Dziś Marszałek Marek Kuchciński zapowiedział, że jutro poda się do dymisji. J. Kaczyński zapewnił też, że nie popełnił on żadnego czynu zabronionego prawnie oraz miał prawo do tych lotów, a jego rzecznik podkreślił, że lotów było zdecydowanie więcej za czasów Donalda Tuska i m.in. jego "wyjazdów rodzinnych w Dolomity" lub do Gdańska, czy też za premierowania Ewy Kopacz lub marszałkowania B. Borusewicza. J. Kaczyński podkreślił też to, że obecne władze prawnie uregulują ten obszar funkcjonowania państwa.
Na konferencji J. Kaczyńskiego pokazano też jego wypowiedź z czasów rządów PO-PSL, gdzie też była mała afera dotycząca przelotów premiera D. Tuska. Wtedy J. Kaczyński stwierdził, że premier ma prawo do takich lotów i nie ma w tym nic szczególnego. Nie wykorzystywał tego faktu w jakiejkolwiek działalności politycznej, którą można by nazwać normalną walką w tym obszarze.
Dziś opozycja robi zgoła inaczej. Temat rozdmuchano do niebotycznych rozmiarów, bowiem PO-KO nie ma żadnego pozytywnego pomysłu dla Polski i Polaków i żerują tylko na emocjach.I trzeba sobie jasno powiedzieć: cała kampania wyborcza z ich strony będzie podobna, dlatego też PiS winien się skupić na robieniu swojego, jak było dotychczas. Zero dawania się totalnym na wciągnięcie w te emocjonalne dyskusje i pyskówki. Ale też - co zawsze podkreślał J. Kaczyński - władza PiS-u musi być skromna i nie może ulegać pysze rządzenia a niestety Marszałek M. Kuchciński postąpił nieostrożnie a nawet naiwnie, bowiem wiadomo jest, że nawet jakieś trywialne potknięcia obecnej władzy będzie starała się wykorzystywać totalna opozycja a przecież afer PO-PSL było setki jak nie tysiące - większość z nich zamiatano "pod dywan".
Jestem jednak pełen podziwu dla Marszałka, który przeprosił i zapłacił za loty, a to cechuje tylko wybitnych polityków i wybitnych ludzi, bowiem przyznawanie się do własnych błędów jest po ludzku najtrudniejsze.
Ale też uważam, że - wbrew opinii niektórych dziennikarzy prawicowych - ta decyzja była podjęta w odpowiednim czasie, a trzeba ją było podjąć po głębokim namyśle z uwzględnieniem ewentualnych konsekwencji.
Oczywiście tak rozgrzany temat z TVN-u czy GW i środowisk PO-KO szybko nie zniknie, bo nie mają nic, co mogłoby im napędzać kampanię wyborczą. W sumie to dobrze, że opozycja "wylała" ten temat teraz, jeszcze długo przed wyborami. Dla niej lepiej by było, aby go "wyciągnąć" pod koniec kampanii wyborczej, ale widocznie ktoś z nich po prostu nie wytrzymał.
Zdaję sobie sprawę, że decyzja była bardzo trudna, bo M. Kuchciński był bardzo aktywnym marszałkiem i dużo robił dla zwykłych ludzi, np. na Podkarpaciu, Bieszczadach, co na dzisiejszej konferencji podkreślili samorządowcy z tych regionów, nawet Ci, co do PiS-u mają bardzo daleko.
Na konferencji rzecznik podkreślił też to, że naprawdę - powtórzę - kontrowersyjne loty D. Tuska, czy E. Kopacz były zdecydowanie liczniejsze. Dziennikarze dostali listę tych przelotów. Ciekawe, którzy z nich zajmą się nimi? A dla równowagi powinny... ale raczej na to nie liczę, bo GW już mówi, że to nie koniec problemu.
Dla mnie "Marszałek Marek Kuchciński story" się zakończyła i winniśmy zająć się teraz najważniejszymi tematami dotyczącymi Polski i Polaków oraz ich przyszłości.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła tekstu na bloggerze lub innym forum, gdzie autorsko publikuję. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych, w których konieczne jest podanie moich personaliów: Krzysztof Jaworucki, bloger "krzysztofjaw".
Szczęście to codzienne odczuwanie własnej wolności od wszystkiego... Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopacz. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 8 sierpnia 2019
czwartek, 2 marca 2017
CO2. Kolejny atak zniemczonej UE na Polskę, ale walka jeszcze trwa!
W Polsce medialnie w większości dyskutuje się o sprawach nie mających żadnego znaczenia dla Polaków. Sztucznie podgrzewa się emocje, skłóca rodaków tematami i wydarzeniami nieistotnymi, w czym lubuje się nie mająca żadnego merytorycznego programu tzw. "totalna opozycja". Ten bieżący i sztucznie kreowany jazgot i histeria tych zdrajców naturalnie wymaga reakcji rządzących, co nie pozwala na skupieniu uwagi Polaków na rzeczach naprawdę istotnych, dotyczących nas wszystkich i przyszłych naszych pokoleń.
Jednym z tych tematów jest handel tzw. emisjami CO2 i światowymi oraz unijnymi obostrzeniami dotyczącymi emisji tegoż CO2.
