Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2024

Czy czeka nas produkcja jeszcze większych poszkolnych głupców i idiotów? Część 1

"Takie będą Rzeczpospolite jakie ich młodzieży chowanie" - te słowa wypowiedziane przez
kanclerza Jana Zamoyskiego, wielkiego hetmana koronnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów
wypowiedziane ponad czterysta lat temu, to znakomita sentencja, która do dziś nie straciła na
swej aktualności. 

A nawet więcej. Właśnie teraz te słowa nabierają szczególnej wagi, bowiem za edukację i naukę wzięli się ideologiczni lewacy w postaci minister edukacji Barbary Nowackiej i ministra nauki Dariusza Wieczorka. Z tych dwojga ministrów najwięcej szkody dla polskich dzieci i polskiej młodzieży może narobić minister B. Nowacka, ale też i minister D. Wieczorek z pewnością pogłębi lewacką ideologizację szkół wyższych. 

W tym bieżącym ferworze walki z reżimowym bezprawiem możemy łatwo przeoczyć ten lewacki atak na polską edukację i naukę. Jednakowoż nie możemy tego nie dostrzegać, bo lewactwo dąży tak naprawdę do produkcji poszkolnych i poakademickich głupców i idiotów, którzy nie będą mieli wystarczającej wiedzy żeby rozumieć obecny świat oraz nie będą potrafili myśleć w sposób przyczynowo - skutkowy ani też w kategoriach zachodzących procesów, ale za to będzie ich można dowolnie kształtować, manipulować i lewacko indoktrynować. 

Tekst podzieliłem na dwie części. Pierwsza dotyczy ogólnego i subiektywnego opisu zjawisk w obszarze edukacji i nauki w całej III RP ze szczególnym uwzględnieniem szkolnictwa wyższego.  Druga będzie opisem tego, co nas czeka w najbliższej przyszłości i odnosić się będzie m.in. do beznadziejnych pomysłów na edukację minister B. Nowackiej, która chce zmniejszyć wymagania wobec uczniów, częściowo zakazać zadawania prac domowych, kreować w szkołach atmosferę "przyjazną" dla ideologii gender i LGBTQ+ oraz zredukować liczbę godzin lub zlikwidować niektóre przedmioty jak np. język polski czy historię współczesną. Chodzą też słuchy, że w ogóle zaniechany będzie przedmiot "Historia i Teraźniejszość" więc trzeba się śpieszyć, aby kupić dwa świetne podręczniki do tego przedmiotu napisane przez prof. W. Roszkowskiego, który w czasach komuny jako „Andrzej Albert” pisał o polskiej historii. Wtedy jako młody człowiek zaczytywałem się w jego książkach, które były kolportowane "w drugim obiegu". 

Część 1*

Swego czasu i w szczycie swojej popularności Pan Ryszard Petru był moim zdaniem - z jednej strony - typowym "wykształciuchem niepospolitym" w czystej postaci a - z drugiej strony - ucieleśnieniem marzeń "wykształciuchów pospolitych", którzy są tacy sami jak on a do tego ma pieniądze, układy, znajomości i jest "kimś" kim chciałyby być wszystkie "wykształciuchy pospolite".

Oczywiście przykład Pana R. Petru jest tylko opisowym wskazaniem pewnej kategorii ludzi, która lata szkolne i studenckie spędziła już w tzw. III RP, czyli po 1989 roku.

Najczęściej ta grupa ludzi ma wyższe wykształcenie (choć nie zawsze ukończone), które uzyskała w czasach, gdy jak to mniej więcej mówił nieodżałowany prof. B. Wolniewicz - cytuję z pamięci: "jakość nauczania wyższego wyparta została przez prerogatyw ilości studentów i występuje w tym obszarze systematyczne jakościowe równanie w dół, zarówno wśród kadry akademickiej, jak i absolwentów".

Zaczęło się to już w końcówce czasów komunistycznych, ale przybrało na sile w okresie III RP. Wśród kadry akademickiej przez lata królowała zasada (i chyba dalej tak jest) zastępowalności kadr ludźmi gorszymi intelektualnie i pod względem wiedzy od poprzedników. Profesorowie nie szukali "uczniów/studentów mogących przerosnąć mistrzów" i otwierali szerokie wrota do karier niezagrażających im miernot. Te miernoty zaś w przyszłości będąc już samodzielnymi pracownikami naukowymi dobierały sobie do współpracy jeszcze większe miernoty...

I tak mamy dziś wysyp "intelektualnych geniuszy" wśród kadry akademickiej, takich kolejnych "wykszyałciuchów niepospolitych".

Na przedstawione zjawisko nałożyła się celowa polityka obniżania jakości wykształcenia i umiejętności Polaków przejawiająca się m.in. w: 
– nie wymagających myślenia testach,
– likwidacji szkół zawodowych, 
– długotrwałym braku matematyki na maturze,
– niskim progu zdawalności matury,
– redukcji godzin nauczania historii i języka polskiego, 
– likwidacji egzaminów na studia, 
– wprowadzeniu dwuetapowych studiów wyższych: licencjackich i magisterskich.

Obok tego  nastąpiła komercjalizacja nauki, w tym studiów wyższych oraz niż demograficzny. Ostatecznie - dla zachowania kierunków na uczelniach oraz umożliwienia zapełnienia studentami szkół prywatnych -  znacznie dodatkowo obniżono wymagania wobec kandydatów na studia i samych studentów. To z kolei było zaaprobowane przez samych młodych ludzi, których poziom wiedzy i intelektualnych umiejętności stawał się coraz niższy.

A do tego jeszcze nauczyciele akademiccy byli poddawani różnorakiej presji lewackiej ideologii i "religii" politpoprawności oraz konieczności realizacji tzw. "polityki wstydu za polskość", pracowali na kilku uczelniach naraz co oczywiście musiało wpłynąć też na jakość przekazywanej przez nich wiedzy oraz negatywnie wpływało na możliwości ich twórczej pracy naukowej...

I tak przez lata mury uczelni wyższych opuszczało coraz liczniejsze grono absolwentów z coraz mniejszym zasobem wiedzy a do tego wiedzy skażonej lewicową poiltpoprawnością, coraz niższą inteligencją,  ale przeświadczonych o przynależności do elity intelektualnej narodu i w tej przynależności byli utwierdzani oraz przekonywani przez michnikowszczyznę... pod warunkiem, że będą tacy jak michnikowszczyzna. To właśnie pokolenia "wykształciuchów pospolitych" czy "lemingów", którym wydaje się, że myślą, mają i wiedzą a myślą i wiedzą tylko tyle, ile usłyszą w TVN i przeczytają w GW a "mają" tylko tyle, ile mogli kupić za często niespłacalny kredyt.

I taki jest też właśnie wspomniany R. Petru. To idealny wytwór III RP oraz bezwolny wykonawca zaleceń "mędrców" nim kierujących. To taki "wykształciuch niepospolity",  nie posiadający szerokiej i ugruntowanej wiedzy, niezbyt lotny, popełniający gafy, ośmieszający się a który zrobił karierę dzięki znajomościom i układom wśród "elit" III RP. I takich jak on jest bardzo wielu, choćby dziś marszałek Sejmu Sz. Hołownia, który co prawda studiów nie ukończył, ale chwali się, że studiował kilka lat. 

Pełno też ich jest wśród różnego rodzaju celebrytów, pseudoekspertów, profesorów, aktorów, etc.

