Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 października 2023

Nie możemy zawieść krajów europejskich i Europejczyków!

Nasze wybory są ważne nie tylko dla Polski i Polaków, ale też dla wszystkich narodów i państw w UE.

UE ma dziś ogromne kłopoty związane przede wszystkim z ogromną skalą nielegalnej imigracji socjalnej z krajów Afryki i Azji. De facto za wielką skalę tej imigracji odpowiadają Niemcy, którzy za sprawą A. Merkel "otworzyli drzwi" dla tej imigracji. I dziś na ulicach Włoch, Francji, Niemiec, Szwecji, Holandii, Belgii i wielu innych krajów mamy hordy rozwydrzonych imigrantów. Są walki ich gangów, morderstwa, gwałty i inne przestępstwa.  

Europa sobie z tym wszystkim nie radzi. W Szwecji już jest wojsko na ulicach, Francuzi chcą (tak jak u nas) referendum w sprawie migracji, Włosi chcą odsyłać migrantów z powrotem do ich krajów, zaczynają ponownie funkcjonować granice i kontrole graniczne, jest chaos, zniszczone budynki, samochody a ludzie boją się wychodzić samemu i po zmroku. Taki to los zgotowali Niemcy całej zachodniej Europie.

I co? Ano Niemcy mają tylko jeden sposób na pozbycie się problemu migrantów: przymusowa ich relokacja do innych krajów europejskich, w tym do Polski. Na to nie może być naszej zgody i jej nie ma, bo stawiamy twarde weto. My chcemy po prostu uszczelnić granice w Europie, odsyłać nielegalnych imigrantów z powrotem a pomagać na miejscu w Afryce czy Azji. 

Polska jest dziś najbezpieczniejszym krajem w UE i oczy Europejczyków są zwrócone na nas z nadzieją, że wygra PiS (ZP), co sprawi, że ideologiczne elity unijne będą zmuszone zmienić swoje podejście do imigrantów na mniej więcej takie jakie ma nasz obecny rząd. Na to liczą Europejczycy. 

Gdyby u nas wygrało PO (KO) to byłby też koniec Europy, bo D. Tusk i jego akolici dołączyliby do grona tych, którzy chcą przymusowej relokacji oraz budowy Jednego Państwa Europa ze stolicami w Berlinie i w Brukseli, co zniechęciłoby inne kraje do walki o siebie. 

Czy możemy zawieść Europę? NIE!

Ponadto w UE jest potężny kryzys energetyczny wpływający na zmniejszenie wzrostu gospodarczego i na wysokie ceny nośników energii. 

Ten kryzys też jest pokłosiem wcześniej prowadzonej niemieckiej polityki gospodarczej polegającej na niskich cenach np. gazu importowanego z Rosji poprzez rurociągi Nord Stream. Co prawda II rurociąg jeszcze nie został uruchomiony, ale stoi gotowy do użycia po zakończeniu wojny Rosji z Ukrainą. 

A miało być tak pięknie: Niemcy mieli importować tani gaz z Rosji a później po wyższych cenach odsprzedawać go całej Europie. I tak by było, gdyby nie zapędy mocarstwowe W. Putina i bohaterstwo żołnierzy ukraińskich. 

I też pod względem gospodarczym jesteśmy wyróżniani w Europie. Jako nieliczni potrafiliśmy udanie przeprowadzić gospodarkę przez czasy covidu a całkowicie uniezależniając się energetycznie od dostaw nośników energii z Rosji byliśmy w stanie przeciwstawić się kryzysowi energetycznemu.  

Wzrost politycznego, gospodarczego i militarnego znaczenia Polski najbardziej boli Niemców, bo nasz kraj miał być taki jak za czasów rządów PO-PSL, gdzie powoli stawaliśmy się landem niemieckim a Polska stawała się "kartonowym państwem" gdzie były tylko "ch...j, dupa i kamieni kupa". 

I sądzę, że większość krajów europejskich (unijnych) też w obszarze gospodarczym "trzyma kciuki" za zwycięstwo PiS (ZP), bo już mają dość dominacji Niemiec w UE. Gospodarka niemiecka dzięki swojej  walucie Euro wyssała z krajów unijnych "ostatnie soki" a same Niemcy chcą zmieniać traktaty unijne i z Europy zrobić sobie IV Rzeszę Niemiecką a później w porozumieniu z Moskwą stworzyć Eurazję od Lizbony do Władywostoku.  

Jeżeli teraz w Polsce wygra PiS (ZP) i utworzy swój rząd to te niemieckie plany podboju Europy mogą zostać oddalone w nieskończoność i większość krajów unijnych właśnie na to liczy.

Czy możemy zawieść Europę? NIE!

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

sobota, 12 sierpnia 2023

O D. Tusku. Tym razem na poważnie! Gospodarka... (2)


W przedostatnim akapicie pierwszej części napisałem: 

""I zgadzam się z J. Kaczyńskim, że gdyby D. Tusk odzyskał władzę to od pierwszych miesięcy nastąpiłby proces wyprzedawania wszystkiego, tej resztki naszego majątku, który się uchował: "Tusk, jeśli wróci do władzy, wyprzeda wszystko. Tego zażądają od niego ci, którzy go tutaj wysłali. On jest przecież politycznie bardzo zadłużony. Za te wszystkie rezolucje przeciwko Polsce, za całą tę fałszywą nagonkę na nasz kraj zapłaci firmami, naszym majątkiem, interesami (...) Tusk wyprzeda Polskę, a wtedy jako naród staniemy się nędzarzami, skazanymi na pracę za grosze albo na emigrację. Nie będziemy mieli nic, bo kapitał prywatny w Polsce jest za słaby i ma często zbyt egoistyczne nawyki, by nas poprowadzić ku sukcesowi"".

Wtedy nawet nie wiedziałem, że o wyprzedaż dóbr narodowych (majątku narodowego) PiS (ZP) zapyta nas w pierwszym pytaniu referendalnym i dobrze się stało, iż o to zapytamy wszystkich Polaków, bo tzw. polska prywatyzacja od 1988 roku "woła o pomstę do nieba". Taki L. Balcerowicz czy J. Lewandowski oraz wszyscy, którzy później za grosze wyprzedawali nasz majątek winni od dawna siedzieć w więzieniu! Także D. Tusk, który wyprzedał 950 polskich firm za kwotę 58 miliardów złotych tylko dlatego, aby łatać swoją dziurę budżetową i uniknąć przekroczenia progu ostrożnościowego długu finansów publicznych liczonego w stosunku do PKB. Aby tego uniknąć posunął się nawet do kradzieży Polakom pieniędzy zgromadzonych w OFE w wysokości ponad 150 mld złotych, bowiem środki na koncie ZUS są wliczane do owego długu finansów publicznych. Chciał dalej prywatyzować np. LOTOS, PKN ORLEN, LOT, PKP czy KGHM... ale nie zdążył, bo stracił władzę.

A jakie za D. Tuska było bezrobocie a jakie jest teraz mimo przyjęcia jak na razie na stałe około 1,5 miliona Ukraińców? 


Stopa Bezrobocia w latach 2007-2014

Źródło: Eurostat; https://archiwum.mrips.gov.pl/gfx/mpips/userfiles/_public/1_NOWA%20STRONA/Aktualnosci/zdjecia/2014/charts_animation_ladneFINAL.gif

Stan na sierpień 2015 roku
Źródło: Eurostat/Forsal/money.pl

Obecnie w Polsce mamy najniższe od dziesiątek lat bezrobocie (około 2,7%) i zajmujemy drugie miejsce w UE po Czechach (2,4%). Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że taki poziom bezrobocia jest niemal bezrobociem frykcyjnym lub też sumą bezrobocia frykcyjnego i strukturalnego, ale aby to potwierdzić musi minąć trochę czasu. 

Przedstawiam dane liczone wg. Eurostatu, które są z reguły niższe niż oficjalne dane polskiego GUS. Dla przykładu stopa bezrobocia rejestrowanego w maju 2023 według GUS to 5,1% a liczony według Eurostatu to 2,7%. W sierpniu 2015 bezrobocie wg. GUS wyniosło 9,9% a wg. Eurostatu 7,2%. 

Tak czy inaczej w obydwu metodologiach mamy najniższe bezrobocie od 1991 roku. W tym okresie  najwyższe bezrobocie wg. GUS wynoszące powyżej 20% mieliśmy w latach 2002-2004, które było wynikiem "chłodzenia gospodarki" znów przez L. Balcerowicza, który ówcześnie był prezesem NBP.

Tak na marginesie dziś ekonomiści jego pokroju cały czas napierają na obecnego szefa NBP o podwyższanie stóp procentowych ze względu na wysoką inflację. Adam Glapiński - i dobrze - tego nie robi, dzięki czemu mamy tak niskie bezrobocie a inflacja mimo tego z miesiąca na miesiąc maleje. Jestem pewny, że gdyby D. Tusk przejął władzę to z pomocą L. Balcerowicza czy B. Grabowskiego zrobiłby wszystko, aby znów zastosować "terapię szokową" i tym samym bezrobocie natychmiast by wzrosło...

A jak wygląda obecnie nasz PKB?


