Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2024

J. Biden chyba znów oddał Europę w łapska Niemiec i Rosji

Nigdy nie miałem zaufania do J. Bidena, bo od początku chciał oddać Europę w łapska kondominium niemiecko-rosyjskiego i gdyby nie atak W. Putina na Ukrainę, to już dawno by to nastąpiło. Opisywałem to wszystko w swoich tekstach m.in.: "J. Biden - prezydentura, która może zniszczyć suwerenność Polski!" [1]; "Czy Amerykanie wyjdą z Polski?" [2]; "Inne spojrzenie na zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie..." [3] czy "Polska zaryzykowała wszystko i wszystko wygrała!" [4].

Zresztą uważam, że W. Putin rozpoczął swoją wojnę właśnie dzięki takim deklaracjom z pierwszych miesięcy urzędowania, gdzie J. Biden nawet w końcu zaakceptował Nord Stremay, bo... budowa jest już na ukończeniu, więc nie ma sensu jej przerywać. 

W takiej sytuacji W. Putin był pewny, że administracja J. Bidena nie będzie zbytnio ingerować w tę wojną i to tym bardziej, że ona przecież miała trwać maksymalnie do tygodnia czy dwóch tygodni. I gdyby nie to, że naród ukraiński broni się bohatersko do dzisiaj to byłoby tak jak w przypadku aneksji Krymu, o którym świat i USA już zapomnieli.

W miarę trwania wojny - sądzę, że pod naciskiem służb specjalnych i lobby wojskowo-obronnego w USA  - J. Biden został niejako zmuszony do zmiany o 180% swojego stanowiska w sprawie oddania Europy wspomnianemu kondominium niemiecko-rosyjskiemu i wtedy dopiero zaczęła się amerykańska pomoc dla Ukrainy i wspieranie tzw. wschodniej flanki NATO a tym samym Polski.

Ale przecież musimy pamiętać, że J. Biden jest lewicowym demokratą a jego wiceprezydent K. Harris to już całkowicie komunistka. Poza tym J. Biden jest gorącym zwolennikiem ruchu LGBTQ i ideologii gender.

Zresztą również ambasador USA w Polsce Mark Brzezinski jest lewicowy i ileż to razy dawał temu wyraz chodząc na tęczowe "Marsze Równości" czy "upiększając" ambasadę tęczową flagą lub spotykając się z przedstawicielami wcześniej opozycyjnej  a dziś już formacji rządzącej w Polsce (zdjęcia poniżej). A przecież to ambasador USA w Polsce jest odpowiedzialny za przekazywanie informacji o Polsce amerykańskiej administracji i samemu J. Bidenowi oraz oczywiście realizuje u nas politykę J. Bidena.
 

Ogólnie to uważałem, że bez wsparcia CIA i Mossadu nie jest możliwa wygrana D. Tuska i w czasie kampanii wyborczej napisałem o tym w tekście: "Wyborcza jesień w Polsce: BND i FSB vs. CIA i Mosad" [5]. Wydawało mi się, że będzie tak jak przed wyborami w 2015 roku, gdzie "afera podsłuchowa" była jednym z głównych powodów utraty władzy przez rząd PO-PSL. Bo chyba nikt nie wierzy, że polityków PO podsłuchiwali jacyś kelnerzy, ale to, że była to CIA jest bardzo prawdopodobne. 

A jednak ZP ostatecznie przegrała, choć wygrała, ale nie ma zdolności koalicyjnej do utworzenia rządu. No i tym sposobem rządzi dziś w Polsce totalitarna władza "koalicji 13 grudnia i chaosu"

Czyli jednak nie było tym razem dodatkowego wsparcia od USA, a to oznacza, że J. Biden chyba ponownie oddał Europę w łapska Niemiec i Rosji, co potwierdził mówiąc - zapytany przez korespondenta Polskiego Radia o jego ocenę  dojścia do władzy w Polsce prounijnego rządu - "Myślę, że to bardzo dobrze" [6]. 

To stawia Polskę i patriotycznych Polaków w bardzo trudnej sytuacji. 

Z jednej strony mamy atak niemieckiej UE, która chce stworzyć z Europy Jeden Wielki Scentralizowany Kołchoz a'la ZSRR zwany Jedną Europą ze stolicą w Berlinie a to oznaczać będzie praktyczną utratę przez Polskę i inne kraje UE swoich: wolności, suwerenności i niepodległości. Czy nie po to właśnie Niemcy wysłały do Polski D. Tuska?

Z drugiej strony mamy Rosję, która prędzej czy później znów będzie ściśle współpracowała  z Niemcami tworząc kondominium niemiecko-rosyjskie i może to dla Polski oznaczać kolejny rozbiór z granicami uwzględniającymi rozwiązania zawarte w Pakcie Ribbentrop–Mołotow lub nawet na Wiśle: zachodnia część Polski dostanie się w łapy Superpaństwa Niemieckiego (unijnego) a wschodnia część dostanie się w łapy W. Putina. Czy dlatego w czasach rządów PO-PSL rozbrajano wschodnią część Polski i mieliśmy się zacząć bronić dopiero na linii Wisły? Dlatego tak ważna była odbudowa polskiego wojska na wschodzie Polski, czego dokonała ZP.

No i dalej z "trzeciej strony" USA, które mogą (oby nie!) już na stałe oddać Europę Niemcom a jak Niemcom to i Rosji. Pocieszeniem dla nas może być stałe stacjonowanie wojsk USA w Polsce, niemal ukończona tarcza antyrakietowa i podpisanie z USA kontraktów zbrojeniowych, i na budowę dużej elektrowni jądrowej, z których D. Tusk raczej nie zrezygnuje, choć na pewno utrąci lub ograniczy kontrakty z Koreą Południową. Ponadto jesteśmy w NATO.

Ciekawe są też poglądy, że dla USA bardzo szybki rozwój Polski za czasów rządów ZP (PiS) może być za duży, bo grozi zachwianiem równowagi geopolitycznej. Pisze o tym dr R. Brzeski w tekście "PIS I DUCH ROCKEFELLERA" [7]. 

Nie wspomniałem jeszcze o marzeniach niektórych "pustych, ale bogatych" głów (wiecznych wędrowców) marzących o jakimś Jednym Rządzie Światowym (NWO), a które w USA stanowią bardzo silne lobby. Oni uważają, że zbudowanie Superpaństwa Europa jest kolejnym etapem budowy NWO o czym też pisałem onegdaj w tekście: "Co nas czeka? Jeden rząd światowy?" [8]. 

Niebezpieczne dla nas jest także to, że można zauważyć ogólne zmęczenie wojną na Ukrainie, również w USA a dodatkowo trzeba pamiętać, że tam w listopadzie 2024 roku są wybory prezydenckie i J. Biden musi niejako znów zostać twardym lewackim i zideologizowanym Demokratą. Z naszego punktu widzenia jest to złe więc musimy raczej "trzymać kciuki" za rywala J. Bidena niezależnie kto nim będzie, czy D. Trump czy ktoś inny z konserwatystów

Oceniając obecną geopolitykę to należy też skonstatować, iż USA teraz mają na głowie Chiny, Tajwan, Bliski Wschód i Zatokę Perską, więc znaczenie Europy dla USA powoli staje się coraz mniejsze a w przypadku jakiegoś starcia z Chinami USA będą chciały mieć co najmniej neutralność Rosji. Ja w to nie wierzę, ale taki Józio Biden może mieć inne zdanie.

Reasumując 

Nasza wolność, niepodległość i suwerenność po raz kolejny zależą tylko od nas i to my, Polacy musimy ich bronić i o nie walczyć. Nikt za nas tego nie zrobi. Jeżeli damy się zastraszyć i się poddamy to może się tak stać, że Polski już nie będzie i to na zawsze!

Tak ja wiem, że jak obalaliśmy komunę to mieliśmy swojego św. Jana Pawła II a za oceanem Ronalda Reagana, ale dziś jesteśmy w lepszej sytuacji, bo wiemy, że można pokonać reżim D. Tuska siłą naszych głosów i siłą naszej liczebności na patriotycznych manifestacjach. 

Dodatkowo może stanie się tak, że w wielu krajach Europy społeczeństwa zbuntują się przeciw totalitarnym planom zniemczonej UE dążącej do likwidacji ich państw. W czerwcu odbędą się najważniejsze od początku UE wybory do Europarlamentu i naprawdę może się okazać, że obecne elity unijne stracą swoją dominującą pozycję albo będzie ona dalece ograniczona. 

Także głowa do góry! "Ruda WRONa orła nie pokona"!



Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 

Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

piątek, 14 kwietnia 2023

Wojna ChRL i USA o Tajwan. Perfidna gra Niemiec, Francji i Rosji!?

Moje dwa ostatnie teksty dotyczyły oceny wizyt O. Szcholza i E. Macrona w Chinach oraz dobrej międzynarodowej polityki Polski wobec Ukrainy. 

W pierwszym poście napisałem, iż: 

"Tymi wizytami w kraju, który jest wrogiem USA, chcą ich skłonić, aby powróciły do popierania niemieckiej i francuskiej UE a tym samym oddania Niemcom całej Europy, w tym Europy Środkowo-Wschodniej. A jak Niemcom to i Rosji. Wydaje się, że starają się "zagrozić" Stanom Zjednoczonym, iż jeżeli one nie oddadzą im Europy (z naciskiem na kraje naszej, m.in. polskiej środkowo-wschodniej jej części) to oni są gotowi wejść w geostrategiczny alians z Chinami kosztem USA. Oba kraje zdają sobie bowiem sprawę, że ich geopolityczne znaczenie spadło do wartości najniższych od wielu, wielu lat a im one wojennie tracą, tym zyskują kraje Europy Środkowo-Wschodniej z Polską na czele. Dla Niemiec wzrost militarnego, geopolitycznego i gospodarczego znaczenia Polski jest nie do zaakceptowania i ponownie wywołuje u nich obudzoną wielowiekową antypolską wściekłość. Reakcja Niemiec i Francji na agresję W. Putina na Ukrainę a tak de facto wcześniejsza kilkudziesięcioletnia bliska współpraca z Rosją kosztem całej Europy uwidoczniła nie tylko słabość tych dwóch krajów, ale ich buńczuczny egoizm"

"E. Macron podpisał 51-punktową, wspólną deklarację z Xi Jinpingiem. Zaczyna się ona od punktów dotyczących „partnerstwa strategicznego” między Francją a Chinami oraz zapowiedzią regularnego organizowania spotkań „na najwyższych szczeblach”. Możemy też przeczytać (pkt. 4) o „pogłębieniu dialogu” między chińskim dowództwem odpowiadającym za południowy teatr działań (Tajwan) a Dowództwem Francuskich Sił Zbrojnych w rejonie Pacyfiku. Deklaracja ta jest o tyle wymowna, że Pekin zaraz po zakończeniu wizyty Macrona rozpoczął wielkie manewry wokół Tajwanu, których scenariusz przewidywał zbrojną inwazję. Francuski prezydent nie mógł o tym nie wiedzieć, a to oznacza, że przywoływany punkt ma zupełnie inną wymowę i nie jest jakimś niewinnym ozdobnikiem dyplomatyczno – retorycznym, tym bardziej, że dalej (pkt. 6) napisano: „Francja potwierdza swą politykę jednych Chin”, co oznacza, że uznaje Tajwan za zbuntowaną prowincję. Idźmy dalej, pkt. 8. i 9. związane są z kwestiami jądrowymi. Francja i Chiny deklarują, iż zamierzają „wzmocnić koordynację i współpracę w celu wspólnego zabezpieczenia autorytetu i skuteczności reżimu kontroli zbrojeń i nierozprzestrzeniania oraz przyspieszenia procesu międzynarodowej kontroli zbrojeń.” To sformułowanie trzeba czytać łącznie z podobną deklaracją Xi Jinpinga i Putina, podpisaną niedawno w Moskwie, w której Stany Zjednoczone są obwinianie w związku z programem „Nuclear Sharing” o łamanie zasady nieproliferacji broni jądrowej. Oświadczenie Paryża i Pekinu nie jest formułowane w dyplomatycznej próżni, bo jeśli zawarto w nim zapisy o „autorytecie i skuteczności” kontroli zbrojeń, to dotyczy to zarówno polityki Iranu jak i deklaracji Joe Bidena w kwestii broni nuklearnej w Korei Płd. 
 [1]

W drugim zaś cieszyłem się z postawy rządu polskiego wobec wojny na Ukrainie: "Polska zaryzykowała jednak od razu pomocą Ukrainie i Ukraińcom. I to zarówno w skali ludzkiej, prywatnej empatii, jak i pomocy państwowej. I od razu też zaczęła geopolitycznie jednać sobie sojuszników. Doprowadziła tym samym do zmiany o 180 stopni stanowiska USA wobec Rosji i Europy, i tak naprawdę to Polska uratowała Ukrainę przed szybką porażką. Ryzyko podjęte przez Polskę przyniosło nadspodziewane efekty. Tak naprawdę wszystko wygraliśmy i dzięki temu staliśmy się dziś kluczowym partnerem USA i UK w Europie i NATO. Nasza postawa doprowadziła też do rozszerzenia NATO o Finlandię a niedługo też o Szwecję. Zbroimy się w najnowocześniejszy sprzęt militarny, stajemy się powoli gospodarczą i militarną potęgą europejską. Kosztem Niemiec i Francji zyskujemy geostrategicznie. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, abyśmy ten dobry dla Polski czas wykorzystali w sposób maksymalny. "Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana". My zaryzykowaliśmy tak naprawdę wszystko i pijemy tego szampana z zadowoleniem dobrze wykonanej roboty, i nie tylko dla Polski! [2]

Ale jest być może jeszcze inny aspekt tych wizyt przewódców Niemiec i Francji w Chinach, który musi być dla nas ogromną przestrogą, bowiem za mało we wskazanych tekstach omówiłem znaczenie wizyty w Rosji przywódcy Chin - Xi Jinpinga. A wydaje się ona tak samo istotna jak wskazane wizyty w Chinach tandemu niemiecko-francuskiego. 