Dla "wykształciuchów pospolitych" oni są "swoi" i wszystko im wybaczą bo są takimi, jakimi oni są, czyli w sumie niedokształconymi, mało inteligentnymi, popełniającymi gafy i przejęzyczenia, przynależącymi do "wykształciuchów", mówiącymi lewackimi i demoliberalnie wdrukowanymi sloganami, nowoczesnymi nie Polakami, ale aż i już Europejczykami należącymi do "elity". 

"Wykształciuchy niepospolite" mogą nieraz kłamać lub aberracyjnie mijać się z rzeczywistością i logiką byleby tylko mówiły językiem "wykształciuchów pospolitych", który wykreowany w nich został przez miernych lub cynicznych wykładowców, przez Michnika i spółkę czy TVN. Mówiły to, co chcą usłyszeć, co jest zgodne z ich jednostronnym pojmowaniem świata i są w stanie przyswoić oraz by  zachowywały się też podobnie będąc przeświadczonymi o swojej mądrości, wielkości i przynależności do "klasy wyższej". A ponadto muszą znać "autorytety", posiadać dużo pieniędzy, być pokazywanymi w telewizji i winno się o nich pisać i "coś" mają znaczyć - to "coś" co chciałby każdy "wykształciuch pospolity".  A taką "niepospolitość" daje mu popieranie "wykształciuchów niepospolitych" i bycia z nimi. 

Na marginesie. Całkiem niedawno miałem okazję sprawdzać egzaminy pisemne oraz prace magisterskie na wydziale ekonomii i zarządzania. Okazuje się, że większość studentów ręcznie nie potrafi  poprawnie pisać w języku polskim. Błędy ortograficzne, gramatyczne i stylistyczne są normą. Do tego dochodzi ubogie słownictwo i nieznajomość znaczenia słów. O kreatywnym myśleniu to można zapomnieć. Poziom poznanej wiedzy merytorycznej jest  na niskim poziomie a do tego schematyczny i jednokierunkowy bez szerszych odniesień. To taka wiedza pozwalająca jedynie na rozwiązywaniu testów znakiem "x". A poziom prac magisterskich jest w dużej mierze zatrważający. Przy nich moja praca magisterska dziś byłaby doktorską.                                                                

Warto też wskazać na fakt, że na poziom wykształcenia negatywnie wpływają też zdobycze techniczno- technologiczne takie jak: rozwój Internetu i telefonii komórkowej (smartfony). Młodzi ludzie przestali czytać i wystarczą im streszczenia prac dostępne w sieci. Błędy ortograficzne są poprawiane przez dany program tekstowy (np. Word) a uczucia i nastroje wyrażane się emotikonkami. Do tego dochodzi "szum informacyjny" zalewający młode umysły potężną ilością informacji, które tak naprawdę w dużej mierze są zbędne.  Problem ten zauważyli np. edukatorzy w Szwecji, gdzie powraca się do tradycyjnych form nauczania a szkoły rezygnują z technologii, na rzecz tradycyjnych książek, kartek i długopisu [1]. 

Ale chciałbym być jednocześnie dobrze zrozumianym.

Mówiąc negatywnie i szyderczo o pracownikach i wykładowcach szkół wyższych miałem na myśli ogólnie szerokie dwie grupy: faktyczne miernoty intelektualne bez gruntownej wiedzy a chcące być megalomańsko i mitomaństwo "autorytetami, elitami intelektualnymi" oraz naprawdę ludzi inteligentnych z dużą wiedzą, ale bądź zastraszonych i zniewolonych przez układ III RP, bądź cyników i hipokrytów, którzy albo swoją postawę naukową uzależnili od profitów albo są wykonawcami lub kreatorami lewackich oraz syjonistycznych dogmatów, bądź też naukowców zniewolonych współpracą z tajnymi komunistycznymi służbami specjalnymi (środowisko akademickie nigdy nie zostało zlustrowane). Obok nich funkcjonują intelektualnie i z dużą wiedzą prawdziwi naukowcy, ale niestety jest ich mniejszość.

Mówiąc natomiast o "wykształciuchach pospolitych" nie miałem na myśli zwykłych i inteligentnych ludzi, którzy swą asertywność stracili w momencie ubezwłasnowolnienia kredytem oraz boją się o swoją pracę i stanowiska, dzięki którym są w stanie dalej funkcjonować na wyższym materialnie poziomie i są w stanie spłacać zobowiązania kredytowe i zapewniać godziwy byt rodzinie. Ich rozumiem i zapewne oni rozumieją, że są "postawieni pod ścianą" , ale - jeśli są dobrzy intelektualnie i pod względem poziomu wiedzy - nie mają się naprawdę czego bać i nie ma sensu uleganie propagandzie sączonej przez kreatorów i beneficjentów III RP. Ci ostatni jedynie walczą o swoje profity z posiadania władzy i o uniknięcie odpowiedzialności za swoje działania lub też o dalszą  możliwość lewackiego kreowania dusz innych i władzy nad ludźmi, nad Polakami.

* Materiał miałem przygotowany już dwa tygodnie temu i przez nieuwagę po prostu go skasowałem bez możliwości odtworzenia. Spowodowało to, że praktycznie musiałem go napisać od nowa i niejako z pamięci. Nie lubię tego robić, bo zawsze w takich sytuacjach mam niedosyt, że kolejna wersja jest gorsza od pierwotnej. 


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

poniedziałek, 16 września 2019

Jeszcze raz o ochronie zdrowia - to wyzwanie na II kadencję PiS-u!

Chyba wszyscy się zgodzimy, że reforma sektora ochrony zdrowia jest jak najbardziej potrzebna.

Długie kolejki na SOR-ze, kolejki do specjalistów, nieraz niechlujstwo w szpitalach, nieraz też przyjmowanie korzyści majątkowych przez lekarzy, brak pielęgniarek i wykształconych lekarzy, którzy w dużej mierze wyjechali z kraju "za chlebem", czyli przyzwoitymi zarobkami, niedofinansowanie szpitali i całego sektora, brak odpowiedniego systemu nauczania, który jest długi i bardzo skomplikowany, choć tak długi okres uzyskania specjalizacji daje pozytywne korzyści w postaci dobrego przygotowania zawodowego lekarzy i pielęgniarek, co chwalą sobie kraje, gdzie ten polski personel pracuje.  Tylko, że oni kończą szkoły w Polsce i winni w Polsce pracować tutaj, przynajmniej jakiś ściśle określony czas. Nie może być tak, że finansujemy emigrantów - zbyt drogo kosztuje wykształcenie jednego lekarza czy pielęgniarki, abyśmy sobie pozwolili na fakt szybkiej ich emigracji zarobkowej a tym samym na godzenie się w Polsce z brakami personelu medycznego.

Całkiem niedawno miałem styczność ze szpitalem. Oprócz długiego oczekiwania na SOR-ze nie narzekam, ale są to pojedyncze przypadki, kiedy trafi się na lekarza z powołaniem niesienia zdrowia. Tyle tylko, że na tzw. rehabilitację czekam już pór roku a jest to czas stracony i powodujący postępowanie mojej choroby. Tak nie powinno być i trzeba to zmienić. Wiele jest takich przypadków, np. kolejka do operacji zaćmy, czy też - mimo reformom - do kuracji onkologicznych. Problemem też - jak wspomniałem - jest obszar owego powołania do bycia lekarzem czy pielęgniarką. Bardzo się często zdarza, iż lekarze są nimi z przypadku, na co już naprawdę nie mamy wpływu, choć chyba należy zwiększyć na uczelniach czy katedrach  medycznych zajęcia z psychologii, bo nawet empatii można się choć trochę nauczyć a pacjenci winni czuć, że faktycznie są pod właściwą opieką. Niepokojąca jest też gradacja  pacjentów na tych, którzy leczą się poprzez NFZ a pacjentami płacącymi prywatnie za opiekę medyczną, na co często bardzo narzekają potrzebujący pomocy medycznej.

