niedziela, 21 kwietnia 2019

Wołodymyr Zełenski – zwycięzcą wyborów prezydenckich na Ukrainie


Wołodymyr Zełenski zwycięzcą wyborów na Ukrainie. Według badań sondażowych "exit poll" przewaga Zełenskiego jest ogromna i wynosi dla niego około 75% w stosunku do 25% uzyskanych przez dotychczasowego prezydenta Petrę Poroszenko. Żaden sondaż "exit poll" nie miał na świecie takiego błędu statystycznego, więc zwycięstwo młodego aktora jest już pewne.

Tak naprawdę jest z punktu widzenia politycznego zupełnie nieznany. Pojawił się w polityce pół roku temu i pogrążył dotychczasowego prezydenta, który upatrywał swojego konkurenta jedynie w osobie Julii Tymoszenko. Nikt nie sądził, że jest w stanie wygrać dzisiejsze wybory. Było to raczej zamanifestowanie przez Ukraińców niezadowolenia z dotychczasowej elity politycznej. Uwierzyli w młodość.

Nie znam w ogóle poglądów nowego prezydenta, ale za cały komentarz niech służy to zdjęcie:

Źródło:  PAP/EPA za - https://wpolityce.pl/swiat/443511-kandydatura-zelenskiego-niezgodna-z-prawem

To mi wystarczy, żebym nie miał do niego krzty zaufania.

Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

Sri Lanka – kolejna tragedia katolików...

Od niemal 20 lat jesteśmy świadkami  przyspieszenia procesu niszczenia chrześcijaństwa na świecie, zastraszania wiernych, mordowania ich w zamachach i podpalania oraz profanacji kościołów. A czego nie udało się zburzyć to się profanuje na różne sposoby miejsca święte lub zamienia je na hotele, jadłodajnie, domy dla bezdomnych, dyskoteki.

Tylko w ubiegłym roku zginęło około 90 tysięcy chrześcijan, w większości katolików a od 2008 roku bywały i lata gdzie na świecie ginęło ich nawet 170-180 tysięcy rocznie.

To przerażające dane i świadczą, że to własnie chrześcijaństwo jest na celowniku niemal wszystkich innych religii oraz światowego postmarksizmu,  ateistycznego lewactwa różnej maści.

Niszczy się nas nie tylko poprzez najczęściej okrutne zadawanie nam śmierci, ale też prześladując, szykanując, zniewalając, zastraszając, gwałcąc, zabraniając nam publicznego wyrażania naszej wiary czy też noszenia naszych symboli religijnych (np. widocznego krzyżyka na szyi, czy też publicznego czynienia znaku Krzyża) no a na końcu sprowadzając nas  - poprzez  niszczenie naszych świątyń – do przysłowiowych "katakumb".

Działa tutaj swoiste sprzężenie zwrotne: z jednej strony wykorzenia się chrześcijaństwo a tym samym liczbę wiernych, by po tym usprawiedliwiać zmianę charakteru świątyń ze względu na malejącą liczbę wiernych. To najczęściej w tzw. Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, gdzie jeszcze od niedawna (2015 roku) radykalnie zwiększyło się też zagrożenie ze strony wojującego islamu, ale przecież jesteśmy też od setek lat werbalnie, etyczno-moralnie i materialnie atakowani przez wszechobecny na wielu kontynentach judaizm a raczej syjonizm rabiniczno-talmudyczny. Z jednej strony niszczy nas lewactwo a z drugiej islam czy też syjonizm talmudyczno-rabiniczny...

W krajach islamskich, hinduskich czy buddyjskich też się nas pozbywa i to w sposób fizycznie brutalny, często poprzez zamachy, m.in. takie jak teraz w Sri Lance, gdzie poprzez wybuchy w trzech lun czterech kościołach zamordowano m.in cześć katolików modlących się w swoich świątyniach z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Bomby zdetonowano też w hotelach, gdzie na pewno było też dużo katolików. Ogólnie ofiar jest już powyżej 200, około 500 jest rannych, w tym 35 cudzoziemców... Kto dalej jest też w stanie uwierzyć, że pożar w katedrze Notre-Dame był przypadkowy... wszak miał też wybuchnąć w czasie mszy świętej i w okresie Wielkiego Tygodnia...

Wszystko wskazuje na to, że owych zamachów dopuścili się radykalni wojownicy islamscy, choćby dlatego, że już udowodniono po stronie zamachowców dwóch samobójców (prawdopodobnie islamskich męczenników za wiarę), ale nie ma jeszcze żadnych informacji na ten temat, choć podobno aresztowano już 7 osób.