Aby nakreślić zakres tej przestrogi pozwolę sobie zadać pytanie: 

Jakie wydarzenie w skali światowej dałoby Rosji wreszcie ewentualną szybką wygraną na Ukrainie (ewentualnie wymuszenie na Ukrainie pokoju na rosyjskich warunkach) a Niemcom i Francji możliwość powrotu do hegemonii w Europie? 

Biorąc pod uwagę treść i bezczelnie antyamerykański charakter chińskich podróży O. Scholza i E. Macrona oraz zacieśnienie współpracy chińsko-rosyjskiej odpowiedź może być tylko jedna:

Takim wydarzeniem byłby atak Chińskiej Republiki Ludowej na Tajwan! [3]. A dla Chińskiej Republiki Ludowej Tajwan jest znacznie czymś więcej niż Krym dla Rosji. Podobnie jest bardzo ważny (szczególnie gospodarczo) dla USA i wolnego świata. 

I ogólnie - oczywiście tylko subiektywnie i hipotetycznie - uważam, że te wszystkie systematyczne i wzajemnie "przymilne" rozmowy E. Macrona i O . Scholza z W. Putinem oraz te wszystkie bezpośrednie rozmowy owych przywódców z prezydentem Chin obracały się właśnie wokół skłonienia Chin Ludowych do ataku na Tajwan! Stąd te pośrednie zapewnienia O. Scholza i już bezpośrednie E. Macrona (ale była tam i Ursula von der Leyen!) o "strategicznej neutralności" Niemiec, Francji oraz całej UE wobec ewentualnego konfliktu na linii Chiny Ludowe -Tajwan. Taka deklaracja jest jak najbardziej zachętą do ataku Chin na wyspę Tajwan, do której Chiny roszczą sobie prawa od dawna i urażają ją za zbuntowaną prowincję.  

Jeżeli tak jest (a wydaje się to wielce prawdopodobne) to ta hipotetycznie perfidna gra Rosji, Niemiec, Francji i KE jest szalona i może naprawdę doprowadzić do eskalacji wojny rosyjskjo-ukraińskiej do poziomu wojny światowej, nawet z użyciem broni jądrowej!

Bo co może się hipotetycznie wydarzyć, gdyby Chiny zaatakowały Tajwan a do czego chyba dążą Rosja, Niemcy i Francja? Otóż wtedy USA ewentualnie mogłyby wyjść z Europy i zająć się wojną (a nawet tylko jej groźbą!) chińsko-tajwańską. A to by oznaczało zaprzestanie pomocy militarnej USA dla Ukrainy i tym samym szybki jej upadek oraz przejęcie Europy (UE) przez kondominium rosyjsko-niemieckie (unijne). Przy takim rozwiązaniu Niemcy, Francja oraz Rosja uzyskałyby wszystkie cele tej hipotetycznej, perfidnej geopolitycznej gry! A Polska zostałaby osamotniona i bezbronna... No i wszystko w Europie niemal wróciłoby do "tego jak było"...

Ale ten czarny scenariusz mógłby też zakończyć się pełnoskalowym konfliktem na linii Chiny-USA a wtedy ów konflikt mógłby rozlać się na inne kraje i mielibyśmy de facto III WŚ! Tego chcą Niemcy i Francja, ze szczególnym wskazaniem na Niemcy w porozumieniu z Rosją? A dlaczegóżby nie? Przecież już kilka rewolucji i wojen było wywoływanych przez te kraje...

Tyle tylko czy USA pozwolą na takie lekceważące i bezczelne ich traktowanie przez Niemcy i Francję (i pośrednio przez Rosję), które są przecież też członkami NATO? 

Wierzę, że jednak amerykańskie tzw. "głębokie państwo" reprezentujące mocarstwową pozycję USA na arenie światowej nie pozwoli sobie na wycofanie się z Europy. Może nawet - paradoksalnie - Niemcy i Francja swoimi posunięciami na tyle "zdrażniły" USA, że jeszcze bardziej stracą na geostrategicznym znaczeniu. 

Nie po to de facto USA rozszerzają wschodnią flankę NATO i pompują w nią pieniądze i uzbrojenie, żeby teraz opuszczać Europę. 

Poza tym zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie jest na tyle duże, że nagła zmiana kursu Amerykanów na li tylko Chiny i Tajwan potraktowana zostałaby na świecie jako swoista dezercja, podobna do sławetnego wycofania żołnierzy amerykańskich z Afganistanu. A na to USA dziś sobie nie mogą pozwolić. 

Poza tym, jak się wydaje, ChRL potrzebuje jeszcze kilku lat, aby była gotowa na zajęcie Tajwanu i otwarty konflikt z USA...

Tym niemniej musimy też zakładać czarne scenariusze i być na nie przygotowani...

Na koniec taka dygresyjna i być może naiwna uwaga. 

Niemcy, Francja oraz część krajów Starej UE i jej elit, gębowo (werbalnie) pełne są frazesów o  demokracji, poszanowaniu praw człowieka, praworządności, wolności czy prawie każdego człowieka do godności i podmiotowości... I co? Nie przeszkadza im pertraktowanie i zacieśnianie dobrych stosunków z komunistyczną Chińską Republiką Ludową, która jest wzorcowym państwem, gdzie łamie się wszelkie demokratyczne reguły a prawa człowieka są pustą frazą? No, ale to pytanie w sumie jest naprawdę naiwne zważywszy, że wcześniej przez kilkadziesiąt lat Niemcy czy Francja zacieśniały przyjazne stosunki i współpracę z Rosją, która jest równie totalitarnym i nieprzestrzegającym praw człowieka krajem jak Chiny.


[3] Ściślej na Republikę Chińską kontrolującą Tajwan oraz również wyspy Peskadory, Kinmen i Mazu, a cały obszar będący pod kontrolą rządu nazywany jest oficjalnie wolnym obszarem RCh. 


"Tajwan należy do państw rozwiniętych przemysłowo i jest jednym z tzw. azjatyckich tygrysów. W eksporcie dominują wyraźnie produkty elektroniczne i IT. Tajwańskie przedsiębiorstwo Taiwan Semiconductor Manufacturing Company (TSMC) jest największym na świecie producentem układów scalonych, w tym procesorów i półprzewodników (60% światowej produkcji). Tajwańskimi przedsiębiorstwami są także m.in. MSI, BenQ, HTC, ADATA, Quanta Computer i Acer oraz ASUS, odpowiednio czwarty oraz piąty co do wielkości producenci komputerów osobistych na świecie. Na uwagę zasługuje również fakt, że niemal wszyscy najwięksi światowi producenci płyt głównych do komputerów mają swe siedziby w tym kraju (MSI, Gigabyte, ASRock i inne). Hon Hai Precision Industry, znane jako Foxconn, jest największym na świecie producentem urządzeń elektronicznych, który wytwarza m.in. smartfony dla firm Apple, Nokia i Xiaomi, konsole 3DS i Wii U dla Nintendo, PlayStation dla Sony i Xbox dla Microsoftu oraz czytniki Kindle dla Amazona. Foxconn jest jednym z największych pracodawców na świecie. Podobną działalność, polegającą na produkcji elektroniki konsumenckiej dla innych producentów (ang. contract manufacturing) prowadzą również Pegatron czy Wistron. Silną pozycję w gospodarce wyspy mają także przemysł chemiczny (Formosa Chemicals, Nan Ya Plastics i Formosa Plastics), stoczniowy (CSBC Corporation, Taiwan i Jong Shyn Shipbuilding) i produkcja stali (China Steel). Tajwan jest także światowym centrum produkcji rowerów i komponentów rowerowych z takimi wiodącymi markami jak Giant, Merida, Maxxis, Marzocchi. Silnie rozwinięty jest przemysł motoryzacyjny, ze szczególnym uwzględnieniem producentów skuterów (będących podstawowym środkiem transportu indywidualnego na Tajwanie), motocykli i quadów. Znane są takie przedsiębiorstwa jak KYMCO, SYM, Aeon Motor czy Gogoro, będące pionierem w branży skuterów elektrycznych. Wiodącym producentem i importerem samochodów jest Yulon Motor. W kraju tym działa kilka elektrowni jądrowych i kilkanaście węglowych. Znaczący udział w imporcie ma ropa naftowa. W rolnictwie dominuje chów trzody chlewnej, uprawia się też banany. Tajwańskie przedsiębiorstwo Uni-President Enterprises Corporation jest największym w Azji producentem artykułów spożywczych. Uni-President prowadzi na Tajwanie także m.in. sieć sklepów typu convenience 7-Eleven (niedługo wejdzie do Polski). PKB na jednego mieszkańca w 2009 roku wyniosło 16 392 $[8], a w 2018 roku już 24 577 $. Bardzo dobrze rozwinięta jest sieć internetowa. W 2020 roku 92,4% ludności Tajwanu było użytkownikami internetu" - za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Republika_Chińska

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 

© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

czwartek, 13 kwietnia 2023

Polska zaryzykowała wszystko i wszystko wygrała!

Pomoc Ukrainie była dla Polski wielkim ryzykiem. 

Przecież do momentu agresji Rosji na ten kraj, USA z J. Bidenem zdążali już niemal opuścić Europę i ponownie przekazać ją Niemcom... i Rosji. J. Biden nawet zezwolił tym krajom na uruchomienie drugiej nitki rurociągu Nord Stream i w ten sposób została usunięta ostatnia przeszkoda w uzależnieniu Europy od rosyjskich surowców. Nawet już wszyscy - z USA na czele - w sumie przyjęli do wiadomości aneksję Krymu przez Rosję. 

I wtedy pewny siebie W. Putin pełnoskalowo zaatakował zbrojnie Ukrainę. W tej sytuacji Polska miała dwa wyjścia: albo zaryzykować wszystko i od razu pomóc Ukrainie albo wzorem Niemiec czy Francji - przy cichej aprobacie USA z J. Bidenem - zachować do tej wojny dystans i czekać aż Ukraina szybko zostanie pokonana przez Rosję. 

Polska zaryzykowała jednak od razu pomocą Ukrainie i Ukraińcom. I to zarówno w skali ludzkiej, prywatnej empatii, jak i pomocy państwowej. I od razu też zaczęła geopolitycznie jednać sobie sojuszników. Doprowadziła tym samym do zmiany o 180 stopni stanowiska USA wobec Rosji i Europy, i tak naprawdę to Polska uratowała Ukrainę przed szybką porażką. 

Ryzyko podjęte przez Polskę przyniosło nadspodziewane efekty. Tak naprawdę wszystko wygraliśmy i dzięki temu staliśmy się dziś kluczowym partnerem USA i UK w Europie i NATO. Nasza postawa doprowadziła też do rozszerzenia NATO o Finlandię a niedługo też o Szwecję. Zbroimy się w najnowocześniejszy sprzęt militarny, stajemy się powoli gospodarczą i militarną potęgą europejską. Kosztem Niemiec i Francji zyskujemy geostrategicznie. 

Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, abyśmy ten dobry dla Polski czas wykorzystali w sposób maksymalny. "Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana". My zaryzykowaliśmy tak naprawdę wszystko i pijemy tego szampana z zadowoleniem dobrze wykonanej roboty, i nie tylko dla Polski! 

No i cóż... roboty wykonanej przez Zjednoczoną Prawicę, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarną Polskę! 

P.S.

Ja do dzisiaj nie rozumiem po co ta wojna była potrzebna W. Putinowi. 

Przecież - o czym wspomniałem - wszystko szło po jego myśli. J. Biden nawet zezwolił na uruchomienie NS2 i w ten sposób została usunięta ostatnia przeszkoda w uzależnieniu Europy od rosyjskich surowców. Nawet już wszyscy w sumie przyjęli do wiadomości jego aneksję Krymu. 