Tak naprawdę zresztą przedmiotowego tematu w ogóle nie powinno być, bo tzw. Globalne Ocieplenie, które stało się pretekstem globalistów do walki z emisją gazów cieplarnianych oraz do wykreowania świetnego i dochodowego biznesu, jest fikcją.
Jednak na razie musimy - jako Polska - walczyć o jak najkorzystniejsze rozwiązania w tym obszarze, zarówno w skali światowej, jak i unijnej. A jest to bardzo trudne bowiem szczególnie największe państwa UE (w tym przede wszystkim Niemcy) prowadzą wobec nas wrogą i konkurencyjną politykę w zakresie polityki klimatycznej.
Kolejnym etapem tej wojny jest przyjęcie przez ministrów ds. środowiska w dniu 28.02.2017 roku "wspólnego stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)", które zawiera rozwiązania określone przez polskiego ministra Jana Szyszkę jako niszczące polskie bezpieczeństwo energetyczne i blokujące polskie zasoby energetyczne takie jak węgiel oraz nie mające nic wspólnego z porozumieniem paryskim (COP21). Polska wraz z Bułgarią, Rumunią, Cyprem, Chorwacją, Węgrami, Włochami, Litwą i Łotwą stanowiła grupę państw sprzeciwiających się proponowanym rozwiązaniom. Mimo, że zgodnie z obowiązującym jeszcze przez miesiąc nicejskim systemem głosowania, zgodnie z którym stworzona grupa wystarczała do utworzenia tzw. „mniejszości blokującej”, to „wspólne” stanowisko zostało jednak zaakceptowane.
Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
To porozumienie to kolejny negatywny krok UE wobec Polski a dodatkowo bezprawny oraz niezgodny z ogólnoświatowymi ustaleniami dokonanymi podczas ubiegłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu - COP21. Co prawda prace nad ostatecznym kształtem nowych przepisów rozpocznie niedługo Parlament Europejski, ale raczej nie należy się spodziewać by zmienił on ich treść. Polsce wraz z innymi krajami głosującymi przeciw porozumieniu pozostanie prawdopodobnie złożenie prawnego sprzeciwu do instytucji unijnych lub ONZ-towskich.
W tym kontekście warto przypomnieć historię naszych negocjacyjnych klęsk i zwycięstw dotyczących całego obszaru związanego z polityką klimatyczną i pakietem klimatycznym obejmującymi też emisję i handel uprawnieniami CO2.
Rok 2008
Premier D. Tusk zgodził się i podpisał pakiet klimatyczny negocjowany w ramach UE. Zawarto w nim skrajnie niekorzystne zapisy uderzające w polską gospodarkę, która przecież w 90% oparta jest na węglu jako źródle energii. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku bazowego 2005, zwiększenie do 20% udziału energii odnawialnej w całości zużywanej energii i 20% poprawę efektywności wykorzystania energii. Największa zdrada Polski dokonana przez D. Tuska polegała na tym, że pierwotnie wynegocjowanym przez śp. prezydenta L. Kaczyńskiego rokiem bazowym liczenia redukcji emisji CO2 dla Polski miał być rok 1990 a "premier" D. Tusk zgodził się na jego zmianę na rok 2005. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005.
Rok 2013 (marzec)
Sąd UE w Luksemburgu oddalił polską skargę przeciw decyzji Komisji Europejskiej z 2011 r. dotyczącej przejściowych zasad przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w całej Unii. Decyzja Komisji KE 2011/278/UE z 27 kwietnia 2011 r. (tzw. decyzja benchmarkowa) dotyczyła przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w latach 2013-20 (...) i oznaczała, że Polska będzie mogła w latach 2013-2020 rozdzielić pomiędzy instalacje tylko ok. 477 mln uprawnień do emisji. Dla porównania w Niemczech mogło zostać rozdzielonych 1 mld 402 mln uprawnień do emisji, w Wielkiej Brytanii – 626 mln takich uprawnień. W polskiej skardze przeciw Komisji Europejskiej Polska zawarła cztery zarzuty:
- zaniżenie przydziału bezpłatnych uprawnień dla Polski wynikające z nie uwzględnienia specyfiki paliwowej poszczególnych państw członkowskich i wyliczeniu wskaźników emisyjności przy wykorzystaniu referencyjnej wydajności gazu ziemnego oraz przyjęcia tego paliwa jako paliwo referencyjne,
- nie uwzględnienie zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych regionach UE i przez to naruszenie zasady równego traktowania,
- naruszenie zasady proporcjonalności polegające na określeniu wskaźników emisyjności na poziomie bardziej restrykcyjnym niż wymagają tego cele dyrektywy 2003/87 ustanawiającej system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych we Wspólnocie,
- naruszenie przepisów dyrektywy 2003/87 i braku kompetencji Komisji do przyjęcia zaskarżonej decyzji.
Skarga, która i tak była spóźniona i wydawała się być działaniem pozorowanym została oddalona w całości, co tylko świadczyło o "wielkim" wówczas znaczeniu D. Tuska.