Jak my, jako katolicy, powinniśmy reagować? Większość hierarchów niemal wprost zabrania jakiegokolwiek odwetu, ale zaleca skupienie się na modlitwie i rozmowach z przedstawicielami nienawidzących nas religii czy wojującego lewackiego ateizmu. Tak to przez ich część proponowany jest nam wszechstronny ekumenizm, pojednanie z innymi religiami i wszelkim lewactwem spod znaku marksizmu kulturowego.

Może i jest to droga długookresowo najwłaściwsza, ale czy tylko taka jest nam przeznaczona teraz, w dobie okrutnej walki przeciw nam? I walki nie tylko werbalnej i światopoglądowo-ideologicznjej, ale też walki poprzez fizyczną eksterminację?

Nie wiem, ale nasi przodkowie również walczyli za wiarę w okresach wojny, walczyli za wiarę w dobie najazdu na Europę islamskich wojowników (Bitwa pod Wiedniem) czy też hordy komunistycznych Sowietów (Cud Nad Wisłą), walczyli w czasie innych wojen wszelakich za wiarę, wolność, niepodległość naszej Ojczyzny. Walczyli w obronie własnej.

A - jak pisałem - teraz zaatakowali nas ze wszystkich stron. To też jest wojna, tylko inna niż poprzednie, inna bo jest inny sposób walki, ale jest to wojna z naszą wiarą, z nami. Czy mamy być obojętni i nie podejmować walki? Czy taka bierność nie jest postrzegana jako nasza słabość a nie dowód miłosierdzia? Czy wyznawcy innych religii i kultów ideologicznych rozumieją tą naszą bierność, czy uznają ją za dowód naszej zgody na wyniszczenie?

Oczywiście ta walka też nie może polegać na odwecie w postaci podobnych zamachów, ale są też i inne formy walki. W Europie, Ameryce czy nawet na świecie są sądy, policja, służby, jest też prawo. A prawo należy stanowić we własnym państwie i je drobiazgowo egzekwować.

Czy np. nie nakazywać grzebania wiernych, radykalnych "islamistów - zamachowców" razem z obciętą głową świni, czy nie należy prawnie aresztować wszystkich tworzących trzon "wysp - kalifatów islamskich" w krajach jeszcze do niedawna chrześcijańskich, czy nie należy np. zmuszać nie asymilujących się imigrantów do prac publicznych w zamian za pomoc materialną rządów a jeżeli unikaliby jej to należałoby ich deportować? To w naszej Europie...

A gdzie indziej... No cóż wojna z "Państwem Islamskim" niby została wygrana, ale pojawiły się tak zwane "samotne wilki" i nigdy nie wiadomo gdzie i jak zaatakują i tutaj jest potrzebna współpraca służb specjalnych wielu krajów.

Równie ważna jest też walka z wyniszczaniem nas ekonomicznie poprzez lichwę różnoraką i skrajnie negatywną wobec nas – mam nadzieję, że mniejszą – część syjonistów talmudyczno-rabinicznych, ale to jest tak szeroki temat, że nie starczyłoby tutaj miejsca w tak krótkim felietonie. Zresztą o takowym zagrożeniu pisałem wielokrotnie...

I zupełnie na marginesie owej strasznej tragedii w Sri Lance.

Przeczytałem taką oto informację na portalu wpolityce.pl: "Lankijskie władze zarządziły tymczasową blokadę portali społecznościowych i komunikatorów internetowych, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się fałszywych informacji na temat serii eksplozji. Rząd poinformował, że „zdecydował o zablokowaniu wszystkich platform sieci społecznościowych, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się nieprawdziwych i fałszywych informacji”. To jest środek jedynie tymczasowy - zapewniono w komunikacie cytowanym przez agencję AFP".

I tak kończy się wolność internetu. A gdyby nas wszystkich w jednej chwili od niego odłączono i nas zablokowano, oczywiście w imię "naszego dobra"? To tylko tak ku refleksji w odniesieniu do ACTA2 i innych tego typu pomysłach.


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

sobota, 20 kwietnia 2019

Watykan - Droga Krzyżowa czy Przesłanie Społeczne?

Króciutko, ad hoc...

Obejrzałem wczoraj Drogę Krzyżową pod przewodnictwem Papieża Franciszka. I mimo, iż każdy wierzący przeżywa ten dzień wewnątrz swojego ducha, to od głowy Kościoła Katolickiego powinniśmy usłyszeć o naszej wierze to, co jest religijnym wymiarem męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa.

