Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merkel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merkel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Miażdżąca wygrana V. Orbana na Węgrzech!

Tego się nikt nie spodziewał. Firmowana przez V. Orbana koalicja partii Fidesz i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej uzyskała aż 53,19 proc. poparcia, a zjednoczona opozycja tylko 34,95 proc. Do parlamentu weszła jeszcze i też niespodziewanie skrajnie prawicowa partia Nasza Ojczyzna z wynikiem 6,19 proc. Tak wynika z przeliczenia  98,95 proc. głosów, co oznacza, że ostateczne wyniki mogą się różnić o ułamki procent. Koalicja Fidesz-KDNP po raz czwarty z rzędu otrzymała większość konstytucyjną 2/3 ogółu parlamentarzystów.  Zdobyła 135 mandatów w 199-osobowym parlamencie,  zjednoczona opozycja, która po raz pierwszy wystawiła w każdym z jednomandatowych okręgów wyborczych tylko jednego kandydata, będzie mieć zaledwie 35 mandatów a Nasza Ojczyzna 7. Przedstawiciel narodowości niemieckiej otrzyma jedno miejsce. 

Przed wyborami nawet mówiło się, że rządzący mogą iść "łeb w łeb" z opozycją i uzyskać zbliżone wyniki. Jak się okazało były to mrzonki i chciejstwo przede wszystkim zlewaczałych elit unijnych. Nawet taki D. Tusk pojechał na Węgry wspierać zjednoczoną opozycję, co od razu było dla mnie prorocze: wszędzie bowiem gdzie on się pojawia to od lat wszyscy z nim związani lub przez niego promowani po prostu przegrywają i to z niespodziewanym kretesem. Taki to z niego podstarzały i sfrustrowany  pechowiec. 

Mnie osobiście wynik V. Orbana bardzo cieszy. Jako Polska nie tracimy w ten sposób swojego największego sojusznika w walce ze zniemczoną UE o naszą niepodległość i suwerenność. 

Sam V. Orban na wiecu powyborczym powiedział m.in.: "Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo. Tak wielkie, że widać je nawet z księżyca, a już na pewno z Brukseli"  a wśród swoich przeciwników wymienił  "lewicę w kraju, międzynarodową lewicą dookoła, brukselskich biurokratów, organizacje i fundusze George Sorosa, międzynarodowe media głównego nurtu i wreszcie prezydenta Ukrainy. Nigdy dotąd nie mieliśmy tylu przeciwników na raz (...) Nie pozwoliliśmy na powrót haniebnej przeszłości, obroniliśmy niezależność i wolność Węgier, obroniliśmy ich pokój i bezpieczeństwo". W gronie swoich politycznych przyjaciół, V. Orban wymienił m.in. Polaków. "Z życzliwością myślimy o amerykańskich przyjaciołach, o Polakach, Włochach, Hiszpanach, Serbach, Słowakach i Austriakach, którzy byli z nami i nam pomagali w minionych miesiącach. Uczynili wszystko, byśmy wygrali" - podsumował przywódca Węgier. 

Ostatnio pojawiło się w Polsce wiele krytyki V. Orbana i to nawet ze środowisk konserwatywnych. Powodem stało się rzekome wspieranie przez niego W. Putina i jego agresji na Ukrainę. Moim zdaniem są to wydumane pretensje. Musimy sobie bowiem zdawać sprawę, że Węgry są małym krajem z bardzo niekorzystnym położeniem geopolitycznym. Energetycznie są niemal całkowicie uzależnione od importu z Rosji. Nie mają swojego morza żeby zbudować swoje rurociągi czy też przyjmować drogą morską skroplony gaz LNG. Podobnie jest z ropą. Czy dziś stać Węgry na odcięcie się od tych dostaw? Na pewno nie i jeżeliby to zrobiły to po prostu zakończyłyby swój żywot jako państwo!

Poza tym są bardzo duże i konfliktowe zaszłości historyczne, które są związane z Węgrami i Ukrainą. My z Ukrainą takie mamy w postaci Rzezi Wołyńskiej dokonanej na Polakach przez Ukraińców z OUN - UPA (tzw. "banderowców") a Węgry z Zakarpaciem, które przez 1000 lat należało do Węgier a teraz jest częścią Ukrainy. Ale mimo tych zaszłości Polska dziś pokazuje swoje serce i niesamowicie empatycznie i po chrześcijańsku pomaga Ukraińcom, ale też Węgry przyjmują u siebie ukraińskich uchodźców. Owszem może nas drażnić to, że Węgry nie chcą być na czele antyputinowskich działań, ale dla V. Orbana liczą się przede wszystkim małe Węgry i one wcale nie wspierają W. Putina. Tyle, że nie chcą być na czele, ale w ogonie tego antyrosyjskiego pochodu. Nie blokują sankcji wobec Rosji, ale chcą się znaleźć wśród państw, które jako jedne z ostatnich je przyjmą. 

A co robi zniemczona UE z Niemcami i Francją na czele? Przecież Niemcy i Francja, największe kraje UE są dziś bardziej proputinowskie niż malutkie Węgry! Oba te kraje mają zarówno swoje złoża energetyczne, mają morze, energetykę jądrową, kopalnie węgla a przede wszystkim miały możliwość przez lata zbudowania niezależności energetycznej od Rosji! I co! Niemcy chciały się po prostu świadomie uzależnić od Rosji budując Nord Streamy i rezygnując z kopalin węglowych oraz bezemisyjnej  energetyki jądrowej. Mało tego! Liczyły, że przez oba bałtyckie Nord Streamy będzie dopływał do nich dwa razy tańszy od cen rynkowych gaz z Rosji a oni będą go jeszcze odsprzedawały z dużym zyskiem do innych krajów Europy (w tym Polski), na których wcześniej wymusiły tzw.  "Zielone Łady" czy te idiotyczne i finansowane przez Rosję "Fit for 55-fy". 

Teraz taki Olaf Scholz czy Emmanuel Macron niemal co trzeci dzień telefonicznie kontaktują się z W. Putinem. Po co? Czyżby ustalali z nim co mają robić? 

Kiedy na Ukrainie są dowody ludobójstwa Rosjan w Buczy i innych miejscach to w Niemczech odbywa się prorosyjska samochodowa demonstracja - finansowanej przez rząd niemiecki i Rosę - mniejszości rosyjskiej w Niemczech a UE pod przewodnictwem Niemki Ursuli von der Leyen prezentuje nowy plan sankcji, które miały być jeszcze bardziej bolesne dla Kremla, a tak naprawdę łagodzą dotychczasowe sankcje [1]. Do tego kanclerz Niemiec głosem minister obrony Niemiec Christine Lambrecht odrzucił prośbę Ukrainy o niemieckie bojowe wozy piechoty Marder. "Niemiecki resort obrony wyjaśnił, że wszystkie opancerzone bojowe wozy piechoty Bundeswehry są potrzebne ze względu na zobowiązania NATO i decyzja o ich wycofaniu musiałaby zostać podjęta w ramach Sojuszu. O wsparcie prosił w oficjalnym piśmie szef MON Ukrainy Ołeksij Reznikow" [2]. Niemcy w ogóle wolą złomować nawet starą proenerdowską broń niż przekazać ją na Ukrainę!!!

Biedny E. Macron zachęca francuskie przedsiębiorstwa do pozostania na rynku rosyjskim a tak naprawdę jest poddanym W. Putina. Ale jeszcze bardziej jest po prostu sprzymierzeńcem Niemiec. Po  wyjściu UK  z tej beznadziejnej UE to właśnie Niemcy ją już całkowicie opanowały i chcą z niej zrobić jedno Sfederalizowane Państwo Europa z własną siłą przewodnią. 

Jeszcze niedawno - przed wojną na Ukrainie - nawet J. Biden dał zielone światło na odtworzenie kondominium niemiecko-rosyjskiego (a tak naprawdę niemieckiej Mitteleuropy), czyli podział Europy na strefy wpływów: niemiecką i rosyjską. Ukraina miała być oddana po prostu Rosji. I tak patrząc dziś na działania Niemiec to chyba ten podział nadal trwa, mimo wojny na Ukrainie, która winna zmienić wszystko. 

Jak słyszę, że V. Orban jest proputinowski, to ja się pytam. A niemiecka UE nie jest jeszcze bardziej? A jak proputinowska była A. Merkel czy D. Tusk a jest O. Scholz? V. Orban  przynajmniej nie ma "gorącej linii" z W. Putinem i walczy tylko o swój kraj. Zlewaczała i niemiecka UE walczy dziś cały czas z Polską, która daje światu pokaz chrześcijańskiej empatii i cały czas w tej walce z tymi unijnymi elitami mamy poparcie Węgier!



Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

poniedziałek, 13 marca 2017

D. Tusk, służby specjalne, agentura i kolejne "dno" "wyboru" na szefa RE!

Bodajże S. Michalkiewicz wspominał onegdaj, że każde państwo musi mieć w czasie zawsze swoją kontynuację. I ta kontynuacja w przypadku monarchii jest oczywista. Są to potomkowie określonej dynastii, którzy przejmują władzę i są kontynuatorami istnienia państwa.

Współcześnie w Europie są następujące monarchie (z reguły konstytucyjne): Księstwo Andory, Królestwo Belgii, Królestwo Danii, Królestwo Hiszpanii, Królestwo Niderlandów (Holandii), Księstwo Liechtensteinu, Wielkie Księstwo Luksemburga, Księstwo Monako, Księstwo Norwegii, Księstwo Szwecji, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Państwo-miasto Watykan.

Wszystkie te w/w państwa spełniają wymóg kontynuacji istnienia dzięki monarchii, oprócz Watykanu.

A jak jest z republikami?

Otóż wymuszenie tzw. demokracji (w wyniku lewicowo-syjonistycznych rewolucji) w określonych państwach mieniących się republikańskimi jest wynikiem obalenia naturalnego porządku rzeczy i cechuje się przekazaniem władzy osobom z wyboru ludu, niezależnie od umiejętności, wiedzy, doświadczenia, kośćca moralnego, uczciwości, narodowości, religii, władztwa umysłowego, majątku czy zdolności intelektualnych głosujących. Innymi słowy przywódców czy osób sprawujących władzę w danym państwie mogą wybierać też różnego rodzaju grzesznicy, zdrajcy, antypaństwowcy, obcokrajowcy czy ludzie zupełnie ograniczeni umysłowo, czyli np.: debile, mordercy, inni przestępcy, dewianci - też seksualni, wariaci, pedofile, gwałciciele, pijackie żule, zdrajcy, agenci obcych państw, kłamcy, konformiści, komuniści, naziści, hedoniści, marksiści, totalitaryści czy też osoby bez żadnego wykształcenia i niewiedzące nic o tym, co dzieje się w świecie, itp. Takie podejście do uzyskania władzy jest nadrzędnym priorytetem tzw. demokracji i powoduje, iż władza pochodząca z powszechnego wyboru jest niezdolna do kontynuacji istnienia określonego państwa.