Rok 2014 (październik)
Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej. Jedną z konsekwencji - i chyba najtragiczniejszą dla Polski - tego pakietu była konieczność radykalnego przestawienia się naszego kraju z węgla kamiennego na inne źródła pozyskiwania energii, w tym tzw. źródła energii odnawialnej, na które musielibyśmy wydać w najbliższych latach miliardy złotych. Wiązało się to również z koniecznością przyszłych radykalnych wzrostów cen energii dla ostatecznych odbiorców: przemysłowych i indywidualnych. Stąd pojawiły się m.in zakusy zamykania polskich kopalń, co oczywiście było bardzo pożądane szczególnie dla niemieckiego przemysłu wydobywczego.
Rok 2015 (grudzień)
Ogromny sukces polskiego rządu i ministra Jana Szyszko na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, tzw. szczycie klimatycznym COP21.
Polska przygotowywała się na ten szczyt od dawna, ale prace nabrały przyspieszenia w momencie przejęcia władzy w Polsce przez rząd B. Szydło i objęcia teki ministra środowiska przez prof. J. Szyszko.
Polska w czasie tego szczytu chciała aby:
- porozumienie klimatyczne zostało zawarte niemal przez wszystkie państwa świata, czyli żeby Polska stała się sygnatariuszem porozumienia szerszego niż na poziomie UE i obejmującego całość światowej emisji gazów cieplarnianych, w tym również największych gospodarek takich jak: USA, Chiny czy Rosja,
- w porozumieniu klimatycznym zawarto zapisy umożliwiające uwzględnianie specyfiki gospodarek poszczególnych krajów i ich możliwości społeczno-gospodarczych w tworzeniu międzynarodowych porozumień klimatycznych,
- w porozumieniu klimatycznym wreszcie wskazano na rolę lasów w pochłanianiu CO2 i rolę zalesiania jako drogi do polepszenia klimatu oraz jednego ze sposobów działania na rzecz ochrony środowiska naturalnego i klimatu a także redukującego emisje CO2.
Dodatkowo też przygotowano analizę wykorzystania czystych ekologicznie geotermalnych źródeł energii oraz przedstawiono czyste metody spalania węgla opracowane przez krajowych naukowców dające minimalną emisję CO2 i zapewniające jego wtórne przetwarzanie.
W Paryżu Polska umiejętnie rozegrała negocjacje i wchodząc m.in. w przejściowe alianse (porozumienia) z Chinami, Indiami, Arabia Saudyjską czy Indonezją uzyskała wszystko, co chciała i postulowała. W ostatecznym globalnym porozumieniu ONZ zawarto wszystkie polskie postulaty a ponadto uzyskano odejście od terminu "dekarbonizacja" na rzecz "neutralności węglowej". Szczyt zakończył się w sumie dużym sukcesem bo podpisały porozumienie niemal wszystkie kraje świata, w tym najwięksi emitenci CO2, czyli Rosja, Chiny i USA.
Dla Polski był to ogromny sukces.
Po pierwsze. Globalny charakter porozumienia na szczeblu najszerszym z możliwych czyli ONZ postawił zupełnie inaczej pozycję Polski i jej dorobek w emisji i redukcji CO2. Z globalnej bowiem perspektywy Polska jest krajem o średniej emisji CO2 a najwięcej winny dziś robić w zakresie redukcji jego emisji najwięksi globalni "truciciele".
Po drugie. Nareszcie Polska uzyskała możliwość uwzględniania jej specyfiki energetycznej w każdych negocjacjach klimatycznych. A jako, że Polska w 90% oparta jest na węglu to możliwym stało się wskazywanie na niemożność zrezygnowania z niego w długiej perspektywie czasowej a ponadto uzyskaliśmy swobodną możliwość wdrażania i eksportowania czystych technologii/metod spalania węgla dających minimalną emisję CO2 i zapewniających jego wtórne przetwarzanie, co - wedle ustaleń COP21 - pozwala na uniknięcie rezygnacji przez Polskę z węgla jako podstawowego surowca do produkcji energii a także - pozwala na rozszerzanie prac (unikanie blokowania przez UE) modernizacji polskiej energetyki opartej na węglu.
Po trzecie i chyba najważniejsze (o to delegacja Polski walczyła najmocniej). Uzyskaliśmy akceptację uznania lasów i zalesiania jako elementów redukujących emisję CO2, co pozwoliło na dywersyfikację uznawanych metod redukcji tego gazu. Więc - wedle porozumienia COP21 - nie musimy skupiać się na redukcji emisji tylko na zasadzie tzw "dekarbonizacji" przemysłu i wprowadzania odnawialnych źródeł energii (np. farmy wiatrowe) ale wskazywać, że Polska pochłania CO2 dzięki ogromnym połaciom posiadanych lasów obejmujących aż 30% powierzchni kraju ("płuca Europy" - ewenement w UE!) i tym samym redukuje własną emisję CO2 a dodatkowo prowadzi również efektywną politykę w zakresie redukcji gazów poprzez zalesienie. Dodatkowo dzięki m.in. terminowi "neutralność węglowa" możemy wskazać, że nasz kraj redukując emisję CO2 poprzez lasy i zalesianie tak naprawę dąży do zrównoważenia własnej emisji i staje się obojętnym a nawet netto ujemnym emitentem CO2. To pozwala na dalsze korzystanie Polski z węgla a to jest najważniejsze w krótkiej i długiej perspektywie naszej gospodarki. Dzięki tym zapisom - również tym z pkt. 2 - możliwym stało się również renegocjowanie skrajnie niekorzystnych zobowiązań jakie zostały przyjęte przez rządy D. Tuska i E. Kopacz.
