżeli coś robisz, to rób to dobrze i najlepiej jak potrafisz oraz bądź maksymalnie zaangażowany... albo nie rób wcale". 

Palenie nawet tych słabych, czy też tylko 4 dziennie jest uzależnieniem i warto wiedzieć, że tak samo wpływa negatywnie na nasz organizm jak palenie większej ilości papierosów.  Niektórzy alkoholicy np. (ale nie tylko) często – być może jako własne usprawiedliwienie – mawiają, że piwo to nie alkohol (w znaczeniu mocne wino, wódka, spirytus lub jakieś ichnie wynalazki)... A jakże!... Małe jabłko nie jest dużym jabłkiem, ale jest jabłkiem... słaba herbata nie jest mocna herbatą, ale jest herbatą... więc piwo też jest napojem alkoholowym... nawet to bezalkoholowe zawierające 1,2% alkoholu. I nie ma sobie potrzeby wmawiać zupełnie fałszywego obrazu własnego ja, tworzyć fałszywej iluzji własnego uzależnienia. 

Można zapytać: To po co palić w ogóle, skoro  4 wystarczają.... Dla przyjemności... Dla takowej może i można wypalić jednego na miesiąc czy pół roku. Ale 4 dziennie dla przyjemności? To coś ta przyjemność jakaś spowszedniała jest... a może to jednak potrzeba? A poza tym 4 w zwykły dzień, ale podczas np. piątkowego pobytu w pubie już z 10 papierosów, albo i więcej często można wypalić, nieprawdaż? I tych słabych też...

Zawsze fascynowały mnie zabiegi marketingowe firm tytoniowych. Naturalne już jest (w wielu branżach) tworzenie tzw. pozornego rozszerzania asortymentu poprzez kreowanie nowych marek, których tzw. rdzeń produktu zostaje niezmieniony.   Tworzy się nową wódkę z identyczną zawartością, jaką  posiada już inna wódka i siłą przekazu marketingowego, manipulacji klientem / konsumentem można mu wspaniale wmówić, że zupełnie inaczej smakuje i jest zupełnie inna... To samo jest z wieloma produktami i z papierosami również...

Więc albo palmy tyle, ile chcemy, ile potrzebuje nasz organizm, albo nie palmy w ogóle. Po co mamy się męczyć ograniczając palenie lub sztucznie kreując własne potrzeby określające wybór danej marki papierosów. Jeżeli już palimy to "chwytajmy dzień" z papierosem i zegnajmy go z 30 tym już wypalonym. To jest dopiero coś, a nie tam "od czasu do czasu", albo jeszcze często ukrywać fakt palenia... co często się zdarza... i cały czas myśleć, że już niedługo przyjdzie moment i czas, że można zapalić... bo przecież mamy ograniczona liczbę papierosów do wypalenia dziennie... Oj jak my cały czas wtedy myślimy jeno o paleniu... wszak chyba o niczym innym... To są dopiero katusze... a jeszcze w perspektywie... cały czas dochodzą pieniążki... papierosy takie drogie teraz są... Och... jesteśmy źli, ze palimy, ale palimy. Jeszcze bardziej jesteśmy źli, że wydajemy aż tyle na papierosy, ale dalej palimy i w konsekwencji jesteśmy źli, że papierosy są tak drogie... Kołomyja i hipokryzja...

Niemniej jednak niezależnie, ile wypalamy i jakich papierosów, skutki palenia są identyczne. Najgorsze dla mnie jest uzależnienie psychiczne a więc ubezwłasnowolnienie od (w tym wypadku) nikotyny. Jak palę to ona rządzi mną a nie ja samym sobą. To chęć zapalenia papierosa jest determinantą mojego zachowania - sam go nie kreuje ani nie jestem jego inicjatorem. Zwyczajnie: jestem zwykłym niewolnikiem, niewolnikiem czegoś niewidocznego, zwanego nikotyną, którego uzewnętrznianiem jest zniewolenie mnie samego przez zwinięte w rulonik takie białe z pomarańczowym ustnikiem i jakimś sianem w środku. 

Przecież brak papierosa wyzwala w nas najgorsze emocje: złość, gniew, niepokój wewnętrzny, wściekłość. Często cierpią na tym najbliżsi i najbliższe otoczenie... Więc jednak biegniemy do kiosku by... kupić te papierosy, zapalić, zaciągnąć się i... już świat jest nasz, już jesteśmy spokojni, już jest dobrze... do najbliższej konieczności zapalenia kolejnego... Czyż to nie jest czyste niewolnictwo i ubezwłasnowolnienie? 