Jeżeli tak jest i władza demokratycznie zmienia się np. co cztery lata musi istnieć ośrodek władzy, który - zamiast monarchii - będzie gwarantem dalszego istnienia określonego kraju. Takim ośrodkiem władzy stały się niestety i są... służby specjalne każdego państwa tzw. demokratycznego a nie opartego na monarchii konstytucyjnej czy parlamentarnej.

Pod moim tekstem o "wyborze" D. Tuska na szefa Rady Europejskiej [1] wywiązała się w pewnym momencie ciekawa moja dyskusja z lemingowymi blogerami salonu24, niejakimi: Czesławem GaulKorem i 
Lchlipem.

Otóż ten pierwszy raczył napisać:

"Merkel udowodniła że głos "PIS-Suwerena" nic nie znaczy w Europie. Albo Jarek się obudzi albo wykopią nas z UE, nawet Węgrzy mają dość fachmana Kaczyńskiego. Putin wykorzysta głupotę polskiego rządu". 

Odpowiedziałem następująco:

"Bardzo się cieszę, że Pan mówi, iż to A. Merkel udowodniła coś PiS-owi. Tym samym zgadza się Pan ze mną, iż UE to tak naprawdę IV Rzesza Niemiecka. I A. Merkel faktycznie to udowodniła Polsce, ale nieopatrznie też udowodniła - bezsensownie zresztą - to samo innym krajom i nie wiem czy im się to podoba. Mając w pamięci I i II WŚ chyba nie. A opór Polski? W czasie II WŚ tylko Polska potrafiła się Niemcom przeciwstawić i stworzyć Państwo Podziemne. A Putin? Kiedyś onieśmielił Merkelową rozmawiając z nią w towarzystwie swoich dobermanów, a A. Merkel panicznie boi się psów. A poza tym... dziś większym wrogiem Polski jest zniemczona UE niż Rosja".

Natomiast odpowiadając blogerowi, Panu Jackowi Kowalskiemu napisałem w komentarzu:

"Największym sukcesem całej akcji PiS-u jest pokazanie wszystkim krajom w UE, że jest ona li tylko IV Rzeszą Niemiecką. I tutaj Angela Merkel dała się ograć Kaczyńskiemu jak mała dziewczynka... ale skoro od zawsze była wschodnioniemiecką agentką, to nie należy się dziwić, że bez instrukcji nie umiała od razu racjonalnie zareagować. A TW Oscar? No cóż... Zdrajca a tym bardziej niemiecki agent a do tego Niemiec zawsze pozostanie Niemcem, choć może być i Prusakiem..."

Na taki mój komentarz odpowiedział właśnie Lchlip: 

"A fe! To się chyba nazywa INSYNUACJA i HEJT."

Ja zaś napisałem m.in.:

"A swoją drogą to za czasów brylowania A. Merkel na salonach NRD to W. Putin był rezydentem KGB w Berlinie...

Ukazanie się w bardzo szybkim tempie książki Ralfa Georga Reutha i Günthera Lachmanna wywołało burzę w Niemczech. Książka ta dotyczy życia i działalności Angeli Merkel w NRD i odsłania nieznane, a raczej utajnione dotychczas czarne strony życiorysu obecnej kanclerz Niemiec:

…..Wir können belegen, dass Angela Merkel dem DDR-System näher war als bislang bekannt. Während ihrer Tätigkeit an der Akademie der Wissenschaften der DDR war sie an ihrem ­Institut Funktionärin, beispielsweise von 1981 an als FDJ-Sekretärin für Agitation und Propaganda, was sie bis heute bestreitet. Außerdem saß sie in der Betriebsgewerkschafts-Leitung.“ …. (
Jesteśmy w stanie udowodnić ze Angela Merkel systemowi NRD była znacznie bliższa aniżeli dotychczas jest nam to znane. Podczas swych zajęć na akademii nauk w dawnej NRD była funkcjonariuszka partii i tak w roku 1981 dla przykładu była szefem wydziału agitacji i propagandy FDJ oraz członkiem władz komisji zakładowej tejże uczelni).

Poza tym Wolfgang Schnur oraz Lothar de Maizière, wysoko postawieni działacze byłej NRD byli nie tylko opiekunami ale także osobami prowadzącymi Angelę Merkel. Pod koniec bytu NRD byli tymi, którzy tworzyli we wschodnich Niemczech oddziały zachodnioniemieckiej partii CDU. Autorzy książki zapewniają,  że są w posiadaniu licznej dokumentacji potwierdzającej wcześniejsze życie pani kanclerz i są gotowi skonfrontować fakty z Angelą Merkel.

Z tego co wiem A. Merkel nie podała autorów do sądu ani nie zdobyła się na konfrontację z nimi".


W uzupełnieniu moich komentarzy warto napisać, że wedle wielu historyków i analityków D. Tusk być może był (jest?) agentem zachodnioniemieckiego wywiadu BND a jego partia KL-D była finansowana właśnie przez ten wywiad a A. Merkel należy dziś do CDU. 

W powyższym kontekście dowiadujemy się dzisiaj, że już 1 marca 2017 roku, czyli na 8 dni przed szczytem w Brukseli, D. Tusk został wezwany na przesłuchanie w dniu 15 marca do Prokuratury Okręgowej w Warszawie jako świadek w śledztwie dotyczącym współpracy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) a rosyjskim FSB. W tymże śledztwie postawiono już pierwsze zarzuty gen. Januszowi Noskowi oraz jego następcy na stanowisku szefa SKW Piotrowi Pytlowi. Wydział wojskowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie zarzuca im przekroczenie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści.

"Zawarta w kwietniu 2010 r., tuż po katastrofie smoleńskiej, umowa o współpracy między SKW i FSB dotyczyła współdziałania stron przeciwko zagrożeniom odnoszącym się do którejkolwiek ze stron. A takim zagrożeniem dla FSB były m.in. działania podejmowane przez Amerykanów oraz NATO. Na celowniku SKW znalazł się prok. Marek Pasionek, który był jednym z prokuratorów nadzorujących śledztwo Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie w sprawie katastrofy smoleńskiej" - pisała "GPC". Okolicznościami zawarcia umowy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a rosyjskim FSB, a także konsekwencjami jakie wynikły z tego kuriozalnego porozumienia, zajął się Wydział Wojskowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Pod lupą śledczych znalazły się m.in. wizyty Rosjan w siedzibie SKW oraz delegacje gen. Janusza Noska oraz Piotra Pytla w Rosji. Według świadków przebywający w Polsce funkcjonariusze FSB mieli możliwość swobodnego poruszania się po siedzibie SKW, a na służbowym parkingu stał ich samochód, którego nie sprawdzono m.in. pod kątem urządzeń szpiegowskich. Takich przywilejów nie mieli oficerowie SKW, którzy podczas wizyty w Rosji byli pod stałą obserwacją i kontrolą FSB" [2].

Znamienne jest, że wówczas to premier D. Tusk koordynował służby specjalne (dziś Mariusz Kamiński) a gen. Nosek stwierdził, iż była zgoda D. Tuska na podjęcie współpracy z Rosjanami [3]. Poza jednak wszelkimi innymi zakresami obowiązków to zawsze premier ostatecznie jest odpowiedzialny za służby specjalne w Polsce.

Wedle ostatnich informacji "rzecznik szefa Rady Europejskiej poinformował, że ze względu na obowiązki Donald Tusk nie będzie mógł pojawić się w środę w Polsce. Jak tłumaczył, Tusk będzie musiał wtedy zdać raport Parlamentowi Europejskiemu z ostatniej sesji Rady Europejskiej (...) Prokuratura Okręgowa ma wyznaczyć nowy termin przesłuchania Donalda Tuska w sprawie współpracy SKW z rosyjską bezpieką, najprawdopodobniej w pierwsze połowie kwietnia bieżącego roku" [4].

Jak dodatkowo podaje niezależna.pl ustami jej redaktora naczelnego T. Sakiewicza i Doroty Kani: 

"Przypominam, że to śledztwo pojawiło się po doniesieniach „Gazety Polskiej Codziennie” z grudnia na temat współpracy oficerów SKW z rosyjskimi służbami. Zeznania Donalda Tuska są istotne, ponieważ ta współpraca byłaby częściowo zalegalizowana, gdyby była na to zgoda ówczesnego premiera. To premier ustawowo odpowiada za służby specjalne w Polsce. Jeżeli takiej zgody nie było, to mamy do czynienia z daleko idącym przekroczeniem kompetencji, jeżeli nie czymś dużo większym (...) Czy Donald Tusk miał wiedzę na ten temat, czy wyraził zgodę; jeżeli wyraził zgodę, to na jakiej zasadzie, dlaczego po tragedii w Smoleńsku służby po cichu podjęły współpracę z Rosjanami? (...) Wtedy podpisano tę umowę. Funkcjonariusze FSB odwiedzili siedzibę SKW na ulicy Oczki i chodzili po całym budynku. To było niedopuszczalne. Polska była ustawiona w roli petenta. Służby rosyjskie dawały nam to, co chciały, a nie to, co powinny nam dać [5]". 

Nie chciałbym wyciągać daleko idących wniosków, ale współpraca z agentami obcych i wrogich Polsce służb specjalnych nosi znamiona zdrady głównej i jest karana o wiele wyżej niż jakieś afery w stylu AmberGold.

W. Putin, A. Merkel, D. Tusk - KGB, STASI, BND.... Hm...

Pozdrawiam

P.S. Jakoś dziwnie dzisiaj też została "odpalona" afera z niby słowami  Marine Le Pen, której fałszywie przypisano w Rzeczpospolitej słowa o wspólnym z Kaczyńskim demontażu UE.

[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2017/03/zwyciestwo-tuska-to-tak-naprawde.html
[2] http://niezalezna.pl/95284-tusk-wezwany-na-przesluchanie-bedzie-pytany-o-tajna-umowe-ze-sluzbami-putina 
[3] http://wpolityce.pl/polityka/331253-gen-nosek-byla-zgoda-tuska-na-podjecie-wspolpracy-z-rosjanami-cala-sprawa-ma-charakter-wybitnie-polityczny
[4] http://wpolityce.pl/polityka/331252-nasz-news-prokuratura-wyznaczy-nowy-termin-przesluchania-donalda-tuska-ma-zlozyc-zeznania-w-pierwszej-polowie-kwietnia
[5] http://niezalezna.pl/95314-co-powie-tusk-prokuratorom-mozemy-miec-do-czynienia-z-czyms-duzo-wiekszym


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

niedziela, 25 października 2015

Kondominium niemiecko-rosyjskie? (c.d.)

Swego czasu napisałem tekst p.t. "Kondominium niemiecko-rosyjskie ma się dobrze!" [1], którego niejako kontynuacją są dzisiejsze refleksje.

Są pewne postawy, procesy i zachowania w historii świata - w tym Europy - które wydają się niezmienne i chyba trwają w różnych odsłonach do dzisiaj. Wielu uważa też, iż istnieją wyznaczone przez określone środowiska ukryte długookresowe cele dotyczące ludzkości, które implikują powstawanie niektórych wydarzeń, np. I i II WŚ, rewolucje, kryzysy finansowe, współczesne lokalne konflikty zbrojne, zamachy terrorystyczne czy ostatnio problemy imigracyjne...