Po czwarte. Uzyskaliśmy uznanie w zakresie naszych starań skierowanych na rozwijanie geotermalnych źródeł energii, czyli popularną geotermię tak wyśmiewaną przez elity III RP - ("Geotermia Toruńska").
Rok 2017 (luty)
Powtórzę to, co napisałem wcześniej. Przyjęto bezprawnie (pomimo sprzeciwu państw dających mniejszość blokującą) i niezgodnie z duchem ważniejszego porozumienia COP21 tzw. "wspólne stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)". Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
Na szczęście nie wszystko poszło "nie po naszej myśli".
Po pierwsze. Mimo, iż część krajów UE i wielu polityków chciało zwiększyć rokroczny spadek liczby uprawnień do emisji CO2, to jednak zachowany został ustalony w 2014 roku (też niekorzystny dla Polski) wskaźnik spadku wynoszący rocznie 2,2%.
Po drugie. Zgodnie z oczekiwaniami Polski przyjęto zapisy dotyczące zarządzania funduszem modernizacyjnym. Przewidziano go dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają przekształcać swój system energetyczny. Do Polski trafić ma największa część z tych środków, dlatego polskiemu rządowi szczególnie zależało, by móc decydować, na jakie inwestycje pójdą. Na tym etapie udało się wynegocjować zapisy przewidujące, że to państwa-beneficjanci odpowiadają za zarządzanie funduszem a nie przedstawiciele państw członkowskich, KE oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Polska obawiała się, że zarządzanie funduszem przez KE i EBI sprawi, iż nie wszystkie projekty, jakie chciałaby realizować, będą mogły otrzymać wsparcie. Na czarnej liście mogłyby się znaleźć np. inwestycje, które byłyby w jakikolwiek sposób związane z wykorzystaniem węgla jako surowca energetycznego.
Po trzecie. Uzyskano lekkie złagodzenie kryteriów (tzw. benchmarków), od których będzie zależało, ile dana firma będzie mogła dostać darmowych pozwoleń na emisję. W koncepcji bowiem KE benchmarki określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych pozwoleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.
Po czwarte. Uzyskano możliwość przyznania 30% darmowych uprawnień z przeznaczeniem dla ciepłownictwa, co jest ważne ze względu na wykorzystywanie przez Polskę węgla jako źródła energetycznego.
Niestety Polska może dziś walczyć tylko w zakresie skrajnie niekorzystnych porozumień zawartych przez zdrajców: D. Tuska i E. Kopacz a unijny system pozwoleń na emisję CO2 to główne narzędzie
realizacji zawartych w 2014 roku zapisów o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005 a nie 1990).
Opisując efekty szczytu z 28.02.2017 roku korzystałem z dostępnych medialnie informacji, które wydają się być niepełne, co jest znów zastanawiające. Mam nadzieję, że polski rząd podejmie określone kroki prawno-instytucjonalne, aby wymóc na państwach unijnych respektowanie światowego porozumienia COP21, co wydaje się całkiem możliwe i prawnie skuteczne.
Oczekiwałbym jednak jakiejś dyskusji w Polsce na ten temat i szczegółowego poinformowania Polaków o wszystkich aspektach naszej walki o polski przemysł oparty na węglu.
To jest jedna z najważniejszych kwestii i może tzw. "totalna opozycja" jakoś też się wypowie na ten temat i uruchomi dla dobra Polski swoich przyjaciół w UE... w co zresztą wątpię, bo zdrajcy i sprzedajni szubrawcy już nimi pozostaną w imię zasady "raz k...rwa, zawsze k...rwa".
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Jednym z tych tematów jest handel tzw. emisjami CO2 i światowymi oraz unijnymi obostrzeniami dotyczącymi emisji tegoż CO2.
Tak naprawdę zresztą przedmiotowego tematu w ogóle nie powinno być, bo tzw. Globalne Ocieplenie, które stało się pretekstem globalistów do walki z emisją gazów cieplarnianych oraz do wykreowania świetnego i dochodowego biznesu, jest fikcją.
Jednak na razie musimy - jako Polska - walczyć o jak najkorzystniejsze rozwiązania w tym obszarze, zarówno w skali światowej, jak i unijnej. A jest to bardzo trudne bowiem szczególnie największe państwa UE (w tym przede wszystkim Niemcy) prowadzą wobec nas wrogą i konkurencyjną politykę w zakresie polityki klimatycznej.