Swobodnie mógł poczekać (a nieraz czekał długo) aż już całkowicie poprzez NS2 uzależni UE od swoich dostaw gazu. Niemcy w międzyczasie spacyfikowaliby kraje Europy Środkowo-Wschodniej i zaczęłyby już swobodnie budować Jedno Sfederalizowane Państwo Europa. Wtedy też już Ukraina nie mogłaby liczyć na nikogo. A tak - paradoksalnie - ten jego atak na Ukrainę zmienił wszystko i to z korzyścią dla wolnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Polski) i Ukrainy. Z punktu widzenia Rosji i Niemiec, czyli kondominium niemiecko-rosyjskiego, głupota W. Putina do potęgi n-tej. 

W kategoriach normalności nie można tej jego decyzji zrozumieć, ale W. Putin jest szalonym totalitarystą a dodatkowo reprezentuje tzw. "duszę rosyjską" a jej nie da się zrozumieć "na trzeźwo".

Zwykli Rosjanie dalej go popierają... Niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego? A dlaczego miliony Rosjan płakało po śmierci ludobójcy i to nie tylko własnego narodu - J. Stalina? A dlaczego 90% Niemców popierało A. Hitlera? 

Te dwa narody są specyficzne w skali świata i ta ich specyfika zbliża je do siebie od wielu wieków. Jako Polacy wiemy, że nigdy ani Niemcom ani Rosji nie można ufać. My to rozumiemy, ale oprócz nas i kilku narodów Środkowo-Wschodniej Europy, inni nie mają o tym zielonego pojęcia. Dobrze, że dzięki Polsce i Ukrainie, powoli zaczyna to docierać do innych...

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 

© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

środa, 12 kwietnia 2023

Niemcy wraz z Francją chcą dać sygnał USA!

Zręby tego tekstu powstały już w listopadzie 2022 roku, zaraz po wizycie Olaf Scholza w Chinach. Teraz Chiny odwiedził Emmanuel Macron w towarzystwie ośmieszonej i zagubionej na arenach międzynarodowych jak nasza Ewa Kopacz, Ursuli von der Leyen. Stąd powróciłem do tego tekstu, bowiem już teraz dokładnie widać jak Niemcy i Francja chcą odzyskać znaczenie międzynarodowe i dać sygnał USA, aby one zmieniły swoją geopolityczną strategię. 

A tym sygnałem są wskazane wizyty O. Scholtza, E. Macrona i Ursuli von der Leyen w Chinach. Tymi wizytami w kraju, który jest wrogiem USA, chcą ich skłonić, aby powróciły do popierania niemieckiej i francuskiej UE a tym samym oddania Niemcom całej Europy, w tym Europy Środkowo-Wschodniej. A jak Niemcom to i Rosji. 

Wydaje się, że starają się "zagrozić" Stanom Zjednoczonym, iż jeżeli one nie oddadzą im Europy (z naciskiem na kraje naszej, m.in. polskiej środkowo-wschodniej jej części) to oni są gotowi wejść w geostrategiczny alians z Chinami kosztem USA. 

Oba kraje zdają sobie bowiem sprawę, że ich geopolityczne znaczenie spadło do wartości najniższych od wielu, wielu lat a im one wojennie tracą, tym zyskują kraje Europy Środkowo-Wschodniej z Polską na czele. Dla Niemiec wzrost militarnego, geopolitycznego i gospodarczego znaczenia Polski jest nie do zaakceptowania i ponownie wywołuje u nich obudzoną wielowiekową antypolską wściekłość. 

Reakcja Niemiec i Francji na agresję W. Putina na Ukrainę a tak de facto wcześniejsza kilkudziesięcioletnia bliska współpraca z Rosją kosztem całej Europy uwidoczniła nie tylko słabość tych dwóch krajów, ale ich buńczuczny egoizm. 

W przypadku Niemiec możemy wręcz mówić, że po II WŚ cały niemal czas realizowały postanowienia przyjęte w ramach idei Mitteleuropy oraz Paktu Ribbentrop-Mołotow i sławetnego już kondominium rosyjsko-niemieckiego. Tak naprawdę pośrednio to Niemcy, Francja i ich część UE są winni wywołania wojny pomiędzy Rosją a Ukrainą. 

W czasie pekińskiej wizyty O. Scholza ""padło kilka ważnych stwierdzeń dotyczących m.in. Rosji i Tajwanu, ale naiwnością byłoby oczekiwać, że zmienią one politykę ChRL – ocenił w piątek w rozmowie z PAP dr Marcin Przychodniak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Według niego wizyta była „politycznym błędem” Berlina, wykorzystanym przez ChRL do „promocji własnej narracji o współpracy z UE i Niemcami, na przykład na rzecz światowego pokoju” (...) Kanclerz ogłosił po spotkaniu z Xi, że poprosił go, by wykorzystał „swój wpływ” na Rosję, aby ta przerwała „agresywną wojnę” przeciwko Ukrainie. Na konferencji prasowej z premierem Li podkreślał również odpowiedzialność ChRL za bezpieczeństwo w regionie. Oświadczył, że Niemcy przestrzegają polityki „jednych Chin”, ale jakakolwiek zmiana statusu quo w sprawie Tajwanu musiałaby się odbyć pokojowo i za zgodą obu stron" (...) Scholzowi towarzyszyła w Pekinie delegacja niemieckich przemysłowców. Ekspert PISM zwrócił uwagę, że podczas wizyty ogłoszono między innymi, iż szczepionki mRNA przeciw koronawirusowi niemieckiej firmy BioNTech zostaną dopuszczone do stosowania w Chinach, początkowo dla mieszkających tam obcokrajowców. Po tej deklaracji ceny akcji BioNTech wzrosły o 5 proc. - podała agencja Reutera"" [1].

Prof. Bogdan Musiał w wywiadzie dla salonu24 odnośnie Niemiec stwierdził m.in., że ""Coraz więcej polityków sprzeciwia się wspieraniu Putina. Ale to lobby rosyjskie nadal jest silne, a Niemcy pod rządami Scholza są piątą kolumną Rosji (...) W kontekście polskim zdecydowanie większym problemem od napięć wewnętrznych (w Niemczech - dop.: kj), są międzynarodowe powiązania gospodarcze  Berlina. Nie chodzi tylko o wieloletnią współpracę z Federacją Rosyjską, ale też o fakt, że aż  30 – 40 proc. eksportu niemieckiego idzie do Chin, które prowadzą zbrodniczą politykę. Bez wątpienia są zagrożeniem dla demokracji na całym świecie. Tymczasem Niemcy robią z nimi geszefty, stosując w praktyce zasadę German First, czyli najpierw Niemcy. Ta polityka musi się zmienić, mam nadzieję, że w końcu Stany Zjednoczone na niemieckich politykach zmianę tę wymuszą. Analogicznie do sytuacji w Ukrainie, gdzie po prostu mleko się rozlało,  jest po prostu wojna. I mamy pewne  symptomy zmian w Niemczech. Choć oczywiście rządząca SPD nadal jest formacją prorosyjską (...) Sądzę, że kanclerz Scholz i jego ludzie robią wszystko, żeby Putinowi nie zaszkodzić (...)  Dlatego w moim przekonaniu to Stany Zjednoczone są na dzień dzisiejszy jedynym gwarantem bezpieczeństwa w Europie. Dlatego już od końca II wojny światowej, celem Kremla jest wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z kontynentu. To wciąż ta sama polityka, którą opracował Józef Stalin. Polegała między innymi na uzależnianiu poszczególnych państw od rosyjskich surowców. I już w czasie zimnej wojny mieliśmy do czynienia ze współpracą Berlina i Moskwy. Ten sojusz ponad  głowami  innych państw był bardzo groźny  dla Finlandii,  Polski, Rumunii – krajów zagrożonych tą rosyjską agresją. Rodzaj tego zagrożenia rzecz jasna się zmienia – po 1990 roku powstały nowe państwa w przestrzeni sowieckiej. Wcześniej była agresja sowiecka, teraz jest rosyjska. Ale ideologia „Ruskiego Miru” jest również śmiertelnie groźna wobec sąsiadów. Niestety w Niemczech  przez dekady na Kremlu  widziano sojusznika. Po 24 lutego coś się zmieniło – chodzi o nastawienie opinii publicznej, części polityków. A i kanclerz Scholz choć nadal jest prorosyjski, nie może wyjść i powiedzieć „tak, jestem za Putinem"" [2].

Wizytę E. Macrona w Chinach można również uznać jako wizytę pod hasłem France First (Najpierw Francja), z tym, że teraz "francuski fircyk" uzurpacyjnie zaczął się wypowiadać w imieniu całej Europy a może raczej Unii Europejskiej. I ten pekiński pobyt E. Macrona był o wiele szerszy politycznie i groźniejszy dla nas i całej UE niż wcześniejsza chińska wizyta O Scholza. I sądzę, że została ściśle uzgodniona z Niemcami - stąd odbywała się "pod nadzorem" Ursuli von der Leyen, która zresztą została potraktowana przez władze chińskie jako niemal persona non grata. Jej durna mina po takim potraktowaniu to zjawisko bezcenne... Ale fakt nadzoru nad nią szefowej KE jest bezsporny.

E. Macron podpisał 51-punktową, wspólną deklarację z Xi Jinpingiem [3]. 

----------------------------------------

"Zaczyna się ona od punktów dotyczących „partnerstwa strategicznego” między Francją a Chinami oraz zapowiedzią regularnego organizowania spotkań „na najwyższych szczeblach”. Możemy też przeczytać (pkt. 4) o „pogłębieniu dialogu” między chińskim dowództwem odpowiadającym za południowy teatr działań (Tajwan) a Dowództwem Francuskich Sił Zbrojnych w rejonie Pacyfiku. Deklaracja ta jest o tyle wymowna, że Pekin zaraz po zakończeniu wizyty Macrona rozpoczął wielkie manewry wokół Tajwanu, których scenariusz przewidywał zbrojną inwazję. Francuski prezydent nie mógł o tym nie wiedzieć, a to oznacza, że przywoływany punkt ma zupełnie inną wymowę i nie jest jakimś niewinnym ozdobnikiem dyplomatyczno – retorycznym, tym bardziej, że dalej (pkt. 6) napisano: „Francja potwierdza swą politykę jednych Chin”, co oznacza, że uznaje Tajwan za zbuntowaną prowincję. Idźmy dalej, pkt. 8. i 9. związane są z kwestiami jądrowymi. Francja i Chiny deklarują, iż zamierzają „wzmocnić koordynację i współpracę w celu wspólnego zabezpieczenia autorytetu i skuteczności reżimu kontroli zbrojeń i nierozprzestrzeniania oraz przyspieszenia procesu międzynarodowej kontroli zbrojeń.” To sformułowanie trzeba czytać łącznie z podobną deklaracją Xi Jinpinga i Putina, podpisaną niedawno w Moskwie, w której Stany Zjednoczone są obwinianie w związku z programem „Nuclear Sharing” o łamanie zasady nieproliferacji broni jądrowej. Oświadczenie Paryża i Pekinu nie jest formułowane w dyplomatycznej próżni, bo jeśli zawarto w nim zapisy o „autorytecie i skuteczności” kontroli zbrojeń, to dotyczy to zarówno polityki Iranu jak i deklaracji Joe Bidena w kwestii broni nuklearnej w Korei Płd. 

W tym kontekście trzeba też zwrócić uwagę na niedawne deklaracje Sebastiena Lecornu, francuskiego ministra obrony, na temat potencjału jądrowego (ma on pozostać francuskim i nie będzie przekształcony w europejski) jak i ostatnie zapowiedzi zwiększenia budżetu wojskowego, ale zwłaszcza tego na co te pieniądze mają zostać przeznaczone. Do roku 2030 ma on wzrosnąć do poziomu 413 mld euro, co oznacza skok z obecnych 44 mld wydawanych rocznie do 69 mld docelowo w 2030 (w 2017 było to 33 mld euro), ale nie oznacza to zwiększenia francuskiej siły w taki sposób jak my na ten temat myślimy. I tak, planowane na lata 2027 – 2030 wejście do służby 42 śmigłowców bojowych „Rafal” zostało przesunięte na rok 2032, co oznacza, że zamiast planowanych 185 pod koniec dekady Francuzi będą mieli 137 tych maszyn. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że planowane jest podniesienie maksymalnego wieku rezerwistów do 70 lat (w niektórych specjalizacjach nawet do 72), a wszystko w związku z tym, że Macron chciałby podwojenia ich liczby. Paryż ma zamiar pracować nad nową generacją satelitów obserwacyjnych, zwiększy produkcję amunicji, przede wszystkim znaczna część tych środków ma pójść na odbudowę zapasów (sprzętu) uszczuplonych w związku z tym co Paryż przekazał na Ukrainę, ale też do Grecji, bo trzeba pamiętać o podpisanym w 2021 roku pakcie wojskowym zwróconym przeciw Turcji. Przemawiając w styczniu w bazie lotniczej w Mont-de-Marsan Macron powiedział, że „kończy się czas dywidendy pokoju” i należy być przygotowanym, w tym ponosić większe nakłady, do ewentualnej wojny. Nie ulega wątpliwości, że Paryż traktuje też potencjał swych sił zbrojnych jako jedno z ważnych narzędzi lewarowania swej pozycji międzynarodowej, zwłaszcza europejskiej.