Odnosząc się jednak tylko i wyłącznie do polskich kontaktów z Niemcami i Rosją oraz nawiązując do naszej historii to chyba dla wszystkich jasne jest, że Niemcy i Rosja niemal od zawsze były wrogo nastawione do Polski, były razem z Austrią naszymi zaborcami, dokonały też - podpisując układ Ribbentrop-Mołotow - IV rozbioru naszego kraju. Te dwa kraje wspólnie napadły na Polskę we wrześniu 1939 roku. Rosja Sowiecka chciała w 1920 roku pozbawić możliwości istnienia odrodzonej po zaborach naszej Ojczyzny, którą nazywała "bękartem Traktatu Wersalskiego". Dzisiaj też ma skłonności wielkomocarstwowe, podobnie zresztą jak Niemcy cały czas są wyrazicielem niechlubnej idei Mitteleuropy. Oba kraje osobno i wspólnie niemal zawsze miały jeden cel: zniszczenie i podporządkowania sobie naszego kraju. To kondominium niemiecko-rosyjskie chyba nie przewiduje istnienia suwerennego i niepodległego państwa polskiego i jakiejkolwiek jego polityki zagranicznej, w tym np. jagiellońskiej.

Obecne Niemcy zresztą traktują UE jako swój własny folwark. To one kosztem innych zyskały najbardziej na powstaniu UE i waluty Euro, to one drenują inne kraje unii z ich środków finansowych i niszczą ich gospodarki, to one zyskują najbardziej na exporcie do krajów UE i poza nią. To one dyktują swoje zdanie wszystkim członkom UE, jak np. w sprawie uchodźców czy wcześniej pakietu klimatycznego. To one są -zresztą również w interesie Rosji - obecnie przeciwne zbytniej ingerencji USA i NATO w Europie, wyrażają dezaprobatę wobec wszelkich działań NATO w sferze zwiększenia zdolności obronnych nowych krajów UE i NATO, w tym jakoś szczególnie Polski. To one nie zgodziły się na umieszczenie stałych baz NATO w naszym kraju i korzystając z uprzejmości polskich kolaborantów przejęły dużą część polskich przedsiębiorstw (najczęściej jako wrogie przejęcie), ziemi (poprzez "słupy" lub udziały w polskich firmach) i mediów. Zresztą w swoich drukowanych mapach dalej uważają, iż tereny zachodniej Polski uzyskane po II WŚ są ich własnością, mino iż ich kanclerz na początku lat 90-tych XX wieku uznał powojenną granicę polsko-niemiecką.

Niemcy kontynuują też dziś bardzo mocną współpracę gospodarczą z Rosją (niezależnie od publicznych wypowiedzi polityków). Te dwa kraje bardzo wzajemnie siebie szanują i prowadzą rozległe interesy godzące m.in w Polskę i inne kraje europejskie. Można też zauważyć pewnego rodzaju kompleks rosyjski Niemców, który z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem spotęgowany jest być może "komunistyczno-agenturalnymi hakami" jakimi dysponuje Putin a dotyczącymi wielu ważnych niemieckich polityków, w tym A. Merkel czy wcześniej - nastawionego antypolsko - G. Schroedera...

Stąd m.in.: niemiecka poddańczość wobec rosyjskich biznesmenów (a tak naprawdę wobec W. Putina), którzy z łatwością kupują strategiczne, duże niemieckie przedsiębiorstwa... Oczywiście również niemieckie koncerny inwestują w Rosji i prowadzą z nią rozległe interesy gospodarcze, ale raczej nie zdarzają się przypadki oddawania przez W. Putina istotnych dla niego strategicznych firm czy branż.

Jeżeli chodzi o Rosjan, to przykładem takiego strategicznego zakupu jest n.p. przejęcie w 2008 roku przez rosyjskiego oligarchę Burłakowa dwóch największych stoczni wschodnioniemieckich, które następnie w 2009 roku kupił inny rosyjski oligarcha - 29 letni Witalij Jusuwow, syn byłego członka rady nadzorczej Gazpromu - Igora Jusuwowa. Symptomatyczne w tym kontekście jest zniszczenie polskich stoczni a także... np. tajemnicza śmierć Burłakowa w 2011 roku. Zakup tych stoczni pozwoli Rosji na budowę specjalnych okrętów (m.in. lodołamaczy) przydatnych do transportu ropy naftowej i gazu z Arktyki.

Innym przykładem jest zakup przez rosyjskiego (pochodzenia żydowskiego) miliardera  Michaiła Fridmana RWE Dea - spółki córki niemieckiego koncernu energetycznego RWE. RWE Dea przejął luksemburski fundusz inwestycyjny LetterOne, którego właścicielem jest Michaił Fridman. Jest on drugim  najbogatszym Rosjaninem, którego majątek „Forbes” szacuje na 17,6 mld dolarów. Dzięki tej transakcji – opiewającej na ponad 5 mld euro – Rosjanie przejęli największe w Niemczech (i chyba w Europie) strategiczne magazyny gazu ziemnego i uzyskali dostęp do około dwustu koncesji na wydobycie ropy naftowej i gazu. I polski kontekst: cztery z nich znajdują się w Polsce – m.in. na Podkarpaciu, w okolicy Limanowej, Nowego Sącza i Gorlic. Warto wspomnieć, że samo RWE dokonało zakupu polskiej elektrowni i jest dziś jednym z największych w Polsce dostawców energii elektrycznej.

Oczywiście takie zachowanie niemieckich władz jest tylko potwierdzeniem gospodarczej przyjaźni pomiędzy Niemcami a Rosją, cementowanej np. wspólną - godzącą m.in. w Polskę - inwestycją w postaci Nord Stream, do którego dopuściły jeszcze firmy z Francji, UK czy Holandii. Gazprom jednak ma w tym przedsięwzięciu zawsze 51% pakiet większościowy. Rosjanie, przy pomocy Niemców robią wszystko, aby uzależnić od nośników energetycznych swoich najbliższych sąsiadów, w tym Polskę a także całą UE... Ogólnie możemy w ich relacjach zauważyć coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego pomiędzy ich interesami i zapewne wynika ono też ze wspólnego celu jakim jest budowa Wielkiej Eurazji (od Władywostoku po Lizbonę), w której to Niemcy i Rosja mają być hegemonami.

Potwierdzeniem ścisłej współpracy Niemców i Rosjan są np. cykliczne spotkania niemiecko-rosyjskie w ramach Dialogu Petersburskiego, zainicjowane w 2001 roku przez ówczesnego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera oraz prezydenta Rosji Władimira Putina. Pomimo pewnych perturbacji związanych z aneksją Krymu, po rocznej przerwie, zorganizowano je w tym roku i właśnie w Poczdamie zakończyło się takie dwudniowe spotkanie. Ponad 200 polityków, biznesmenów, ludzi kultury i dziennikarzy z obu krajów dyskutowało m.in. na temat przyszłości wzajemnych relacji, gospodarki i kultury. W takich spotkaniach nie są ważne podawane do publicznej wiadomości komunikaty, ale rozmowy kuluarowe, które zacieśniają współpracę, szczególnie gospodarczą... ale też zapewne w każdym innym obszarze [szerzej: 2].

Powracając do Niemiec. Ich rabunkowa inwazja na Europę jest zauważana cały czas i w wielu krajach, choćby w przypadku transportowania nadwyżek niemieckiego prądu powstałego w ramach odnawialnych źródeł energii tzw. OZE (np. fermy wiatrowe) do zagranicznych sieci przesyłowych w takich krajach jak: Czechy, Polska, Holandia, Belgia i Francja. Ten nadprogramowy prąd obciąża sieci przesyłowe sąsiadów i stwarza w tych krajach niebezpieczeństwo zaciemnienia, tzw. blackoutu a tak naprawdę później jest z powrotem przesyłany do Niemiec.

W przypadku Polski - jak podaje portal interia.pl powołując się na dane z Laboratorium Konwersji Energii (LEC) - koszty, które ponosi nasz kraj to setki tysięcy złotych. "Według danych Laboratorium, w 2013 roku przeciętne przepływy z Niemiec do Polski wynosiły aż 728 megawatów. Dla porównania, z Polski do Niemiec w tym samym roku przepłynęło jedynie 174 megawatów. Jak tłumaczą naukowcy z LEC - Niemcy, ale także Austria, korzystają z polskich sieci przesyłowych podczas nieplanowanych przepływów elektryczności, nie ponosząc żadnych opłat na korzyść Polski (...) Tylko w 2013 roku na polskich konsumentów nałożono w sumie opłaty w wysokości 47 milionów euro, czyli prawie 200 milionów złotych, ze względu na dodatkowe koszty za usługi przesyłania energii. Z wyliczeń wynika, że około jedna siódma kosztów prądu to pokrycie strat przesyłowych (...) W 2020 lat do Polski od zachodniego sąsiada będzie przepływało około 10 procent więcej energii elektrycznej niż obecnie, a to oznacza jeszcze większe obciążenie polskich sieci i rosnące koszty dla rodzimego konsumenta(...)" [3].

(cdn...)

P.S.
Odnosząc się do Rosjan i Niemców to nie tylko one mają być może długookresowe niecne cele wobec Polski, o czym też już pisałem [4].

[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2014/04/kondominium-niemiecko-rosyjskie-ma-sie.html
[2] http://www.radiomaryja.pl/informacje/niemcy-i-rosja-rozmawialy-w-poczdamie/
[3] http://biznes.interia.pl/wiadomosci/news/niemiecki-prad-z-oze-obciaza-polskie-sieci,2186812,4199
[4] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2014/10/komu-zalezy-na-przejeciu-dla-siebie.html

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

poniedziałek, 9 lutego 2015

A. Merkel i jej UE... z Ukrainą w tle...

Od wielu dni los wschodniej a nawet całej Ukrainy jest zależny od rozmów przeprowadzanych tak naprawdę przez A. Merkel (z propagandowym dodatkiem w postaci przywódcy Francji), W. Putina i korespondencyjnie B. Obamę.

Ostatnio pisałem, że obecnie chyba przywódcy świtowi dzielą Ukrainę na swoje strefy wpływów (niekoniecznie terytorialne, ale też ekonomiczno-polityczne) i ta sytuacja jest niemal "drugą Jałtą", tym razem dotyczącą Ukrainy [1]. Za kilka dni przy stole rozmów ma jeszcze usiąść prezydent Ukrainy a dziś przed tym spotkaniem A. Merkel złożyła wizytę B. Obamie i wspólnie - w kuluarach - uzgodnili zapewne swoje strategiczne stanowisko.

Oczywiście nic z tych rozmów ostatecznie dobrego dla Ukrainy i Ukraińców nie będzie, ale chciałbym tutaj zwrócić uwagę na coś innego... a mianowicie na potwierdzenie faktu, iż tak naprawdę UE jest budowaniem przez Niemcy swojej IV Rzeszy, przy czym twórczo modyfikowany plan niemieckiej Mitteleuropy nie dotyczy już tylko Europy Środkowej, ale obejmuje też większość krajów europejskich, które powoli stają się zależne od Niemiec, zależne i gospodarczo i politycznie.

Dzisiaj tak naprawdę właśnie politycznie i ekonomicznie liczą się w Europie tylko Niemcy i po to była im potrzebna Unia Europejska.