Kolejnym etapem tej wojny jest przyjęcie przez ministrów ds. środowiska w dniu 28.02.2017 roku "wspólnego stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)", które zawiera rozwiązania określone przez polskiego ministra Jana Szyszkę jako niszczące polskie bezpieczeństwo energetyczne i blokujące polskie zasoby energetyczne takie jak węgiel oraz nie mające nic wspólnego z porozumieniem paryskim (COP21). Polska wraz z Bułgarią, Rumunią, Cyprem, Chorwacją, Węgrami, Włochami, Litwą i Łotwą stanowiła grupę państw sprzeciwiających się proponowanym rozwiązaniom. Mimo, że zgodnie z obowiązującym jeszcze przez miesiąc nicejskim systemem głosowania, zgodnie z którym stworzona grupa wystarczała do utworzenia tzw. „mniejszości blokującej”, to „wspólne” stanowisko zostało jednak zaakceptowane.
Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
To porozumienie to kolejny negatywny krok UE wobec Polski a dodatkowo bezprawny oraz niezgodny z ogólnoświatowymi ustaleniami dokonanymi podczas ubiegłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu - COP21. Co prawda prace nad ostatecznym kształtem nowych przepisów rozpocznie niedługo Parlament Europejski, ale raczej nie należy się spodziewać by zmienił on ich treść. Polsce wraz z innymi krajami głosującymi przeciw porozumieniu pozostanie prawdopodobnie złożenie prawnego sprzeciwu do instytucji unijnych lub ONZ-towskich.
W tym kontekście warto przypomnieć historię naszych negocjacyjnych klęsk i zwycięstw dotyczących całego obszaru związanego z polityką klimatyczną i pakietem klimatycznym obejmującymi też emisję i handel uprawnieniami CO2.
Rok 2008
Premier D. Tusk zgodził się i podpisał pakiet klimatyczny negocjowany w ramach UE. Zawarto w nim skrajnie niekorzystne zapisy uderzające w polską gospodarkę, która przecież w 90% oparta jest na węglu jako źródle energii. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku bazowego 2005, zwiększenie do 20% udziału energii odnawialnej w całości zużywanej energii i 20% poprawę efektywności wykorzystania energii. Największa zdrada Polski dokonana przez D. Tuska polegała na tym, że pierwotnie wynegocjowanym przez śp. prezydenta L. Kaczyńskiego rokiem bazowym liczenia redukcji emisji CO2 dla Polski miał być rok 1990 a "premier" D. Tusk zgodził się na jego zmianę na rok 2005. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005.
Rok 2013 (marzec)
Sąd UE w Luksemburgu oddalił polską skargę przeciw decyzji Komisji Europejskiej z 2011 r. dotyczącej przejściowych zasad przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w całej Unii. Decyzja Komisji KE 2011/278/UE z 27 kwietnia 2011 r. (tzw. decyzja benchmarkowa) dotyczyła przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w latach 2013-20 (...) i oznaczała, że Polska będzie mogła w latach 2013-2020 rozdzielić pomiędzy instalacje tylko ok. 477 mln uprawnień do emisji. Dla porównania w Niemczech mogło zostać rozdzielonych 1 mld 402 mln uprawnień do emisji, w Wielkiej Brytanii – 626 mln takich uprawnień. W polskiej skardze przeciw Komisji Europejskiej Polska zawarła cztery zarzuty:
- zaniżenie przydziału bezpłatnych uprawnień dla Polski wynikające z nie uwzględnienia specyfiki paliwowej poszczególnych państw członkowskich i wyliczeniu wskaźników emisyjności przy wykorzystaniu referencyjnej wydajności gazu ziemnego oraz przyjęcia tego paliwa jako paliwo referencyjne,
- nie uwzględnienie zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych regionach UE i przez to naruszenie zasady równego traktowania,
- naruszenie zasady proporcjonalności polegające na określeniu wskaźników emisyjności na poziomie bardziej restrykcyjnym niż wymagają tego cele dyrektywy 2003/87 ustanawiającej system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych we Wspólnocie,
- naruszenie przepisów dyrektywy 2003/87 i braku kompetencji Komisji do przyjęcia zaskarżonej decyzji.
Skarga, która i tak była spóźniona i wydawała się być działaniem pozorowanym została oddalona w całości, co tylko świadczyło o "wielkim" wówczas znaczeniu D. Tuska.
Rok 2014 (październik)
Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej. Jedną z konsekwencji - i chyba najtragiczniejszą dla Polski - tego pakietu była konieczność radykalnego przestawienia się naszego kraju z węgla kamiennego na inne źródła pozyskiwania energii, w tym tzw. źródła energii odnawialnej, na które musielibyśmy wydać w najbliższych latach miliardy złotych. Wiązało się to również z koniecznością przyszłych radykalnych wzrostów cen energii dla ostatecznych odbiorców: przemysłowych i indywidualnych. Stąd pojawiły się m.in zakusy zamykania polskich kopalń, co oczywiście było bardzo pożądane szczególnie dla niemieckiego przemysłu wydobywczego.
Rok 2015 (grudzień)
Ogromny sukces polskiego rządu i ministra Jana Szyszko na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, tzw. szczycie klimatycznym COP21.
Polska przygotowywała się na ten szczyt od dawna, ale prace nabrały przyspieszenia w momencie przejęcia władzy w Polsce przez rząd B. Szydło i objęcia teki ministra środowiska przez prof. J. Szyszko.