W kwestiach związanych z obszarem cyber, jak zapisano, „w tym w zakresie 5G, strona francuska zobowiązuje się do dążenia do sprawiedliwego i niedyskryminacyjnego traktowania wniosków licencyjnych od chińskich firm na podstawie przepisów ustawowych i wykonawczych, w tym w zakresie bezpieczeństwa narodowego obu krajów.” Tego rodzaju sformułowanie oznacza, że Paryż nie przyłączy się do proponowanej przez Waszyngton polityki blokowania chińskich firm technologicznych. Dalej pada wiele słów o współpracy gospodarczej, politycznej, kulturalnej i naukowej. Szczególnie istotna jest deklaracja (pkt. 37) o „zacieśnianiu współpracy” na forum G-20 „aby mogło odgrywać swoją rolę głównego forum światowej współpracy gospodarczej”. To też wymowny zapis bo skądinąd wiadomo, że Amerykanie raczej kładą nacisk na G-7, a trzeba pamiętać, że w G-20 jest Rosja i nikt nie ma zamiaru jej z tego grona wyrzucić.

Nie tylko wspólna francusko – chińska deklaracja zbudowała kontekst tej wizyty. W jej toku mieliśmy do czynienia z demonstracyjnym lekceważeniem przez Chińczyków Ursuli von der Leyen, która przed wylotem do Pekinu wygłosiła twarde jak na europejskiego polityka przemówienie w sprawie polityki Wspólnoty wobec Państwa Środka. Macronowi liczne afronty wobec szefowej Komisji Europejskiej wydawały się zupełnie nie przeszkadzać, a media relacjonujące wizytę podkreślały, iż był on zachwycony temperaturą przyjęcia. To wiele mówi zarówno na temat tego jak francuski prezydent postrzega Unię, jak i na temat osobistych relacji między politykami na szczytach Wspólnoty. Wymiar gospodarczy tej wizyty ma też znaczenie, bo dla francuskiego przemysłu jest on znaczący. I tak Airbus ma sprzedać do Chin 160 samolotów i 50 śmigłowców, a francuski koncern energetyczny EDF podpisał porozumienie w sprawie współpracy inżynieryjnej, również w obszarze nuklearnym, z chińskim państwowym przedsiębiorstwem CGN, francuskie firmy mięsne zostały dopuszczone na tamtejszy rynek, Suez ma zbudować instalacje do odsalania wody morskiej, zapowiedziano dostawy bioetanolu a L’Oreal będzie sprzedawał kosmetyki. Choć Anglosasi piszą, że „Macron się wygłupił” w Chinach, to niewątpliwie ekonomiczne rezultaty tej podróży z perspektywy Paryża uznać należy za wymierne. Jedno nie ulega wątpliwości - Macron mówiąc o Europie miał w Chinach na myśli Francję i w pierwszym rzędzie francuskie interesy, które jego zdaniem można promować stawiając właśnie na europejskość.

Kwestię tę podniósł też w wywiadach, których udzielił już po zakończeniu wizyty. W Les Echos powiedział, że „zbyt długo Europa nie budowała tej strategicznej autonomii. Dziś bitwa ideologiczna jest wygrana.” W opinii Macrona zasadniczym ryzykiem dla naszego kontynentu jest to, że zostanie on „wciągnięty” w rywalizację chińsko – amerykańską. Chodzi o to, że Europa potrzebuje czasu aby zbudować swą autonomię strategiczną. W opinii francuskiego prezydenta decyzja w tej kwestii już zapadła – chodzi zarówno o zaciągnięcie przez Unię Europejską wspólnego długu, jak i ostatnie decyzje związane ze wspólnymi europejskimi zamówieniami na zakup amunicji. A zatem decyzja zapadła, teraz chodzi o czas, bo nasz kontynent musi mieć jego wystarczającą ilość, aby zbudować swój potencjał - zarówno militarny jak i ekonomiczny. I to właśnie do kwestii czasu odnosi się Macron deklarując, że przyspieszenie rywalizacji amerykańsko – chińskiej nie jest nam (Europie) na rękę, bo taki scenariusz wymusi polaryzację, powstanie dwóch obozów i w konsekwencji doprowadzi do zwasalizowania państw europejskich wobec Stanów Zjednoczonych. W kwestii rozmów pokojowych między Ukrainą a Rosją Macron mówi, że „teraz jest czas wojenny” i nie pora na ich rozpoczęcie, ale nie zmienia to faktu, iż obecnie warto aby mocarstwa rozmawiały na temat sytuacji, bo w ten sposób tworzy się warunki które pozwolą inicjować negocjacje. W tym wypadku komunikat jest również bardzo czytelny – czekamy na ukraińską ofensywę, po której nastąpi faza polityczna - czyli negocjacyjna. Paryż i Pekin, tak to widzi jak sądzę Macron, mogłyby wówczas wspólnie sformułować jakieś propozycje. Jak mówi „autonomia strategiczna oznacza, że mamy podobne poglądy ze Stanami Zjednoczonymi, ale czy chodzi o Ukrainę, relacje z Chinami czy sankcje - mamy strategię europejską. Nie chcemy wchodzić w logikę blok wobec bloku. Wręcz przeciwnie, musimy „zredukować ryzyko” naszego modelu a nie polegać na innych, zachowując tam, gdzie to możliwe, silną integrację naszych łańcuchów wartości.” To co warto zapamiętać z tego wywiadu, to przekonanie Macrona, że „bitwa ideologiczna” została już wygrana, tj. nikt nie kwestionuje potrzeby zwiększania możliwości, w tym wojskowych, Europy. Jeśli mówi się o zwiększeniu produkcji uzbrojenia i amunicji (warto pamiętać, że największy jej europejski wytwórca - koncern Nammo - jest firmą norweską, choć z udziałami rządu Finlandii) to Francuzi zawsze uważają, że niemała część większych budżetów winna przypaść firmom europejskim, czyli francuskim i niemieckim, i dlatego w toku ostatnich rozmów na temat wspólnych zakupów amunicji byli przeciwnikami dopuszczenia firm spoza Unii (chodziło o Koreańczyków i Turków). A zatem Europa już buduje swą autonomię strategiczną, a tego czego potrzebuje, to czas. Francja jest gotowa stanąć na czele tej nowej Europy, z większym potencjałem wojskowym, tym bardziej w sytuacji jeśli Niemcy zabierają się do realizacji zapowiadanych zmian w sposób opieszały. Francuzi już to robią, mają zresztą siły zbrojne w lepszej kondycji. A zatem jeśli w przyszłości czynnik militarny będzie odgrywał w polityce europejskiej większą rolę, to pozycja Paryża wzrośnie. Tym bardziej jeśli uda się, a to właśnie Macron robi, narzucić polityczną agendę, wizję relacji z głównymi graczami, zarówno z przyjaciółmi jak i z rywalami. Jest tylko jeden słaby punkt tej strategii – brak czasu. Z tego względu Francja nie jest zainteresowania podziałem świata na dwa zwalczające się bloki, co obiektywnie wspiera narrację na temat powstawania nowego porządku globalnego z wieloma ośrodkami siły.

W rozmowie z dziennikarzami politico francuski prezydent poszedł dalej, mówiąc choćby o tym, że w interesie Europy nie leży uzależnianie się od dolara - pieniądza rezerwowego świata. Powtórzył też swoje deklaracje na temat „autonomii strategicznej” naszego kontynentu wypowiadane już wcześniej.

Reakcja Anglosasów na te słowa była łatwa do przewidzenia. The Wall Street Journal w komentarzu redakcyjnym napisał, że retoryka Macrona jest na rękę tym przedstawicielom amerykańskiego establishmentu strategicznego, którzy opowiadają się za przeniesieniem zainteresowania Stanów Zjednoczonych z Europy do Azji, a nawet może doprowadzić do zwycięstwa Trumpa i nurtu neoizolacjonistcznego w zbliżających się wyborach. Inni komentatorzy byli bardziej dosadni pisząc, iż w sprawie strategicznej autonomii Europy wypowiedział się „człowiek który nie jest w stanie sprawić aby ulice Paryża nie płonęły” (J.J. Carafano) lub, że jego deklaracje świadczą „o utracie kontaktu z rzeczywistością” (Noah Barkin).

Zostawmy te złośliwości na boku, zastanówmy się nad tym jaki „plan polityczny” realizuje Macron? Otóż moim zdaniem jest on zainteresowany podziałem zarówno w relacjach atlantyckich jak i Europy. Paradoksalnie, zwycięstwo Trumpa w amerykańskich wyborach lub innego przedstawiciela nurtu izolacjonistycznego, byłoby Paryżowi na rękę, bo działałoby obiektywnie na rzecz „autonomii strategicznej”. Podobnie w kwestii rozwiązań politycznych dla Ukrainy. Nie wydaje się aby Francja była otwarta na dyskusję, zapowiadaną na najbliższym szczycie NATO w Wilnie, na temat gwarancji bezpieczeństwa dla Kijowa. Podobnie traktować trzeba perspektywy członkostwa Ukrainy w Unii (pamiętajmy, że we Francji musi się w tej sprawie odbyć referendum powszechne i zostać wygrane). A zatem, w planie politycznym deklaracje Macrona na temat pokoju oznaczają próbę budowania układu wielostronnego, z zaangażowaniem Chin, a to oznacza, nawet jeśli tylko częściowe, uwzględnienie chińskich interesów na Ukrainie. Chodzi choćby o możliwości uczestnictwa firm z Państwa Środka w procesie odbudowy. Warto pamiętać, że w Kijowie są zwolennicy (choćby Pawło Klimkin, były minister spraw zagranicznych) takiej opcji. W przypadku Klimkina, warto też zwrócić uwagę, że zainteresowanie chińską aktywnością łączy on z akcentowaniem wagi współpracy Ukrainy z Francją i Niemcami. Kiedy był szefem MSZ-u nie zapisał się w pamięci jako zwolennik zbliżenia z Warszawą, a Poroszenko uprawiał politykę o wyraźnym wektorze niemiecko – francuskim. I podobnie jest teraz. Wizji zaangażowania Chin w odbudowę Ukrainy towarzyszy silne akcentowanie „opcji europejskiej”, kosztem atlantyckiej (USA, Wielka Brytania, Polska). Problemem jest oczywiście to, że Amerykanie nie podjęli jeszcze decyzji, a nawet, jak pisał niedawno na ten temat „Financial Times”, powołując się na źródła dyplomatyczne, w kwestii otworzenia Kijowowi perspektywy członkostwa w NATO są przeciwnikami takiej opcji. Ten krok nadal uważany jest w Waszyngtonie jako działanie potencjalnie eskalacyjne w toczącej się wojnie, poza tym „postawienie” na Europę Środkową oznacza zdaniem wielu amerykańskich analityków wzięcie na swe barki dodatkowego ciężaru, a Ameryka potrzebuje czegoś zupełnie innego. To zaś z kolei powoduje, że w amerykańskiej kalkulacji strategicznej decyzja Niemiec ma zasadnicze znaczenie. I Macron mówiący o współpracy Europa – Chiny, gra na niemieckich interesach gospodarczych w Państwie Środka, po to aby osłabić pokusy Berlina na rzecz opcji atlantyckiej. Kalkulacja Macrona jest czytelna – jeśli Amerykanie podejmą decyzję na którą czeka Kijów (gwarancje bezpieczeństwa, wzrost dostaw, warunki zakończenia wojny, udział w procesie odbudowy), to ukształtuje się w Europie Środkowo – Wschodniej nowy układ sił, który zważywszy na proamerykańskie nastroje będzie prowadził do umocnienia europejskiego dualizmu, faktycznego podziału Unii Europejskiej na „Europę dwóch prędkości”. Jeśli natomiast Waszyngton nie będzie w stanie sformułować wiarygodnego planu politycznego jeśli chodzi o bezpieczeństwo Europy, to wówczas państwa wschodniej flanki nie będą miały wyboru - autonomia strategiczna, rozumiana jako wzrost samodzielności wojskowej kontynentu, z czasem stanie się faktem. W optyce Paryża jest to sytuacja typu win – win, a jak to wygląda z naszej perspektywy? Już nie tak dobrze. Musimy przedstawić naszą strategię, niezbędną zwłaszcza w sytuacji, kiedy Waszyngton nie podąży w korzystnym dla nas kierunku.

----------------------------------------

To tyle Marek Budzisz - dziennikarz wpolityce.pl. Bardzo długi fragment jego artykułu, ale spostrzeżenia dziennikarza są naprawdę cenne i warto je poznać. 

""Ogólnie Emmanuel Macron wywołał lawinę krytyki po tym, jak powiedział, że Europa nie powinna stać się "naśladowcą Ameryki" i musi unikać wciągnięcia w konflikt między USA a Chinami o Tajwan. Macron tym sposobem zapewnił Xi, że Francja nie kiwnie palcem w obronie Tajwanu, jeśli Chiny będą naciskać na inwazję.