W ogóle nie ważne są przecież osoby reprezentujące w UE jakieś fasadowe, ale propagandowo istotne stanowiska jak jakiś tzw. prezydent Europy Donald Tusk, czy też tzw. szefowa unijnej dyplomacji Federika Mogherini. Wtedy, gdy sprawy dotyczą najważniejszych rozstrzygnięć w UE i całej Europie a nawet w świecie sprawy w swoje ręce bierze niemiecka A. Merkel (jako realna szefowa UE) i to ona wspólnie z W. Putinem (w ramach kondominum rosyjsko-niemieckiego i idei wielkiej Eurazji od Lizbony do Władywostoku) oraz B. Obamą decyduje o losach m.in. Ukrainy, ale zapewne też niemal wszystkich europejskich (i chyba nie tylko) krajów.

UE jako partnerski związek jej narodowych elementów (państw) jest więc fikcją a utworzony został w celu realizacji niemieckich celów geopolitycznych pod auspicjami i pod zarządem powierniczym syjo-planistów spod znaku NWO.  Im szybciej ta unijna farsa upadnie, tym będzie to jedynie z korzyścią dla niemal wszystkich krajów europeiskich... oprócz Niemiec. Ale przecież nie może być tak, że niemal wszystkie państwa europejskie mają się godzić na ekonomiczno-polityczną dominację nad nimi tegoż germańskiego kraju... Tak kiedyś - tylko wtedy zbrojnie - już było...  Déjà vu w innej formie?

Pozdrawiam

[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2015/02/druga-jata-tym-razem-dotyczaca-ukrainy.html

P.S.
Gdyby ktoś jednak się upierał, że UE to realny geopolityczny partnerski związek krajów europejskich a nie tylko geopolityczna realizacja mitomańskich celów geopolitycznych Niemiec... to niech odpowie dlaczego w rozmowach na temat przyszłości Ukrainy z ramienia UE zamiast Merkel i Hollanda nie zasiadają Tusk i Mogherini?

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

poniedziałek, 31 marca 2014

Plan wyborczy D. Tuska albo inaczej A. Merkel i B. Obamy we współpracy z W. Putinem?

Do wczorajszego postu dostałem arcyciekawy komentarz Maryli z BM24, który być może tłumaczy, że tak naprawdę powodem zmiany narracji polskich elit rządzących w stosunku do Rosji to przede wszystkim jednak obecna kampania wyborcza, która ma rozstrzygnąć czy w Parlamencie Europejskim zasiądzie znaczna grupa eurosceptyków czy też wygra zdecydowanie opcja prounijna i zwolennicy stworzenia Jednego Państwa Europa.

Maryla pisze, że "szukamy racjonalnych powodów tego nagłego ożywienia Tuska, Sikorskiego i Komorowskiego, a zwykle najciemniej jest pod latarnią. Powód jest jeden - wszystko było tak pięknie zaplanowane, krok po kroku do stworzenia IV Rzeszy (sfederowanej UE tworzącej jedno państwo Europa pod przewodnictwem Niemiec - dop.-kj), został tylko jeden krok, bo unia bankowa już dogadana, została tylko unia polityczna . A tu nacjonaliści, czyli europejskie narody, które jeszcze nie do końca stały się "europejskimi" zaczęły odnosić sukcesy. Larum pierwsza podniosła Gazeta Wyborcza, strasząc Tuska, że jak przegra wybory w Polsce, to siły eurosceptyczne w PE mogą wygrać. To był pierwszy sygnał, później listy Michnika i reakcja Tuska".

Ponadto wskazała na pewną wypowiedź niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schaeubla, który  uważa, "że kryzys ukraiński pomoże w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego partiom głównego nurtu, informuje Reuters na swojej stronie internetowej. Schaeuble jest przekonany, że kryzys ukraiński przypomni głosującym o wartości jedności europejskiej. Jego zdaniem, ugrupowania antyeuropejskie mogą wypaść w wyborach słabiej niż to do niedawna prognozowano. Wcześniej pojawiały się prognozy, według których eurosceptycy mieli zdobyć nawet ok. 20 proc. miejsc w Parlamencie Europejskim. Schaeuble ponaglił Komisję Europejską, aby ta uzgodniła ostatnie szczegóły unii bankowej, aby ta mogła wystartować zgodnie z planem w listopadzie tego roku. - Komisja Europejska musi przedstawić najszybciej jak to możliwe szczegóły, jak będzie wyglądał podatek bankowy. Dotąd nie dostaliśmy nic – powiedział".

Wskazała też artykuł z GW Anny Applebaum (prywatnie żydowskiej żony R. Sikorskiego), która w artykule: "Ideologie mają swoje konsekwencje", przedstawiła nowych, eurosceptycznych przyjaciół W. Putina: "Bardziej interesujący są jego nowi europejscy przyjaciele. Nigel Farage, przywódca Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii (United Kingdom Independence Party, UKIP) - partii antyeuropejskiej i antyimigracyjnej, zdobywającej poparcie w Wielkiej Brytanii - oświadczył w zeszłym tygodniu, że Unia Europejska "ma krew na rękach", bo negocjowała z Ukrainą umowę o wolnym handlu. Marine Le Pen, przywódczyni francuskiego skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, również powiedziała, że woli, aby Francja "skłaniała się ku Rosji", niż "podporządkowała się USA". Jobbik (skrajnie prawicowa partia węgierska) wysłał swojego przedstawiciela na krymskie referendum i oświadczył, że było ono "wzorowe". Każda z nich to partia mniejszościowa, ale wszystkie przygotowują się do osiągnięcia lepszych wyników w trakcie wyborów europejskich tej wiosny".

Dodatkowo uzupełniła informacją o artykule w GW datowanym na 25.02.2014 rok pod wymownym tytułem: "Ogromne nerwy w europarlamencie. Bruksela z niepokojem spogląda na Polskę i Platformę", w którym możemy przeczytać: "Wystartowała kampania do Parlamentu Europejskiego w Polsce. Od jej wyniku - a konkretnie od wyniku wyborczego Platformy - być może zależeć będzie nowy układ sił w europarlamencie. Bruksela z EPP na czele z niepokojem przygląda się więc spadającej w sondażach PO. Tymczasem dobry wynik partii Donalda Tuska pozwoli jemu i Radosławowi Sikorskiemu na poważnie powalczyć o najważniejsze stanowiska w Unii Europejskiej (...) Od wyniku "macierzystych" partii politycznych w krajach całej Unii zależy układ całego parlamentu. I symulacje, w posiadaniu których są największe ugrupowania, pokazują, że utrzymanie dominacji chadeków w kolejnej kadencji wisi na włosku. Przewaga EPP 25 maja może wynieść od zaledwie siedmiu do dziewięciu miejsc. A od ich wyniku zależeć będzie podział stanowisk w nowym parlamencie. I to od wyniku Platformy w Polsce może zależeć, czy EPP utrzyma władzę w PE. Dlatego w Brukseli panuje dość nerwowa atmosfera, w której zakulisowe rozgrywki przenikają do mediów dużo bardziej niż zwykle. Wszyscy zdają sobie sprawę, że chadecy poniosą straty, a do PE trafi znacznie więcej eurosceptyków (...) Polska zaliczana jest w Brukseli do jednego ze "swing states" całej Unii. Nie tylko ze względu na rozmiary, ale także znaczenie Polaków w europejskiej rozgrywce na najwyższym szczeblu, polska eurokampania jest bardzo uważnie obserwowana. To od wyniku PO może zależeć, czy EPP utrzyma kontrolę nad europarlamentem i pośrednio nad całym procesem decyzyjnym w UE. A w tym momencie Platforma nie jest w dobrej sytuacji. W ostatnim sondażu TNS partia Donalda Tuska traci 10 punktów procentowych do PiS. Taki wynik oznaczałby nie tylko utratę ponad ośmiu mandatów, ale także miałby duże przełożenie na sytuację wewnętrzną. Zachwiałoby to przywództwem Donalda Tuska i mogłoby rozkręcić ruchy odśrodkowe w Platformie - zwłaszcza przed wyborami samorządowymi".


Ciekawy jest też artykuł (również wskazany przez Marylę) "Ukraina reaktywuje Trójkąt Weimarski. Powstanie polsko-litewsko-ukraińska brygada?", w którym czytamy m.in.: "Ministrowie spraw zagranicznych Polski, Francji i Niemiec mają w poniedziałek w Berlinie ogłosić projekt zacieśnienia stosunków z krajami w Partnerstwie Wschodnim. To reakcja na kryzys na Ukrainie. Treść dokumentu ciągle pozostaje tajemnicą. "Wyborczej" udało się jednak dowiedzieć, że szefowie dyplomacji krajów Trójkąta Weimarskiego chcą, by współpracę z państwami Partnerstwa, czyli należących do programu przyciągania do UE byłych republik radzieckich, rozszerzyć też o kwestię polityki bezpieczeństwa i obrony. W ten sposób Europa reaguje na ostatnie dramatyczne wydarzenia na Ukrainie, której po aneksji Krymu przez Rosję ciągle zagraża rosyjska inwazja. Zmiany w programie - jeśli zostaną przyjęte - będą najpewniej oznaczały rozszerzenie współpracy wojskowej i policyjnej między Kijowem a krajami UE, a także w przyszłości udział wojsk ukraińskich w tworzonych pod egidą UE europejskich grupach bojowych. Zrąb pierwszej już od dawna istnieje na papierze. To polsko-litewsko-ukraińska brygada, której dowództwo miało mieścić się w Lublinie. Decyzję o powołaniu trójnarodowej jednostki podjęto w 2009 r. Do tej pory brygady nie sformowano m.in. z powodu ochłodzenia się stosunków między Warszawą a Wilnem i nieustannym lawirowaniem Kijowa pod rządami Wiktora Janukowycza. W międzyczasie stosunki z Litwą się poprawiły, a nowy ukraiński rząd zapowiada, że bardzo mu zależy na wspólnej brygadzie. W dokumencie ma być też mowa o zacieśnieniu współpracy politycznej i gospodarczej oraz "nadaniu europejskiej polityki sąsiedztwa przyspieszenia". Pomysłodawcami zmian są ministrowie spraw zagranicznych Trójkąta Weimarskiego, czyli polsko-niemiecko-francuskiej platformy współpracy: Radosław Sikorski, Frank Walter Steinmeier i Laurent Fabius. Pod koniec lutego trio ministrów mediowało podczas krwawych starć w Kijowie między opozycją a Janukowyczem. Wynegocjowany przez nich kompromis nie przetrwał długo, bo Janukowycz na drugi dzień uciekł z Kijowa, a Rada Najwyższa pozbawiła go urzędu. Porozumienie zatrzymało jednak przelew krwi. Ministrowie Trójkąta chcą pójść za ciosem i koordynować politykę wobec wschodnich sąsiadów UE. Gdyby to się udało, Trójkąt wreszcie okazałby się użyteczny".