Źródło: https://pfr.pl/dam/jcr:73c8b8c8-617e-464f-955d-5b751382e7f4/PFR_Europa_202307.pdf

Od 2015 roku realna wartość PKB zwiększyła się w Polsce o niemal 32%, oznacza to, że nasza gospodarka rosła znacznie szybciej niż średnia unijna oraz strefa euro jako całość.
Źródło: https://www.gov.pl/web/aktywa-panstwowe/wzrost-gospodarczy-w-polsce-od-2015-r-na-tle-innych-panstw-unii-europejskiej

W okresie 2015-2022 polska gospodarka rozwijała się w średnim rocznym tempie wynoszącym 4,1%, co dało nam czwarte miejsce w UE po Irlandii, Malcie i Cyprze. Wśród 10 największych gospodarek UE wzrost PKB Polski od 2015 roku był drugim największym, ustępując miejsca jedynie Irlandii. 

Co prawda w latach 2004-2015 nasza gospodarka też urosła o 59%, ale dziś mamy kryzys energetyczny związany z wojną na Ukrainie i mieliśmy pandemię koronawirusa a mimo to rośniemy szybciej niż kraje UE, co budzi niepokój przede wszystkim w Niemczech. M.in. stąd się bierze brak zgody Niemiec (sic!) na budowę portu w Świnoujściu, który ma stać się konkurencją dla portu w Hamburgu... Zdały egzamin nasze tarcze antycowidowe a byliśmy ich prekursorem. 

Polska notuje najszybszy wzrost PKB ze wszystkich krajów Unii Europejskiej. Z danych za czerwiec wynika, że nasza gospodarka rosła o 3,8 proc. w stosunku do ostatniego kwartału 2022 roku - podaje Eurostat. Żaden z innych krajów wspólnoty nie osiągnął takiego wyniku. Polska odpowiadała też za 4,2 proc. PKB całej Unii Europejskiej. To najwyższy wynik naszego kraju w historii.

Źródło: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/wzrost-gospodarczy-polski-byl-wiekszy-glowny-urzad-statystyczny-koryguje-dane/m3764nl

Źródło: https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/pbmk9kuTURBXy9iOTYxOWM4MS00MzczLTRlMDEtYjZkMC1iMDVhZmRmMWQxOGQuanBlZ5GVAs0DwADCw94AAaEwBQ

"Według danych Banku Światowego, w ciągu ostatnich 15 lat, Polska stała się liderem wzrostu PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej waluty (PPP), pośród wszystkich 27 krajów Unii Europejskiej. Przyjmując PKB na mieszkańca w 2007 roku za podstawę tych wyliczeń, PKB Polski w 2022 roku wzrosło aż 62,9%, podczas gdy np. nasi sąsiedzi Niemcy odnotowali w tym czasie wzrost o 12,9%, a Francja tylko 4,9%. Natomiast takie kraje jak Hiszpania, Włochy czy Grecja, nie tylko w tym czasie nie odnotowały wzrostu PKB, a wręcz przeciwnie spadki i to odpowiednio o 4%, 7,6%, a Grecja aż 21,5% czyli o ponad 1/5.
 
Polski wzrost PKB na mieszkańca z uwzględnieniem siły nabywczej naszej waluty, jest rzeczywiście imponująco wysoki, przy czym szczególnie przyśpieszenie tego wzrostu nastąpiło od 2015 roku, aż o blisko 40 punktów procentowych. Jak wynika z wyżej zaprezentowanych danych, PKB na mieszkańca wg parytetu siły nabywczej waluty w największych unijnych gospodarkach (Niemcy i Francja), wzrastał znacznie wolniej niż Polsce. Były także kraje w UE, w którym w tym długim 15-letnim okresie, nie tylko nie było wzrostu PKB ale wręcz przeciwnie spadek, a w Grecji ze względu na wieloletni kryzys, ten spadek wyniósł ponad 20%. Przy okazji należy zwrócić uwagę, że z tych wyżej omówionych krajów tylko Polska posługuje się własną walutą, natomiast wszystkie pozostałe są w strefie euro, co tylko potwierdza tezę, że szybko można gonić najbardziej zamożne kraje, w sytuacji posługiwania się własnym pieniądzem" [1].

A inflacja?

Oczywiście ostatnie lata charakteryzują się dość dużą inflacją, która wynika przede wszystkim z dwóch czynników: pandemii coronawirusa oraz wojny na Ukrainie i tym samym zwyżki cen nośników energetycznych. Najgorsza sytuacja była na początku tego roku, kiedy notowaliśmy inflację rzędu 18,4% liczoną metodą GUS. Teraz (czerwiec 2023) wynosi ona już tylko 11,5%, czyli dość szybko maleje i to bez "ochładzania gospodarki" poprzez podwyższanie stóp procentowych przez NBP. 



Inflacja HICP jest odmienną miarą wzrostu cen od najpopularniejszego i stosowanego przez polski GUS wskaźnika CPI. Stąd różnica w przypadku Polski o 0,5%. [2]

Źródło: https://strefainwestorow.pl/sites/default/files/styles/large/public/imagepicker/15366/thumbs/szacunek_inflacji_czerwiec.png?itok=r7Gxh1E3

"Jak poinformował prezes Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) Paweł Borys według raportu Europejskiego Banku Centralnego (EBC), szantaż energetyczny Rosji odpowiadał aż za 72 proc. inflacji w strefie euro w połowie 2022 roku. Gdyby tego szantażu nie było, wg autorów raportu inflacja w strefie euro w połowie poprzedniego roku wynosiłaby zaledwie 2,3 proc., podczas gdy średnia inflacja w tym czasie wynosiła aż 8,3 proc. Co więcej, jak napisał prezes PFR, energetyczny szok podażowy, jakiego Europa doświadczyła już jesienią 2021 roku i który trwał przez następnych kilkanaście miesięcy, ma o 60 proc. silniejszy wpływ na inflację w krajach z mocnym popytem, szybszym wzrostem PKB i wyższą inflacją, takich jak kraje Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska. Ta zależność wyjaśnia różnicę w stopie inflacji pomiędzy Polską i krajami regionu a krajami należącymi do strefy euro ( to właśnie dlatego inflacja w naszym kraju jest wyższa niż w krajach strefy euro)" [3].

Według projekcji NBP inflacja w Polsce w roku 2025 (2,1-5,1%) zbliży się do celu inflacyjnego czyli 2,5%. Będzie to trudne, ale jak dotąd przewidywania NBP się sprawdzają. 

Osobiście wolę inflację o 2-3% wyższą niż - przy założeniach monetarystów - jej tłumienie kosztem radykalnego wzrostu bezrobocia, tym bardziej, że obecnie za podażową inflację odpowiada aż w 72% presja wzrostu cen nośników energii implikowana przez Rosję.  

No, ale powróćmy do D. Tuska..

Ja już naprawdę nie wiem jak pisać o Słońcu Peru. Z jednej strony może i poważnie, ale z drugiej strony coraz bardziej zasługuje on na satyrę i śmieszność. Też w sumie przychylam się do tej drugiej opcji, ale on jednak ma jakiś tam wpływ na ludzi, szczególnie tych bezmózgowych lemingów, którzy są w niego wpatrzeni i łykają jego kłamstwa niczym prawdę. Dlatego sumarycznie wolę go traktować poważnie, tym bardziej, że ma wsparcie "armii niemieckiego M. Webera". 

Mam już przeżyte swoje lata na tym ziemskim padole i niby ogarniam rzeczywistość, ale naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, że są jeszcze ludzie, którzy są jego zwolennikami. To jakaś psychiczna dewiacja. Inaczej nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. No może tylko wtedy jeżeli uznam, że są to idioci a żaden idiota przecież nie wie, że jest idiotą, ale to też należy po prostu leczyć. 

Dziś D. Tusk jest bezradny i niestety im bardziej takim się staje, tym bardziej jest sfrustrowany a ta jego frustracja prowadzi go do radykalizacji jego słów i działań. Widzę go jako małego chłopczyka, który nie jest w stanie zaakceptować, że jego kolega wybudował z piasku lepszy zamek i z tej zawiści, i w furii ten kolegi zamek niszczy kopiąc go z nieukrywaną satysfakcją. 

Widać to np. po tym, że znów staje się antyklerykalny i podczas spotkania z mieszkańcami Stargardu powiedział: "Nie ma innej drogi niż jednoznaczne, natychmiast po wygranych wyborach przeprowadzenie tego procesu oddzielenia Kościoła od państwa ze wszystkimi tego skutkami". Dodał też - w odniesieniu do sądownictwa, iż  potrzeba "kilku odważnych ludzi", którzy wyprowadzą nieakceptowanych przez niego sędziów i kontynuował: "Decyzje, które oni podjęli, które dotyczą sądów, Trybunału Stanu czy Trybunału Konstytucyjnego, to decyzje z punktu widzenia prawa polskiego, konstytucyjnego, europejskiego – nielegalne. Ich nie ma. Ten stan rzeczy, który oni wytworzyli, będzie trwał tak długo, jak (długo) oni będą u władzy. Wygramy wybory i przywrócimy legalny stan rzeczy"

Dygresyjnie warto zauważyć, że D. Tusk jest pod względem stosunku do katolicyzmu niczym sinusoida: raz jest katolikiem, który po wielu latach bierze ślub kościelny, bo zbliżają się wybory prezydenckie, w których miał początkowo startować lub np. czyni znak Krzyża Świętego na bochenku chleba, by nagle stać się antykatolickim radykałem wtedy, gdy zamierza przypodobać się środowiskom lewicowo-demoliberalnym. To taka jakże śmieszna "chorągiewka na wietrze" i nie tylko w przypadku stosunku do KK. 