Francuski prezydent wygłosił te uwagi w wywiadzie na pokładzie samolotu po trzydniowej wizycie państwowej w Chinach, gdzie został powitany z najwyższymi honorami przez prezydenta Chin, Xi Jinpinga.

W rozmowie z dziennikarzami Les Echos i Politico, Macron powiedział, że Europa powinna być trzecim mocarstwem w porządku światowym, obok USA i Chin, w którym Francja odgrywałaby rolę przewodnią.

Wyłonienie się Europy jako niezależnego gracza geostrategicznego było od lat celem Macrona, zgodnie z tradycją sięgającą czasów prezydenta założyciela V Republiki Charlesa de Gaulle'a, który widział Francję jako siłę balansującą między blokami zimnowojennymi. Ale fakt, że w wywiadzie prezydent Francji przemawiał jako reprezentujący Europę został bardzo źle odebrany w Stanach Zjednoczonych.

Francuski prezydent stwierdził, że "wielkim ryzykiem", przed którym stoi Europa jest to, że "zostaje uwikłana w kryzysy, które nie są nasze, co uniemożliwia jej budowanie swojej strategicznej autonomii". "Nie chcemy popadać w logikę blok kontra blok" - dodał.

Według Les Echos, Macron powiedział: "Czy my [Europejczycy] mamy interes w przyspieszeniu w sprawie Tajwanu? Nie. Najgorsze byłoby myślenie, że my Europejczycy musimy być naśladowcami w tym temacie i dostosować się do amerykańskiego planu i chińskiej przesady."

- Europejczycy sami nie mogą rozwiązać kryzysu na Ukrainie, jak więc możemy wiarygodnie powiedzieć [Chinom] w sprawie Tajwanu: uważajcie, jeśli zrobicie coś złego, będziemy tam? Jeśli naprawdę chcesz zwiększyć napięcia to właśnie w ten sposób - powiedział Macron.
- Jeśli nastąpi przyspieszenie konfliktu między amerykańskim i chińskim duopolem nie będziemy mieli czasu, ani środków, by finansować własną autonomię strategiczną i staniemy się wasalami, podczas gdy moglibyśmy stać się trzecią siłą [w porządku światowym], jeśli będziemy mieli kilka lat, by to rozwinąć - kontynuował.

Jeden z europosłów w rozmowie z "The Guardian" podkreślił, że francuski przywódca nie mówi w imieniu UE. "Macron mówi: 'Europa powinna' i 'my Europejczycy', ale mówi w imieniu Francji, nie może tak naprawdę mówić w imieniu Europy".

- To być może trochę zaskakujące, aby podkreślić strategiczną autonomię teraz w kwietniu 2023 roku, ponieważ świat zmienił się w ciągu ostatnich 14 miesięcy - powiedziało źródło, sugerując, że rosyjska inwazja na Ukrainę zakwestionowała zdolność Europy do stania się trzecią siłą w globalnym porządku, jak proponuje Macron.

Norbert Röttgen, niemiecki centroprawicowy poseł, który jest członkiem i byłym przewodniczącym komisji spraw zagranicznych Bundestagu, powiedział, że Macron zamienił swoją podróż do Chin w "PR-owy pucz dla Xi i katastrofę polityki zagranicznej" dla Europy. "Ze swoją ideą suwerenności, którą definiuje raczej w demarkacji niż partnerstwie z USA, coraz bardziej izoluje się w Europie" - uważa.

Reinhard Butiköfer, europoseł, który przewodniczy delegacji Parlamentu Europejskiego do spraw Chin, określił wizytę Macrona w Chinach jako "kompletną katastrofę". Dodał również, że "mrzonka" Macrona o strategicznej autonomii UE i staniu się "trzecim supermocarstwem" jest "poza zasięgiem".

Twierdzenia, że Europejczycy muszą działać niezależnie od Stanów Zjednoczonych w ważnych kwestiach i ignorować interesy Waszyngtonu są nie do przyjęcia dla krajów na wschodniej flance NATO - w tym Litwy, Czech czy Polski - których przetrwanie zależy od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa - zauważa portal "NY Post".

Mujtaba Rahman, szef Europy w firmie badawczej Eurasia Group, powiedział, że czas ostatnich komentarzy Macrona był zły. "Wygłaszanie tych uwag, gdy chińskie ćwiczenia wojskowe okrążyły Tajwan - i tuż po jego państwowej wizycie w Chinach - było błędem. Zostanie to zinterpretowane jako uspokojenie Pekinu i zielone światło dla chińskiej agresji" - komentuje.

Ekspert dodał, że wywiad Macrona był postrzegany jako prezent pożegnalny dla Xi. "Kolejna skazana na niepowodzenie próba (po Putinie) słodkiej rozmowy z autokratą"  - powiedział Rahman.

Według Politico Pałac Prezydencki w Paryżu sprawdził cytaty Macrona przed publikacją jako warunek udzielenia wywiadu i nalegał na usunięcie wypowiedzi, w których Macron mówił "jeszcze bardziej szczerze" o Tajwanie i strategicznej autonomii Europy"" [4].

Reasumując. 

Niemcy i Francja - zresztą podobnie jak Rosja - od zawsze chciały wyparcia USA z Europy. Teraz jednak sytuacja się na tyle zmieniła, że postanowiły już otwarcie zmusić Amerykanów do geopolitycznej rezygnacji z kontynentu europejskiego na rzecz przesunięcia ich aktywności na obszar około-chiński. 

Oba kraje straciły - poprzez wojnę na Ukrainie - dotychczasową pozycję światową i podjęły bardzo ryzykowną próbę odbudowy swojej europejskiej hegemonii. Ażeby jednak tak się stało to za wszelką cenę postanowiły wyprzeć Amerykanów z Europy. 

Obie wizyty w Chinach były i są na świecie oceniane bardzo negatywnie. Dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej ewentualne powodzenie działań niemiecko-francuskich byłoby katastrofą. 

Uważam jednak, że amerykańskie tzw. "głębokie państwo" reprezentujące mocarstwową pozycję USA na arenie światowej nie pozwoli sobie na wycofanie się z Europy. Sądzę nawet, że - paradoksalnie - Niemcy i Francja swoimi posunięciami na tyle "zdrażniły" USA, że jeszcze bardziej stracą na geostrategicznym znaczeniu. 

Warto bowiem zauważyć, że oba kraje są członkami NATO, które niedawno rozszerzyło się o Finlandię a wkrótce do tego grona dołączy Szwecja. Nie po to de facto USA rozszerzają wschodnią flankę NATO, żeby teraz opuszczać Europę. 

Poza tym zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie jest na tyle duże, że nagła zmiana kursu Amerykanów na li tylko Chiny potraktowana zostałaby na świecie jako swoista dezercja, podobna do sławetnego wycofania żołnierzy amerykańskich z Afganistanu. A na to USA dziś sobie nie mogą pozwolić. 

Ogólnie zgadzam się z oceną tej wizyty: ""W sprawie strategicznej autonomii Europy wypowiedział się „człowiek który nie jest w stanie sprawić, aby ulice Paryża nie płonęły” (J.J. Carafano) lub, że jego deklaracje świadczą „o utracie kontaktu z rzeczywistością” (Noah Barkin)"".

Zresztą podobnie można określić działania O. Scholza. On też chyba utracił kontakt z rzeczywistością zważywszy na fakt, iż Niemcy nie są do końca wolnym krajem i do 2099 roku są ubezwłasnowolnione przez aliantów z II WŚ: Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję. Jest tak bowiem 21 maja 1949 roku podpisany został tajny traktat (der Geheime Staatsvertrag) ograniczający suwerenność przyszłej Bundesrepublik. Jego sygnatariuszami była tworząca się administracja niemiecka oraz trzy mocarstwa okupacyjne: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja. W tym dokumencie zapisano, iż do roku 2099, czyli przez 150 lat od jego zawarcia, każdy kolejny kanclerz Republiki Federalnej Niemiec musi podpisać mocarstwom okupacyjnym lojalkę zwaną potocznie der Kanzlerakte. Ogranicza ona suwerenność Niemiec w kluczowych obszarach związanych z szeroko rozumianym bezpieczeństwem państwa i najpierw jest podpisywany podczas pierwszej wizyty nowego kanclerza Niemiec w USA [5]. I gdyby nawet Francuzi zrezygnowali z tego przywileju to zostają Niemcom jeszcze USA i UK!


[5] https://niepoprawni.pl/blog/rafal-brzeski/kanclerska-lojalka. Kolejne rządy niemieckie starają się poddawać w wątpliwość istnienie tegoż dokumentu a jego kopię uważają za fałszywkę. Niemniej różne przecieki i wypowiedzi niemieckich polityków (nawet zawoalowane byłych kanclerzy) czy naukowców raczej pozwalają na potwierdzenie jego istnienia.




Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

piątek, 24 lutego 2023

Inne spojrzenie na zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie...

Podtytuł: Od Judeopolonii poprzez Izrael do Judeoukrainy!

Zakończyła się w Polsce wizyta prezydenta J. Bidena poprzedzona jego kilkugodzinną bytnością w Kijowie na Ukrainie. Była to jedna z najważniejszych podróży J. Bidena w dotychczasowej jego prezydenturze. Prezydent USA pokazał światu odwagę i determinację w dążeniu do wygranej Ukrainy nad agresywną i barbarzyńską Rosją. Dodatkowo - poprzez obecność na spotkaniu grupy B9 –uzmysłowił wszystkim, że teraz następuje w Europie przesunięcie środka ciężkości NATO w kierunku tzw. wschodniej jego flanki z Polską na czele. Podziękował też Polsce i Polakom za unikatową w skali światowej wszechstronną pomoc walczącej Ukrainie. 

Podczas tej wizyty, mniej więcej takich słów, gestów i zachowań prezydenta J. Bidena można się było spodziewać (oprócz wyjazdu kijowskiego) i tak też ona przebiegła. 

20 lutego napisałem w swoim tekście "Ważne wizyty J. Bidena dla Polski, Ukrainy i państw naszego regionu! [1] mniej więcej tak: 

"Tyle tylko, że sama Rosja na czele z W. Putinem sama sobie jest winna, że USA ponownie zaczęły prowadzić intensywną politykę w Europie. Winę za to ponoszą też Niemcy, które całkowicie zbratały się z Rosją. 

Pamiętamy przecież, że zaraz na początku prezydentury J. Biden prowadził politykę, która charakteryzowała się porzuceniem Europy na rzecz przywództwa w niej Niemiec. A jak Niemiec to i Rosji. Te dwa kraje miały sobie podzielić Europę w ramach tradycyjnego kondominium niemiecko-rosyjskiego. I sądzę, że W. Putin poczuł się bardzo pewnie i nie przypuszczał jak jego agresja na Ukrainę zmieni geopolitykę świata. 

I właśnie ta agresja skłoniła USA do radykalnej zmiany swojej polityki i stała się ona antyrosyjska i też trochę antyniemiecka. Tę zmianę jeszcze potęguje naprawdę heroiczna obrona swojego kraju przez Ukraińców. Ukraina według W. Putina ewentualnie miała się bronić tydzień albo i mniej a... trwa ona już rok!

Dla nas, Polski - choć może to brzmieć kontrowersyjnie - agresja Rosji na Ukrainę stała się wybawieniem, bo dzięki niej tracą znaczenie zarówno Niemcy jak i Rosja, czyli dwa kraje, które są odwiecznymi naszymi wrogami i tak jest do dzisiaj. Ponadto wojna ta toczy się z Rosją na Ukrainie a nie w Polsce, jak to często bywało. Dzisiaj to Ukraina walczy o demokratyczną Europę a może i cały świat. W tym sensie jest to też i nasza wojna, i dlatego musimy wszechstronnie pomagać Ukrainie. 

Możemy więc się cieszyć z powrotu USA do Europy i do ich sojuszu z Polską, ale też trzeba sobie zdawać sprawę, że sojusze nie trwają wiecznie i trzeba samemu zwiększać własne bezpieczeństwo, co na szczęście czyni obecny rząd"

Ale hipotetycznie można a nawet trzeba poszukiwać innych odpowiedzi na pytanie: Dlaczego prezydent J. Biden tak radykalnie zmienił swoją geopolityczną optykę po ataku Rosji na całą Ukrainę? 

Proponuję zatem spojrzeć na tę wizytę i w ogóle na obecne i proukraińskie zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie trochę z innej strony. 

Oczywiście wiem, że zaraz pojawią się głosy, że to, co poniżej napisałem jest jakąś antysemicką teorią spiskową czy moją fantasmagorią. Może i tak rzeczywiście jest, bo nawet ja mam wątpliwości, ale historia pokaże czy w moich hipotetycznych konkluzjach było jakieś źdźbło prawdy. 