Cztery lata rządów PiS-u to za mało na reformę służby zdrowia (ochronę zdrowia). Kiedyś profesor Zbigniew Religa przedstawił 7-letni plan uzdrowienia tego sektora, ale oczywiście nie miał on szans wdrożenia, ze względu na różne zmiany rządu, które średnio po czterech latach są inne i mają swoje sposoby i swoją wizję polskiej ochrony zdrowia.

Inaczej było w przypadku PO-PSL. Mieli aż osiem lat na przeprowadzenie takiej reformy... i jedynym ich planem była oczywiście komercjalizacja  i prywatyzacja szpitali, ich zamykanie"niby dla dobra" całej służby zdrowia. Można powiedzieć, że nie zrobili nic i dzisiejsze ich gaworzenie, że taką reformę - po przejęciu władzy - przeprowadzą, to są ich jakieś wyimaginowane mrzonki i nie można im ufać w "żadnym calu" - są skłonni obiecać wszystko, byleby po raz kolejny dostać się do władzy... a wtedy rzeczywiście pozamykają szpitale i je sprywatyzują, co dla nich było wielkim dealem na szpitalach i innych jednostkach zajmujących się zdrowiem Polaków (np. uzdrowiska, gdzie pozostało w rękach państwa polskiego jedynie 7 dużych uzdrowisk na 26 funkcjonujących państwowo do czasu przejęcia władzy przez PO-PSL).

Musimy też cały czas zwiększać nakłady na ochronę zdrowia, bo tego potrzebują lekarze, pielęgniarki, służba pomocnicza a wreszcie sami pacjenci. Trzeba te nakłady zwiększać stopniowo dbając, aby te pieniądze nie były marnotrawione a niestety w obecnym systemie często są i gdzieś przepadają w zawiłościach procedur i leczenia. Warto byłoby również rozszerzyć ilość placówek klinicznych, co sprawi, iż nasze leczenie będzie diametralnie skuteczniejsze.

Dodatkowo należy przeprowadzić reformę polityki lekowej, tak, aby poprzez nią nie zarabiały tak wielkich pieniędzy duże i międzynarodowe koncerny farmaceutyczne, tak, aby można było swobodnie prowadzić kuracje najnowocześniejszymi lekami i wprowadzać nowoczesne procedury leczenia. Trzeba też skończyć z lobbingiem firm farmaceutycznych skierowanym na lekarzy i sugerowanie im, jakie leki  mają przepisywać, szczególnie te brane przez nas przewlekle, przez długi czas a nieraz do końca życia. Będzie to bardzo trudne, ale jest chyba wykonalne.

Zresztą ta polityka lekowa jest katastrofalna. Nieraz dofinansowuje się leki zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wykorzystywane są bardzo rzadko i nie są one najnowocześniejsze  a firmy farmaceutyczne celowo wyznaczają dla nich ceny horrendalnie wysokie nie mające nic wspólnego z kosztami ich wytworzenia. Podobnie jest z lekami dostępnymi na rynku bez recepty i w przypadku parafarmaceutyków (suplementów diety).

I taka drobna uwaga dla pacjentów: zawsze w aptece możemy zapytać czy istnieje jakiś tańszy generyk, czyli lek z tą samą substancją czynną. Aptekarze mają obowiązek o tym poinformować pacjentów. Ja często z takiego rozwiązania korzystam i nieraz miesięcznie oszczędzam nawet 50-100 złotych jak nie więcej, więc warto. Można też poprosić lekarza, aby na receptę przepisał nam tańszy lek, wtedy też niejako sami reformujemy politykę lekową. Nie można też opierać się na promowanej nazwie leków (np. "żółty krem z apteki") ponieważ istnieje dużo tańszych zamienników z tą samą dawką leku i tą samą substancją czynną. Ja na ten przykład ostatnio biorę glukozaminę (substancja lecząca stawy, ich zwyrodnienie a także odbudowująca chrząstkę międzystawową). 60 tabletek 625 mg glukozaminy kosztuje od powyżej 50 zł do 30  a nawet 25 zł, więc po prostu oszczędzam swoje pieniądze a nazwy handlowe glukozaminy bywają różne. Można też skorzystać z zakupu leków bez recepty przez internet i ze stron aptecznych - takie leki są z reguły tańsze niż w tradycyjnej aptece. I jeszcze jedno: należy przestać brać leki garściami i wierzyć w to, że są panaceum na wszystko. W Polsce jest jedna z najwyższych konsumpcji leków i suplementów diety: trzeba z tym skończyć poprzez odpowiednią kampanię promocyjną i uświadamiającą, tyle tylko, że byłoby to niekorzystne dla firm i na pewno spotka się z ostrą reakcją tych firm..

Inną sprawą jest częste dopuszczanie do sprzedaży leków, które jeszcze niedawno były dostępne wyłącznie na receptę jak. np: przeciwbólowy Ketonal a to tylko jeden przykład. Taka polityka powoduje, że NFZ często nie ma pieniędzy na dofinansowanie leczenia naprawdę ciężkich przypadków a ludzi "szlag trafia" a taka polityka jest bardzo korzystna dla firm farmaceutycznych.

W Polsce sektor farmaceutyczny ma chyba największą rentowność w całej Europie, co widać np. oglądając reklamy, gdzie w danym bloku reklamowym aż około 50% to reklamy leków i parafarmaceutyków. Czy to nie jest zastanawiające? A za te reklamy płacimy my wszyscy, bo w kosztach wytworzenia leku wliczane są koszty promocji.

Konieczne jest też wreszcie ustalenie tzw. "koszyka świadczeń podstawowych" leczenia, co niemal zawsze obiecywały różne rządy i żaden z nich go nie stworzył. Wiem, że jest to trudne, ale musimy to zrobić, aby nasza służba zdrowia była na wyższym poziomie i można było kalkulować efektywność leczenia. 

Należy także podjąć ogólnonarodową dyskusję dotyczącą zmiany obecnego systemu ochrony zdrowia i zastanowić się nad powrotem tzw. Kas Chorych. Spełniały one dobrze swą funkcję i szkoda, że za czasów rządów SLD ponownie scentralizowano ten sektor i wprowadzono NFZ. Komu i dlaczego tak przeszkadzały Kasy Chorych? Tego naprawdę nie wiem a  powrót do nich to droga jest daleka i wyboista.

Zdrowie, jego ochrona, dotyczy nas wszystkich a podejmowane przez rząd działania skutkować będą na następne dziesięciolecia. Mam nadzieję, że nowy minister zdrowia podoła temu zadaniu, bo obecny jest bardziej naukowcem i lekarzem niż managerem i nie ma wizji jak winna ta ochrona zdrowia w Polsce wyglądać.