Można też przestać być niewolnikiem a stać się człowiekiem decydującym o sobie i dokonującym świadomych wyborów.  Można po prostu rzucić palenie. Jest to trudniejsze niż nawet odstawienie alkoholu przez alkoholika (poza ciągiem alkoholowym)... zapewniam. 

Najlepiej zaś, aby być prawdziwie wolnym i decydować o sobie przy pomocy własnej, wolnej woli.... rzucić wszystkie nałogi i zobaczyć jaki świat może być piękny, gdy nic nie musimy... nie musimy zapalić papierosa, nie musimy wziąć narkotyku, nie musimy kupić lepszego auta, nie musimy dziś odwiedzić kosmetyczki ani po raz kolejny zrobić korekty chirurgicznej nosa, nie musimy się napić alkoholu, nie musimy mieć lepszej komórki, itd...

Moje rzucenie papierosów rozpoczęte (nomen omen) bez mojej wiedzy, że to akurat w Dzień bez Papierosa, (31 maja) miało burzliwy przebieg i ma dalej. 

Osobiście jestem przeciwnikiem leczenie uzależnień poprzez podawanie farmakologicznych zamienników środków uzależniających, np. w przypadku nikotyny: wszelkie plastry, gumy, itp., zawierające nikotynę. Jeżeli mamy rzucić to najlepiej rzucić od razu. Jednego dnia i koniec. Stosowanie plastrów, czy gum , czy też innych "cudotwórców" to nic innego, zarówno z punktu widzenia psychobiologicznego, jak i fizycznego jak - według mnie -  niemalże tzw: ograniczenie palenia do kilku czy kilkunastu sztuk, albo palenie do połowy. To jest tylko i włącznie oszukiwanie siebie i swojego organizmu. No bo jak to jest: nie palimy a dostarczamy nikotynę.... czyli jest tak jakbyśmy de facto realnie palili (pomijam tu substancje smoliste).

Firmy "parafarmaceutyczne" są mistrzami w kreowaniu strachu i wymyślaniu na likwidację tego stanu strachu  kolejnych, cudownych lekarstw lub tzw. parafarmaceutyków (genialny wprost zabieg do wprowadzania do obrotu niesprawdzonych "dziwnośći")  lub też na podtrzymywaniu sprzedaży (popytu) na swoje produkty. Czyż myślicie, że gdyby te wszystkie plastry, gumy były skuteczne... to tak by je reklamowano i wydawano niepotrzebnie ogromne środki finansowe? Przecież one się muszą jakoś zwrócić prawda? A palacz jak alkoholik zawsze będzie starał się znaleźć wytłumaczenie, że próbuje i - mimo, ze już raz kupił i się nie udało - kupi jeszcze raz choćby dla uspokojenia bliskich lub swojego sumienia. 

Rzucenie każdego nałogu, w tym i papierosów zależy tylko od nas samych, niektórzy mówią, że zależy od "naszej głowy", "tkwi w głowie". Tak jest. Wszystko zależy naprawdę od nas i naszej siły podjętej decyzji o  wyjściu z uzależnienia. Od tego czy chcemy naprawdę, czy też udajemy, że chcemy. Plaster czy guma za nas nie rzuci palenia! Więc jeżeli chcemy i jesteśmy zdecydowani, to po co nam plastry i gumy? No chyba, że od początku najzwyczajniej w świecie konfabulujemy i oszukujemy siebie samych lub otocznie...

Nie paliłem miesiąc, przeżyłem katusze, przytyłem 11 kilo, po dwóch tygodniach dopiero "odszedł głód nikotynowy, byłem dumny i... w sytuacji nadzwyczaj stresowej znów zapaliłem... jednego... by przez tydzień powrócić w zasadnie do normalnego palenia. 

O "moich katuszach" i sposobach radzenia sobie z głodem nikotynowym opowiem innym razem. Dzisiaj jest za to 6 dzień od kiedy znowu nie palę  (od poniedziałku)... Może tym razem się uda. 

Będę próbował do skutku, bo już mam dość bycia zniewolonym przez papierosa... chcę jak kiedyś być wolnym i decydować sam w pełni o sobie...