Więc stawiam przypuszczającą hipotezę zerową: A może to całe dzisiejsze zaangażowanie USA w sprawy Ukrainy to po prostu walka o nową ukraińską przestrzeń życiową dla Żydów, która ma się stać ich nową "ziemią obiecaną"? W takim sensie zagarnięcie przez W. Putina całej Ukrainy niwelowałoby plany syjonistycznych Żydów budowy z niej swoistej Judeoukrainy (neochazarii). 

W tym miejscu warto przypomnieć, że były już próby budowy państwa żydowskiego np. w postaci Judeopolonii. 

Koncepcja ta powstała około 1914 roku i jest ściśle powiązana z jednym z odłamów świeckiego i nacjonalistycznego ruchu syjonistycznego, którego początek można datować na koniec XIX wieku. Wtedy to ruch ten postulował powstanie państwa żydowskiego w Palestynie, czyli na terenie biblijnej "Ziemi Obiecanej". Głosił on, iż Żydzi w diasporze są narodem jak inne, a nie tylko wspólnotą wyznaniową, co jednoczyło dotąd tradycyjnych wyznawców religijnego judaizmu. Syjoniści apelowali więc o masową emigrację rozproszonych po świecie Żydów do Palestyny i w końcu w 1948 doprowadzili do powstania Izraela. 

Ale zanim to nastąpiło to ruch syjonistyczny zdążył podzielić się na kilka odłamów. Pierwsi chcieli  syjonistycznego państwa w Palestynie, drudzy z konieczności - wtedy uważali powstanie Izraela za odległą mrzonkę - dążyli do zbudowania nowego swojego państwa gdzieś indziej, jak w Judeopolonii a ostatni chcieli  mieć różne ziemie w różnych regionach świata tak jak to było prawie zawsze w przypadku Żydów wyganianych niemal ze wszystkich krajów, w których się osiedlali, czyli preferowali  rozwój wysypowy ("terytorialśi") – tam, gdzie jest to możliwe. Tak naprawdę ta ostatnia koncepcja jest pochodną tej drugiej. Nawet zwolennik tego ostatniego G. Soros ma zakaz wjazdu do Izraela.

Idea Judeopolonii związana była i jest z syjonistyczną próbą utworzenia na ziemiach zaboru rosyjskiego w czasie I wojny światowej politycznego tworu, podporządkowanego Niemcom, w ramach zamierzonego przez nich tworzenia Mitteleuropy. Stanowić miała państwo satelickie Niemiec, które na stałe rozczłonkowałoby i odizolowało ludność polską zaboru rosyjskiego od Polaków w powiększonym zaborze niemieckim i austriackim oraz uniemożliwiłoby definitywnie odrodzenie się niepodległej Polski. 

Projekt takiego państwa buforowego (Pufferstaat) zgłosił władzom niemieckim powstały we wrześniu 1914 r. w Berlinie Niemiecki Komitet Wyzwolenia Żydów Rosyjskich (Deutsches Komitee zur Befreiung der Russischen Juden, zwany często Komitee zur Befreiung der Ostjuden). W skład tego państwa, leżącego między Bałtykiem a Morzem Czarnym, weszłoby około 6 milionów Żydów z ziem polskich i Rosji, którzy obok 1,8 miliona Niemców byliby najbardziej uprzywilejowaną warstwą ludności. Oprócz tego w Judeopolonii byłoby około 8 milionów Polaków, 5-6 milionów Ukraińców, 4 miliony Białorusinów oraz około 3,5 miliona Litwinów i Łotyszów -również pozbawionych własnej państwowości. Pierwotna forma tego projektu została przekreślona Aktem Listopadowym (5 XI 1916) powołującym Królestwo Polskie pod patronatem cesarzy Niemiec i Austro-Węgier a jej definitywny koniec nastał w 1918 roku, kiedy to Polska odzyskała po 123 latach swoją Ojczyznę. Jednak aż do czasu zakończenia wojny polsko-bolszewickiej (18 X 1920) trwały próby jego realizacji w odmiennych formach. Zresztą do dzisiaj ta koncepcja nie umarła i wielu syjonistycznych Żydów chciałoby dalej na terenie naszej Ojczyny zbudować tą Judeopolonię, której to godło już powstało: 

 


Wraz jednak z powstaniem Izraela wszelkie koncepcje budowy syjonistycznego państwa poza Palestyną zostały niejako "zamrożone" i wszystkie działania skierowane zostały na budowę i utrzymanie nowego, żydowskiego państwa. 

W pierwszych latach po powstaniu Izraela musiał on samotnie zmagać się z Arabami, ale sytuacja zmieniła się w 1962 roku, kiedy decyzją prezydenta J.F. Kennedy’ego Stany Zjednoczone zdecydowały się na sprzedaż Izraelowi przeciwlotniczych systemów rakietowych Hawk. Wkrótce zatwierdzono również sprzedaż czołgów M-48 Patton oraz samolotów szturmowych Skyhawk A-4. W ten sposób nieoficjalnie zainicjowano doktrynę, zgodnie z którą USA przyjęły na siebie rolę gwaranta budowy i utrzymania tzw. przewagi jakościowej Izraela nad państwami arabskimi w kwestiach militarnych. Tak więc dzisiaj gwarantem istnienia Izraela są USA. To dzięki nim Izrael trwa i rozwija się oraz zbrojnie atakuje lub odpiera ataki prawowitych, arabskich mieszkańców tej ziemi. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi pomocy gospodarczej i wojskowej w wysokości ok. 3 mld dolarów rocznie, co oznacza, że na każdego Izraelczyka przypada ok. 500 dolarów i to USA sprawiły, że Izrael dołączył do państw posiadających broń atomową. 

Jednak przez wszystkie te lata, aż do dzisiaj Izrael jest w stanie permanentnej wojny z Palestyńczykami oraz sąsiadującymi z Izraelam państwami arabskimi. Zaczęło się już w latach 1948-1948. Kolejne większe konflikty przypadały m.in. na lata: 1949-1956, 1957-1967 (wraz z tzw. Wojną Sześciodniową w 1967 roku), 1967-1970, 1973 (Wojna Jom Kipur), 1974-1982, 1982-1985, 1987-1991, 2000-2004, 2006, 2008-2009, 2014, 2018 [2]. W międzyczasie pełno było małych i średnich incydentów na linii Izrael - państwa arabskie. Niemal też zawsze po stronie Izraela były oczywiście USA i jego sojusznicy a po stronie krajów arabskich ZSRR a dziś Rosja. 

Teraz bardzo możliwy jest kolejny konflikt, ale tym razem naprawdę bardzo niebezpieczny, bo tym razem mogą przeciwko sobie wystąpić mocarstwa atomowe: Iran w koalicji z innymi państwami arabskimi wraz z Rosją i Izrael w koalicji z USA i jego sojusznikami. Ta groźba - nawet wybuchu III WŚ - w połączeniu z laicyzacją społeczeństwa Izraela, awersją młodych Żydów do ciągłego życia w warunkach niemal wojennych oraz niski przyrost naturalny, powodują, że syjoniści od jakiegoś czasu poszukują alternatywy dla Izraela. 

Wcześniej była to koncepcja Judeopolonii, ale dziś przewagę zyskuje budowa Judeoukrainy na ukraińskich ziemiach, które mniej więcej kiedyś zajmowali Chazarzy (Chazarowie) -  barbarzyński lud koczowniczy pochodzenia tureckiego, który przyjął judaizm w latach 786–809 z naciskiem na początek IX wieku. 

Przez wielu to właśnie Chazarzy (Chazarowie) onegdaj mieszkający w swojej Chazarii stanowią  protoplastów tzw. Żydów aszkenazyjskich, którzy dziś stanowią około 80% wszystkich Żydów na świecie a których największe skupiska były w Europie Środkowo-Wschodniej. Przeciwstawia się im  Żydów sefardyjskich, którzy wywodzą się od prawdziwych starożytnych Izraelitów [2]. Ta teoria jest też przez innych odrzucana jako fałszywa i nieprawdziwa, choć historycznie pewne jest przyjęcie przez Chazarów judaizmu jako religii obowiązującej.

Podobno w sprawie utworzenia nowego państwa żydowskiego na części terytorium Ukrainy są od dawna prowadzone  izraelsko-ukraińskie negocjacje zakończone ponoć porozumieniem. 

Jeżeli tak rzeczywiście jest, to faktycznie wrogie przejęcie całej Ukrainy przez Rosję W. Putina jest dla współczesnych żydowskich syjonistów nie do przyjęcia a jako, że Żydzi są najbardziej wpływową grupą w USA (i nie tylko) to mogli nawet wymusić na prezydencie J. Bidenie zmianę optyki z proniemiecko - rosyjskiej na antyrosyjską i proukraińską. Poprzez ten pryzmat można też tłumaczyć małe zaangażowanie USA po zajęciu w 2014 roku Krymu przez Rosję: po prostu sam Krym nie jest w orbicie zainteresowania Żydów w budowie ich Judeoukrainy, ale inne tereny Ukrainy już tak.

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa J. Bidena wypowiedziane onegdaj do swoich przyjaciół Żydów z Ligi Przeciw Zniesławieniu: „Nie pamiętam ani jednej sprawy, w której byśmy się nie zgadzali". 

Z punktu widzenia syjonistycznych budowniczych przyszłego państwa żydowskiego na części terytorium Ukrainy to ważniejsza więc była wizyta J. Bidena w Kijowie niż w Warszawie. Ale taka hierarchia ważności tych wizyt dotyczy tylko ich odbioru przez Żydów, bo same USA mają też swoje interesy w Polsce. I dzięki naszemu zaangażowaniu na rzecz Ukrainy i wzmacnianiu polskiej armii, my  też radykalnie wzmacniamy swoje znaczenie na geopolitycznej mapie świata. I bardzo dobrze, że tak się dzieje...

Wiarygodnie i faktograficznie przyszłość  Izraela opisuje na YouTubie autor kanału "Zakazane historie": 


Przyjmując, że moje dywagacje mogą w jakiejś mierze dotykać prawdy, to tym bardziej nie rozumiem de facto samobójczej agresji W. Putina na Ukrainę. W takim sensie nie docenił ani bohaterstwa i determinacji Ukraińców, ani wielkości jej arsenału militarnego (wzmacnianego sukcesywnie od 2014 roku), ani też samego NATO z USA na czele oraz możliwości jego konsolidacji i zakresu pomocy militarnej dla Ukrainy, ani nawet UE czy skali pomocy udzielonej Ukrainie i Ukraińcom przez Polaków a już na pewno kompletnie pominął działania światowych organizacji syjonistycznych planujących powstanie Judeoukrainy. 

Zupełnie niepotrzebnie giną więc żołnierze rosyjscy, których - w imię swoich oderwanych od rzeczywistości i szalonych marzeń o Wielkiej Rosji – W. Putin posyła na rzeź traktując jak "mięso armatnie". I zupełnie niepotrzebnie giną też żołnierze i cywile na Ukrainie, choć oczywiście w przypadku żołnierzy to giną oni bohatersko broniąc swojej Ojczyzny. I zupełnie niepotrzebna jest ta wojna, która może nawet doprowadzić do ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego. 


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

niedziela, 12 lutego 2023

Skoki narciarskie. Jestem wzruszony postawą Polonii za oceanem!

Wczoraj, wieczorem czasu amerykańskiego w Lake Placid odbyły się po raz pierwszy w historii skoków narciarskich zawody męskich tzw. super duetów. Z Polski wystartowali Piotr Żyła i Dawid Kubacki. 

Nasi skoczkowie zasłużenie wygrali ten konkurs w tej formule, ale mnie bardzo wzruszyła w większości amerykańska i kanadyjska Polonia. 

Praktycznie to jedynie Polacy stawili się pod skocznią i było ich na pewno kilka tysięcy. Mocno kibicowali Polakom a flagi biało-czerwone z nazwami miejscowości ich pochodzenia powiewały gremialnie. Można się było poczuć tak, jakby zawody odbywały się w Wiśle czy w Zakopanem. 

Po zawodach w czasie dekoracji Polonia przepięknie i głośno a capella zaśpiewała polski hymn narodowy. 

Naprawdę tym obrazkiem się wzruszyłem do tego stopnia, że miałem łzy w ochach . Widać, że Polacy za oceanem (ale sądzę, że na całym świecie) bardzo mocno są związani z naszą Ojczyzną, ich Polską. Ich patriotyzm często jest większy niż u nas, którzy mieszkają i żyją w Polsce, często jej nie doceniając. Nie doceniamy, że mamy Polskę niepodległą i suwerenną, mamy swój ojczysty język, terytorium, piękną tysiącletnią historię i nasze obyczaje oraz zwyczaje. To na pewno wiedzą Polonusi i chwała im za to. 

Oczywiście nieraz tęsknota za Ojczyzną pojawia się dopiero wtedy, gdy jesteśmy od niej z daleka i na długo. Ale to dobrze, bowiem świadczy to o tym, że mamy polskość w duszy, gdzieś głęboko zakorzenioną, co często bywa wyjątkiem we współczesnym świecie. 

Pozdrawiam więc wszystkich Polaków na obczyźnie. Dajecie piękny przekaz polskości, która w Was po prostu tkwi! Tak trzymać!