To są takie ogólne moje refleksje i zdaję sobie sprawę, że temat ten wymaga pogłębionej analizy. Niemniej jednak mam nadzieję, że przyszła reforma ochrony zdrowia przedstawiona zostanie jako długookresowy plan, do którego realizacji powinniśmy dążyć i nade wszystko nie doprowadzić do zaniechania publicznej ochrony zdrowia. Obecny rząd - mimo zastrzeżeń - coś jednak robi w tym zakresie a w zapisach w ich programie znalazły się tematy związane z reformą tego newralgicznego sektora, co - mam nadzieję - będzie reformą korzystną dla wszystkich, skuteczną i efektywną.

Ale aby tą reformę przeprowadzić potrzeba nawet nie czterech, ale ośmiu lat samodzielnego  rządzenia obecnie nam panujących. Jest to możliwe i uważam, że będzie to z korzyścią dla Polski i Polaków.


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła tekstu na bloggerze lub innym forum, gdzie autorsko publikuję. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych, w których konieczne jest podanie moich personaliów: Krzysztof Jaworucki, bloger "krzysztofjaw".

sobota, 19 maja 2012

Ważą się losy przyszłych pokoleń Polaków i Polski!

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że posiadana wiedza, odpowiednie realizowane w życiu zasady i wartości etyczno-moralne, zdrowie i bezpieczeństwo finansowe są niezbędnymi elementami rozwoju każdego człowieka. Stanowią też determinanty ogólnego rozwoju narodów i państw.

Sądzę, że nasi zdradzieccy włodarze dobrze znają powyższą prawdę. Wydaje się, że stąd w nich taka determinacja w niszczeniu i degradacji wszystkich tych czterech filarów.

Przez niemal 23 lata nie pozwolono Polakom rozwinąć zamożnej klasy średniej  i sprowadzono  ich większość do roli taniej siły roboczej.  Wyprzedano też niemal cały majątek narodowy a ten, który pozostał w większości jest również przeznaczony do sprzedaży. Polacy w swojej większości nie czuja się bezpieczni finansowo a dodatkowo jeszcze mają niewolniczo pracować dłużej.  Jeden filar niemal zniszczony...

Przez te lata usilnie też rugowano z życia prywatnego i publicznego wszelkie od wieków występujące w Polsce zasady i wartości etyczno-moralne kształtujące nas samych i naszą tożsamość  narodową. Operacja się udała, co widać po wyniku ostatnich wyborów, gdzie głosowano w większości na kłamców i karły etyczno-moralne niegodne nawet krytyki... bowiem krytykować można jedynie jakąś wartość a pustka wewnętrzna jednostki i grupy jednostek jest bezwartościowa.  Drugi filar niemal zniszczony...

O zdrowiu pisałem w swoim ostatnim tekście:  "Ochrona zdrowia: plan "C" - kontynuacja czy debata?" (http://krzysztofjaw.blogspot.com/2012/05/ochrona-zdrowia-plan-c-kontynuacja.html). Trzeci filar niemal zniszczony...

Od 1 września natomiast rząd zamierza zintensyfikować niszczenie ostatniego już filaru, czyli wiedzę i wykształcenie Polaków...

"Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie".

Ten cytat kanclerza Jana Zamoyskiego zawarty w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej winien dzisiaj być na ustach wszystkich, którym zależy na dobru polskiej młodzieży i poziomie wykształcenia przyszłych pokoleń.  Plan reformy byłej minister Katarzyny Hall a realizowany obecnie  przez jej następczynię zakłada bowiem  przekształcenie liceów ogólnokształcących w placówki specjalistyczne, w których zamiast historii, polskiego, biologii, czy chemii uczniowie będą uczyć się o np. zdrowiu i urodzie.

 Od nowego roku szkolenego - zgodnie z założeniami tej reformy - zmniejszona ma zostać liczba godzin nauczania newralgicznych dla poziomu wykształcenia ogólnego przedmiotów m.in.: historii, języka polskiego i innych.

""Dziennik Gazeta Prawna” przytacza wyliczenia ekspertów oświatowych, z których wynika, że po wejściu w życie reformy autorstwa minister Hall od września 2012 roku z programu nauczania zniknie 90 godzin historii, 60 godzin języka polskiego oraz 120 godzin przedmiotów ścisłych.


Ponadto reforma zakład, że już w wieku 15 lat uczniowie będą musieli dokonać wyboru pomiędzy wykształceniem humanistycznym a ścisłym. Gdy uczniowie zdecydują się na nauki ścisłe, nie będą się już uczyć np. historii i polskiego, natomiast uczniowie, którzy wybiorą nauki humanistyczne ostatnią styczność z fizyką i chemią będą mieli w gimnazjum.


Reforma zakłada, że liczba godzin lekcji historii zostanie zredukowana ze 150 do 60. Natomiast liczba godzin lekcji biologii i fizyki zostanie zredukowana ze 150 do 30.


Według pomysłu minister Hall, braki w wiedzy z danego zakresu przedmiotów uczniowie będą nadrabiać w blokach tematycznych i tak na przykład biologia, chemia, fizyka i geografia zostaną zastąpione przyrodą, natomiast język polski, historię i wiedzę o społeczeństwie zastąpi blok historyczno-społeczny.


Pierwsza klasa liceum będzie przeznaczona na dokończenie przedmiotów rozpoczętych w gimnazjum. Kolejne dwa lata obejmie nauka w ramach wybranych wcześniej profili. - Kto zdecyduje się na profil humanistyczny, z prawami Newtona będzie miał ostatni raz styczność w wieku gimnazjalnym. Wiedzę fizyczną zastąpią takie bloki, jak: zdrowie i uroda, śmiech i płacz czy woda – cud natury. Przyszli inżynierowie i ekonomiści o powstaniu listopadowym posłuchają ostatni raz w wieku 13 lat – czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”".
(Źródło: http://niezalezna.pl/22816-po-szykuje-skandaliczna-reforme-szkolnictwa)

Czy trzeba więcej pisać?

Musimy zadbać o wykształcenie naszej młodzieży, dla niej samej i dla przyszłości Polski!

Pozdrawiam

P.S.
Wczoraj na BM24 Maryla przytoczyła tekst Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (http://blogmedia24.pl/node/57789). Wydaje mi się, że warto go propagować...

Młodzież organizuje Strajk Szkolny. Ludzie, którzy 30 lat temu walczyli o wolną Polskę dzisiaj głodują. Oświatowa „Solidarność” cały czas przygotowuje różnego rodzaju protesty, zarówno lokalne jak i krajowe – a media milczą! Jednak broniący polskiej oświaty zapewniają: duch walki rośnie. Żądają m.in. wycofania się resortu edukacji z reformy nauczania, która ogranicza naukę historii.

Czego nie udało się przez parę wieków okupantom, teraz udaje się polskiemu rządowi – można było usłyszeć na dziedzińcu Ministerstwa Edukacji Narodowej 17 maja, podczas konferencji prasowej z udziałem trzech środowisk walczących o polską szkołę. Głos zabrali m.in.: Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”, Grzegorz Wysocki, reprezentujący głodujących działaczy NZS i „Solidarność” lat 80. oraz Robert Winnicki, koordynator krajowy Strajku Szkolnego. W trakcie konferencji podsumowano m.in. kilkudniową akcję na dziedzińcu ministerstwa. W poniedziałek, 14 maja rozpoczął się tam protest młodzieży organizującej akcję Strajk Szkolny i uczestników głodówek w obronie polskiej oświaty. Kogo zabrakło na spotkaniu z dziennikarzami? Samych dziennikarzy! Była ich dosłownie garstka. Usłużne władzy media zgodnie milczą, a tymczasem na dziedzińcu MEN ważą się losy Polski.