Na koniec tej ciekawej wyliczanki prawdziwy smaczek pokazujący jak Putin i Merkel współpracowali jeszcze niedawno (niespełna dwa lata temu, 1 września 2012 roku) ze sobą - Polska orkiestra na Pl. Czerwonym. Putin nawiązał do wygnania Polaków z Kremla. "Orkiestra Reprezentacyjna Wojska Polskiego uświetniła obchodzoną na Placu Czerwonym 865. rocznicę założenia Moskwy. Na Placu Czerwonym kompania reprezentacyjna zrobi pokaz musztry i zagra marsze wojskowe. W Moskwie hucznie rozpoczęto obchody roku rosyjsko-niemieckiego, którego hasło brzmi: „Wspólnie budujemy przyszłość”. Zaczęto od pokazania wspólnej, „wspaniałej” przeszłości, w której zupełnie pominięto Polskę. Jakby nas nigdy nie było między Rosją a Niemcami.


Od czerwca do sierpnia  prezentowano tam wystawę pt. „Rosjanie i Niemcy. 1000 lat historii, sztuki i kultury”. O politycznej randze ekspozycji świadczy fakt, że jej patronami zostali prezydenci Gauck oraz Putin, a wśród sponsorów są także niemieckie i rosyjskie koncerny. Była przygotowywana od 2009 r. ogromnym nakładem sił i środków".  

Czyż możliwe jest aby te stosunki zmieniły się tak radykalnie dzisiaj? Chyba to pytanie retoryczne... Może nawet aneksja Krymu była uzgodniona w celu rozniecenia strachu Rosją i wykreowania odpowiedniej kampanii wyborczej do PE opartej na strachu przed Putinem i eurosceptykami i nieuchronnej potrzebie konsolidacji UE?

Wracając zaś do D. Tuska i jego antyrosyjskiej narracji (niemal wojennej) i zastraszającej nie tylko Polaków... Wczoraj powiedział m.in.: "- Kiedy mówię o tym, jak ważna jest ta kampania, to mówię o tym, jak ważne jest rozstrzygnięcie, czy przyszła Europa będzie jeszcze bardziej zintegrowana, czy wręcz przeciwne, zacznie się rozpadać na naszych oczach - powiedział w niedzielę Donald Tusk na konferencji prasowej na Podkarpaciu. Zaznaczył jednocześnie, że "jeśli Unia Europejska nie przetrwa, to może to oznaczać wielkie zagrożenie dla całego regionu".

Uwzględniając powyższe słowa można wyciągnąć podobne wnioski jak Maryla. Otóż faktycznie być może najciemniej jest pod latarnią i podstawową przyczyną antyrosyjskości Tuska i Komorowskiego jest "gra" wyborcza polegająca na zastraszaniu W. Putinem w celu konsolidacji IV Rzeszy (UE). 

D. Tusk przedstawia apokaliptyczną wizję rozpadu Europy, jeżeli eurosceptycy osiągną dobry wynik wyborczy, szczególnie w Polsce i w innych sceptycznych krajach UE.  Apeluje jednocześnie o większe zjednoczenie unijne i gaworzy coś o tym, że bez Unii świat może czekać niemal pewna wojna. 

Więc tak naprawdę Tuskuś i ferajna po prostu wykonuje polecenie A. Merkel i tu się nic nie zmieniło i pewnie się nie zmieni. 

Innymi słowy: chodzi o zastraszenie mieszkańców Europy złym Putinem (nacjonalistą niemal) aby Unia faktycznie poczuła potrzebę konsolidacji i stała się Jednym Organizmem pod przywództwem oczywiście Niemiec. To zastraszenie ma wyeliminować eurosceptyków i mam nadzieję, że tak się jednak nie stanie. 

A jeszcze warto przypomnieć, że Jedno Państwo Europa jest etapem budowy Rządu Światowego (NWO) i jest zgodna z polityką USA, które również dążą do powstania Unii Północnoamerykańskiej jako kolejnego etapu budowy Rządu Światowego. 

Sądzę, że A. Merkel dogadała się z Obamą i wspólnie naciskali na zmianę retoryki polskich elit rządzących, które są tak spolegliwe, że wykonają każde polecenie komsomołki Angeli i Obamy. Może też cała antyrosyjska akcja jest też na rękę W. Putinowi, o czym pisałem w trzech moich poprzednich notkach. 

Podsumowując więc jest tak, że jednak rząd polski wykonuje polecenia możnych tego świata... jednocześnie prowadząc kampanię wyborczą polegającą na zastraszaniu Polaków..., ale i konsumpcyjnych obywateli UE... Przesłanie jest oczywiście jedno: jeżeli w Europie zwycięży (albo zyska dużo) w wyborach do PE opcja eurosceptyczna to Europie grozi dezintegracja a może i wojna... Wybór eurosceptyków jest wyborem, który przyniesie niepokój w Europie - zdaje się mówić na rozkaz Angeli premier Tusk. Pośrednio jego retoryka ma przekonać Polaków, że tylko on i PO jest dla nas gwarantem europejskości i europejskiego bezpieczeństwa a nie wstrętne eurosceptyczne PiS....

Może tak właśnie sprawy się mają? A ja naiwnie myślałem, że zmiana stosunku do putinowskiej Rosji jest daleko od kampanii wyborczej i poszukiwałem innych przyczyn i powodów...

 Pozdrawiam

P.S. Polecam też post:  http://blog-n-roll.pl/pl/zwyci%C4%99stwo-francuskiej-prawicy-dobrym-znakiem-dla-polskiej#.Uzljs6Lbflw oraz artykuł: http://www.dw.de/tr%C3%B3jk%C4%85t-weimarski-za-europejsk%C4%85-polityk%C4%85-obronn%C4%85/a-5512301-1

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

sobota, 8 marca 2014

Kto, jak i dlaczego "rozgrywa" Ukrainę?

Żal mi Ukraińców. Są między - używając kolokwializmu - młotem a kowadłem. Mają trudny wybór. Z jednej strony niemiecki Związek Socjalistycznych Republik Europejskich (UE) z jej mrzonkami o utworzeniu jednego, federacyjnego państwa europejskiego a z drugiej Rosja z W. Putinem i jego planem stworzenia zintegrowanego organizmu państwowego zwanego Unią Euroazjatycką (Rosja, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Armenia, Mołdawia i (sic!) Ukraina oraz sukcesywnie pozostałe państwa wchodzące kiedyś w skład ZSRR) [1], [2], [2a].

Dziś jednak chyba o te m.in. geopolityczne cele rozgrywa się właśnie konflikt na Ukrainie.  Ale przecież u źródeł interesów geopolitycznych znajdują się interesy ekonomiczno-gospodarcze.

I zawsze, kiedy coś ważnego dzieje się gdzieś na świecie, należy zastanowić się nad tym jakie są przyczyny danego zdarzenia, kto jest jego inspiratorem i jest w nie zaangażowany oraz - nade wszystko - jakie są cele do osiągnięcia przez tych, którzy w wydarzeniach biorą czynny udział i kto na nich najwięcej zyska.

W swoim poście pt.: "Dlaczego i komu potrzebne są konflikty zbrojne" (nic nie wiedząc przecież o rychłej inwazji Rosji na Ukrainę) napisałem m.in.: "Na świecie dziś nie ma pokoju a międzynarodowe konflikty zbrojne w dalszym ciągu występują i są cyklicznie inspirowane przez: USA oraz ich najbliższych sojuszników (...) i Rosję (...). Dlaczego tak jest? (...)? Bo przecież nie dlatego, żeby wprowadzać demokrację i przeciwdziałać wykreowanemu terroryzmowi...".

Przyczyn jest oczywiście kilka ale w pierwszej kolejności należy wymienić właśnie: władzę i pieniądze, które implikują np. chęć zdobycia wpływu w krajach o potencjalnie dużych zasobach surowcowych lub też w krajach, które USA czy Rosja uznają za geopolitycznie strategiczne z punktu widzenia własnych interesów polityczno-gospodarczych.



W przypadku ostatnich wydarzeń na Ukrainie należy postawić sobie więc pytanie: o czyje interesy rozgrywa się bój i kto stoi na czele?

"Zawsze bowiem jest tak, że tylko nieliczni światowi decydenci, należący do określonych, wąskich kręgów władców tego świata rozdają karty. Kto sponsoruje walki na Ukrainie? Czyje pieniądze wchodzą w grę, kto jest ‘za’, a kto ‘przeciw’ i czym ma zakończyć się to co się zaczęło?

Wielu z walczących na Ukrainie to zwykli ludzie, którzy naprawdę wierzą, że walczą o wolną Ukrainę i słuszną sprawę i szczerze nienawidzą Rosji, Putina, a może nawet całego świata za ich arogancję wobec nich, za to że oni są biedni, że nie widzą perspektyw, że nie mają szans na lepszą przyszłość.

Niestety te rzesze oddających na ulicach swoje życie w ich przekonaniu słusznej sprawie nie mają żadnego pojęcia o tym jak bardzo są manipulowani i wykorzystywani najpierw bezpośrednio przez grupy wpływu kierujące demonstracjami, a na samej górze przez decydentów tego świata, których cele są określone i mało mają wspólnego z dobrem tych, którzy na ulicach polegli, czy też rodzin, które ich opłakują.

To wszystko to polityka. To układy, siłowania pomiędzy grupami wpływu, walka o pozycję i pieniądze" [3].

Warto sobie uzmysłowić, że jeden dzień demonstracji na kijowskim Majdanie kosztował średnio około 700 tys. Hrywien, czyli około 230 tys. zł. Nie byłby możliwy więc Majdan bez tych pieniędzy. A kto je na Ukrainie posiada? Oczywiście ukraińscy oligarchowie, którzy od samego początku konfliktu sfinansowują go z własnych pieniędzy... zapewne przy cichym wsparciu pewnych międzynarodowych instytucji finansowych. W tym kontekście ważnym jest też uzmysłowieni9e sobie, że W. Putin został wykreowany przez rosyjskich, żydowskich oligarchów finansowych, z którymi później się pożegnał w niewybredny sposób (więzienia i wygnanie z Rosji)...

Zasadnym też wydaje się przypomnienie od czego wszystko na Ukrainie się zaczęło. Otóż od odmowy przez prezydenta W. Janukowycza podpisania aktu stowarzyszeniowego Ukrainy z UE. Komu więc to najbardziej przeszkadzało? Otóż zapewne samej UE ale przede wszystkim USA i międzynarodowym instytucjom finansowym. Trzeba bowiem  zdawać sobie sprawę, że Ukraina jest traktowana przez USA jako jedno z państw strategicznych geopolitycznie. Podobnie zresztą jest ona traktowana przez Rosję. Ścierają się więc na jej terytorium strategiczne interesy dwóch (a z UE nawet trzech) wielkich mocarstwowych potęg. Stąd też wynika to, iż np. USA znacznie ostrzej reaguje na poczynania Putina niż sama UE, która jako Unia Niemiecka ma szczególne interesy z putinowską Rosją i być może już nastąpiło jakieś porozumienie (pomiędzy A. Merkel a nowymi władzami Ukrainy) dzielące Ukrainę na dwie części... [4], [5].