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 

Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

środa, 15 czerwca 2022

Sara James już podbiła Amerykę!

Kiedyś pisząc o Sarze James wyraziłem opinię, że "moim zdaniem mamy do czynienia z przyszłą gwiazdą i to nie tylko na arenie polskiej, ale międzynarodowej. Taki głos zdarza się raz na kilka tysięcy i szkoda byłoby go zmarnować. Mam nadzieję, że znajdzie się odpowiedni manager, który sprawi, iż stanie się gwiazdą światową. Oby!" [1].

Po zwycięstwie w polskiej IV edycji "The Voice Kids!" kolejnym sukcesem było zajęcie przez nią drugiego miejsce w Eurowizji Junior, choć od zwycięstwa dzieliło ją raptem 6 punktów a warto przypomnieć, że wśród 19 krajów, które wystawiały swoich reprezentantów, często punktacja ich jury była ukierunkowana na zwiększenie szansy rodzimych artystów a my daliśmy Armenii (która ostatecznie wygrała) najwyższą notę, czyli 12 pkt. a Armenia dała nam 1 pkt. Gdybyśmy my tak jak Armenia zagłosowali to Sara James byłaby zwyciężczynią!

No cóż, "było minęło" a Sara od chwili zwycięstwa w "The Voice Kids!" i tak zdobywała serca melomanów, nie tylko polskich. 

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że Sara James zamierza podbić Amerykę i wystąpić w tamtejszej wersji programu "Mam Talent". A warto sobie zdawać sprawę, że taka polska wersja "The Voice Kids!" czy nawet Eurowizja Junior to dla Amerykanów (choć nie tylko) są tylko jakimiś egzotycznymi konkursami, nie mającymi przełożenia na popularność w skali światowej. Natomiast pokazanie się i to z sukcesem w amerykańskim i niezwykle popularnym w USA muzycznym wydarzeniu jakim jest program "Mam Talent" może otworzyć drzwi do wielkiej kariery. 

I ta wspaniała dziewczyna właśnie dzisiaj uchyliła te drzwi do kariery. Jej występ w "Mam Talent" oczarował publiczność i jury, które od razu dało jej przepustkę do półfinału tego programu,  wykorzystując tzw. "złoty przycisk", dzięki czemu Sara już nie musi mozolnie przechodzić wszystkich szczebli, które miały ją doprowadzić do tegoż półfinału. 

To naprawdę duży sukces... a zresztą zobaczmy jej występ: 


Przy okazji jej występu dowiedzieliśmy się też, że dwóch członków jury też ma korzenie polskie a Sara o tym, że jest Polką mówiła bez żadnych kompleksów i to w USA, gdzie przez dziesięciolecia różne środowiska tą polskość raczej ośmieszały.  

Tak na marginesie. Już słyszę te wypowiedzi, że tą Polką nie jest do końca, bo ojciec jest Nigeryjczykiem a tylko matka Polką. Tych malkontentów i zawistników odsyłam do wielu wypowiedzi Sary, która zawsze mówi, że czuje się Polką!

O tym, co znaczy sukces w amerykańskiej wersji programu "Mam Talent" niech świadczy fakt, że tylko dzisiaj (do godziny 17-tej) - w pierwszym dniu publikacji jej występu na YouTube - ilość wyświetleń już wynosi 1 916 034. Na taką oglądalność nasze nawet największe gwiazdy muszą czekać bardzo długo a dla wielu pozostaje ona tylko w sferze marzeń. 

Od samego początku kibicuję Sarze i wierzę, że swoim talentem podbije świat. Ma wszystko: niesamowity talent i nieziemski głos, wrażliwość, obycie sceniczne a nawet posiada czarną domieszkę  krwi, co nadaje jej talentowi soulowego brzmienia i ciemną karnację skóry, która akurat w branży muzycznej może jej tylko pomóc. 

Powodzenia!


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 
Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog

środa, 4 maja 2022

Kolejna wojna wywołana tak naprawdę przez Niemcy!

Trwa krwawa, barbarzyńska i ludobójcza napaść Rosji na całą Ukrainę. Tak naprawdę to ona jest drugą agresją putinowskiej Rosji na ten kraj. Z pierwszą mieliśmy do czynienia w 2014 roku, kiedy rosyjskie wojska zajęły wojennie Krym i do dzisiaj uzurpują sobie prawo do tego terytorium. 

Wtedy przed laty elity unijne prawie nie zareagowały. Wyjątkiem była część krajów Europy Środkowo-Wschodniej z Polską na czele oraz Stany Zjednoczone, które nałożyły na UE m.in. embargo na handel bronią z Rosją. 

Mijały lata a W. Putin dalej oplatał swoją agresją, tym razem energetyczną kraje Starej Europy, w tym przede wszystkim Niemcy. Nie byłoby to możliwe, gdyby UE była naprawdę taką unią, która mówi jednym europejskim głosem z zachowaniem suwerenności i niepodległości poszczególnych państw a do takiej unii przecież przystępowaliśmy. 

Ale to tak naprawdę nie było możliwe, bowiem okazało się, że UE nie jest sojuszem równoprawnych państw a tak naprawdę tworem przede wszystkim Niemiec, które mentalnie pozostały wielowiekowym agresorem i bardzo dobrze dogadują się z innym agresorem, t.j. Rosją. Przez całe stulecia - z mniejszym lub większym natężeniem - Niemcy wspólnie z Rosją zawsze chciały dzielić między siebie wpływy w Europie, co było aż nadto widoczne w postaci Paktu Ribbentrop-Mołotow, który de facto stał się początkiem II Wojny Światowej. 

Owszem. Nieraz dochodziło do wojny pomiędzy agresorami, ale wynikało to z tego, że zarówno jeden, jak i drugi imperializm ostatecznie chciał być jedynym beneficjentem swojej agresji. Ale były czasy, gdy ze sobą współpracowali, choćby dokonując rozbiorów Polski - kraju, którego oba reżimowe społeczeństwa zawsze nienawidziły i który zawsze chciały unicestwić i wreszcie graniczyć na trwałe między sobą. 

Ta chęć wspólnej dominacji w regionie nie ustała od zarania dziejów a po wojnie tylko dzięki temu, że RFN znalazła się po amerykańskiej stronie tylko na kilkadziesiąt lat zamarła. Chociaż to za dużo powiedziane. Przecież NRD i RFN - mimo podziału Niemiec - zachowały wymienność swojej waluty jeden do jednego (1 marka RFN równała się wymiennie 1 marce NRD) i tak naprawdę zawsze oba niemieckie państwowe twory dążyły do zjednoczenia, tylko czekając na ten moment żeby powrócić do zdominowania Europy zgodnie z bismarckowskim modelem Mitteleuropy. 

Warto sobie przypomnieć też jaka była reakcja władz Niemiec  (ale też władz wielu innych krajów, takich jak Francja) na wprowadzenie przez agenta sowieckiego "Wolskiego" vel. W. Jaruzelskiego Stanu Wojennego w Polsce. 

""Kanclerz RFN Helmut Szchmidt na wspólnej konferencji z NRD-owskim przywódcą Erichem Honeckerem w grudniu 1981 r. powiedział, że stan wojenny był koniecznością ("Ich bedaure, dass dies Nun notwendig war").  Powiedział, że "Pan Honecker jest równie jak ja zaniepokojony, że okazało się to konieczne". Z ekipą Jaruzelskiego sympatyzowała znaczna część zachodnioniemieckich mediów. "Die Zeit" napisał: "Generałowi należy życzyć powodzenia, a stan wojenny zapewnia oddech samym Polakom, Rosjanom, Zachodowi i daje wszystkim szansę, może ostatnią, cofnięcia się o krok od przepaści (...) Już 13 grudnia 1981 r. francuski minister spraw zagranicznych Claude Cheysson oświadczył, że stan wojenny "to nie nasza sprawa, nic w tej sprawie nie zamierzamy robić". W podobnym tonie wypowiedział się austriacki kanclerz Bruno Kreyski (...) Należy dodać, że cytowani politycy zachodnioeuropejscy byli równocześnie w swoich krajach przywódcami partii socjalistycznych czy socjaldemokratycznych, starających się tradycyjnie utrzymywać dobre stosunki z władzami PRL. Z kolei, co mogło wydawać się zaskakujące, stan wojenny potępiła włoska Partia Komunistyczna. Zupełnie odmiennie zareagowały społeczeństwa państw zachodnich. Już w pierwszych dniach stanu wojennego w całej Europie Zachodniej doszło do manifestacji potępiających postępowanie władz PRL. Do największych doszło w Paryżu, Londynie i w Skandynawii"" [1].

Może też warto przypomnieć inne wydarzenie. "Rok 2003. Polska ubiega się o członkostwo w Unii Europejskiej. Wtedy też Stany Zjednoczone szykują się do interwencji zbrojnej w Iraku. Polska popiera twardą politykę USA. To właśnie spotyka się z ostrą krytyką ze strony ówczesnego prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca. Kandydatom do Wspólnoty, którzy wyrazili poparcie dla działań Waszyngtonu - w tym Polsce - Chirac zarzuca lekkomyślność i infantylizm, nieodpowiedzialność i brak dobrego wychowania, a także niezdolność do przewidzenia konsekwencji. Grzmi, że to się może odbić na ratyfikacji traktatu akcesyjnego. Wtedy też, podczas rozmowy z dziennikarzami w Brukseli, wypowiada słowa, które mocno wryły się Polakom w pamięć. "Zmarnowali oni okazję, żeby siedzieć cicho" - stwierdzi Chirac"" [2].

Czy Szanownym Czytelnikom coś dzisiaj to przypomina? Bo mi tak a mianowicie reakcję państw Starej Europy a w szczególności Niemiec i Francji na agresję Rosji na Ukrainę oraz dalsze grillowanie Polski na arenie PE. Niestety taką postawę wcześniej i dziś prezentują elity UE i jestem przekonany, że w przypadku agresji Rosji na Polskę moglibyśmy tylko liczyć na USA i UK oraz część państw NATO a poza tym niemiecka UE coraz bardziej nienawidzi naszego kraju, co widać np. w fakcie, iż wczoraj - w dniu naszego Święta Konstytucji 3 Maja - nasza rodzima dzisiejsza Targowica w postaci europosłów totalnej opozycji zorganizowała przy poparciu tychże elit unijnych dyskusję o łamaniu praworządności w Polsce!

Ale powróćmy do Niemiec i Rosji. Szansa na zjednoczenie Niemiec pojawiła się po upadku ZSRR, przy czym trzeba sobie zdawać sprawę, że bodajże już w 1985 lub 1986 roku taką obietnicę - dotyczącą ich zjednoczenia - Niemcom złożył Michaił Gorbaczow i wszystko to, co działo się potem (m.in. upadek ZSRR) było wynikiem tego porozumienia. Na proces zjednoczenia RFN z NRD zachód Republiki Niemieckiej wydał do tej pory około 1,5 biliona Euro!

Nie mam zamiaru znów przypominać jak - kontynuując odwieczną współpracę - przez lata Niemcy zbliżały się do Rosji. Kondominium niemiecko-rosyjskie rosło od zakończenia wojny cały czas. Ostatnie zaś kilkanaście lat to proces i chęć ubezwłasnowolnienia całej Europy od Niemiec i Rosji, czego wyrazem była budowa nowych rurociągów z Rosji do Niemiec: Nord Stream I i Nord Stream II. Plan był taki, że Niemcy miały kupować gaz od Rosji po niskich cenach i odsprzedawać całej Europie z bardzo dużym zyskiem. 

Jednocześnie został dokonany podział Europy pomiędzy Niemcy i Rosję. Niemcy miały stworzyć Jedno Sfederalizowane państwo Europę a Rosja zbudować nowy ZSRR - bis pomniejszony o państwa, które znalazłyby się w strefie Niemiec, czyli te, które z Europy Środkowo-Wschodniej wstąpiły do UE i NATO. Ukraina i Białoruś przypadła Rosji i stąd ta wojna na Ukrainie i niechęć Niemiec do jej wspierania oraz chęć, aby Ukraina jak najszybciej przegrała tą wojnę. 

I gdyby nie bohaterski opór Ukraińców to nikt z krajów Starej Europy negatywnie nie zareagowałby na działania W. Putina, zresztą podobnie jak w 2014 roku. 

Niemcy a tym samym całe elity unijne pasły finansowo W. Putina przez lata. Można powiedzieć, że tak naprawdę sfinansowały imperialne zamierzania Rosji. Gaz z pierwszego rurociągu bałtyckiego płyną i zresztą płynie cały czas do Niemiec, co dalej zasila budżet wojskowy W. Putina. Francja - nawet w okresie embarga po 2014 roku - sprzedawała broń Rosji. Pieniądze W. Putina zasiliły europejskie zielone organizacje NGO'sów, które miały zablokować rozwój energetyki atomowej i poczęły walczyć o OZE, jednocześnie wpływając na wzrost wartości handlu tzw. emisjami CO2 i na program zwany Fit for 55, który może się okazać zabójczy dla większości krajów UE, w tym Polski. 