Pozdrawiam  

* Właściwie tytuł notki mógłby brzmieć: Ułuda wolności w zniewoleniu uzależnieniem...  

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

czwartek, 14 lipca 2011

Największą wartością człowieka jest on sam....

Witam

Kupujemy, wciąż kupujemy te nasze wprost uwielbiane dobra trwałego użytku, przedmioty, bez których nie moglibyśmy już funkcjonować.

Kupujemy ciągle, mimo woli i przy naszej woli, coraz więcej i coraz więcej. Kupimy jednego dnia a drugiego już pojawia się lepszy model tego czegoś, więc dążmy, żeby go kupić, ale zanim go kupimy już jest inny model.

Więc żałujemy, że tamtego nie kopiliśmy, ale już chcemy następny, bo właśnie już się pojawił. Kupiliśmy, udało się, mamy kolejną zabawkę.... I nazajutrz okazuje się, że jest jeszcze lepszy model. Złościmy się, że kupiliśmy wczoraj tamten model a nie poczekaliśmy na model dzisiejszy, złorzeczymy na wszystkich, ale i tak więc w złości czekamy na lepszy model, ten wyśniony, ten najwspanialszy. Niestety... okazało się, że kupił go sąsiad więc szukamy jeszcze lepszego modelu od tegoż posiadanego przez sąsiada, ale jeszcze musimy go wyśnić, więc włączamy kolorowy świat okienek, w którym sen trwa cała dobę. O! tam nasi najmądrzejsi mówią, że ten jest najlepszy z najlepszych a nawet jest naleszpejszy z najlepszejszych! No nareszcie mamy mega najlepszejszy. Ufff....

Siadamy zmęczeni ta ciągłą pogonią za rzeczami, przedmiotami. Zdobyliśmy najlepszejszy ze wszystkich możliwych  modeli. Ileż to było bieganiny, drgawek serca, złości, zawiści, zazdrości... a wszystko dla tego przedmiotu. Co prawda w domu jest do wymiany jeszcze wiele, ale to za moment... Siedzimy więc i słyszymy, że.... pojawił się najnajnajlepszejszy z najlepszeszych! Serce staje, nogi drżą... wstajemy. I znów... ta kołomyja... pogoni lub kultywowania przedmiotów, które już posiadamy. Bo ileż to mamy w domu zgromadzonych przedmiotów, które dla nas posiadają wartość szczególną, rzeczy nipotrzebnych, ale z niezrozumiałych względów wprost wielbionych a które wyzwalają w nas mnóstwo negatywnych emocji i zatruwają niepotrzebnie nasz codzienne funkcjonowanie.

Dzisiaj ja osobiście podjąłem decyzję o zakończeniu takiej emocjonalnej kołomyi wokół jednego z moich przedmiotów, dla mnie wyjątkowego. Dokonałem zniszczenia rzeczy, która w moim życiu stanowiła przedmiot szczególny, przedmiot niemal kultu o najwyższej wartości jaką sobie można wyobrazić. Nie była to ani lodówka, ani pralka, ani nawet telefon. Była to moja praca magisterska, którą napisałem w 1993 roku. Już wtedy została okrzyknięta przez niektórych za pracę bardzo   naukowo profesjonalną  i na poziomie co najmniej pracy doktorskiej. Tak mi wmówiono a ja się w tym utwierdzałem. Później ja jej jeszcze owy system zmitologizowania rozbudowałem.

Przez lata była dla mnie ona niespełnionym marzeniem o pracy naukowej, bowiem nie mogłem zostać na studiach doktoranckich ani jej wydać własnym sumptem. Dana mi raczej była praca  zawodowa. Miałem wtedy rodzinę, małego synka, żonę kończącą studia za rok. Trzeba było zarobić na utrzymanie rodziny i na spłatę wziętego niestety kredytu hipotecznego! I ten kredyt był olbrzymim obciążeniem, który należało ponosić kwartał w kwartał (spłata była kwartalna). Stąd niestety praca naukowa została przeze mnie zaniechana.