Redaktor M. Karnowski odnosząc się m.in. do tych w/w słów D. Tuska zauważył, że w sytuacji konieczności jego rywalizacji z szykującym się do wewnątrzopozycyjnego przewrotu Rafałem Trzaskowskim zaczyna w emocjach mówić więcej i szczerzej niż kiedykolwiek oraz rywalizacja na radykalizm powoduje odsłonięcie kart umożliwiających poznanie prawdziwego planu Tuska, planu zawierającego elementy faszystowskiego modelu sprawowania władzy.

Mogę się po części zgodzić z redaktorem M. Karnowskim, ale jednak znów bym podkreślił, że nie tylko walka z R. Trzaskowskim jest powodem jego radykalizacji. Są i też powody typowo ambicjonalne oraz poczucie, że gdy przegra wybory to już - bez pomocy A. Merkel – nie ma szans na powrót na europejskie salony. Pozostaje mu tylko krajowe poletko a, że wcześniejsze jego rządy w Polsce już powszechnie uznawane są za zdradzieckie to w razie przegranej w najbliższych wyborach już na zawsze pozostanie "osobistością", która zapisze haniebne karty polskiej historii. I stąd m.in. też ta jego frustracja i radykalizm. 

Warto też pamiętać, że przecież jego powrót do Polski został zapewne wymuszony przez A. Merkel a cel tego powrotu był jeden: wszelkimi sposobami obalić rząd PiS-u. I sądzę, iż ten niemiecki prawdopodobny rozkaz nadal jest w mocy i być może to, że jak na razie w tej materii nic mu nie wychodzi też go radykalizuje. 

Ten człowiek dla mnie jest tak śmieszny a jednocześnie tak bardzo  groźny, że najlepiej byłoby go odizolować od wpływu na Polskę. On już od dawna powinien widzieć świat zza krat lub być wygnany bez prawa powrotu np. do Lasów Amazonii.  

A już z zamierzchłych czasów czy pamiętamy D. Tuska, który chciał oderwać Kaszuby od Polski i twierdził, że dla niego "polskość to nienormalność"?

I tak bym mógł wymieniać jeszcze wiele zachowań i wypowiedzi D. Tuska, i dodatkowo jeszcze ponad 2 tysiące razy, czyli tyle, ile bloger (prowadzący m.in.: http://niepoprawneradio.pl/) MarkD spisał jako afery rządów PO - PSL. 

Mógłbym, ale to jest bez sensu, bo i tak dziś D. Tusk zapowiada, że jak przejmie władzę to zlikwiduje wszystko, co zrobił dla ludzi PiS: programy socjalne (m.in. 500+, dodatki szkolne, dodatkowe emerytury, pomoc rodzinom wielodzietnym, bezpodatkową pracę dla młodzieży poniżej 26 roku życia, itd, itp.) a także zapewne ukróci dotacje na zrównoważony rozwój dla wszystkich regionów Polski i powróci do swojego  modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego, który zakładał tylko rozwój dużych aglomeracji i to tych z zachodniej, północnej i południowej Polski (szczególnie na dawnych polskich terenach zawłaszczonych onegdaj przez Niemcy). 

No i już zupełnie na koniec. D. Tusk robi wszystko (a raczej Niemcy), żeby nasz KPO nie został zaakceptowany przez UE, albo przynajmniej chce doprowadzić do odłożenia w czasie tej akceptacji. Pozostały jeszcze trzy kraje, które na taką akceptację czekają (a tym samym na uruchomienie dla nich środków unijnych na odbudowę pocowidową gospodarki): Polska, Węgry i Szwecja. Szwecja chyba tylko dlatego, żeby służyć jako listek figowy zasłaniający prawdziwe oblicze niemieckiej UE. 

Nasz szef NBP twierdzi, że nawet bez tych środków - które i tak są pożyczką, które zadłużają poszczególne państwa - Polska sobie poradzi i to, co dziś pozytywnego dzieje się w gospodarce polskiej jest daleko lepsze niż tzw. cud gospodarczy Niemiec. Oby relatywnie tak faktycznie było!

Tym niemniej... my - jako Polacy - nie możemy dopuścić do tego, aby D. Tusk i jego formacja znów przejęli u nas władzę. To byłby koniec naszej gospodarki a silna gospodarka jest ostoją suwerenności i niepodległości! Chcemy je stracić?



Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

O D. Tusku. Tym razem na poważnie! Gospodarka... (1)

Wiemy, że D. Tusk jest nader często cynicznym kłamcą i w tym fetorze kłamstw bywa nieraz groteskowo śmieszny, co powoduje, iż część wyborców może zacząć go traktować pobłażliwie niczym niegroźnego i zabawnego clowna w cyrku. 

Można tak... I sam nieraz ulegam pokusie, aby opisywać D. Tuska prześmiewczo, ale zapewniam, że należy go traktować raczej bardzo poważnie, bo jest zagrożeniem dla Polski i Polaków, zagrożeniem dla naszej suwerenności i niepodległości oraz zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa traktowanego sensu largo, czyli bezpieczeństwa: ogólnie gospodarczego, finansowego (w zakresie budżetów rodzinnych i budżetu państwa), zdrowotnego, militarnego (wojskowo-obronnego), energetycznego, społecznego (w zakresie więzi rodzinnych i społecznych) i politycznego.

Jeździ on sobie po Polsce i gardłuje o odsunięciu PiS-u od władzy, bo to tak naprawdę jedyny jego fragment programu wyborczego, o którym może publicznie mówić. Jest tak, bowiem - jak już pisałem - prawdziwym i ukrywanym programem PO (KO) dla Polski i Polaków jest i ewentualnie będzie spełnianie żądań zniemczonej UE wobec Polski. 


D. Tusk zdaje sobie sprawę, że jakby zaczął otwarcie wskazywać, że żądania UE są jego programem wyborczym, to jego szanse na wygraną w wyborach parlamentarnych w Polsce zmalałyby drastycznie. Więc unika jak ognia deklaracji programowych i woli tylko napędzać negatywne emocje pod hasłami "***** ***" i "odsunąć PiS od władzy" czy też - przy wsparciu takich mediów jak TVN czy GW - fałszywie kreuje emocje wokół konkretnych przypadków jak: śmierć jakiegoś dziecka, wielopiętrowo uknuta historia pijanej Pani Joanny, "pisowski" dym palących się (sic! - niemieckich) śmieci a teraz aberracyjnie straszy, iż tzw. "wagnerowcy" to niemal przybudówka PiS-u a to stwierdzanie jest już jawnie antypolskie.  

Poniżej omówię zagrożenia gospodarcze dla nas wszystkich, które najprawdopodobniej by wystąpiły, gdyby D. Tusk przez jakiś przypadek został ponownie premierem Polski. 

Ale wpierw przypomnę, że D. Tusk jest "dla Niemiec" a nie "dla Polski".

"Für Deutschland" (dosłownie "Dla Niemiec"):


Przy oczywistym założeniu, że D. Tusk jest wysłannikiem Berlina na Polskę oraz dla Rosji jest "ich człowiekiem w Warszawie", to najwięcej może ucierpieć nasza gospodarka. Oczywiście również atak na nasze, polskie wartości też jest dla Niemców czy Rosji ważny, ale nie tyle, co nasze zasoby naturalne, nasze przedsiębiorstwa czy też dynamicznie wzrastająca nasza gospodarcza konkurencyjność, szczególnie znienawidzona przez Niemcy. Przejęcie władzy przez niemiecką partię jaką jest PO byłoby koszmarem dla naszej, coraz lepszej gospodarki. 

Warto przypomnieć, że jak D. Tusk a później E. Kopacz byli premierami to kwitło mafijne, finansowe wyłudzanie od państwa polskiego należnych mu kwot z podatku VAT. Był to proceder nagminny, który w większej części zlikwidowały obecne władze. Oj... to naprawdę musi boleć owych mafijnych VAT-owców, ale też ich promotorów lub ludzi z kręgów dawnej władzy, którzy też być może - przymykając oczy na te szwindle - czerpali z tego zyski, choćby poprzez korupcję. 

Wszyscy chyba pamiętamy, że D. Tusk zapowiadał, że nasze narodowe Polskie Linie Lotnicze LOT wcale nie muszą być polskie. Co wtedy miał na myśli? Czy zamierzał - poprzez OLT Express - przekazać LOT niemieckiemu narodowemu przewoźnikowi, czyli Lufthansie (Deutsche Lufthansa AG)? Czy po to zmniejszał sztucznie ich rentowność? A teraz się okazuje (pominąwszy kryzys cowidowy), że nasze linie lotnicze mają się całkiem dobrze i są bardzo konkurencyjne, m.in. wobec  niemieckich linii lotniczych! Naprawdę warto sobie przypomnieć jego słowa...

A nasze lasy. Czy pamiętamy, że w nocnym głosowaniu - dzięki PiS-owi i tym samym tylko z przewagą 5 głosów - je uratowaliśmy dla Polski. Cały ówczesny rząd PO-PSL chciał je pośrednio sprywatyzować. Tylko komu? Wygadał się wtedy B. Komorowski, który - oczywiście też pośrednio - wskazał, że mogą one być elementem zapłaty Żydom za ich bezprawne i wyimaginowane żądania od nas reparacji wojenno-powojennych. 

A czy pamiętamy likwidację przez D. Tuska naszego przemysłu stoczniowego, który od zawsze był konkurencyjny wobec stoczni niemieckich. Według D. Tuska miał się pojawić jakiś tajemniczy "inwestor katarski", ale oczywiście nic z tej bujdy dla ciemnych "lemingów" nie wyszło a stoczniowcy dostawali propozycje przekwalifikowania się m.in. na... fryzjerów psów. 