Z tego też względu - po wysłuchaniu słów Papieża w czasie Drogi Krzyżowej - mam bardzo mieszane uczucia. Nie czas może ku temu, ale pragnę się ad hoc podzielić kilkoma refleksjami...

Triduum Paschalne jest wydarzeniem religijnym dotyczącym Jezusa Chrystusa i fundamentów naszej wiary a nie społecznym manifestem a już męczeńska śmierć Jezusa na Krzyżu jest kwintesencją chrześcijaństwa. To tak naprawdę jedyny dzień w roku, który winien skłaniać do przemyśleń nad męczeństwem naszego Pana i przez to duchowo łączącym nas z Nim.

Tego zabrakło u papieża Franciszka. Zabrakło religijnego wymiaru Drogi Krzyżowej i podkreślenia znaczenia Krzyża jako symbolu naszej wiary i znaczenia śmierci Jezusa będącej odkupieniem za nasze grzechy, śmierci tragicznej, ale jak się później okaże kończącej się Jego zwycięstwem  i zmartwychwstaniem.

Było za to przede wszystkim o społecznym wymiarze życia i cierpienia, ubóstwie, biedocie, przyjaźni i braterstwie (sic!) i krzyżach niesionych na ramionach wielu ludzi, w tym Nigeryjczyków. Szlachetne to, potrzebne a nawet po ludzku wzruszające, ale - moim zdaniem – nie w tym akurat dniu. Jest na to czas przez resztę całego roku, kiedy każdego dnia możemy wysuwać wnioski na temat życia i śmierci Jezusa i odnosić je do społecznych wyzwań jakie przed nami jako chrześcijanami stoją.

Moje pierwsze odczucia potwierdziła niejako w TVP siostra zakonna, która zauważyła, iż w Drogach Krzyżowych celebrowanych przez św. Jana Pawła II czy Benedykta XVI największy nacisk kładziony był na duchowo-religijny wymiar śmierci Jezusa Chrystusa, a w przypadku Franciszka wyraźnie daje się słyszeć przede wszystkim o społecznym wymiarze męczeństwa i śmierci naszego Pana.

Czy to dobrze, czy źle? Nie mnie to oceniać, choć cały pontyfikat i w niektórych sprawach postawa Franciszka może nieraz w wiernych budzić pewnego rodzaju wewnętrzne wątpliwości, budzi je też u wielu hierarchów, co tylko wzmacnia owe wątpliwości u wiernych.

Nieraz przy różnych okazjach i spotkaniach ze znajomymi słyszę od nich niejako nawet pretensje do papieża Franciszka, że tuż po wyborze nie pozdrowił wiernych znakiem Krzyża i nie udzielił tradycyjnego, inaugurującego jego pontyfikat Bożego Błogosławieństwa a po świecku na koniec życzył wiernym dobrego obiadu. Podzielam ich zdanie.

Często też przywołują pamiętny Wielki Czwartek, kiedy to Papież umył (obmył) i całował stopy m.in. kobietom a w dodatku jednej islamistce. Wskazują też wypowiedzi Franciszka dotyczące samego islamu i konieczności przyjmowania imigrantów, nawet w naszych domach. W tym przypadku zawsze przypominam sobie stwierdzenie F. Konecznego, który mniej więcej (cytat z pamięci) napisał, że "niemożliwym jest współistnienie dwóch lub większej ilości cywilizacji na jednym terenie, bo zawsze dojdzie do konfliktu między nimi".

W dyskusjach wskazuje się też na rozmiękczanie przez Papieża odwiecznych i apriorycznie niezmiennych prawd naszej wiary, w tym dotyczących m.in. obyczajowości i małżeństwa.

Mnie jednak najbardziej uderzyły dwa fakty. Pierwszym było nabożeństwo ekumeniczne z udziałem papieża Franciszka z okazji obchodów 500-lecia reformacji a drugim był brak Krzyża jako symbolu naszej wiary w papieskim filmie ekumenicznym, gdzie zamiast Krzyża pojawił się nowo narodzony Jezusek... obok Menory i symboli innych religii. Przypadek? Nie sądzę, bo jakoś tak ogólnie mam wrażenie, że powoli Krzyż zamiast coraz częściej i mocniej być eksponowany, to raczej dzieje się odwrotnie... 

To tylko tak ku refleksji...


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com