Polska w czasie tego szczytu chciała aby:
- porozumienie klimatyczne zostało zawarte niemal przez wszystkie państwa świata, czyli żeby Polska stała się sygnatariuszem porozumienia szerszego niż na poziomie UE i obejmującego całość światowej emisji gazów cieplarnianych, w tym również największych gospodarek takich jak: USA, Chiny czy Rosja,
- w porozumieniu klimatycznym zawarto zapisy umożliwiające uwzględnianie specyfiki gospodarek poszczególnych krajów i ich możliwości społeczno-gospodarczych w tworzeniu międzynarodowych porozumień klimatycznych,
- w porozumieniu klimatycznym wreszcie wskazano na rolę lasów w pochłanianiu CO2 i rolę zalesiania jako drogi do polepszenia klimatu oraz jednego ze sposobów działania na rzecz ochrony środowiska naturalnego i klimatu a także redukującego emisje CO2.
Dodatkowo też przygotowano analizę wykorzystania czystych ekologicznie geotermalnych źródeł energii oraz przedstawiono czyste metody spalania węgla opracowane przez krajowych naukowców dające minimalną emisję CO2 i zapewniające jego wtórne przetwarzanie.
W Paryżu Polska umiejętnie rozegrała negocjacje i wchodząc m.in. w przejściowe alianse (porozumienia) z Chinami, Indiami, Arabia Saudyjską czy Indonezją uzyskała wszystko, co chciała i postulowała. W ostatecznym globalnym porozumieniu ONZ zawarto wszystkie polskie postulaty a ponadto uzyskano odejście od terminu "dekarbonizacja" na rzecz "neutralności węglowej". Szczyt zakończył się w sumie dużym sukcesem bo podpisały porozumienie niemal wszystkie kraje świata, w tym najwięksi emitenci CO2, czyli Rosja, Chiny i USA.
Dla Polski był to ogromny sukces.
Po pierwsze. Globalny charakter porozumienia na szczeblu najszerszym z możliwych czyli ONZ postawił zupełnie inaczej pozycję Polski i jej dorobek w emisji i redukcji CO2. Z globalnej bowiem perspektywy Polska jest krajem o średniej emisji CO2 a najwięcej winny dziś robić w zakresie redukcji jego emisji najwięksi globalni "truciciele".
Po drugie. Nareszcie Polska uzyskała możliwość uwzględniania jej specyfiki energetycznej w każdych negocjacjach klimatycznych. A jako, że Polska w 90% oparta jest na węglu to możliwym stało się wskazywanie na niemożność zrezygnowania z niego w długiej perspektywie czasowej a ponadto uzyskaliśmy swobodną możliwość wdrażania i eksportowania czystych technologii/metod spalania węgla dających minimalną emisję CO2 i zapewniających jego wtórne przetwarzanie, co - wedle ustaleń COP21 - pozwala na uniknięcie rezygnacji przez Polskę z węgla jako podstawowego surowca do produkcji energii a także - pozwala na rozszerzanie prac (unikanie blokowania przez UE) modernizacji polskiej energetyki opartej na węglu.
Po trzecie i chyba najważniejsze (o to delegacja Polski walczyła najmocniej). Uzyskaliśmy akceptację uznania lasów i zalesiania jako elementów redukujących emisję CO2, co pozwoliło na dywersyfikację uznawanych metod redukcji tego gazu. Więc - wedle porozumienia COP21 - nie musimy skupiać się na redukcji emisji tylko na zasadzie tzw "dekarbonizacji" przemysłu i wprowadzania odnawialnych źródeł energii (np. farmy wiatrowe) ale wskazywać, że Polska pochłania CO2 dzięki ogromnym połaciom posiadanych lasów obejmujących aż 30% powierzchni kraju ("płuca Europy" - ewenement w UE!) i tym samym redukuje własną emisję CO2 a dodatkowo prowadzi również efektywną politykę w zakresie redukcji gazów poprzez zalesienie. Dodatkowo dzięki m.in. terminowi "neutralność węglowa" możemy wskazać, że nasz kraj redukując emisję CO2 poprzez lasy i zalesianie tak naprawę dąży do zrównoważenia własnej emisji i staje się obojętnym a nawet netto ujemnym emitentem CO2. To pozwala na dalsze korzystanie Polski z węgla a to jest najważniejsze w krótkiej i długiej perspektywie naszej gospodarki. Dzięki tym zapisom - również tym z pkt. 2 - możliwym stało się również renegocjowanie skrajnie niekorzystnych zobowiązań jakie zostały przyjęte przez rządy D. Tuska i E. Kopacz.
Po czwarte. Uzyskaliśmy uznanie w zakresie naszych starań skierowanych na rozwijanie geotermalnych źródeł energii, czyli popularną geotermię tak wyśmiewaną przez elity III RP - ("Geotermia Toruńska").
Rok 2017 (luty)
Powtórzę to, co napisałem wcześniej. Przyjęto bezprawnie (pomimo sprzeciwu państw dających mniejszość blokującą) i niezgodnie z duchem ważniejszego porozumienia COP21 tzw. "wspólne stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)". Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
Na szczęście nie wszystko poszło "nie po naszej myśli".