Owego zarzucenia pracy naukowej żałowałem przez prawie wszystkie przeszłe lata.  Ten żal i poczucie złości towarzyszyły mi i w pracy i w domu. Dosłownie wszędzie! Moja gorycz za utracona możliwością wydania np. tejże pracy magisterskiej - aczkolwiek trochę poprawionej oraz rozbudowanej w formie rozprawy doktorskiej - niedługo po studiach narastała geometrycznie z roku na rok. Fakt, część teoretyczna nawet dzisiaj stanowi naukowo lepszy poziom niż niejednych obecnie prac doktorskich a nawet habilitacyjnych...

Ale czyż warta była aż takiego kierowania moim życiem. Przecież był to przedmiot i chociaż jako wytwór mojej myśli stanowił dla mnie wartość, to przecież była to wartość już przeszła, wartość tylko tej książki, tego przedmiotu. Skupiłem się na analizie przeszłości i żyłem przeszłością tak, aby w przyszłości zrealizować niespełnione marzenie o pracy naukowej i wydaniu tejże pracy magisterskiej.

I dziś w końcu stwierdziłem, że faktycznie zbyt mnie ona kosztowała dużo wyrzeczeń, zbyt stała się dla mnie wyznacznikiem jakiegoś nieokreślonego celu, do którego w swoim zatraceniu dążyłem i który chciałem osiągnąć, stając się nieraz w tym dążeniu dość zabawnym. Była źródłem samych mych negatywnych emocji: złości, żalu, zazdrości, gniewu, frustracji, itd. Przecież cały czas chodziłem przez nią sfrustrowany, że nie doceniono mojej pracy naukowej. Cały czas powodowała u mnie złość i niepokój serca. Jak długo można było to jeszcze wewnętrznie przezywać: to rozdygotanie, tą chęć ciągłego wydania jej i pokazania światu, że nie tylko piję (jestem alkoholikiem, niepijącym od niedawana) ale stworzyłem coś wartościowego. I nie chodziło mi o pieniądze, ale o uznanie w środowisku naukowym i docenienie mnie, mojego talentu. Zresztą nigdy o pieniądze nie dbałem, nawet nie mam samochodu a pieniądze ze sprzedaży mieszkania oddałem prawie całe zonie i synowi na nowe. Swoja niewielka część przepiłem...

Dlaczego tak szeroko o tym piszę... ano dlatego, że ta pogoń za przedmiotami, pogoń za luksusowym życiem, pogoń za lepszym statusem materialnym, lepszym samochodem, mieszkaniem staje się dla nas obsesją. Zapominamy o człowieku, o nas samych. Stajemy się niewolnikami otaczających nas przedmiotów, niewolnikami pieniądza w każdej formie.

W tej pogoni możemy zatracić siebie. Pracujemy coraz więcej żeby mieć na te coraz lepsze dobra a jak je juz mamy, to musimy pracować na te lepsze jeszcze ciężej... Kołomyja...

I w tej pogoni możemy stracić coś najcenniejszego, nas samych. W różny sposób, ale najczęściej są to różnego rodzaju  uzależnienia: narkomania, alkoholizm, pracoholizm, seksoholizm, lekomania i inne.

Ja osobiście stałem się alkoholikiem. I było to dla mnie osobiście najtragiczniejszym rezultatem tej mojej pogoni za szczęściem, za utraconym marzeniem jakim była praca naukowa i wydanie jej (po rozbudowaniu) jako pracy doktorskiej ku zadowoleniu moim i wszystkich, ze wniosłem coś do nauki. Mój alkoholizm doprowadzić mnie na skraj wyczerpania fizycznego i psychicznego i mógł zakończyć się tragicznie. Przez niego porzucili mnie najbliżsi: żona i syn, nie mam prawie w ogóle znajomych i przyjaciół, skrzywdziłem bardzo wielu ludzi wokół mnie i oczywiście jak na razie nie zrealizowałem swojego marzenia.

Tenże alkoholizm sprawił, że musiałem pożegnać się z wieloma stanowiskami pracy, m.in. dyrektora ds. ekonomiczno-finansowych jednego z dużych przedsiębiorstw. Zdarzało mi się też nieracjonalnie podejmować decyzje: mogłem zostać prawdopodobnie dyrektorem dużej placówki medycznej a nieracjonalnie powiedziałem "nie", licząc zapewne, że będę proszony... Wiele się wydarzyło podczas kilkunastu lat mojej aktywnej choroby alkoholowej.

Jest to specyficzna i bardzo tragiczna w skutkach choroba, w której ma się okresy trzeźwości i długich ciągów alkoholowych.