No i oczywiście - w dalszej kolejności - warto sobie przypomnieć kontrakt gazowy z Rosją podpisany przez wicepremiera W. Pawlaka, który na szczęście został wtedy zablokowany (a jak by to było dziś?) przez KE, bo został uznany za skrajnie dla Polski i UE niekorzystny. 

No i dalej. Czy pamiętamy jak tamten rząd ubolewał nad kondycją finansową PKP i nie wróżył im nic dobrego bez wsparcia lub przejęcia przez "bardziej doświadczonych przewoźników". Czy wtedy myślano np. o przejęciu naszych PKP przez Deutsche Bahn AG (DB) – niemieckie przedsiębiorstwo kolejowe i logistyczne? Warto powrócić do tamtych wypowiedzi członków rządu D. Tuska. 

Może to jest obszar niszowy, ale w sumie dla mnie bliski (pracowałem w Uzdrowisku). Rząd D. Tuska postanowił sprywatyzować 20 spośród 27 uzdrowisk w Polsce, które były - po procesie komercjalizacji - jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa. I większość udało mu się z tej listy sprywatyzować a przecież to one  również stanowią (stanowiły) dobro narodowe i to z tradycjami. Docelowo - gdyby rządził dalej - miało pozostać w rękach państwa tylko jedno: w Krynicy-Zdroju. Na szczęście stracił władzę i nie zdążył...

A czy pamiętamy aferę Sobiesiakową (Ryszarda Sobiesiaka), gdzie ten szemrany biznesmen budował sobie do woli kolejkę górską i wycinał bez pozwolenia drzewa z obszaru chronionego i chciał zarządczego stanowiska dla najbliższego członka rodziny (córki) w spółce Totalizator Sportowy? 

Za czasów D. Tuska Polskie Koleje Linowe zostały sprzedane spółce Polskie Koleje Górskie S.A. (99,77% udziałów miała spółka Altura założona przez fundusz inwestycyjny Mid Europa Partners, 0,23% udziałów cztery gminy z terenu powiatu tatrzańskiego – Gmina Miasto Zakopane, Gmina Bukowina Tatrzańska, Gmina Kościelisko i Gmina Poronin). Dopiero w 2018 roku została zawarta  umowa pomiędzy funduszem inwestycyjnym Mid Europa Partners a Polskim Funduszem Rozwoju SA (PFR) w sprawie zakupu 99,77% akcji Polskich Kolei Linowych SA (PKL) przez Polski Fundusz Rozwoju od funduszu Mid Europa Partners i polskie kolejki górskie znów stały się polskie. 

A czy pamiętamy, że D. Tusk ukradł nam ponad 150 mld zł z OFE twierdząc bezczelnie, że nie były to nigdy nasze pieniądze? A teraz już śmieje się Polakom w twarz twierdząc, że te ukradzione przez niego pieniądze z OFE on "uratował" dla Polaków przed stratą. Doprawdy to już nie "himalaje hipokryzji" a "kosmos hipokryzji". 

Odnośnie emerytów to czy pamiętamy, że D. Tusk podniósł nam wiek emerytalny do 67 lat i to zarówno dla kobiet jak i mężczyzn? Obecny rząd powrócił do poprzedniego wieku emerytalnego: 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. 

A czy jeszcze gdzieś w zakamarkach umysłu pamiętamy, że szykował się "wielki deal" na sprzedaży polskich szpitali o czym mówiła "płaczka" B. Sawicka. Chodziło o ich prywatyzację a tym samym ograniczenie dostępu Polaków do powszechnego darmowego leczenia. 

Czy też może przypominamy sobie, że D. Tusk deklarował, że Polska przyjmie unijno-niemiecką walutę Euro już w 2012 roku? Czyli inaczej walutę, na której najbardziej zyskały Niemcy, no może jeszcze Francja i Holandia. To też umyka naszej uwadze?

Rząd PO-PSL pod władaniem D. Tuska lub waćpanny E. Kopacz w czasie swoich rządów sprzedał 950 firm, które były spółkami polskiego Skarbu Państwa. W ten sposób wyprzedał nasz majątek za sumę aż 56 miliardów złotych. 

W planie miał też sprzedaż takich firm jak właśnie: LOTOS, PKN ORLEN, LOT, PKP czy KGHM. Do ich sprzedaży ostatecznie nie doszło, ale tylko dzięki temu, że ówczesna opozycja w postaci PiS (głosowania sejmowe) oraz zwykli ludzie do tego nie dopuścili. 

LOTOS miał być sprzedany firmie lub konsorcjum firm rosyjskich. I to mimo tego, że firma inwestowała i przynosiła nawet wtedy duże zyski i dochody do budżetu państwa. LOT miał paść łupem niemieckich, państwowych linii lotniczych Lufthansa, które miały przejąć LOT po ich wcześniejszym sprzedaniu do firmy OLT Express, tej firmy związanej z jedną z największych afer PO, czyli Amber Gold. Wcześniej starano się usilnie doprowadzić do sytuacji, która miała zmniejszyć wartość firmy poprzez radykalne zmniejszenie jej rentowności. PKP miała być sprzedana niemieckiemu przewoźnikowi narodowemu Deutsche Bahn a o wyborze kierunku sprzedaży KGHM jak na razie nie wiemy za dużo, ale byłaby to chyba największa sprzedaż (złodziejska prywatyzacja) w historii Polski po 1989 roku. 

Osobnym rozdziałem była próba wrogiego w 2012 roku przejęcia przez rosyjsko-żydowskiego oligarchę Wiaczesława Kantora Azotów w Tarnowie a później też w ogóle skonsolidowanej i największej grupy chemicznej pod nazwą Grupa Azoty, która skupia m.in. Zakłady Azotowe w Tarnowie, Puławach, Policach czy Kędzierzynie. Oligarsze nie udało się przejąć tego rynku w Polsce, ale bodajże do dzisiaj – poprzez własny Acron i spółki zależne: Norica Holding, Opansa Enterprises Limited i Rainbee Holdings Limited.  – ma jeszcze około 20% akcji polskiego giganta chemicznego. 33% akcji posiada Skarb Państwa, 7% TFI PZU S.A. a reszta akcji jest właścicielsko rozproszona. 

Ogólnie ten atak oligarchy na Azoty i próba ich wrogiego przejęcia oraz cały przebieg działań temu przejęciu zapobiegający nadają się  na scenariusz polityczno-gospodarczego thrillera, który zapewne stałby się filmowym hitem. 

Tych firm nie udało się sprywatyzować, ale 950 innych niestety już tak. I wcale to nie jest tak, że jestem fanatycznym przeciwnikiem jakiejkolwiek prywatyzacji, ale – ogólnie oceniając ją w polskim wydaniu po roku 1989 – należy być wobec niej bardzo krytyczny.

I zgadzam się z J. Kaczyńskim, że gdyby D. Tusk odzyskał władzę to od pierwszych miesięcy nastąpiłby proces wyprzedawania wszystkiego, tej resztki naszego majątku, który się uchował: "Tusk, jeśli wróci do władzy, wyprzeda wszystko. Tego zażądają od niego ci, którzy go tutaj wysłali. On jest przecież politycznie bardzo zadłużony. Za te wszystkie rezolucje przeciwko Polsce, za całą tę fałszywą nagonkę na nasz kraj zapłaci firmami, naszym majątkiem, interesami (...) Tusk wyprzeda Polskę, a wtedy jako naród staniemy się nędzarzami, skazanymi na pracę za grosze albo na emigrację. Nie będziemy mieli nic, bo kapitał prywatny w Polsce jest za słaby i ma często zbyt egoistyczne nawyki, by nas poprowadzić ku sukcesowi" [1].

Spełniając żądania UE to zapewne D. Tusk odda też w zarządzanie niemiecko-unijne: polskie lasy, wody, grunty, naszą gospodarkę przestrzenną, sprawę klimatu i bioróżnorodnośi, zdrowie publicznego włączając transgraniczne zagrożenia dla zdrowia, ochronę zdrowia i poprawę zdrowia ludzkiego włączając zdrowie i prawa seksualne i reprodukcyjne, infrastrukturę transnarodową, sprawy zagraniczne, bezpieczeństwo zewnętrzne i obronę, obronę cywilną, ochronę polskich granic, kulturę i nasze dobra naturalne.. czyli - wraz z firmami -  realne odda niemal całą Polskę a to oznacza likwidację naszej Ojczyzny!

(koniec części pierwszej a w drugiej będzie m.in. o bezrobociu, PKB i inflacji)


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

środa, 18 września 2019

Jak drenowano z Polski pieniądze przez koncerny zagraniczne?

W ciągu blisko 30 lat istnienia III RP profity finansowe  z polskiej gospodarki czerpały przede wszystkim trzy grupy - postkomuniści, którzy uwłaszczyli się na polskim majątku, różnego rodzaju mafie i piramidy finansowe (np. VAT-owska, lekowa, paliwowa, hazardowa, Amber Gold i inne) oraz firmy kontrolowane przez zagraniczny kapitał, przy czym dziś - do niedawna - postkomuniści ustąpili miejsca firmom zagranicznym, sprzedając wcześniej uwłaszczone przez nich aktywa. Zarobili w ten sposób krocie, które starczy im na przyszłe pokolenia.

Z mafiami i piramidami finansowymi dziś walczy polski rząd i to z dużym sukcesem. Jest jednak jeszcze wiele do zrobienia w drugiej kadencji.