Ryszard Proksa, przewodniczący Oświatowej „Solidarności” przyznał, że obrona polskiej szkoły to sprawa ogólnonarodowa. „Walczymy nie tylko o oświatę jako taką, ale przede wszystkim o jej jakość, która dramatycznie spadła” – zaznaczył. Związkowiec przestrzega, że grozi nam całkowite wynarodowienie. - Podkreślamy rolę historii i języka polskiego, ale pamiętajmy też, że Konstytucja gwarantuje każdemu obywatelowi przynajmniej kanon wykształcenia ogólnego. Teraz praktycznie tego kanonu nie ma – zauważył Proksa. Podkreślił, że młody człowiek podejmując tak wcześnie specjalizację – jeśli chodzi o kierunki uczenia się – będzie mniej mobilny społecznie. Zdaniem przewodniczącego Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” grozi to zarówno tym, że politycy będą mogli łatwiej manipulować takim człowiekiem, jak i kiepską pozycją na rynku pracy w Europie.

Coś co budzi tak ogromny sprzeciw społeczny wszystkich środowisk zainteresowanych oświatą, powinno spowodować pewną refleksję i miejmy nadzieję, że stanie się to szybko – powiedziała Izabela Lorenc. Przewodnicząca Międzyregionalnej Sekcji Pracowników OświatyiWychowaniaWielkopolska podkreśliła, że wprowadzona w 2007 r. podstawa programowa kształcenia ogólnego jest bardzo zła. - Od samego początku, zarówno środowiska rodziców jak nauczycieli zgłaszały swoje uwagi – przyznała Lorenc. Podkreśliła, że na dziś najważniejsze jest to, aby próbować osiągnąć pewien kompromis i wypracować ten dokument od początku - uwzględniając zarówno potrzeby i możliwości uczniów, ale także ich rozwój i perspektywy dalszej nauki. - Jako „Solidarność” pytamy także o to, jakie środki finansowe zostały na to przeznaczone oraz kto był autorem tej podstawy programowej – zaznaczyła przewodnicząca Międzyregionalnej Sekcji Pracowników Oświaty i Wychowania Wielkopolska. Izabela Lorenc. Ze zdziwieniem zauważyła, że nikt pod takim „dziełem” nie chce się podpisać własnym imieniem i nazwiskiem. Do dziś przedstawiciele jej środowiska nie otrzymali odpowiedzi na zadane pytania.

Choć protest pod budynkiem MEN został w zawieszony, jego uczestnicy zapewniają, że z niczego się nie wycofują. Zapowiedzieli, żew sobotę, 19 maja w Krakowie odbędzie się kongres, podczas którego powołają Obywatelską Komisję Edukacji Narodowej. Dawny działacz NZS Grzegorz Wysocki poinformował, że ma ona zainicjować publiczną debatę o stanie polskiej edukacji i rozpocząć prace nad nową podstawą programową, znoszącą zaproponowane przez MEN zmiany. Patronat nad inicjatywą objął Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Protestujący przypomnieli również, że przyszłym tygodniu w Sejmie odbędzie się głosowanie w sprawie odwołania minister Szumilas, zaś 1 czerwca na ulicach polskich miast odbędą się pikiety i manifestacje.

Pytany o rolę mediów - wobec ważących się losów polskiej oświaty - Robert Winnicki przyznał, że zachowują się skandalicznie. Zdaniem koordynatora akcji Strajk Szkolny nie ma ważniejszego tematu niż to, jak będą wyedukowane młode pokolenia, bo to od nich zależy przyszłość Polski. Winnicki uważa, że media głównego nurtu są na pasku rządowym, dlatego nie podejmują niewygodnych dla władzy tematów. Prezes Młodzieży Wszechpolskiej przypomniał, że dramat jednej rodziny jak np. temat „Madzi z Sosnowca” środki przekazu wałkują przez wiele tygodni, natomiast ogólnonarodowy dramat, dotyczący milionów ludzi nie znajduje dojścia do mediów głównego nurtu.

Przyzwyczailiśmy się już do tego – skomentowała postawę dziennikarzy Halina Kurpińska, wiceprzewodnicząca Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. Jak przyznała, w ciągu ostatnich lat media w ogóle nie interesują się wszelkimi działaniami prospołecznymi „Solidarności”. Jednak jej zdaniem, pocieszającym, a wręcz radosnym wydarzeniem jest to, że protesty głodowe w obronie polskiej oświaty rozpoczęli nie nauczyciele, nie członkowie „Solidarności” tylko przedstawiciele tej części społeczeństwa, do których dotarł ogrom niebezpieczeństwa. Wbrew ciszy w mediach, wbrew nieobecności tego problemu w debacie publicznej ta sprawa zaczyna żyć własnym życiem i ten protest rośnie – z zadowoleniem skwitowała Kurpińska. Wiceprzewodniczącą Oświatowej „Solidarności” cieszy jednak najbardziej postawa młodzieży. – To oni, ci młodzi ludzie, uczniowie, studenci sami się do nas zgłosili, a nie my do nich. To daje iskierkę nadziei na zmianę obecnej sytuacji - podsumowała nauczycielka.

Red. Agnieszka Piwar


Źródło: http://ksd.media.pl/aktualnoci/689-waza-sie-losy-polski-a-media-milcza


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/

czwartek, 17 maja 2012

Ochrona zdrowia: plan "C" - kontynuacja czy debata?

Witam

Niejednokrotnie już pisałem o ochronie zdrowia, m.in. w postach z 2009 roku: Plan "C" – cisza nad tą trumną oraz Konieczna ogólnonarodowa debata w sprawie ochrony zdrowia!

Minęło 3 lata a moje konstatacje zawarte w wymienionych tekstach są  nadal zatrważająco aktualne, co potwierdza ogłoszone wczoraj w mediach nasze ledwie 27 miejsce w Europie w obszarze stanu i jakości lecznictwa. Wyróżniono nas jedynie za leczenie zawałów serca. Czeka nas jeszcze prawdopodobnie kolejny kryzys dotyczący nowoczesnych i innowacyjnych terapii onkologicznych, bowiem nikt dziś nie wie, czy po 1 lipca na liście leków refundowanych znajdą się odpowiednie specyfiki lub też tańsze (ale też relatywnie drogie) leki generyczne. Sądzę, że na kłopotach w leczeniu raka kryzys się nie zakończy...

Przeczytawszy więc moje poprzednie posty postanowiłem je -  uzupełniając o nowe fakty  i zdarzenia - częściowo przypomnieć.

----------------------------------------

Premier i była pani Minister Zdrowia a dziś Marszałek Sejmu oraz być może  nowy Minister Zdrowia w zaciszu powyborczych gabinetów przyjęli prawdopodobnie zasady kontynuacji wcześniejszego - określonego przeze mnie jak "C" - planu, dotyczącego wielkiego oszustwa, jakim była, jest i będzie w ich wykonaniu reforma ochrony zdrowia.

Sławetna posłanka Sawicka zwracała już uwagę swemu wydumanemu kochankowi z CBA, że jest jeszcze jedna z ostatnich wielkich możliwości skonsumowania przez liberalne (sic!) postokragłostołowe elity polskiego majątku: to wielki "deal" na ochronie zdrowia. Była posłanka została w końcu skazana, co prawdopodobnie dla PO ma posłużyć jako niby "zamknięcie" tematu, "listek figowy"... a harce mogą zaczynać  niejako od nowa...