"Aby zrozumieć, jakie znaczenie geostrategiczne dla USA ma Ukraina, trzeba sobie uświadomić, że Rosja bez Ukrainy nie jest w stanie odgrywać mocarstwowej roli jako potęga eurazjatycka. Nie ulega z kolei wątpliwości, że na Ukrainie fundamentalne znaczenie ma Krym, gdyż tam rozlokowane są bazy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Bez dostępu do tych baz Rosja traci możliwości reagowania na Bliskim Wschodzie, nie ma też dobrego kontaktu ze śródziemnomorską Europą. Utrata kontroli nad Ukrainą zmuszałaby Rosję do ekspansji w kierunku azjatyckim. Wprawdzie jest to możliwe, bo Rosja ma olbrzymie terytoria na Wschodzie, Pacyfik zaś to główny obszar współczesnego handlu międzynarodowego. Jednakże próba tworzenia rosyjskiej potęgi w Azji musiałaby się łączyć z gigantycznym konfliktem z Chinami, konfliktem, który byłby praktycznie nie do wygrania przez Rosję. Tymczasem dobre relacje Rosji z Niemcami i innymi krajami zachodnioeuropejskimi dają pewną nadzieję na zbudowanie w Moskwie (lub Astranie - dop. kj) centrum biznesowego dla Europy (definiowanej klasycznie – chciałoby się rzec – od Atlantyku po Ural) (...) Gra o Ukrainę ma zatem niezwykłą wagę dla Rosji, a także dla Amerykanów. Oczywiście swoją grę w całej tej sytuacji prowadzą również Niemcy. Nie chcą się narazić zbytnio Moskwie (z nią mają zbyt szerokie interesy
ekonomiczne), ale z pewnością wykorzystają każdą okazję, by zaznaczyć swoją gospodarczą obecność na Ukrainie. Ich taktyka konsekwentnego poszerzania dla siebie rynków zbytu w Europie z pewnością i tu znajduje swoje przełożenie.
[6]".

Co jeszcze jest przedmiotem walki o Ukrainę?. Być może zabrzmi to zaskakująco, ale są to zasoby surowcowe Ukrainy i Krymu. O te przyszłe wpływy gotówkowe walczą też czołowi gracze finansowi: sami oligarchowie ukraińscy i rosyjscy ale też i międzynarodowe instytucje gospodarczo-finansowe.  

Ukraina ma bowiem olbrzymie i większe niż w Polsce zasoby gazu i ropy z łupków.

gaz-na-ukrainie.jpg
Jedne złoża łupków znajdują się na zachodzie u granic Polski, drugie zaś na wschodzie u granic
Rosji. Tak więc nikt na Zachodzie nie sfinansowałby rewolucji na Ukrainie, gdyby nie miał obiecanego zarobku. Taniego zarobku, bo Ukraina nie będąca członkiem Unii, ma swobodniejsze zasady ochrony środowiska, a lasy szybów wiertniczych na stepach są łatwiejsze do przełknięcia niż w silniej
zurbanizowanej Unii Europejskiej [4].


Ale - oprócz łupków - Ukraina posiada też inne zasoby surowców naturalnych.

"Ten kraj posiada surowce energetyczne jak węgiel kamienny, w tym węgiel koksujący, którego znaczenie gospodarcze jest nieporównywalnie większe niż węgla energetycznego, ponieważ bez węgla koksującego nie ma produkcji stali. W Europie taki węgiel mają tylko Polska i Ukraina. To jest surowiec strategiczny. Poza tym Ukraina to gaz i ropa (oprócz łupków - dop.kj) ze złóż konwencjonalnych (...) Ukraina to również rudy metali takich jak mangan (znaczenie strategiczne), żelazo, uran. Poza tym na Ukrainie występują znaczące zasoby surowców chemicznych, w tym siarki rodzimej w podobnych złożach jak w naszych zlikwidowanych przez rząd Jerzego Buzka i SLD kopalniach. Jaki to był błąd, widać teraz, gdy siarka rodzima podrożała kilka lat temu ponad 20-krotnie. Inne zasoby to sól sodowa i potasowa oraz gipsy. Ciekawostką jest to, że Ukraina ma także zasoby bursztynu, który jest – jak się uważa – przemycany do Polski.

Przewaga surowcowa Ukrainy nad Polską polega na tym, że powierzchniowo to kraj znacznie większy i jednak słabiej rozpoznany, ale najważniejsze jest to, że ma dostęp do Morza Czarnego. To relatywnie głębokie morze bogate w plankton, ale o słabej cyrkulacji pionowej dostarczającej tlen, która daje kapitalne warunki do kumulacji hydratów gazowych, czyli połączenia metanu i wody (1:4). Ta miękka biała substancja, a w zasadzie minerał, tworzy warstewki lub spoiwo współczesnych osadów głównie tam, gdzie powstaje metan w wyniku fermentacji opadającej na dno obumarłej materii organicznej. Hydraty gazowe są trwałe przy ciśnieniu słupa wody nie mniejszym niż ok. 280 m w temperaturze bliskiej zeru. Jeśli ciśnienie jest większe, to hydraty są trwałe nawet w 10 st. C. Wszystkie te warunki są spełnione na dnie Morza Czarnego. Potencjał w hydratach gazowych na świecie na dnach mórz i oceanów jest wielokrotnie większy od wszystkich znanych zasobów energetycznych na świecie (węgiel, ropa, gaz) (...)

Oczywiście, przekształcenie Ukrainy ze znaczącego importera i kraju tranzytowego dla rosyjskiego gazu w eksportera i kraju tranzytowego gazu nierosyjskiego może się nie podobać Rosji, tj. komuś, kto żyje z eksportu gazu i traktuje to jako oręż niemal militarny z silnym lewarowaniem przemocy gospodarczej. A potencjał do takiego przekształcenia Ukraina ma, i to w ciągu nawet pięciu lat. Ukraina ma potężną infrastrukturę przesyłową i wielki magazyn gazu oraz czynny już gazoport.

Można postawić tezę, że aneksja wschodniej Ukrainy to nie tylko przejęcie złóż metali i surowców energetycznych, ale także dostępu do Morza Czarnego. Potencjał tego regionu jest trudny do przecenienia nie tylko zresztą przez hydraty gazowe, ale także w przyszłości przesył gazu i ropy do Europy przez Morze Czarne z krajów innych niż Rosja. W tym kontekście działania Rosji można postrzegać jako akt rozpaczy czy desperacji. Dywersyfikacja dostaw i spadek cen gazu w Europie to byłaby dla Rosji skrajnie trudna sytuacja. Ten kraj nie oferuje dziś światu niemal nic poza surowcami i szantażem wojennym" [7].


Reasumując. Warto spróbować więc nieco szerzej, bez-emocjonalnie  i z dystansu spojrzeć na to co się dzieje się na Ukrainie. Spróbować ocenić te wydarzenia właśnie z punktu widzenia strategicznych interesów jakie towarzyszą temu konfliktowi, interesów Rosji, USA, zniemczonej UE i wielkich instytucji finansowych powiązanych z oligarchami ukraińskimi i rosyjskimi. Wtedy może się okazać i zapewne okaże się, że Ukraina jest teatrem "siłowania" się wielkich tego świata a zwykli ludzie jak to zawsze bywa są perfidnie wykorzystywani przez tych graczy...




[1] http://polish.ruvr.ru/2014_03_05/Putin-projekt-porozumienia-w-sprawie-stworzenia-EUG-podpisany-zostanie-do-maja-9428/
[2] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2012/02/co-nas-czeka-jeden-rzad-swiatowy.html
[2a]  Zresztą prawdopodobnie tworzenie różnych unii państwowych jest wpisane w międzynarodowy plan stworzenia jednolitego Rządu Światowego...
[3] http://www.prawy.pl/z-zagranicy2/5128-kto-kieruje-walkami-na-ukrainie-i-za-czyje-interesy-gina-ludzie
[4] http://www.urbas.mpolska24.pl/5939/polski-amok-w-sprawie-ukrainy
[5] Projekt Merkozy i Putina. Prząd Polityczny Europy czyli IV Rzesza i Wielka Eurazja
[6]  http://www.naszdziennik.pl/mysl/70435,rozgrywka-mocarstw.html
[7] http://www.naszdziennik.pl/mysl/70389,skarby-ukrainy.html

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

piątek, 22 czerwca 2012

Biedny, poddany Donek...

Króciutko...

W dyplomacji nic nie jest przypadkowe, również rozmieszczenie dajmy na to gości przy stole lub ważnych kibiców w loży honorowej w czasie Euro2012.

Właśnie rozpoczyna się mecz Niemcy-Grecja. Do Gdańska przyjechała władczyni naszego Donalda Tuska, czyli znienawidzona przez Greków Angela Merkel. Na trybunach zasiadł też oczywiście nasz Donek, ale nie mógł zająć miejsca - jako gospodarz Euro2012 - obok swojej mocodawczyni. Ono zostało przeznaczone dla Michela Platiniego. Dla naszego Donka to  za wysokie progi. Jemu przeznaczono miejsce jeden rząd niżej, bezpośrednio pod Angelą...

No cóż... Biedny ten nasz poddany Donek... Angela nad nim, on pod nią...

Pozdrawiam

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com

sobota, 25 czerwca 2011

Poddańcza mentalność premiera D. Tuska? Obserwujmy pogłębianie rurociagu północnego!

Witam

Chcę tym postem wrócić jeszcze raz do wizytacji  jakiej dokonała A. Merkel wśród jej oddanych przyjaciół, czyli obecnie rządzących w Polsce.

Wspólne posiedzenie części dwóch rządów: niemieckiego i polskiego przedstawione zostało w rządowo -zaprzyjaźnionych polskojęzycznych mediach jako kulminacja 20 letniego pojednania zapoczątkowanego, podpisanym w 1991 r. przez premiera Bieleckiego i kanclerza Kohla, traktatem polsko-niemieckiem.

Podczas spotkania i posiedzenia ustalono, że m.in.: "Warszawa i Berlin chcą być bliżej. Chcą rozszerzać Unię Europejską, koordynować wspólną politykę zagraniczną, dbać o stabilność euro. I znacznie usprawnić , wzajemne połączenia kolejowe" (źródło: TU). Ponadto ustalono też możliwość, że w przypadku gdy Polska rozpocznie pogłębianie toru wodnego do Świnoujścia i Szczecina, wtedy strona niemiecka zakopie  na odpowiednią głębokość Gazociąg Północny budowany przez niemiecko-rosyjskie konsorcjum Nord Stream: "jak podkreślił Tusk dzięki osobistemu zaangażowaniu kanclerz Merkel ta sprawa została rozwiązana. Rząd Niemiec zagwarantował, że zostaną usunięte wszelkie przeszkody, jeśli Polska będzie chciała pogłębić tor dojścia do portu w Świnoujściu" (źródło: j.w.) . Premier pytany przez wielu dziennikarzy, czy w dokumentach jest wprost zapisane, że gazociąg zostanie zakopany, odpowiadał najczęściej mniej więcej tak: "Mamy więc deklarację polityczną, ale (...) z najwyższej półki. Zresztą do tego, aby czegokolwiek ws. Nord Streamu się domagać, musimy mieć nie tylko udokumentowany plan rozbudowy portu, ale i studium wykonalności" (źródło: TU).