Pozostały więc koncerny międzynarodowe, dla których stworzono możliwości drenażu finansowego Polski np. poprzez ustanowienie bezpodatkowych specjalnych stref ekonomicznych. Powstrzymanie tego drenażu jest bardzo trudne, ale możliwe, np. poprzez odkupienie przez polski rząd i kontrolowane przez niego spółki większościowych udziałów w zawłaszczonych przez te koncerny firmach, przy czym należy sobie zdawać sprawę z faktu, że obecnie dalej ten drenaż trwa a pieniądze z niego płynął do Berlina, Paryża, Londynu i innych krajów.

Widać to szczególnie w przypadku tzw. pomocy unijnej gdzie z jednego Euro udzielonej pomocy aż 80 eurocentów z powrotem trafia do krajów starej unii a szczególnie do wymienionych powyżej krajów. To też jest drenaż polskiej gospodarki a poza tym jej zadłużaniem, bo aby otrzymać pomoc (np. przez samorządy) to trzeba mieć wkład własny, który jest finansowany kredytem wziętym przede wszystkich z obcych a nie polskich banków.

Kiedyś pracowałem w dużej międzynarodowej korporacji (niemieckiej) na dość wysokim stanowisku i dokładnie wiem jak ten drenaż polskich pieniędzy wygląda i jak to się stało, że był do niedawna możliwy. Do niedawna, bowiem mam nadzieję, że w przyszłej kadencji PiS-u w końcu będzie możliwe zastopowanie niekontrolowanego wypływu z polskiej gospodarki gotówki do koncernów zagranicznych, tzw. spółek - matek.
   
Oceniając jeszcze przeszłość. Okazuje się, że 500 największych firm z kapitałem zagranicznym, które w latach 2011-2013 działały na terytorium Polski, odprowadziło ponad dwa razy mniej podatków CIT i VAT niż 500 największych firm z polskim kapitałem. Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynikało, że Polska była liderem w UE jeśli chodzi o drenaż środków finansowych przez zagraniczne podmioty. Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski również nie napawały optymizmem. W ciągu ostatnich 10-15 lat zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały poza granice naszego kraju równowartość ok. 540 mld zł! a te pieniądze przecież mogły zasilić nasz budżet, ale ani PO ani PSL czy lewica nie były skore do zastopowania tego wypływu gotówki a wprost przeciwnie: po prostu sprzyjały mu. Na szczęście już teraz są oznaki poprawy, tylko, że te nasze środki zaradcze muszą uzyskać zgodę Eurolandu a na przykład w przypadku podatku obrotowego dla sieci handlowych takiej zgody nie otrzymaliśmy. Ale warto próbować dalej.

Ale należy się zastanowić i odpowiedzieć na pytanie: Jak to wszystko było możliwe? Odpowiedź jest i łatwa i trudna, ale liczy się cel koncernów zagranicznych: po prostu chcą, aby jak najwięcej środków finansowych płynęło do ich spółek - matek i państw gdzie te spółki mają centralę i mimo, że działają na terenie Polski to robiły wszystko, aby ten cel osiągnąć, co przyczyniało się do zwiększenia ich rentowności i osiąganych zysków netto a tym samym do bogacenia się poszczególnych narodowych gospodarek i ich mieszkańców. A państwo polskie na to pozwalało wedle stwierdzenia, że "kapitał nie ma narodowości" i "rynek podlega prawu niewidzialnej ręki". Otóż tak nie jest: kapitał ma narodowość a niewidzialna ręka rynku to już tylko teoretyczna przeszłość.

W jaki więc sposób owe koncerny zagraniczne drenowały z pieniędzy Polskę? Otóż można wskazać kilka sposobów.

1) Sposób pierwszy to generowanie sztucznych kosztów podatkowych, tak aby na papierze ograniczyć dochód do opodatkowania przez państwo (dzięki takim "optymalizacjom" podatkowym właściciele np. zagranicznych hipermarketów istotnie ograniczają sobie wysokość podatku CIT i VAT do zapłaty polskiemu fiskusowi).

2) Sposób drugi, to stosowanie wszelkiego rodzaju opłat licencyjnych wobec spółek-córek w Polsce za możliwość wykorzystania loga, marki czy tzw. know-how zagranicznej spółki-matki. Dzięki temu działająca na terytorium Polski spółka kontrolowana przez zagraniczny kapitał wcale nie musi osiągać zysków, aby dywidendą zasilać konta swoich właścicieli. Wystarczy, że za możliwość wykorzystywania kwadraciku z takim, czy innym kolorem firma-córka w Polsce zapłaci z góry firmie-matce w Paryżu, Londynie czy Berlinie np. 200 mln zł.

3) Sposób trzeci to udzielanie spółce-córce w Polsce zupełnie bezsensownych pożyczek przez spółkę-matkę z siedzibą za granicą, nawet w sytuacji kiedy kondycja finansowa spółki działającej w naszym kraju jest doskonała. W ten sposób spółka-córka będzie musiała zwrócić kwotę pożyczki powiększoną o nieraz potężne odsetki. A wszystko w majestacie prawa.

4) Sposób czwarty to zapłata przez polskie spółki za tzw. doradztwo w zakresie zarządzania. Bardzo często się zdarza, że np. co miesiąc do spółki-córki przyjeżdża "delegacja" ważnych osób ze spółki matki i pobiera za te doradztwo ogromne wynagrodzenie. Dla przykładu podam, że w mojej dawnej firmie opłata (wynagrodzenie) za takie doradztwo zarządcze (nadzór właścicielski) wynosiła rocznie około 600 tys złotych przy zysku spółki - córki i tak na zaniżonym poziomie około 5,5 mln złotych, czyli niemal 10% tegoż zysku netto. Takie wynagrodzenie oczywiście wliczano w koszty, co powodowało i tak zmniejszenie zysku spółki-córki w Polsce i w ten sposób ograniczało wielkość jej podatku CIT.

5) Sposób piąty to stopniowa eliminacja polskich firm jako poddostawców dla polskiej spółki - córki i wybór poddostawcy z kraju pochodzenia spółki-matki. Okazywało się wtedy, że za te same poddostawcze pół i produkty spółka - córka musiała zapłacić zdecydowanie więcej niż dla polskiego przedsiębiorcy. W ten sposób zawyżano koszty działalności spółki - córki a tym samym jej polski dochód do opodatkowania. Później w kraju pochodzenia spółek-córek i jej poddostawców następowała rekompensata za utracone zyski tychże poddostawców. Wspomnę, że w przypadku spółki, w której pracowałem w ciągu trzech lat od jej przejęcia przez koncern niemiecki wszyscy niemal poddostawcy pochodzili już z Niemiec (i czyż kapitał nie ma narodowości?).

6) Sposób szósty - tylko powierzchownie zahaczający o temat notki - to tzw. konkurencyjne wrogie przejęcie firm polskich przez koncerny zagraniczne. W ten sposób pozbywano się polskiego konkurenta, by na terenie Polski móc sprzedawać własne produkty i osiągać zysk, który i tak był transferowany do spółek-matek. Takie polskie firmy albo były po prostu likwidowane, albo przerabiano je na magazyny własnych, zagranicznych produktów, albo przejmowano polską markę - logo firmy lub też niektóre z nich zostawiano w spokoju, aby mieć możliwości transferu zysku za granicę. Takie wrogie przejęcia były szczególnie zauważalne w pierwszym okresie tzw. transformacji, gdzie nijaki L. Balcerowicz czy J. Lewandowski prywatyzowali "za złotówkę" polską gospodarkę na potęgę, ale też ten proceder był dalej kontynuowany a w czasie rządów PO-PSL sprzedawano już niemal wszystko, co miało jakieś wartościowe aktywa, w tym nawet przemysł zbrojeniowy [3].

Milton Friedman (noblista, wolnorynkowiec) już w 1990 roku ostrzegał Polaków: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych".

A my jego nie posłuchaliśmy a szkoda, bowiem te specjalne przywileje, ulgi czy zwolnienia podatkowe dla firm międzynarodowych były realizowane niemal przez cały okres III RP.

Czytaj także:

[1] NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (NIK.gov.pl) - https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-kontroli-firm-z-udzialem-kapitalu-zagranicznego.html
[2] Świetny artykuł na ten temat, którym się posiłkowałem i był inspiracją mojego postu: http://niewygodne.info.pl/artykul6/02813-Zobacz-jak-zagraniczne-firmy-drenuja-kapital-z-Polski.htm
[3] Zobacz szerzej: https://krzysztofjaw.blogspot.com/2012/12/dzika-wyprzedaz-resztek-majatku.html

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Och, te pieniądze...

Poniższy tekst stanowi rozszerzenie mojego postu z marca 2010 roku, ale nigdy za wiele informacji o pieniądzu i inwestycjach oraz konsumpcji, szczególnie teraz, kiedy mamy najniższe bezrobocie w wolnej Polsce oraz coraz niższe ubóstwo i wzrost dochodów oraz konsumpcji. A wzrost dochodów może implikować zarówno wzrost oszczędności (wzrost skłonności do oszczędzania), jak i chęć zainwestowania wolnych, własnych środków finansowych, aby je po prostu pomnożyć.

Pieniądze to krwiobieg gospodarki. Bez nich żadna firma nie jest w stanie funkcjonować. Bez nich gospodarstwo domowe też bankrutuje stając w obliczu skrajnego ubóstwa.