Kiedy nie pije się alkoholu, jest się trzeźwym to można być postrzeganym zwyczajnie. Wyglądamy trzeżwo, mówimy trzeźwo i nic nie wskazuje wtedy, że alkohol może doprowadzać na do ruiny.  W zalezności od wykonywanej pracy i funkcjonowania w społeczeństwie trzeźwy alkoholik nawet postrzegany jest lepiej od innych, bo che tego sam osobiście. Okresy trzeźwości są bowiem często okresami tworzenia oprzez alkoholika iluzji jego osoby jako tej prawie najlepszej, aby później - po zapiciu -  mieć jakieś usprawiedliwienie samego siebie w oczach swoich i otoczenia.  Tworzy się wtedy bajki, które później przykrywają okresy picia... aż do ludzkiego upodlenia, do spania na ziemi, chodzenia na boso w mieście, itd.

Takie okresy, okresy ciągów alkoholowych  są najgorszymi dla alkoholika. Człowiek nie może przestać pić, można zrobić rzeczy, których nigdy by się po sobie nie spodziewano (np. kradzież alkoholu w sklepie). Równie ciężkim przeżyciem jest okres wychodzenia z ciągu a nawet późniejsze trzeźwe nieraz życie.

(o chorobie alkohlowej wiecej: TU , TU)

Pisząc to wszystko wskazałem tylko na to, że ta pogoń za pieniądzem, pogoń za przedmiotami może nieraz mieć tragiczne dla nas samych skutki.

W tej chwili podjąłem się zobowiązania niepicia i nie mam zamiaru już więcej w ogóle pić. Zależy mi na tym abym odzyskał zaufanie ludzi do mnie. Jest to teraz dla mnie bardzo ważne. Zamierzam wszystkim, którym w jakiś sposób wyrządziłem krzywdę... zadośćuczynić lub w jakiś inny sposób naprawić swój błąd.

Ja biegnąc za marzeniem, za przedmiotem zatraciłem własnego siebie... alkohol stawał się chwilami dla mnie najważniejszy.

Dla mnie akurat marzeniem było napisanie doktoratu, dla innych takim czymś mogą być: lepsze mieszkanie, samochód, czy też inne dobra materialne.

Za wszystkim tym jednak stoją pieniądze. Pieniądz stał się niejako bożkiem współczesnego, konsumpcyjnego świata: stanowi wyznacznik wszystkiego co ma być ludzkie. Nie rozumiałem tego nigdy. Wiedza, wykorzystywanie talentów, pomaganie innym lub nawet zarabianie, ale w firmie, gdzie ludzie za swoją pracę mogliby godnie żyć a nie wegetować... to było moje marzenie.

Przecież, gdy pracownik zarabia głodowe pensje to po prostu wegetuje, jest niewolnikiem... a jak jeszcze swoje posiadane dobra nabył na kredyt, np.: samochód, mieszkanie, pralkę, lodówkę, etc. to... jest już nawet nie niewolnikiem,  jesteś niczym 'pies na smyczy' u swojego pracodawcy: firmy, banku czy jakiejś innej organizacji gospodarczej lub instytucji go zatrudniającej.

Taki człowiek jest ubezwłasnowolniony i tak naprawdę tak dalece zniewolony, że przestaje myśleć, zachowywać się i czuć jak człowiek. Każą Mu pójść jako baranowi na rzeź to pójdzie, bo jak nie to... starci pracę, a więc: mieszkanie, samochód, pralkę, lodówkę, i zostanie - wedle dzisiejszych konsumpcjonistycznych kanonów - nikim....

Bo przecież człowieka już w Nim dawno zabito. Stał się li tylko przedmiotem a nie podmiotem. Wartość przedmiotu zależy też właśnie od jego koloru, wagi, ciężaru, ozdóbek, itd. Przedmiot łatwo wycenić: ma tyle a tyle części, tyle i tyle wartych. I tak teraz wyceniany jest człowiek – jako suma wartości dóbr, które posiadł (samochodu, pralki, mieszkania, garniturów, itd, itp).

A gdzie jest sam człowiek i jego wartość? Gdzie jest człowiek jako ten, który winien byc w centrum zainteresowania. Czyż to nie on winien być najwartościowszym z tych "przedmiotów", które nabył? Czyż to nie on powinien decydować o ich wartości a nie one o jego wartości?