Poprzedni rząd oczywiście próbował już wszelkimi sposobami skonsumować wreszcie ten jeden z ostatnich torcików polskiego majątku narodowego. Najpierw był plan A. Obowiązkowo miały być skomercjalizowane a później oczywiście sprywatyzowane szpitale. Nie wypalił. No to zabrano się za plan B, czyli dobrowolność komercjalizacji poprzez samorządy, dając jednocześnie "marchewkę" w postaci oddłużania tych szpitali, które się na to zdecydują. Plan nie wypalił. Jakoś szpitale niechętnie były w stanie uwierzyć i zaufać nieudolnej pani minister. Tym bardziej nie zaufają biednemu nowemu ministrowi zdrowia, który - jak sądzę - został perfidnie wrobiony w zarządzanie "burdelem", jaki w ministerstwie zostawiła po sobie E. Kopacz

Plany A i B więc nie "wypaliły".

I tu niespodziewanie z pomocą "chłopcom od piłki i deal'i wszelkiego rodzaju przyszedł kryzys, na którym można jeździć jak na "siwej Kobyle" usprawiedliwiając brak działania i pomocy komukolwiek brakiem kryzysowych pieniążków. Dodatkowo PO wygrała ponownie wybory (sic!) i w nowym ministerstwie zabrakło partaczki E. Kopacz a na front wysłano - pozyskanego w tym celu z SLD - B. Arłukowicza.

No i przez ostatnie miesiące mamy kontynuację nagminnego i pogłębiającego się  kryzysu polskiej ochrony zdrowia. Czyżby rząd przyjął kolejną strategię doprowadzającą w końcu "chłopców" do jej trwałych i nietrwałych aktywów, t.j. zasadę "im gorzej tym lepiej"? Cisza nad tą trumną! Zdaje się wołać całe poletko "czarnych polskich owieczek z PO(ło)wiałych"... od letnich promieni Słońca Peru.

Ta "cisza nad tą trumną" to chyba właśnie był  plan "C", czyli pseudoreformy ochrony zdrowia, tzn. przejęcia jej przez owych nieznanych "speców od deal'i" wywodzących się z jedynie słusznych kręgów "elit postokrągłostołowych".  Ten plan C był i jest bardzo prosty: doprowadzenie do zapaści szpitali, a później wyciągnięcie najważniejszych założeń z planów A i B oraz podanie "pomocnej dłoni" szpitalom w postaci (a jakże) komercjalizacji, która zawsze w końcu kończy się przecież prywatyzacją. Dziś chyba mamy kontynuację tegoż planu.

I za jakiś  czas, z satysfakcją stanie wtedy przed gawiedzią Donald Tusk, i wystawiwszy na pierwszy ogień biednego B. Arłukowicza wspólnie obwieszczą: A NIE MÓWILIŚMY I NIE PRZESTRZEGALIŚMY. WYSZŁO NA NASZE! BIERZMY SIĘ WIĘC ZA PLAN A i B!

Chcę być dobrze zrozumiany. Również uważam, że w Polsce potrzebna jest reforma funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia,. Obecny stan jest w dłuższej perspektywie nie do zaakceptowania.

Mam natomiast wrażenie, ze jedynym celem wszelkich działań rządu w tym zakresie nie jest prawdziwa, fundamentalna reforma systemu ochrony zdrowia, ale li tylko "skok" na aktywa, które reprezentują szpitale i inne jednostki lecznicze.

Uważam od wielu lat, że konieczna jest w Polsce ogólnonarodowa debata na temat obecnego stanu ochrony zdrowia i kształtu jej reformy. Jest ona niezbędna. Zdrowie dotyczy nas wszystkich i przyszłych pokoleń Polaków. Obok podatków temat ten winien być jednym z pierwszoplanowych, nad którymi dyskutuje się publicznie! Wydaje mi się, że zawsze jest czas na dyskusję o tym newralgicznym obszarze funkcjonowania polskiego społeczeństwa a reforma ochrony zdrowia winna być najważniejszym obszarem działań rządowych, nad którym należy podjąć ogólnonarodową dyskusję.

Zdrowie, jego ochrona, dotyczy nas wszystkich a podejmowane przez rząd działania skutkować będą na następne dziesięciolecia. Dziwię się więc nieudolności rządu w tym obszarze i uważam, że obecny Pan Minister B. Arłukowicz nie będzie w stanie przeprowadzić ani monitorować takowej reformy.

Oto w punktach kilka moich refleksji, tez i pytań na temat polskiej ochrony zdrowia i konieczności jej reformy:

1. Obecny stan systemu ochrony zdrowia, co jest oczywiste, jest niezadawalający i wymaga zmian i reformy. Kolejki pacjentów, korupcja, marnotrawienie publicznych pieniędzy, ogólne niedofinansowanie, emigracja lekarzy i pielęgniarek (niskie płace) oraz wiele innych czynników tylko utwierdza w tym przekonaniu.

2. Reforma systemu ochrony zdrowia jest – będzie procesem skomplikowanym i długotrwałym. Większość dotychczasowych rządów podejmowała próby naprawy tego systemu różnymi sposobami: utworzenie Kas Chorych, oddanie szpitali samorządom (tak jest obecnie) przy zachowaniu ich państwowej własności, likwidacja w 2002 przyszpitalnych fundacji, próby stworzenia koszyka świadczeń podstawowych… następnie ponowna centralizacja Kas Chorych i utworzenie NFZ, siedmioletni plan profesora Religi, oddłużanie szpitali i wzrost uposażenia lekarzy i pielęgniarek, a teraz pomysł prywatyzacji (komercjalizacji) szpitali. Jak widać każdy rząd ma swój pomysł na system ochrony zdrowia. Zmiana rządu przerywa poprzednio rozpoczęte reformy i jeszcze bardziej komplikuje system. I tu oczywistość: potrzeba jednego, ogólnonarodowego, międzypartyjnego planu reformy systemu ochrony zdrowia, który będzie realizowany niezależnie od zmiany rządu czy prezydenta.

 3. Prywatyzacja (komercjalizacja) szpitali jest tylko jedną z dróg możliwej poprawy sytuacji polskiej służby zdrowia i nie jest wcale pewna jej skuteczność i efektywność w tym przypadku. Komercjalizacja polega na utworzeniu jednoosobowej spółki prawa handlowego, którego właścicielem jest państwo lub jego agendy. Dalszym etapem jest prywatyzacja polegająca na sprzedaży całości lub części tej spółki (w przypadku obowiązującego chyba planu B od razu szpitale przekształcane są w spółki bez okresu komercjalizacji). Wspomaganie szpitali, które zdecydują się na przekształcenia w spółki jest nierównym traktowaniem podmiotów gospodarczych, a tym samym obywateli. Czy dzielenie firm - dla których będzie możliwa pomoc finansowa i dla, których tej pomocy nie będzie – na podstawie akceptacji przez nie planów rządowych jest zgodne z Konstytucją RP? Czy nie jest to dogmatyczne, irracjonalne, realizowanie „świętej” idei liberalnej a forma prawna nie przypomina np. przymusowej nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów? (teraz formą nacisku są korzyści ekonomiczno-materialne),

4. Oczywiście w gospodarce rynkowej własność prywatna lepiej służy rozwojowi gospodarczemu niż własność państwowa, co wiąże się przede wszystkim z m.in. wyższą jakością nadzoru właścicielskiego. Chcąc wypracować zysk, prywatny przedsiębiorca podejmuje decyzje, które przy akceptowanym przez niego poziomie ryzyka przyniosą największe korzyści. Nie można jednak zapominać, że każda działalność gospodarcza zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem niepowodzenia w tym upadłości. Nieprzewidywalność, nawet marketingowa, popytu na usługi medyczne eliminuje prywatno-rynkową ideę szpitali – nie wiemy kto, kiedy i na co zachoruje; nie jesteśmy w stanie przewidzieć epidemii; nie jesteśmy w stanie przewidzieć skali popytu na usługi medyczne w przypadku klęsk żywiołowych, wojny czy ataków terrorystycznych.