Tak więc wojna na Ukrainie była możliwa tylko dzięki postawie i działaniom Niemiec i jej zachodniej części UE, bo wszystko już było wcześniej podzielone: powstanie Jednego Państwa Europa oraz okrojonego ZSRR a w przyszłości Eurazji od Władywostoku do Lizbony. 

W. Putin rozpoczął agresję na Ukrainie korzystając z pieniędzy unijnych i będąc przekonany, że elity unijne będą mu ogólnie przychylne. Niestety rozpoczęcie tej wojny stało się realne w odniesieniu do pierwotnej postawy nowego prezydenta USA - J. Bidena. To jego - w początkach prezydentury - oddanie Europy Niemcom i Rosji też przekonało W. Putina o tym, że USA już na stałe wycofały się z Europy. O tym nie możemy zapominać! I dobrze się stało, że J. Biden zmienił swoje poglądy o 180 stopni. 

Ale to nie pieniądze USA spowodowały tą wojnę a finansowo-polityczno-gospodarcze tzw. koneksje Moskwy w UE a przede wszystkim w Niemczech. 


Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com 

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. 

Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 
Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814
Paypal: paypal.me/kjahog

wtorek, 1 marca 2022

Silna armia UE? Nie tędy droga!

Szef KPRM Michał Dworczyk powiedział w RMF FM, że (w dobie agresji Rosji na Ukrainę - dop. kj) „obecnie wszystkie działania międzynarodowe mają jeden cel - by wykorzystać ten dramatyczny moment, który jest dobry do tego, żeby zaplanować przyszłość tej części Europy, może nawet Europy w ogóle, żeby stworzyć mechanizmy i przekonać naszych zachodnich partnerów do tego, aby na stałe ustabilizować nasz cały region - Europę Środkowo-Wschodnią" [1].

Jak najbardziej można się zgodzić z jego słowami. Faktycznie teraz cały świat zobaczył, że imperialne zapędy Rosji W. Putina są zupełnie realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa, suwerenności i niepodległości państw Europy Środkowo-Wschodniej, ale też całej Europy a może nawet i świata. I ten moment może trwać krócej lub dłużej więc póki czas trzeba szybko i na stałe wzmocnić tzw. wschodnią flankę NATO oraz zastanowić się nad jego rozszerzeniem o nowe państwa, w tym np.: Szwecję, Finlandię czy nawet Ukrainę i Gruzję. Dodatkowo też należy wspierać Ukrainę w jej dążeniu do przyjęcia do UE, choć wydaje się, że o wiele lepszym rozwiązaniem na dziś jest jednak jej bardzo bliska współpraca (wzorem właśnie Finlandii i Szwecji [2]) z krajami-członkami NATO a później jej ostateczne wątpienie do tegoż sojuszu militarnego. 

Ale w tej antywojennej gorączce musimy bardzo uważać, żeby czasem obecnie podejmowane decyzje  przyszłościowo nie stały się - szczególnie dla Polski, ale też i innych europejskich krajów - horrendalnym błędem a takim błędem wedle mnie jest nawoływanie dziś do budowy silnej armii europejskiej. 

W natłoku bowiem obecnych informacji "z pola walki" umknął chyba ważny niedzielny wywiad premiera M. Morawieckiego dla gazet niemieckiej grupy medialnej Funke, m.in. dziennika „Berliner Morgenpost”, gdzie polski premier oświadczył m.in., że potrzebna jest silna armia europejska: "Na spotkaniu Rady Europejskiej zaproponowałem utworzenie bardzo silnej armii europejskiej, zintegrowanej z NATO. UE powinna podwoić swoje wydatki na obronę - z obecnych ok. 300 mld euro do 500-600 mld euro. Nie jest to niemożliwe (...) środki te zostałyby wyłączone z ustalonego w Traktacie z Maastricht pułapu 3 proc. zadłużenia. Tylko w ten sposób UE może stać się ‘graczem globalnym’. Tylko w ten sposób wszyscy będziemy bezpieczni (...) Potrzebujemy silnej armii europejskiej. Byłaby oparta na infrastrukturze NATO, na krajowych armiach różnych krajów. Niezwykle ważne jest jednak wzmocnienie militarnego aspektu naszego bezpieczeństwa, kiedy widzimy rzeczywistość tego szokującego ataku (...) Kraje położone na wschodniej flance „opowiadają się za tym rozwiązaniem, podobnie jak Węgry, Czechy i Słowacja. Są też pozytywne sygnały z innych państw. Zwróciłem się do Komisji Europejskiej o jak najszybsze rozpatrzenie tego wniosku" [3]. 

Szanuję to, co dziś Polska i polski rząd robi dla Ukrainy, podobnie zgadzałem się też z żądaniami naszego premiera o podjęcie decyzji o jak najostrzejszych sankcjach wobec Rosji (m.in. wykluczenie z systemu SWIFT, zaprzestanie funkcjonowania Nord Stream I oraz nieuruchomiania Nord Stream II), ale moim zdaniem wykorzystywanie obecnej wojny do promowania i przyspieszania budowy armii unijnej jest dużym błędem. 

Oczywiście pomysł nie jest nowy, bowiem już w czerwcu 2004 roku podjęto decyzję w sprawie budowy tzw. europejskich (jedno i wielonarodowych) grup bojowych o nazwie "Cel Operacyjny 2010 (Headline Goal 2010)". Stanowiła ona uzupełnienie i uaktualnienie wcześniejszego programu pt. "Europejski Cel Operacyjny (Helsinki European Headline Goal)", przyjętego w 1999 r., którego głównym celem było utworzenie Europejskich Sił Szybkiego Reagowania i wyposażenie ich w niezbędne do skutecznego działania wojskowe zdolności operacyjne i planistyczne. W założeniu grupy te miałyby być podstawą utworzenia nowej armii UE. 

Utworzono nawet już tzw. "kontrybucje narodowe do grup bojowych Unii Europejskiej" a mianowicie: grupy bojowe w formule narodowej (Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania) oraz w formule wielonarodowej: Francja, Niemcy, Belgia, Luksemburg, Hiszpania; Francja, Belgia; Niemcy, Holandia, Finlandia; Niemcy, Czechy, Austria; Włochy, Węgry, Słowenia; Polska, Niemcy, Słowacja, Litwa, Łotwa; Włochy, Hiszpania, Grecja, Portugalia; Szwecja, Finlandia, Norwegia, Estonia; Wielka Brytania, Holandia; Grecja, Bułgaria, Cypr, Rumunia; Czechy, Słowacja [4]. 

W 2004 r. Polska podjęła decyzję o utworzeniu grupy bojowej wspólnie z Niemcami, Słowacją, Litwą i Łotwą. W czasie konferencji dotyczącej zdolności obronnych UE w listopadzie 2004 r. podpisano Deklarację intencji w sprawie współpracy Polski, Niemiec i Słowacji w sprawie stworzenia grup bojowych UE, a 23 maja 2005 r., podczas posiedzenia Rady UE ds. Ogólnych i Stosunków Zewnętrznych, Polska, Niemcy, Słowacja, Litwa i Łotwa po spotkaniu ministrów obrony państw UE podpisały List Intencyjny w sprawie Utworzenia Grupy Bojowej na potrzeby Europejskich Sił Szybkiego Reagowania [4].

O tych faktach niewiele się mówi, tak samo zresztą jako o tym, że te grupy bojowe już przechodziły swój test uczestnicząc w kilkunastu międzynarodowych operacjach z dziedziny Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony, np. misje wojskowe (wsparcie Unii Afrykańskiej w Darfurze oraz Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Bunia/Kongo), misje policyjne (Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Autonomia Palestyńska i Kongo/Kinszasa), misje związane z reformą wymiaru sprawiedliwości (Kongo i Irak, Gruzja), misję monitorującą realizację porozumienia pokojowego w prowincji Aceh w Indonezji czy też misję na przejściu granicznym w Rafah [4].

W ostatnich latach Unia Europejska zorganizowała swoje własne ogniwa koordynacji polityki militarnej, które dzisiaj obejmują tylko część państw członkowskich, a w planach pomija się zasadniczy problem, czyli wspólną obronę. W grudniu 2016 r. Rada Europejska zatwierdziła plan wdrażania działań w zakresie bezpieczeństwa i obrony. 

Plan ów wskazuje kierunki rozwoju unijnej polityki w tej dziedzinie i skupia się na trzech priorytetach strategicznych:
• reagowaniu na konflikty i kryzysy zewnętrzne,
• budowaniu zdolności partnerów,
• ochronie UE i jej obywateli.

Konkretne działania na rzecz realizacji tych celów to:
• uruchomienie skoordynowanego rocznego przeglądu w zakresie obronności (CARD) w celu zacieśnienia współpracy
obronnej państw członkowskich,
• ustanowienie stałej współpracy strukturalnej (PESCO) w celu
wzmocnienia współpracy obronnej między zainteresowanymi
państwami członkowskimi,
• powołanie komórki planowania i prowadzenia operacji wojskowych (MPCC) w celu poprawy struktur zarządzania kryzysowego,
• wzmocnienie unijnych instrumentów szybkiego reagowania, w tym grup bojowych i zdolności cywilnych.

W teorii plan integracji wyglądał więc całkiem sensownie, acz jego realizacja wydaje się mało realna zwłaszcza wobec rozbieżności interesów państw członkowskich, a ich skala jest gigantyczna. Od francuskich postimperialnych dążeń do dominacji w Afryce zachodniej i północnej, przez niemiecki „błogi spokój”, wynikający z posiadania bezpiecznych wszystkich granic i dobrobytu wynikającego
z eksportowej mocarstwowości, obaw państw obszaru Morza Śródziemnego, oczekujących trwałego rozwiązania problemu migracji, po kraje „ściany wschodniej” największego zagrożenia dostrzegających w odradzającym się imperializmie rosyjskim. Interesy te są tak skrajnie różne, że stać na ich straży może stać tylko podmiot zewnętrzny (Stany Zjednoczone, poprzez NATO, acz interesy krajów UE i USA bywają coraz częściej sprzeczne), albo odpowiedzialność za bezpieczeństwo wspólnoty i jej obywateli należy scedować na rzecz instytucji wspólnotowych, które musiałyby być wyposażone w stosowne instrumenty, w tym siły zbrojne [5]. 

Nietrudno zauważyć, że koncepcja unijnych grup bojowych posiada wiele wspólnego z Siłami Odpowiedzi NATO. Tym bardziej ewentualne powstanie unijnej armii będzie dublowało zadania sił NATO stając się dla nich swoistą konkurencją. I tak naprawdę UE o to chodzi. Posiadanie bowiem własnej silnej armii ma stworzyć z UE już nie tylko polityczno-gospodarcze mocarstwo, ale też mocarstwo militarne jako przeciwwagę wobec mocarstwa amerykańsko-natowskiego. 

Zatem nie da się - jak twierdzi premier M. Morawiecki - stworzyć silnej unijnej armii zintegrowanej z NATO. A już mrzonką jest oparcie tej armii na infrastrukturze NATO. USA się na to nie zgodzą. Polska też powinna przestać forsować ten pomysł powstania silnej armii unijnej, bo może okazać się ona potencjalnie niebezpieczna dla naszego kraju. 

Trzeba bowiem zauważyć, że tak naprawdę cała ta UE jest tak naprawdę już IV Rzeszą Niemiecką a  elity niemiecko-unijne są skrajnie antypolskie i przeciwne w ogóle istnieniu państw narodowych. Po Brexicie w UE już nie ma żadnej poważnej siły jako przeciwwagi do jej federalizacyjnych zapędów forsowanych przez nowy rząd niemiecki. Armia unijna zatem byłaby tak naprawdę armią niemiecką albo zarządzaną przez Niemcy. A z tym trudno dla nas "przejść do porządku dziennego". 

Obecnie (i tak powinno zostać!) bezpieczeństwo militarne państwom członkowskim NATO gwarantuje Sojusz Północnoatlantycki, którego główną siłą są Stany Zjednoczone. Co prawda w NATO nie jest jeszcze kilka krajów UE (wspomniane np. Szwecja i Finlandia), ale Polska i inne natowskie kraje Europy Środkowo - Wschodniej winni opierać się o bezpieczeństwo gwarantowane przez NATO. To jest droga do naszej niepodległości, naszego bezpieczeństwa i niepodległości a nie budowa jakiejś - w założeniu antyamerykańskiej - mitycznej silnej armii europejskiej. 

[4] rap9_grupy_bojowe_ue.pdf (należy w przeglądarkę wstawić wskazaną nazwę a później skopiować plik w pdf)

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... 
© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw) 
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ 
kjahog@gmail.com

Jeżeli moje teksty nie są dla Państwa obojętne i szanują Państwo moją pracę, to mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą. Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję! 

Nr konta - ALIOR BANK: 58 2490 0005 0000 4000 7146 4814 
Paypal: paypal.me/kjahog