Brak finansowego kapitału krótkoterminowego powoduje zachwianie płynności finansowej i często bankructwo. Brak finansowego kapitału długoterminowego  nie pozwala na inwestycje, planowanie działań i rozwój firm. Podobnie dzieje się z rodzinami: bankructwo i brak możliwości rozwoju (chociażby kształcenia dzieci). Stąd tak w nas (firmach i gospodarstwach domowych) naturalna chęć ich pomnażania.

Pieniądz jest ekwiwalentem wymiany. Jego wartość zależy od wielu czynników, m.in. tradycyjnie od podaży i popytu a także kursów walutowych.

Pieniądz stał się towarem samym w sobie a przenosząc to na inne papiery wartościowe (nie tylko walutę) stał się obiektem obrotu towarowo-pieniężnego, który dokonywany jest przede wszystkim na różnorodnych giełdach towarowo-pieniężnych oraz giełdach papierów wartościowych.

Można oczywiście swoje wolne środki finansowe ulokować na koncie inwestycyjnym banku czekając na oprocentowanie, jako zapłatę za tą alokację środków finansowych w konkretnym banku na określony termin, ale ja dziś chciałbym się skupić na inwestycjach poza bankowymi oszczędnościami, bowiem oprocentowanie jest na tyle niskie, że nie zawsze staje się to opłacalne lub też ktoś chciałby podjąć ryzyko i zarobić więcej.

Cena pieniądza (waluty), towarów rzeczywistych czy też papierów wartościowych stała się przedmiotem gry inwestycyjnej... bo tak naprawdę "grając na giełdzie" gramy o "określony pieniądz" w postaci ceny (kursów) tych walorów.

Dzisiaj kilka podstawowych i w sumie oczywistych rad/prawd na temat gry inwestycyjnej i charakteru giełd towarowo-pieniężnych oraz giełd papierów wartościowych i nie tylko:

1. Decyzje inwestycyjne "graczy" w 50% oparte są na inwestycyjnych impulsach (inwestycyjnych modelach zachowań) psychologicznych - reklama, indywidualna użyteczność krańcowa z analizą możliwości wystąpienia ewentualnych psychologicznych dysonansów pozakupowych (poinwestycyjnych), inwestycyjne decyzje innych inwestorów, rady doradców inwestycyjnych i naukowców z zakresu finansów, aktualna moda itd... więc sama wiedza nie wystarczy, żeby dobrze inwestować,

2. Rynek giełdowy jest podatny na różnego rodzaju działania spekulacyjne i zmowy inwestorów. Stąd istotnym jest obserwowanie poczynań "tuzów" inwestycyjnych (ale niekoniecznie należy powielać ich zachowania, bowiem z reguły będą to ruchy spóźnione, na których zależy właśnie tym "tuzom"). Wywoływanie "paniki" i "efektu stada" jest najważniejszym celem spekulantów - nieraz warto przeczekać...

3. Analiza fundamentalna, analiza techniczna, prawidłowa analiza wskaźników i sprawozdań finansowych firm giełdowych, analiza trendów (różnych wartości: bezwzględnych, względnych, średnich, wariancji, odchyleń standardowych, itd), prawidłowa interpretacja wskaźników giełdowych dla poszczególnych firm, branż wraz z oceną rynku na którym funkcjonują, analiza kształtowania się kursów walut, cen kruszców, cen papierów wartościowych... itd. - to z reguły wiedza, którą mogą pochwalić się nieliczni,

4. Ale nawet Ci co tą wiedzę i umiejętności posiadają nie zawsze (właśnie ze względów psychologicznych i żywiołowości procesów gospodarczych) są w stanie trafnie wybierać miejsca alokacji (inwestycji) różnorodnych walorów kapitałowych. Jeżeli tylko wiedza by wystarczała to największe fortuny na giełdzie zarabialiby profesorowie ekonomii, doradcy inwestycyjni itp... a tak nie jest... nieprawdaż? - liczy się też tzw. intuicja... zresztą podobnie jak w przypadku firm funkcjonujących na konkurencyjnym rynku,

5. Stąd tedy nieraz warto przekazać nasze środki finansowe na inwestycje doświadczonemu (ważne) maklerowi lub doradcy inwestycyjnemu, bo sami możemy sobie nie dać rady a oni mogą sumować kapitał i inwestować duże sumy, które mogą przynieść większe zyski i jednostkowo tym samym i dla nas. Są domy inwestycyjne lub maklerskie, często też takimi inwestycjami zajmują się wydzielone działy banków, wystarczy założyć rachunek inwestycyjny i samemu tworzyć zlecenia lub powierzyć  to bankowi. Trzeba jednak wybierać wcześniej poznawszy ich wyniki i opinie o nich,

6. Warto też być ostrożnym w inwestowanie w fundusze ubezpieczeniowo-inwestycyjne "gwarantujące" nam zyski za 5 czy 10 lat. Osobiście zalecałbym trzymanie się od nich z daleka, bo już było kilka afer z tym związanych a wcześniejsza wypłata może pochłonąć większość naszego początkowego wkładu kapitałowego, nie mówiąc już o zyskach, czyli stracie,

7. W przypadku podawania stopy zwrotu inwestycji nie zawsze trafnym jest (a nieraz nawet zafałszowującym) podawanie wartości z długich okresów jak np. 5 lat (często własnie analizy doradców operują na takich okresach). Szczególnie w przypadku gotówki i waluty jest to niewskazane dla bieżących decyzji inwestycyjnych (chyba że oceniamy gospodarkę w skali makroekonomicznej: PKB, inflacja, bezrobocie, dług publiczny, dług zagraniczny, itd); lokat bankowych ryzykowne; akcji nieracjonalne z punktu widzenia indywidualnych inwestycji (kogo stać na zamrażanie gotówki przez tak długi okres czasu?); jedynie w przypadku obligacji, opcji lub funduszy może być pewną wskazówką (chociaż w funduszach decyzje podejmują też ludzie - wpływ czynnika psychologicznego; w obligacjach zysk mamy ustalony z gór - chyba, że nimi obracamy),

8. Trzeba też być bardzo ostrożnym w inwestowanie w różne inne instrumenty finansowe, jak np. w opcje. Są to decyzje dość ryzykowne, choć nieco stabilniejsze niż inwestowanie w normalne papiery wartościowe. Mogliśmy się o tym przekonać w przypadku tzw. niesymetrycznych opcji walutowych, gdzie dziesiątki polskich firm upadło z powodu zainwestowania w nie. Najbezpieczniejsze są państwowe obligacje i bony skarbowe. Zakładają one z reguły mniejsze oprocentowanie niż np. inwestycje w akcje, ale dokładnie wiemy ile dostaniemy przy ich wykupie i to oprocentowanie obligacji jest z reguły wyższe niż lokaty bankowe, przy czym musimy zdawać sobie sprawę, że na jakiś czas zamrażamy swoje środki (do dnia wykupu obligacji). No chyba - jak pisałem - zaczniemy nimi handlować, czyli prowadzić normalną grę giełdową,

9. Przed zainwestowaniem jednak w określone papiery wartościowe warto prześledzić rozkład stopy zwrotu poszczególnych walorów inwestycyjnych na przestrzeni tych np. 3-5 lat z podziałem np. na okresy półroczne...,

10. W przypadku inwestycji w fundusze nie można opierać się na jednostkowych danych określonego funduszu i generalizować uogólnienia oraz podejmować decyzje inwestycyjne. Trzeba poznać kondycję całego sektora funduszy. Ponadto warto sprawdzić jaki charakter mają określone fundusze:  agresywny (akcji, walutowe) czy też mieszane lub pasywne (np. obligacji). Pozwoli nam to ocenić stopień ryzyka (agresywne: największe ryzyko strat finansowych, ale i największa ewentualnie stopa zwrotu/zysk),

11. Niski kapitał inwestora indywidualnego nie pozwala w pełni wykorzystać możliwości uzyskania dużej stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału - stąd pozostają nam: fundusz inwestycyjne lub maklerzy czy doradcy inwestycyjni. Wysokie stopy zwrotu (ale i możliwość znacznych strat) mogą raczej osiągnąć gracze z relatywnie znacznym kapitałem,

12. Nie należy inwestować w walory jednego typu i charakteru. Decyzje inwestycyjne powinny dywersyfikować kierunki inwestycji, np.: 20% akcje (fundusze agresywne), 20% obligacje (fundusze pasywne lub mieszane), 20% waluty, 20% towary (np. złoto)... Podobnie winniśmy dzielić inwestycje na te realizowane na bieżąco lub transakcje realizowane w przyszłości (opcje i inne instrumenty finansowe),

13. Na giełdzie możemy grać na zwyżkę cen walorów, ale i na zniżkę. Gra na zwyżkę jest oczywista, ale na zniżkę też nie jest skomplikowana. Wyobraźmy sobie, że mamy jakąś akcję, która posiada określony kurs na giełdzie. Nagle cena zaczyna się obniżać. W takiej sytuacji należy sprzedać ją w odpowiednim momencie, ale tak żeby możliwy był dalszy jej spadek a gdy osiągnie minimum, to wtedy ponownie kupujemy po najniższym kursie i za pieniądze ze sprzedaży możemy kupić wtedy nie jedną, ale dwie akcje (pod warunkiem, że firma w międzyczasie nie zbankrutuje). Jest to operacja dość skomplikowana i wymaga doświadczenia,

14. "A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój"... po bessie przychodzi hossa a po hossie bessa... Tylko kiedy?... nawet wróżki nie są w stanie tego przewidzieć, choć są i takie głosy, że określone kryzysy giełdowe (bessy) czy hossy są generowane przez ludzi posiadających bardzo wysokie pieniężne zasoby finansowe i warto śledzić ich poczynania, bo to może być ważniejsze niż te wszystkie analizy finansowo-giełdowe.