5. Należy jednak zwrócić uwagę, że powyższe stwierdzenie (pierwsze w punkcie 4) jest istotne ekonomicznie w przypadku firm obracających tzw. dobrami prywatnymi. Przez wieki rozwoju gospodarki rynkowej wypracowany został jednak zbiór tzw. dóbr publicznych, za które odpowiada państwo. Należą w skrócie do nich: obrona narodowa (wojsko, wywiad i kontrwywiad, służby celne), bezpieczeństwo (policja, straż pożarna), środowisko naturalne oraz … właśnie ochrona zdrowia (lecznictwo, służby sanitarno-epidemiologiczne). Zgodnie z priorytetami obecnego rządu po służbie zdrowia należy również sprywatyzować: wojsko, policję, SANEPID, straż pożarną i inne. Wtedy można już tylko rządzić dla samego rządzenia i nic nie robić – będąc u władzy i czerpać z niej korzyści.

6. W ujęciu dobra publicznego zdrowie nie może być traktowane, jako towar rynkowy, którego obrót nastawiony jest na zysk a szpitale jako firmy – spółki prawa handlowego nastawione na zysk. Tak naprawdę szpitale winny być instytucjami non profit (nie nastawionymi na zysk).

7. Szpital jako spółka prawa handlowego oferować będzie usługę medyczną jako towar, który winien przynieść zysk. Stąd tylko niedaleka droga do racjonalności wyboru takich pacjentów, których leczenie jest opłacalne i unikanie kosztotwórczego (przynoszącego stratę) pacjenta. Znów w skrócie: prowadzi to do ograniczenia powszechnej dostępności do leczenia i ochrony zdrowia. Jest to niezgodne z Konstytucją RP, której artykuł 68 zobowiązuje władze publiczne do zapewnienia obywatelom równego dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Podobne sformułowania zawierają akty prawne większości europejskich krajów wysokorozwiniętych, w których dominującą rolę w ochronie zdrowia odgrywa sektor publiczny (około 90% to działalność publiczna a tylko około 10% to działalność prywatna). Prywatna służba zdrowia jest dominującą jedynie w USA (brak powszechnej dostępności usług zdrowotnych w USA i niska jakość służby publicznej – to jeden z największych problemów społecznych tego państwa) oraz w krajach, których państwa nie stać traktowanie zdrowia jako dobra publicznego (kraje Trzeciego Świata). Próba pełnej prywatyzacji sektora zdrowotnego na Słowacji zakończyła się kompletna klapą – państwo ponownie przejmuje własność nad szpitalami.

8. Jeżeli nawet byśmy założyli, że prywatyzacja szpitali uzdrowi nasze lecznictwo to zanim się jej dokona winno się przede wszystkim stworzyć tzw. koszyk usług podstawowych i wycenić procedury medyczne. W prywatnych spółkach zysk wynika z różnicy pomiędzy ostateczną ceną danego dobra a kosztami niezbędnymi na jego wytworzenie. Brak wiedzy o kosztach i niezbędnych do realizacji procedur medycznych podważa więc sens prywatnej działalności i sprawia, ze decyzje są nieracjonalne i nieefektywne. Rozpoczęcie reformy od prywatyzacji jest niczym innym jak bezsensownym, skazanym na niepowodzenie działaniem od końca, które nie przyniesie żadnych efektów a wprost przeciwnie: może „rozwalić” cały system „od środka”.

9. Innym działaniem poprzedzającym ewentualną prywatyzację i przekształcenie w spółki winna być reforma systemu finansowania szpitali i instytucji zajmujących się lecznictwem. Jeżeli szpitale mają być prywatne to powinny być finansowane z prywatnych a nie publicznych pieniędzy. Dlaczego nasze pieniądze pochodzące ze składek mają być rozdzielane bez naszej wiedzy w postaci kontraktów publicznej instytucji NFZ z prywatnym szpitalem? Dlaczego nie mamy decydować, który szpital jest dla nas lepszy i któremu damy zarobić?. Dlaczego mamy płacić na coś, na co nie mamy wpływu? Stąd winno się (zgodnie z planami PO) zlikwidować NFZ i wprowadzić też powszechne, prywatne ubezpieczenia zdrowotne oraz zaprzestać pobierania od nas składki zdrowotnej (pieniądze winny być do naszej dyspozycji). Taka winna być konsekwencja próby prywatyzacji szpitali, ale co z konstytucyjną powszechnością dostępu do służby zdrowia?, co z tymi, którzy nie pracują, są chorzy, nie radzą sobie z życiem?. Najlepszym rozwiązaniem byłaby ich likwidacja! – o braku potrzeby istnienia nieefektywnych jednostek i sposobów ich likwidacji odsyłam rząd i PO do rozwiązań zaproponowanych przez autora Main Kampf.

10. Powszechna prywatyzacja szpitali (a to nam grozi w przyszłości) prowadzi w prostej linii do radykalnego zwiększenia korupcji, pauperyzacji społeczeństwa i powolnego eliminowania jakiegokolwiek publicznego szpitala. Wynika to w głównej mierze z wcześniej opisywanego faktu finansowania prywatnej ochrony zdrowia przez służby publiczne (NFZ). Nie od dzisiaj wiadomo, że korupcja kwitnie przede wszystkim na styku państwo-prywatna firma lub instytucja. Nie trudno sobie wyobrazić jak łase będą nasze urzędasy na profity za odpowiedni kontrakt. I zależeć to będzie od tego ile prywatny właściciel będzie miał kasy i będzie ja skłonny przeznaczyć na „Deal” „kręcenie lodów”. Szpitale publiczne są - będą skazane w tym względzie na porażkę, co sprawi powolny ich upadek i nie pozwoli na rozwój.

11. Prywatyzacja szpitali nie zwiększy racjonalności ich działań z prostego powodu: menedżer prywatnego szpitala oczywiści że będzie chciał zarobić, ale również nie będzie obarczony ryzykiem tej działalności – w razie czego (groźby upadłości) i tak pomoże państwo, bo przecież jest to kwestia dobra publicznego a ewentualna upadłość szpitala może w konsekwencji spowodować reakcję społeczną eliminującą w wyborach dotychczasowych „włodarzy”. Tak więc prywatyzując nic de facto nie zmieniamy: dalej tworzymy system, który wymagał będzie nieustannych dotacji państwowych. Jest to podobna sytuacji do trwającej przez lata niefrasobliwości (delikatnie mówiąc) bankowców, którego efektem jest obecny kryzys. Oni też wiedzieli, ze w razie czego pomoże państwo i tak się dzieje. Konsekwencją tego kryzysu jest nawet częściowa nacjonalizacja banków. Prawdopodobnie prywatyzacja szpitali skończy się podobnie – potrzeba ich ponownej nacjonalizacji. Ale w między czasie ile osób zarobi na tej prywatyzacji?