Po pierwsze. Mimo, iż część krajów UE i wielu polityków chciało zwiększyć rokroczny spadek liczby uprawnień do emisji CO2, to jednak zachowany został ustalony w 2014 roku (też niekorzystny dla Polski) wskaźnik spadku wynoszący rocznie 2,2%.
Po drugie. Zgodnie z oczekiwaniami Polski przyjęto zapisy dotyczące zarządzania funduszem modernizacyjnym. Przewidziano go dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają przekształcać swój system energetyczny. Do Polski trafić ma największa część z tych środków, dlatego polskiemu rządowi szczególnie zależało, by móc decydować, na jakie inwestycje pójdą. Na tym etapie udało się wynegocjować zapisy przewidujące, że to państwa-beneficjanci odpowiadają za zarządzanie funduszem a nie przedstawiciele państw członkowskich, KE oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Polska obawiała się, że zarządzanie funduszem przez KE i EBI sprawi, iż nie wszystkie projekty, jakie chciałaby realizować, będą mogły otrzymać wsparcie. Na czarnej liście mogłyby się znaleźć np. inwestycje, które byłyby w jakikolwiek sposób związane z wykorzystaniem węgla jako surowca energetycznego.
Po trzecie. Uzyskano lekkie złagodzenie kryteriów (tzw. benchmarków), od których będzie zależało, ile dana firma będzie mogła dostać darmowych pozwoleń na emisję. W koncepcji bowiem KE benchmarki określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych pozwoleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.
Po czwarte. Uzyskano możliwość przyznania 30% darmowych uprawnień z przeznaczeniem dla ciepłownictwa, co jest ważne ze względu na wykorzystywanie przez Polskę węgla jako źródła energetycznego.
Niestety Polska może dziś walczyć tylko w zakresie skrajnie niekorzystnych porozumień zawartych przez zdrajców: D. Tuska i E. Kopacz a unijny system pozwoleń na emisję CO2 to główne narzędzie
realizacji zawartych w 2014 roku zapisów o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005 a nie 1990).
Opisując efekty szczytu z 28.02.2017 roku korzystałem z dostępnych medialnie informacji, które wydają się być niepełne, co jest znów zastanawiające. Mam nadzieję, że polski rząd podejmie określone kroki prawno-instytucjonalne, aby wymóc na państwach unijnych respektowanie światowego porozumienia COP21, co wydaje się całkiem możliwe i prawnie skuteczne.
Oczekiwałbym jednak jakiejś dyskusji w Polsce na ten temat i szczegółowego poinformowania Polaków o wszystkich aspektach naszej walki o polski przemysł oparty na węglu.
To jest jedna z najważniejszych kwestii i może tzw. "totalna opozycja" jakoś też się wypowie na ten temat i uruchomi dla dobra Polski swoich przyjaciół w UE... w co zresztą wątpię, bo zdrajcy i sprzedajni szubrawcy już nimi pozostaną w imię zasady "raz k...rwa, zawsze k...rwa".
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Etykiety:
2017,
28,
B. Szydło,
CO2,
COP21,
J. Szyszko,
Kopacz,
luty,
media,
milczenie,
prezydent A. Duda,
rząd PiS,
sukces,
szczyt klimatyczny,
Tusk,
zdrada
poniedziałek, 3 października 2016
"Głupi i głupszy - głupia i głupsza"...
"Głupi i głupszy" to tytuł znanej komedii sprzed lat. Sądzę, że dziś można by było taki film nakręcić w Polsce a opisywałby zachowania i wypowiedzi części przedstawicieli naszej dzisiejszej opozycji politycznej. Gdyby żył S. Bareja to na pewno byliby oni jego inspiracją a film - zgodnie z dzisiejszymi parytetami - mógłby nosić tytuł: "Głupi i głupszy, głupia i głupsza".
W śmieszności i kuriozalności swoich wypowiedzi prym biorą oczywiście posłanki Nowoczesnej i ich nowoczesny lider, ale też w tym dziele bierni nie pozostają im przedstawiciele PO czy też KOD.
Można nieraz popełnić jakąś gafę językowo-intelektualną, jakiś lapsus, ale - szczególnie u osób publicznych - nie może stać się to normą, która ukazuje ich braki w elementarnej wiedzy, niski poziom intelektualny, defekt psychiczny (np. coś a'la aleksytymia) czy też zwyczajną głupotę. Tacy ludzie nie powinni nigdy funkcjonować w przestrzeni polityczno-publicznej.
Jednak jakże może być inaczej skoro Krystyna Szumilas z PO - do niedawna minister edukacji - stwierdziła ostatnio: "...szkoła, którą przygotowuje PiS jest ciężką szkołą opartą na wiedzy, na faktach, ale nie dotyczy tego, co we współczesnym świecie jest konieczne, a więc kreatywności, innowacyjności, wyobraźni".
No i chyba taką antyszkołę zbudowaliśmy przez ostatnie ćwierć wieku. Szkołę, która wykształciła naprawdę kreatywnych, innowacyjnych "wykształciuchów" z wyobraźnią na poziomie nowoczesnych R. Petru, J. Scheuring-Wielgus, K. Gasiuk-Pihowicz i wielu innych.