I to by było na razie wszystko i skrótowo

PS. (dopisek z godziny 12:38)

Tak dla uzyskania osobistej informacji giełdowej można się wstępnie posłużyć pewnymi wskaźnikami, gdzie potrzebne informacje liczbowe są dostępne na giełdzie dla spółek giełdowych. Te wskaźniki prezentuje poniższa tabela. 

Te wskaźniki to tzw. wskaźniki wartości rynkowej i są wykorzystywane w ocenie przedsiębiorstw w formie spółek akcyjnych, głównie notowanych na giełdach papierów wartościowych. Są to wskaźniki zyskowności jednostkowej, w których zysk netto obliczany jest na jedną akcję (udział). Wskaźniki te służą do oceny przedsiębiorstwa pod kątem jego atrakcyjności inwestycyjnej.  Informują akcjonariuszy o wielkości zysku  wypracowanego przez kapitał zainwestowany przez nich w przedsiębiorstwo.



Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

czwartek, 11 lutego 2016

Co gospodarczo pozostawiła po sobie PO? (część 1 - wstępna)

Wciąż czekam na sporządzenie i prezentację Polakom tzw. Bilansu Otwarcia rządu Zjednoczonej Prawicy pod kierownictwem premier B. Szydło. Zdaję sobie sprawę, że to wymaga czasu, ale jest niezbędne i musi ten bilans być jak najszybciej przygotowany w formie pisemnego raportu. Mam nadzieję, że powstanie już niedługo jako podsumowanie całości rządów PO-PSL a być może też całej III RP. I taki opublikowany bilans winien mieć formę szczegółową i obszerną dla fachowców oraz uproszczoną i pisaną zrozumiałym językiem dla tych wszystkich, którzy chcą wiedzieć a nie zawsze zagmatwany językowo i pojęciowo przekaz kierunkowo wykształconych specjalistów jest dla nich zrozumiały.

Po pierwsze finanse...

Wielokrotnie pisałem, że pieniądz odgrywa ważną rolę zarówno w skali mikroekonomicznej (jak gospodarstwa domowe i firmy) i makroekonomicznej (państwo, związki państw).

Z reguły pracujemy - jako pracownicy - w większości dla pieniędzy, są one często przedmiotem wielu emocjonalnych dyskusji, w miejscu pracy - do określonego poziomu - stają się podstawowym motywatorem pracodawców wobec pracowników. One dają nam poczucie bezpieczeństwa,  ich niedostatek często nie pozwala na godne i szczęśliwie życie a już ich brak prowadzi do   skrajnego ubóstwa, bankructwa lub różnych tragedii życiowych. Oczywiście jest źle, gdy dążenie do ich pomnażania przesłania nam inne piękne aspekty naszego bytu na tym ziemskim padole. Sztuką natomiast jest odpowiednia hierarchizacja naszych wartości i celów, aby cieszyć się zarówno z naszego wnętrza i wartości, które wyznajemy, jak i z radości odpowiedniego wydatkowania posiadanych zasobów gotówkowych.

Pieniądze dla firm, instytucji i państwa jako całości są oczywiście niezbędne do prawidłowego ich funkcjonaowania, stanowią "krwiobieg" gospodarki. Bez nich żadna firma nie jest w stanie egzystować. Brak finansowego kapitału krótkoterminowego powoduje zachwianie płynności finansowej i często bankructwo. Brak finansowego kapitału długoterminowego nie pozwala na inwestycje, planowanie działań i rozwój firm. Podobnie dzieje się z państwem jako całością.

W Europie i na świecie temat finansów państwa jest najważniejszym obszarem, którym interesują się zwykli wyborcy. Przecież od stanu finansów państwowych zależy wysokość podatków, pomocy socjalnej, wysokość świadczeń społecznych, poziom i dostępność usług medycznych czy oświaty, wysokość cen i naszych zarobków... Stan kasy państwowej dotyczy niemal każdej dziedziny naszego życia...

Aż dziwne, że w Polsce tak mało się mówi i pisze o tej stronie, najważniejszej naszego życia społeczno-gospodarczo-politycznego zastępując je tematami pobocznymi.

Oczywiście przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele... od strachu rządzących przed gniewem gawiedzi, chęć zachowania władzy aż po zupełnie już zrezygnowane i "otumanione propagandą" polskie społeczeństwo a także brak wiedzy Polaków w obszarze szeroko pojętej ekonomii ("kłania się" się tu obniżenie w ostatnim 27-leciu poziomu nauczania w szkołach wszystkich szczebli).

Niezależnie jednak od wszystkich przeciwności i oporów niektórych warto podejmować się opisywania oraz analizowania faktycznego stanu naszej gospodarki i jej finansów. Jest to tym bardziej konieczne, że powszechnie sprawy te są właśnie mało  rozumiane a sam przekaz informacji bywa często zafałszowany oraz celowo podnosi się jego "skomplikowalność". Widać to szczególnie w swoistej nowomowie i nieraz bełkocie "specjalistów: ekonomistów/finansistów" a także w oficjalnych przekazach instytucji do tego powołanych. Łatwo wtedy o manipulację lub niewłaściwe zrozumienie istoty tychże informacji finansowych czy ogólnie gospodarczych.

Jednym z najważniejszych aspektów finansowych państwa (a także gospodarczych, czyli dotyczących wszystkich Polaków) jest jego zadłużenie mierzone długiem publicznym, zadłużeniem zagranicznym i stanem budżetu państwa oraz jego deficytem. Te miary można uzupełnić także o makroekonomiczny dochód per capita (nie tylko wartość samą w sobie i jej ilościowy wzrost, ale właśnie PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca i źródeł jego pochodzenia - dług czy wartość dodana pochodząca z produkcji), stan zadłużenia obywateli i ich poziom oszczędności (konsumpcyjnej akumulacji) oraz siłę nabywczą uzyskiwanych dochodów generującą bogactwo lub ubóstwo. Ważne też są mierniki inflacji i bezrobocia, bilansu płatniczego czy bilansu handlowego oraz wzrostu uprzemysłowienia (m.in. wzrost produkcji i ilości firm oraz ich zyskowności), wydajności, innowacyjności i produktywności.  Na samym końcu a tak naprawdę na początku winien być określony miernik rozwoju (kategoria jakościowa) danego kraju spełniający warunki: dodatniego przyrostu dochodu narodowego, który winien być większy niż też dodatni przyrost naturalny (demografia!) i mniejszy niż wzrost konsumpcji a ten większy niż dodatni przyrost naturalny.

Postaram się w najbliższych postach omówić te mierniki. Jak wspomniałem wpierw zajmę się makroekonomiczną stroną finansową obejmującą na razie zadłużenie państwa polskiego jakie zostawiła po sobie PO. Na koniec postaram się uwidocznić współzależność tych danych, bowiem tak naprawdę nie mogą one być analizowane rozłącznie, ale jako całość sprzężonych zwrotnie ze sobą zależności ekonomicznych.

Jako przedsmak szczegółowej pierwszej analizy podam już wcześniej przedstawione przeze mnie fakty.

Rząd PiS (licząc dla uproszczenia lata 2006, 2007) zwiększył dług publiczny (wg. metody ESA95) z poziomu 463,02 mld zł na koniec roku 2005 do poziomu 529,83 mld zł na koniec roku 2007, czyli o 66, 81 mld zł. Za rządów PO-PSL (licząc dla uproszczenia lata 2008-2014) dług publiczny wzrósł z poziomu 529,83 na koniec roku 2007 do poziomu ok. 1032,3 mld zł na koniec roku 2014, czyli o 502,47 mld zł. W roku 2015 dług ten spadł o jakieś grubo ponad 153 mld zł a wynikało to z efektów kreatywnej księgowości V. Rostowskiego i z kradzieży naszych - Polaków - pieniędzy z OFE i Funduszu Rezerwy Demograficznej. Na koniec listopada 2015 roku (po kradzieży m.in. z OFE) oficjalnie było to około 837 mln. zł. Ten dług nie zawiera kwot, jakie państwo będzie musiało w przyszłości wydać na świadczenia dla przyszłych emerytów. Uwzględniając te wydatki dług publiczny (ukryty) sięga 3 a może i 5 bln. zł, co w przypadku pierwszej kwoty oznacza, że na jednego mieszkańca wypada nieco ponad 84 tys. zł.

Natomiast według danych NBP zadłużenie zagraniczne Polski na koniec roku 2013 wyniosło około 276,8 mld Euro t.j. 381,1 mld USD. W 2015 roku wyniosło 291,9 mld Euro (ok. 356 mld USD). Warto wspomnieć, że sławne już zadłużenie zagraniczne jakie zostawił nam po sobie E. Gierek w 1980 roku wynosiło w walutach wymienialnych 24,1 mld USD a wymagalne płatności z tytułu obsługi zadłużenia zagranicznego na rok 1981 wynosiły 10,9 mld USD. Dług ten - mimo umorzenia jego części - spłaciliśmy niedawno.

Koszty obsługi naszego zadłużenia (odsetki) to około 40 mld zł...

Roczny deficyt budżetowy w ostatnich 8 latach zwiększył się niemal aż 3-krotnie: z 16,0 (2007 r.) do 46,1 mld zł (2015 r.) przy jednoczesnej wyprzedaży majątku państwa sięgającej  łącznie ponad 60 mld zł i tzw. ogromnej pomocy unijnej i dobrych wskaźnikach wzrostu gospodarczego.