Powyższe refleksje są tylko moimi subiektywnymi opiniami. Może staną się skromnym zalążkiem dyskusji o tak pilnej przecież reformie ochrony zdrowia. Wyrażam też nadzieję, iż nazwany przeze mnie planem C projekt dezorganizacji ochrony zdrowia a następnie jej prywatyzacji dla jej uratowania... nie jest realizowany przez rząd.

Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

czwartek, 9 lipca 2009

PLAN "C" – CISZA NAD TĄ TRUMNĄ

Rząd i Ministerstwo zdrowia w zaciszu gabinetów przyjęli prawdopodobnie plan (nie-plan) C dotyczący wielkiego oszustwa, jakim jest reforma ochrona zdrowia.

Sławetna posłanka Sawicka zwracała już uwagę swemu niedoszłemu kochankowi z CBA, że jest jedna z ostatnich wielkich możliwości skonsumowania przez liberalne (sic!) postokragłostołowe elity polskiego majątku: to wielki "deal" na ochronie zdrowia.

I rząd oczywiście próbował już wszelkimi sposobami skonsumować wreszcie ten jeden z ostatnich torcików polskiego majątku narodowego.

Najpierw był plan A. Obowiązkowo miały być skomercjalizowane a później oczywiście sprywatyzowane szpitale. Nie wypalił.

No to zabrano się za zapowiadany plan B, czyli dobrowolność komercjalizacji poprzez samorządy, dając jednocześnie "marchewkę" w postaci oddłużania tych szpitali, które sie na to zdecydują. Plan nie wypalił. 

Jakoś szpitale niechętnie już są w stanie wierzyć i zaufać nieudolnej (jak cały rząd) pani Minister E.Kopacz.

A i owszem, pokazywano sukcesy niektórych szpitali już skomercjalizowanych. Tylko tyle, że dokonywały one tego oddolnie, przy pomocy samorządów. Więc dla pseudoelit pseudoreformatorów i zdrajców "okrągłostołowych" pozostawały tylko "okruchy" z tego torcika. Ale - tak sobie zapewne w ich główkach się roiło - warto pokazać te nieliczne sukcesy, aby potem, dając to, jako przykład, upowszechnić je poprzez już "odgórne" dokonanie tejże prywatyzacji poprzez komercjalizację. A wtedy konsumować będziemy cały tort... tak to sobie chłopcy wymyślili. 

Taka dygresja: smutno mi sie robi patrząc na E. Kopacz. Ta niezbyt zresztą dobra dyrektor jednego z mniejszych szpitali została wciągnięta do gry, której juz chyba sama nie rozumie. Oby tylko, poprzez swoją naiwność, nie doprowadziła nieświadomie do faktycznego upadku polskiej ochrony zdrowia.

Plany A i B więc nie wypaliły.

I tu niespodziewanie z pomocą "chłopcom od piłki i deal'i wszelkiego rodzaju) przyszedł kryzys, na którym można teraz jeździć jak na "siwej Kobyle" usprawiedliwiając brak działania i pomocy komukolwiek brakiem kryzysowych pieniążków.

No i przez ostatnie dni mamy "dziwną" sytuację wokół ochrony zdrowia. 

Pan premier ponad rok temu zapowiedział, że podniesie składkę zdrowotną o 1% i dofinansuje w ten sposób NFZ.

Obecnie w NFZ brakuje już przeszło 650 mln zł na bieżące świadczenia. Więc Prezes NFZ Jacek Paszkiewicz poinformował we wtorek, że wystąpił do ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz minister zdrowia Ewy Kopacz o podwyższenie składki na ubezpieczenie zdrowotne od 2011 roku o 0,25%. Miałoby to przynieść według Prezesa dodatkowe wpływy w wysokości 1,5 mld zł. Jego zdaniem pozwoliłoby to na utrzymanie stanu finansowania świadczeń na poziomie nie niższym niż dotychczas. No i Prezes funduszu ośmielił sie powiedzieć, że wzrost składki jest zgodny z polityką rządu.

I cóż się dzieje?. 

Nasz kochany JE D.TUSK-STRUŚ z miną "zniesmaczonego niesubordynacją swego podwładnego Cesarza" stwierdza, że jego rząd nie przewiduje pomocy dla NFZ. Tzn. nie zamierza podnieść składki (w domyśle: może kiedyś mówiłem , ze podniosę , ale jest kryzys). Zapowiada zresztą wezwanie na wyjaśnienia prezesa NFZ.

Minister E. Kopacz przywołuje do porządku swego bezpośredniego podwładne i wzywa go, żeby zajął sie tym co ma i nie wychodził "przed szereg".

Natomiast szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak ocenia wypowiedź Prezesa NFZ jako "kompletnie niezrozumiałą".

Można by powiedzieć: Premier, Minister i szef gabinetu Premiera jasno dają do zrozumienia Prezesowi NFZ: siedź cicho, bo masz jeszcze pracę a przecież możesz jej zaraz nie mieć. Nieprawdaż? A ponadto MY (czyli coś na kształt rządu) mamy inne plany!

Dygresyjnie: ja na miejscu szefa NFZ zastanowiłbym sie nad "rzuceniem w twarz swoimi papierami" w Cudako-Pustaka JE i dał buzi na dowidzenia Szanownej Pani Minister.

Czyżby rząd przyjął kolejna strategię doprowadzającą w końcu "chłopców" do aktywów trwałych i nietrwałych polskich w ochronie zdrowia, tym razem wykorzystując kryzys: im gorzej tym lepiej?

CISZA NAD TĄ TRUMNĄ? Zdaje się wołać całe poletko "czarnych polskich owieczek" z PO(ło)wiałych od letnich promieni Słońca Peru. 

Ta "CISZA NAD TĄ TRUMNA" to chyba właśnie owy plan C - pseudoreformy ochrony zdrowia, tzn. przejęcia jej przez owych nieznanych "speców od deal'i" wywodzących sie z jedynie słusznych kręgów "elit postokrągłostołowych".  

Plan C jest bardzo prosty: doprowadzenia do zapaści szpitali, a później wyciagnięcie najważniejszych założeń z planów A i B oraz wyciągnięcie "pomocnej dłoni" do szpitali w postaci (a jakże) komercjalizacji, która zawsze w końcu kończy sie przecież prywatyzacją.

I z satysfakcją stanie TUSK-STRUŚ przed gawiedzią i wystawiwszy na pierwszy ogień biedną E. Kopacz wspólnie obwieszczą: A NIE MÓWILIŚMY I NIE PRZESTRZEGALIŚMY. WYSZŁO NA NASZE! BIERZMY SIE ZA PLAN A I B!


Chcę być dobrze zrozumiany. Również uważam, że w Polsce potrzebna jest reforma funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia,. Obecny stan jest w dłuższej perspektywie nie do zaakceptowania (pisałem o tym wielokrotnie).

Mam natomiast wrażenie, ze jedynym celem wszelkich działań rządu w tym zakresie nie jest prawdziwa, fundamentalna reforma systemu ochrony zdrowia, ale li tylko skok na aktywa, które je reprezentują.

Pozdrawiam