Z człowieka dziś próbuje się zrobić wyjałowioną z wszelkich wartości "rzecz" niezdolną do bycia człowiekiem!

A może o to właśnie chodzi, żeby była tylko nieliczna grupa ludzi a resztę ma tworzyć bezkształtna, bezmyślna, kolorowa, wiecznie głupawo zadowolona masa, której wartość maja określać jedynie przedmioty, które ta masa posiada? Bo w tej masie może ma już nie być człowieka jeno łatwo sterowalny, zhomogenizowany w zakresie potrzeb zlepek "istot cokolwiek oddychających jeszcze"? Czy o to chodzi obecnym elitom rządzącym w skonsumpcjonizowanym do granic absurdu świecie?

Jeżeli tak, to pragnę przypomnieć, że nie da się z człowieka wyplenić z człowieka. Choćby i jedno ziarnko z człowieczeństwa w nim zostało to wzrośnie w nim, wypełniając znów jego całe wnętrze. Jesteśmy różnorodni i tacy zostaniemy. Mamy różną osobowość, ducha, poglądy, idee, narodowości, kolor skóry, ale i każdy z nas inaczej myśli, zachowuje się, ma inny system wartości, odczuwa, myśli, podejmuje sam decyzje... jest Człowiekiem, czyli istotą wiedzącą, umiejącą, myślącą i czującą. A wnętrza, ducha nie da się kupić ani sprzedać ani wymodelować!

I wnętrze człowieka, czyli sam człowiek jest największą własną wartością Człowieka a nie dobra, które może posiadać jednego dnia a drugiego już nie.

Największą wartością człowieka jest on sam! Bądźmy dalej ludźmi i starajmy się każdego dnia uszlachetniać i zwiękaszać naszą wartość!


Zostaw za sobą miłości, dobra i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

poniedziałek, 9 maja 2011

Nowy nasz wspaniały świat a my bezwolnym bydłem znakowanym...

Witam

Dosłownie... powiało absurdem i dla mnie czymś tak kuriozalnym, że jestem tylko w stanie wykrztusić kilka zdań...

Przypuśćmy, że jestem kibicem i ktoś tam mnie uznał za groźnego, bo powiedziałem Szechter zamiast Michnik.

Przypuśćmy, że złośliwy sąsiad podkochujący się w mojej żonie  zarzuci mi jej molestowanie psychiczne i zostanę uznany za groźnego.

Przypuśćmy, że jestem niepoprawny politycznie i uznany za wroga demokracji....
Przypuśćmy, że....itd....

ZA KAŻDYM RAZEM ZOSTANĘ OZNAKOWANY METALOWĄ OBRĄCZKĄ
I...

Nie nie będę mógł wejść na mecz mojej ulubionej koszykówki z moim synem...

Nie będę mógł się zbliżyć do żony ani innej kobiety...

Nie będę mógł żyć w "demokratycznym" świecie jeno tylko w izolowanej izolatce lub w ogóle poddany zostanę obowiązkowej eutanazji...

JUŻ NIEDŁUGO BĘDĘ OBIEKTEM ODPOWIEDZIALNOŚCI ZBIOROWEJ I OGÓLNEJ. GDY RAZ SIĘ POKALAM, TO JUŻ NA WIEKI POZOSTANĘ SKALANY...

Tego by nawet G. Orwell nie wymyślił...

Pozdrawiam

P.S.

Jak podaje Radio Plus polski (o jeny!!!) Minister Sprawiedliwości  opracowuje ustawę, która dopuszczałaby znakowanie elektroniczne w postaci metalowych obręczy niesfornych kibiców. Taki "oznakowany" kibic nie wszedłby na żadną imprezę masową i zostałby zmuszony do pozostania w domu...
Coś bardziej debilnego nie śmieli "na dziś" wymyślić oficjalnie nawet nadludzie wobec podludzi a zgromadzeni w różnych ośrodkach władzy... od totalitarnej Unii Europejskiej począwszy! A może jednak wymyślili...?

Przesłanie jest jedno: TOTALITARNA WŁADZA I JEJ URZĘDNICY  MA ZDECYDOWAĆ CZY JESTEŚ CZŁOWIEKIEM CZY OZNAKOWANYM BYDŁEM!

Chyba na to nie możemy się zgodzić!?

ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD... http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com