Nie mnie oceniać dlaczego Niemcy są aż tak zainteresowane rozbudową i unowocześnianiem połączeń kolejowych Berlin - Szczecin (czas przejazdu ma być skrócony do 90 minut), Wrocław - Drezno - Berlin czy też intensyfikacja inwestycji w budowę kolei wielkich prędkości – bo to właśnie stanowiło sedno owych tuskowo-merkelowych rozmów w sprawie kolei. Może i będzie to jakieś unowocześnienie części naszych dróg kolejowych po powolnym niszczeniu przez rząd D. Tuska Polskich Kolei Państwowych, bo aż  mi się nie chce wierzyć, ze może to stanowić zaproszenie do zakupu PKP przez państwowe koleje niemieckie Deutsche Bahn AG (DB) lub też sprzedaży PGE konsorcjum niemieckich firm (jakoś tak się złożyło, że PGE był Partnerem gospodarczego szczytu polsko-niemieckiego, który odbył się kilka dni przed wspólnym posiedzeniem rządowym... ale to wcale nic nie musi oznaczać...).

Nie chcę też zastanawiać się jak i po co Polska ma dbać o kondycję waluty Euro, skoro jej nie ma a dotychczasowe doświadczenia wskazują, że wpływa raczej niekorzystnie na kondycję gospodarek rozwijających się i mniej zamożnych. Czyżby pożyczając pieniądze w BŚ lub MFW aby pomóc Grecji i to w sytuacji gdy Polska ma już prawie 800 miliardów zł długu publicznego (21 tys. złotych długu na "głowę" mieszkańca Polski - tego nienarodzonego również), co stanowi grubo ponad 50% PKB sięgając niebezpiecznych granic 55% i 60% (konstytucyjna, grożąca upadkiem rządu). Dług ten rośnie o ok. 96 mln zł na dobę, o 4 mln zł na godzinę, o ponad 1,1 tys. zł na sekundę (Dług Publiczny.org). Wielu ekonomistów sądzi, że jest to wielkość wielokrotnie zaniżona (Instytut Sobieskiego) i wynosi on faktycznie około 3 bilionów złotych, co stanowi około 200-220% PKB (wg. IS 200%). Polska jest więc de facto już jest bankrutem (finanse są w gorszym stanie chyba niż w Grecji) a z pewnością bankrutami będę nasze wnuki. Zwróćmy też uwagę na to, że Polska ma obecnie około 205 mld EUR/250 mld USD zadłużenia zagranicznego (Gierek pożyczył około 25 mld i jakież to wtedy mieliśmy już problemy!). Do tego dochodzi deficyt budżetowy sięgający rzeczywiście około 100 mld zł...

Podobnie zastanawiam się dalej nad losem zamieszkałej w Niemczech Polonii. Dalej nie uzyskała ona oficjalnego prawnego statusu faktycznego istnienia na terenie dzisiejszych Niemiec a deklaracje o postępie w tej sprawie są realnie nic nie znaczące.

Nie chcę też teraz oceniać wartości owej deklaracji politycznej dotyczącej rurociągu. Sądzę, że na dzień dzisiejszy jest nic nie warta. Jak zwykle nie ma żadnych wzajemnie podpisanych zobowiązujących dokumentów a chyba każdy wie, że właśnie to one stanowią podstawę jakichkolwiek działań i wzajemnych roszczeń, zarówno tych w skali mikro jak i makro... szczególnie dotyczy to międzynarodowych deklaracji dokonywanych przez polityków. Ponadto sytuacja, w której to dopiero Polska ma żądać pogłębienia i nie zostało to uzgodnione wcześniej jest jakimś kuriozum świadczącym o poddańczej roli naszego rządu wobec kondominium niemiecko-rosyjskiego, na co wskazują m.in. takie opinie: "Sceptycznie do całej sprawy podchodzi poseł Prawa i Sprawiedliwości, Joachim Brudziński: - Co z tych deklaracji, jakie dzisiaj padły, premier ma na piśmie i jakie są zabezpieczenia w ramach umów wzajemnych i międzynarodowych? Jak strona niemiecka wyobraża to sobie technicznie - jak wymusi na przedstawicielach konsorcjum, które budowały gazociąg, jego zakopanie w momencie kiedy będzie nim tłoczony gaz? - pyta Brudziński. Z kolei Stanisław Wziątek z SLD uważa, że porozumienie mogłoby być podpisane dużo wcześniej, zanim inwestycja powstała: - Konsekwencje realizowanej inwestycji można było przewidzieć dużo wcześniej - podkreśla Wziątek". źródło: TU

Chciałbym natomiast zwrócić uwagę przede wszystkim na fakt, że pierwsze od 20 lat i jedyne takie wspólne posiedzenie rządów: polskiego i niemieckiego odbyło się w dniu 21 czerwca 2011 roku! W Europie są znane  takie posiedzenia, ale sa one cykliczne i ustalone umowami. Od 2003 roku francusko-niemieckie posiedzenia rady ministrów zastąpiły tradycyjne spotkania na szczycie. Odbywają się one wiosną i jesienią naprzemiennie w Niemczech i Francji (źródło: TU). Podobny charakter mają posiedzenia rządów Irlandii i Irlandii Północnej (North / South Rady Ministerialnej).

Po tuskowo-merkelowym spotkaniu nie było żadnej deklaracji o kontynuacji wspólnych posiedzeń rządowych...

  Sądzę, że było to spotkanie jednorazowe... aż do  momentu, kiedy pewne sytuacje i wydarzenia skłonią partnerów do ponownego spotkania w celu odwrócenia uwagi od rzeczy istotnych, np. dla Polaków! Nic w polityce nie dzieje się przypadkiem i nie przypadkowym był też prawdopodobnie wybór daty 21 czerwca na zorganizowanie owego wspólnego posiedzenia rządów Polski i Niemiec.  Jakoś tak bowiem się wydarzyło, że akurat właśnie w tym dniu, czyli 21 czerwca 2011 roku sowiecko-niemiecka spółka Nord Stream zakończyła oficjalnie wszystkie nadwodne i podwodne prace związane z budową pierwszego odcinka Gazociągu Północnego! (sic!) (źródło: TU). "...Inwestycja ta blokuje dostęp do portów statkom o 15 metrowym zanurzeniu - największym dla jednostek wpływających na Bałtyk. Obecnie więc do portów w Szczecinie i Świnoujściu może zawinąć najwyżej jednostka o zanurzeniu 13,5 metrów" (źródło: TU).

Dziwne, ale o fakcie zakończenia tych prac było jakoś w polskojęzycznych mediach bardzo cicho a wobec tego faktu jakże śmiesznie teraz brzmią deklaracje D. Tuska i A. Merkel o możliwości głębszego usadowienia rurociągu... skoro ma nim popłynąć gaz już pod koniec października 2011! Czy Polska zdąży przygotować do tego czasu: "..  udokumentowany plan rozbudowy portu, ale i studium wykonalności"? Absurd oczywiście podkreślający wprost bezczelną hipokryzję naszego Koziołka na stanowisku Premiera! 

Dla przypomnienia... Budowa Gazociągu Północnego została oficjalnie zainaugurowana w dniu 9 kwietnia 2010 w ceremonii, w której wzięli udział prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew oraz Kanclerz Niemiec Angela Merkel. W dniu 10 kwietnia zginął tragicznie Prezydent Polski śp. Lech Kaczyński... ostatni, który jeszcze walczył o zaniechanie budowy lub zmianę warunków powstania Gazociągu Północnego. 

Patrzmy i obserwujmy kiedy Polska wystąpi do Niemiec o "zakopanie" rurociągu i kiedy Niemcy to zrobią! (piszę raczej oczywiście ironicznie).

Pozdrawiam



ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD... http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com

czwartek, 7 kwietnia 2011

300 lat samowystarczalności gazowej Polski!?

Witam

Jeszcze niedawno myślałem, że polskie złoża gazu łupkowego wystarczyłyby nam na 120 lat (takie były szacunki jeszcze 5 lat temu), ale okazuje się, iż jesteśmy jako państwo gazową europejską potencjalną potęga gazową: "Polska ma 5,3 bln m sześc. możliwego do eksploatacji gazu łupkowego - podaje amerykańska Agencja ds. Energii (EIA). Przy obecnym zużyciu, gazu wystarczy, więc na ok. 300 lat" – czytam sobie dziś nagłówek artykułu na portalu interii...

... i coraz bardziej smutek ogarnia moje polskie serce, ale - mimo narastającego rozgoryczenia – przyswajam dalsze części tego suchego i bezemocjonalnego tekstu informacyjnego: "Według raportu zamówionego przez amerykańską administrację ds. informacji o energii (EIA), w 32 krajach znajduje się blisko siedem razy więcej opłacalnego w wydobyciu gazu łupkowego niż w USA. Zasoby gazu łupkowego możliwego do wydobycia w tych państwach sięgają 163 bln m sześc. - czyli sześć razy więcej niż potwierdzone zasoby gazu naturalnego (...) Według amerykańskiego portalu poświęconego cenom ropy oilprice.com, jeśli polskie zasoby gazu łupkowego okażą się tak duże, jak to jest przewidywane, Polska w ciągu kilku lat może zostać eksporterem gazu (...) Jak informuje portal, produkcja w Polsce na skalę komercyjną mogłaby się rozpocząć już za dwa, trzy lata, chociaż znaczącą wielość najprawdopodobniej osiągnęłaby za lat 7-10.  Koncesje na poszukiwania gazu niekonwencjonalnego ma w Polsce ponad 20 firm. Obejmują ponad 50 tys. km kw., głównie w pasie od wybrzeża Bałtyku w kierunku południowo-wschodnim, do Lubelszczyzny. Drugi obszar potencjalnych poszukiwań to zachodnia część Polski, głównie woj. wielkopolskie i dolnośląskie. Pierwsze wiercenia wykonało PGNiG w Markowoli na Lubelszczyźnie - gazu tam nie znaleziono...".

Jest jeszcze w tym raporcie zapewne wiele ciekawych i interesujących rzeczy, ale cóż z tego skoro rząd PO z Tuskiem i Sikorskim już od 2009 roku powoli odsprzedają koncesje na wydobywanie polskich złóż Amerykanom za cenę, która nawet ich śmieszyła i chyba dalej śmieszy. Może coś od 2009 roku się zmieniło, ale wtedy gotowi byliśmy odsprzedawać licencję za kwotę 2% przychodów z wydobycia podczas, gdy średnio USA muszą płacić za możliwość odwiertów i eksploatacji około 20% wartości tych przychodów.

Hmmm...