I to tylko początek spustoszenia Polski przez rządy PO-PSL a tak naprawdę niemal wszystkie rządy III RP. Antypolskie rządy czyniące  z Polaków i Polski jakiś skansen ubezwłasnowolnionych i zadłużonych niewolników....

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

sobota, 18 lipca 2009

PO CO UNII WSPÓLNA POLITYKA ROLNA?

Witam

Od jakiegoś czasu, a tak naprawdę od momentu deklaracji PiS o stworzeniu z brytyjskimi Torysami i czeską ODS wspólnej frakcji w nowym Parlamencie Europejskim, odbywa się w Polsce lament połączony z wyśmiewaniem i straszeniem ta frakcją.

Jednym z elementów owej zmasowanej akcji jest „podobno niekorzystny” dla naszych rolników negatywny stosunek Torysów (największej grupy we frakcji Konserwatystów i Reformatorów liczącej 26 osób na 55) do obecnego charakteru unijnej Wspólnej Polityki Rolnej.

Torysi rzeczywiście są wobec niej sceptyczni, albo inaczej: domagają się jej gruntownej reformy.

WPR i zasady jej prowadzenia ustalono już 25 marca 1957 roku a zapisano w Traktacie Rzymskim (obowiązującym od 1962 roku). W ramach tej polityki przyjęto trzy podstawowe zasady: zasadę wspólnego rynku (swobody przepływu produktów rolnych miedzy państwami); zasadę preferencji sprzedaży na rynku wspólnotowym rodzimych produktów; zasadę solidarności, która zobowiązywała wszystkie kraje członkowskie do partycypowania w kosztach polityki rolnej.

Nie wdając się w szczegółowe dywagacje ewolucji WPR należy jedynie wspomnieć, że jej konsekwencją było m.in. ustalenie wspólnych cen na prawie wszystkie produkty rolne (oczywiście w oderwaniu od praw rynku) oraz pieniężnych kwot kompensacyjnych, dla rolników, którzy de facto sobie nie radzili. Doprowadziło to w latach 80-tych XX wieku do powstania wielkich nadwyżek produktów rolnych. Było to naturalne, bowiem wysoka opłacalność takowej produkcji (poprzez ceny i kompensaty) zabezpieczała Unia, co wpływało na nieracjonalność podejmowania decyzji produkcyjnych przez rolników europejskich (nie przypomina Wam to rozwiązań typowo socjalistycznych?)

Owa sytuacja była przedziwna. Występowała nierównowaga rynkowa: podaż znacznie przewyższała popyt na rynku a ceny były na wysokim, sztywnym pułapie ustalonym odgórnie. Nijak się to miało do wolnorynkowego prawa popytu i podaży, wedle którego naturalnym w takiej sytuacji winien być spadek cen. Ale cóż Unia to nie wolny rynek: to socjalizm w czystej postaci.

Taka sytuacja nie mogła trwać długo. Znów odgórnie reformami Mac Sharry’ego oraz programem Agenda 2000 dokonano reform polegających m.in. na obniżce cen na produkty rolne a w zamian rekompensując rolnikom utratę dochodu poprzez tzw. dopłaty bezpośrednie związane z wielkością produkcji. Dziwne to, antyrynkowe działania (nieprawdaż?). Jakże fajnie byłoby gdyby np. właściciel firmy produkującej zabawki mógł sprzedawać je po cenie rynkowej a jednocześnie mieć zagwarantowane dopłaty do sprzedanej produkcji gwarantujące mu ustalony wcześniej z sufitu poziom zysku np. 50%. Dlaczego Unia faworyzuje i faworyzowała tylko rolników rozleniwiając ich i nie zmuszając do racjonalnego gospodarowania (np. ciągłej racjonalizacji kosztów swojej działalności)?

Kolejną reformą, wyznaczającą obecny charakter WPR była uzgodniona w Luxemburgu w 2003 roku „fundamentalna reforma WPR, która (w skrócie) odchodziła od dopłat bezpośrednich związanych z wielkością produkcji na rzecz takowych dopłat za samo posiadanie ziemi rolnej, przy czym grono środków przeznaczonych na WPR będzie miało (i tak jest obecnie) charakter wsparcia tzw. rozwoju obszarów wiejskich (dostarczanie tradycyjnych wartości kulturowych, zachowanie krajobrazu i specyficznych ekosystemów, produkcja ekologiczna, tworzenie specyficznego charakteru obszarów wiejskich, promocja produktów regionalnych). I znów o alokacji tych środków bądź np. nadanie produktom charakteru regionalnego decyduje nie rynek a urzędnicy unijni oderwani od rzeczywistości.

Powyższe rodzi chorą sytuację, gdzie decyzje o przydziale środków zapadają na biurkach urzędników, a rodzi to wiele patologii związanych m.in. z siłą lobbingu niektórych krajów (Niemcy, Francja) oraz zjawisk korupcyjnych. Małe i nowe kraje jak Polska nie mają zbyt wiele do powiedzenia (co było widoczne w przypadku np. określenia cech napoju alkoholowego o nazwie „wódka”, gdzie Polska przegrała batalię w unii z kretesem). Zresztą tam gdzie jest zbyt dużo państwa, na styku państwa i własności prywatnej rodzi się najwięcej patologii w socjalistycznej Unii Europejskiej a w „głowach” urzędniczych rodzą się pomysły śmieszne i alogiczne (np.. sławetny kiedyś pomysł dopuszczalnej na wspólnotowym rynku krzywizny banana).

Nie dziwmy się więc, że brytyjscy Torysi (mający raczej awersję do socjalizmu w gospodarce) są sceptyczni wobec WPR.

A ja pozwolę sobie postawić, być może daleko idącą, tezę!: Gdyby faktycznie zlikwidować Wspólna Politykę Rolną Unii Europejskiej (i tym samym dopłaty do rolnictwa w obecnym kształcie) lub też głęboko ją zreformować w kierunku zbliżenia do zasad wolnej konkurencji, to polskie rolnictwo stałoby się jednym z najlepszych i najbogatszych w tej właśnie Unii! (ze względu na jakość i sprawność polskich rolników).

Spokojnie można byłoby pomagać rolnikom w ograniczonym zakresie z własnych środków budżetowych (wszak i tak jesteśmy płatnikiem netto do Unii, więc co za różnica czy pomoc daje Unia czy nasz, polski rząd?)

Jest jeszcze jeden argument: po co w ogóle Wspólna Polityka Rolna dająca dopłaty do rolnictwa? Przecież i tak beneficjentami niej są w 75% wielkie koncerny przetwórcze i latyfundia a nie zwykli rolnicy!

Jestem pewny, że gdyby była wolna konkurencja to polska żywność i polscy rolnicy byliby na czele Europy. Dzisiaj dostają i tak mniejsze o połowę dopłaty a i tak nasza żywność jest lepsza jakościowo. Na razie lepsza, choć (właśnie ze względu na chora u podstaw WPR) i w Polsce mamy tendencję pogarszania się jakości żywności. Niestety.

Wspólna Polityka Rolna to innymi słowy "kołchoz w pigułce" dający nie tym, którzy produkują a tym, którzy przetwarzają i najlepiej jeszcze będąc "dużym światowym, bezpaństwowym graczem". 

A Unia może w konsekwencji doprowadzić do dopłat rolniczych, przy produkcji żywności GMO. Stworzyła takie uzależnienie od siebie rolników, dała im takie udogodnienia, że będą Oni przychylnie takowej żywności (chociaż wiedzą, że to "terror" na jej jakości i naturalności).

Tak więc, jeżeli Unia wróciłaby do korzeni kapitalizmu to polska żywność byłaby jedną z najlepszych w Europie, a polscy rolnicy nie tylko by nie stracili, ale zyskali. 

Niestety zdaje sobie sprawę, ze na dzień dzisiejszy jest to wołanie w próżnię. Wielkie koncerny oraz „latyfundia” korzystające w największym stopniu ze WPR zrobią wszystko, aby ją jeszcze bardziej rozbudowywać, a rolnicy, przyzwyczajeni do dopłat i de facto okłamywani informacyjnie, też mogą być w większości przeciwni wszelkim zmianom redukującym wielkość owych dopłat.

Nie mówię tu o urzędnikach unijnych i samej Unii, która straciłaby możliwość ingerowania i uzależniania sobie mieszkańców Europy (w tym przypadku rolników). Ilu takich urzędników musiałoby stracić pracę? I czy Unia na to pozwoli? Przecież w ten sposób traci władzę centralną (a przecież to uwielbia: uzależniać i sterować „zwykłymi ludźmi” – mieszkańcami krajów Europejskich).

Jak wiemy z historii socjalizm jest systemem, który jest bardzo trudno obalić, ale prędzej czy później zawsze okazywał się nieefektywny i umierał śmiercią naturalną bądź dzięki niepokojom społecznym.

Sądzę, że w perspektywie czasu i tak Unia Europejska w obecnym kształcie nie przetrwa, jako sztuczny twór (podobnie jak Cesarstwo Rzymskie czy ZSRR lub Jugosławia), sztuczna waluta Euro zniknie jak kamfora a rolnictwo powróci do racjonalnego gospodarowania według zasad wolnego rynku.

Nierealne marzenia? Nierealnym wydawał się też upadek bloku socjalistycznego wraz z ZSRR, więc podobny Związek Socjalistycznych Republik Europejskich historycznie czeka podobny los… 

Pożyjemy, zobaczymy….

Pozdrawiam