300 lat samowystarczalności gazowej, uniezależnienie się od Rosji i osiągnięcie statusu liczącego się eksportera gazu do całej Unii Europejskiej... marzenia, które zapewne chciał zrealizować śp. Lech Kaczyński. To on jako jeden z nielicznych rządzących Polską zdawał sobie sprawę ze znaczenia gazu łupkowego. Wiedział dokładnie, że na początku 2010 roku roku w tajnym raporcie GAZPROM przewidywał katastroficzne dla Rosji konsekwencje wydobywania w przyszłości gazu łupkowego: "Gazprom przyznał, że wzrost wydobycia gazu z niekonwencjonalnych złóż w Stanach Zjednoczonych może radykalnie zmienić cały światowy rynek gazowy i zagrozić takim strategicznym projektom rosyjskiego koncernu, jak zagospodarowanie gigantycznego złoża gazowego paliwa Sztokman, na Morzu Barentsa. Gazprom uczynił to w raporcie, przygotowanym przez swój Zarząd dla Rady Dyrektorów koncernu, która zebrała się we wtorek w Moskwie, aby omówić politykę marketingową w warunkach globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego. Dokument, którego główne tezy ujawnił w tym dniu zbliżony do Gazpromu dziennik "Kommiersant", zaprezentował wiceprezes monopolisty Aleksandr Miedwiediew (...) Według gazety, Miedwiediew przyznaje w raporcie, iż gaz łupkowy przekształcił rynek gazowy USA z deficytowego w samowystarczalny, a także, iż nadmiar gazu skroplonego (LNG) uderza w konkurencyjność rosyjskiego surowca w Unii Europejskiej (...) Gazprom przyznał, że wzrost wydobycia gazu z niekonwencjonalnych złóż w Stanach Zjednoczonych może radykalnie zmienić cały światowy rynek gazowy i zagrozić takim strategicznym projektom rosyjskiego koncernu, jak zagospodarowanie gigantycznego złoża gazowego paliwa Sztokman, na Morzu Barentsa (...) Wiceszef Gazpromu potwierdza w dokumencie, że eksport rosyjskiego gazu w roku 2009 zmniejszył się o 11,4 proc. - do 140 mld metrów sześciennych surowca. Spadek był konsekwencją redukcji zużycia gazu (nie tylko rosyjskiego) w UE o 44 mld metrów sześciennych - do 555 mld. Raport nie zawiera danych na temat strat, jakie z tego powodu poniósł koncern. Jednak Miedwiediew przekazał wcześniej, że wpływy Gazpromu z eksportu błękitnego paliwa za ubiegły rok wyniosą 40-42 mld dolarów wobec 64 mld USD w 2008 roku (...) Złoże Sztokman, największe na świecie podmorskie pole gazowe, znajduje się w rosyjskim sektorze szelfu kontynentalnego w centralnej części Morza Barentsa na głębokości 280-360 metrów, w odległości ok. 550 km na północny wschód od Półwyspu Kolskiego. Jego potwierdzone zasoby wynoszą 3,8 bln metrów sześciennych gazu i 53,3 mln ton kondensatu gazowego (...) Opóźnienie projektu sztokmańskiego, a tym bardziej odstąpienie od niego, uderzyłoby również w projekt Nord Stream (Gazociąg Północny). To właśnie ze złoża Sztokman ma pochodzić część surowca, który za pośrednictwem Nord Stream przez Morze Bałtyckie ma popłynąć z Rosji do Niemiec.."

Według innych informacji zaniepokojenie Rosji i Gazpromu możliwością światowego boomu na gaz łukowy następowało już od początku XXI wieku a nasiliło się od 2005 roku, kiedy to okazało się, że właśnie w Polsce mogą być jego ogromne zasoby.

Ojojoj... w głowach putinowców i miedwiedowców (Miedwiediew jest od wielu lat związany z Gazpromem) musiało się zrodzić coś chyba na kształt przerażenia możliwością bankructwa ekonomicznego Rosji i to jeszcze z powodu "polskich panów"... Doświadczenia z USA, które całkowicie uniezależniły się od Rosji i zaprzestały importu gazu z tegoż kraju musiały dogłębnie wstrząsnąć totalitarystami sowieckimi! Wszak przecież Rosja bez eksportu gazu i ropy, bez Gazpromu stanowiłaby kraj będący jednym z biedniejszych na świecie i nie pomogłyby syberyjskie złoża diamentów czy rud uranu lub plutonu!

W ubiegłym roku pisałem w poście: "Coś chyba nie tak z moimi snami i konfabulacjami? To Oni mieli zginąć?" m.in.:
"(...) Do tego momentu cała układanka wyglądała tak:
1. Listopad 2009 - Spotkania Sikorskiego w USA i oddanie USA przez Polskę gazu łupkowego, które prawdopodobnie są największe na świecie i zapewniłyby Polsce samowystarczalność na co najmniej 120 lat! A Polska stałaby się chyba potentatem gazowym oraz uniezależniła na zawsze od Rosji i utrąciłaby sens budowy gazociągu północnego i stałaby się głównym dostawcą gazu do Europy! Przypominam, że USA dzięki własnym pokładom gazu łupkowego praktycznie uniezależniły się już od Rosji.
2. 07 kwiecień 2010 - Spotkanie Tusk - Putin w Katyniu i rozmowy,
3. 08 kwiecień 2010 - Spotkanie Obama - Miedwiediew (redukcja do 3000 rakiet z głowicami jądrowymi),
4. 09 kwiecień 2010 - Uroczyste rozpoczęcie budowy rurociągu północnego.
I TU PROBLEM - POLSKA – jako światowy potencjalny gigant gazu łupkowego oraz oczywiście Prezydent L. Kaczyński! - jako problem numer 1 oraz S. Skrzypek (Prezes NBP, ale to w oddzielnym wątku).Rozwiązanie Głównego Problemu: Wyeliminowanie ze starego systemu tych jego elementów, które uwierzyły, że stały się częścią nowego i mogą zagrozić ponownej duopolizacji, trio czy też czworopolizacji a przede wszystkim Nowemu Energetycznemu Podziałowi Świata! Czy m.in. o tym dyskutowali ostatnio Bildenbergowie?
5. 10 kwiecień 2010 - Tragedia/Zamach (?) pod Smoleńskiem. Ginie Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej - L. Kaczyński. Problem zniknął a jak to zostanie wyjaśnione to już jest nieważne. Znajdą się kozły ofiarne takie żeby nie raniły Rosji. Bo to Rosji głównie zależało na śmierci Kaczyńskiego. Rosja oczywiście na gruncie mikro będzie chciała wyjść z tego z twarzą, ale tak naprawdę w jaki sposób dokonano zamachu (jeśli był to zamach) jest interesujący teraz dla hobbystów. Chociaż oczywiście nie można powiedzieć, żeby nie dążyć do wyjaśnienia szczegółów .... tylko, czy to coś da? Można skrzywdzić niewinnych ludzi (...).

Więc opowiem Wam z czystym sumieniem, co mi się znów nieprawomyślnie i spiskowo przyśniło... oczywiście na temat tragedii smoleńskiej... i w częściach (...) nie zawsze logicznie powiązane w całość... no, ale to tylko zapis majaczeń sennych.
/Usłyszawszy 10 kwietnia tego roku, że rozbił się samolot i zginęli wszyscy nim lecący z Prezydentem RP na czele, moją pierwszą myślą było pytanie: Kto jeszcze leciał? Poznawszy listę pasażerów, pojawiło się drugie pytanie: Jak można było dopuścić do tego, aby Oni wszyscy lecieli jednym samolotem? Po wszystkich zaś wydarzeniach pierwszego dnia tragedii i znając "bezwzględność chronicznej antypolskości państwa Rosyjskiego" oraz ustalenia jałtańskie, zaświtało w mojej głowie kolejne pytanie: Kto miał tak naprawdę z tych 96 osób (zakładając w majaczeniach, że był to zamach... niczym Gibraltarski) zginąć, czyli Kto był celem zamachu oraz dla Kogo śmierć tych osób byłaby politycznie i geopolitycznie korzystna a nawet niezbędna? Odpowiedź na ostatnie pytanie wydawała mi się w moim śnie kluczowa dla rozwiązania zagadki śmierci elit patriotycznych III RP. Słowa niestety nie zawsze potrafią oddać sens i istotę odpowiedzi, więc w śnie sporządziłem pewien schemat dający pośrednio odpowiedź na to pytanie.... Oto jego pierwsza część, którą ztytułowałem: TO ONI MIELI PRZEDE WSZYSTKIM ZGINĄĆ? Starałem się też wskazać wyśnione przeze mnie możliwe przyczyny i powody, dla których musieli zginąć (...)
SCHEMAT
ISTOTA TRAGEDII SMOLEŃSKIEJ
CZĘŚĆ I:
TO ONI MIELI PRZEDE WSZYSTKIM ZGINĄĆ?

ScreenUp miniaturka
(kliknij myszką, aby powiększyć!) "

Przepraszając za obszerność cytatu śpieszę donieść, że od tego momentu pojawiło się wiele nowych faktów lub też można je wydobyć niejako "czytając między wierszami"... W niedługim czasie postaram się sporządzić kolejną część schematu...

Kończę z coraz smutniejszym sercem i taką refleksją: Mamy Prezydenta, który chciał gaz łupkowy wydobywać podobnie jak węgiel brunatny i nie ma (lub udaje, że nie ma) żadnej wiedzy na temat jego znaczenia dla światowego i polskiego bezpieczeństwa energetycznego... i mamy Premierów (Pawlaka w szczególności), którzy z czystym sumieniem podjęli - moim zdaniem ocierająca się z zdradę Polski - decyzję o energetycznym (gazowym) ubezwłasnowolnieniu się od Rosji do 2037 roku (mając 300 letnie samowystarczlane własne zasoby gazowe!)  a obecnie już jawnie mówią o sprzedaży Sowietom polskiej Grupy LOTOS...

I jeszcze tylko jedno... Niemcy i Rosja przeznaczyły i dalej przeznaczają ogromne kwoty na budowę rurociągu północnego. Ewentualna eksploatacja polskich złóż gazu łupkowego czyniłaby tą inwestycję zbędną i nieopłacalną ekonomicznie... Lech Kaczyński zdawał sobie z tego sprawę i sądzę, że zdawali sobie sprawę z tego, że Nasz Prezydent "sobie z tego zdaje sprawę" również i Putin, i Miedwiediew, i Merkel, i Obama... Może właśnie 08 kwietnia 2010 roku w Pradze Miedwiediew i Obama dyskutowali o Nowym Energetycznym (Gazowym) Podziale Świata: USA - gaz łupkowy a Rosja - gaz tradycyjny? Czyżby wtedy już nie brali pod uwagę zdania polskiego Prezydenta? Mam nadzieję, że obydwa pytania z natury rzeczy są tylko hipotetyczne oraz a'priori zupełnie abstrakcyjne i chybione a ja po prostu konfabulacyjnie sobie literacko fantazjuję... Oby!

Jakoś tak bez pozdrowień, ale z troską i refleksyjnie... przed zbliżającą się, tragiczna dla Polski, datą 10 kwietnia...


Errata:
Dziękuję za zwrócenie uwagi w komentarzu napisanym do tekstu przez uziela. Oto wybrany fragment owego komentarza: "Pluton nie wydobywa się tylko jest to produkt uboczny pozyskiwany ze zużytego paliwa uranowego.
W środowisku naturalnym wszystkie izotopy występują w śladowych ilościach i zwykle towarzysza rudom uranu. Tylko 244Pu ma dłuższy czas połowicznego rozpadu (80 mln lat) ale akurat ten izotop nie ma zastosowania jako paliwo"




ZOSTAW ZA SOBĄ MĄDROŚCI ŚLAD... http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com