Ostatnio takich wpadek jakby się namnożyło w stosunkowo krótkim czasie. Posłanka Scheuring-Wielgus na proaborcyjnym proteście wykrzykiwała razem z tłumem: "Dość dyktatury kobiet", natomiast o "wpadkach" R. Petru mówi się notorycznie, bo dostarcza on systematycznie prześmiewczego materiału do żartów. Wszyscy znają już jego wiedzę na temat daty upadku Cesarstwa Rzymskiego i "rubikonia", "ciążę trwającą od 12 do 20 miesiąca" czy też "święto sześciu króli". Ostatnio zaś werbalnie wydobył z siebie takie sobie odkrywcze i innowacyjne oraz w sumie zgodne z lewackim i postępowym podejściem do płciowości stwierdzenie: "Dzisiaj formalnie można uprawiać seks do 15 roku życia. Ale żeby do ginekologa dziewczyna czy chłopak się wybrał, musi iść z rodzicami". Nie możemy też zapominać o liderze - pierwszoplanowym bohaterze komediowej operetki pod nazwą KOD. On np. niedawno raczył powiedzieć, że w KOD mają problem z ludźmi młodymi, ale oni są po prostu zastraszani i boją się uczestniczyć w tej inicjatywie a zresztą "młodość jest mocno przereklamowana".
Można się śmiać z takich wypowiedzi, współczuć ich autorom i traktować z pobłażaniem, ale sprawa jest naprawdę poważna.
Ci ludzie tworzą jakieś organizacje społeczno-polityczne, są przedstawicielami polskiego narodu w parlamencie, pełnią określone funkcje publiczne a taki R. Petru coś tam wspomina o kandydaturze na prezydenta czy zostania premierem.
Jeszcze bardziej porażające jest to, że to nie jest jakaś perfidna strategia, gra socjotechniczna mająca przybliżyć liderów Nowoczesnej i PO do zwykłych ludzi i nieraz ich braku elementarnej wiedzy (choć wtedy na pewno Polacy by to już obecnie wyczuli i wyczuwają, choćby w przypadku KOD), ale oni to mówią z wewnętrznym przekonaniem i zgodnie z poziomem posiadanej przez siebie wiedzy oraz umiejętności. Co gorsza starają się lekceważyć i usprawiedliwiać własną głupotę nie widząc w niej żadnej tragedii ani negatywnych konsekwencji...
To jest coś naprawdę zadziwiającego i świadczącego, że faktycznie jakiś drugi S. Bareja powinien już pisać scenariusz do dobrej komedii i oby w tym scenariuszu nie znaleźli się tłumnie polscy wyborcy, którzy będą po tym wszystkim głosować jeszcze raz na Nowoczesną i PO oraz wspierać KOD...
I jeszcze tak - przelewając czarę goryczy - na koniec groteskowa - wypowiedź byłej premier, lekarki E. Kopacz: "To, że kobieta popiera aborcję, świadczy o wrażliwości kobiety. Co ma zrobić kobieta, która zajdzie w ciążę, a potem nie wie, kto jest ojcem, bo miała kilku facetów? Co ona ma zrobić? Każdy ma prawo do chwili zapomnienia”.
P.S.1
Wobec rosnącej kuriozalności i śmieszności Nowoczesnej, PO i KOD rosną szanse ruchu P. Kukiza... ale to tylko dygresyjnie...
P.S.2
Sprawni i efektywni liderzy jakiejś organizacji (firmy, partii politycznej, ruchu społecznego) dobierają sobie do współpracy ludzi nieraz mądrzejszych od siebie i potrafią wydobyć z nich to, co mają najlepszego dla dobra i sukcesu owej organizacji. Oni zresztą wtedy stają się też mądrzejsi. Mierni i zakompleksieni ludzie uzurpujący sobie prawo do bycia owym liderem wybierają sobie do współpracy ludzi na równym lub niższym poziomi wiedzy i intelektu od samych siebie. Wtedy też stają się głupsi a organizacja mało skuteczna i efektywna. Jest tylko jeden warunek w przypadku zaistnienia pierwszej z możliwości: trzeba sobie zdawać sprawę ze swoich braków a idiota jednak nigdy nie wie i nie zdaje sobie sprawy, że jest idiotą i potrafi wierzyć w to, że jest mądry... Ot taka ciekawostka...
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
W śmieszności i kuriozalności swoich wypowiedzi prym biorą oczywiście posłanki Nowoczesnej i ich nowoczesny lider, ale też w tym dziele bierni nie pozostają im przedstawiciele PO czy też KOD.
Można nieraz popełnić jakąś gafę językowo-intelektualną, jakiś lapsus, ale - szczególnie u osób publicznych - nie może stać się to normą, która ukazuje ich braki w elementarnej wiedzy, niski poziom intelektualny, defekt psychiczny (np. coś a'la aleksytymia) czy też zwyczajną głupotę. Tacy ludzie nie powinni nigdy funkcjonować w przestrzeni polityczno-publicznej.
Jednak jakże może być inaczej skoro Krystyna Szumilas z PO - do niedawna minister edukacji - stwierdziła ostatnio: "...szkoła, którą przygotowuje PiS jest ciężką szkołą opartą na wiedzy, na faktach, ale nie dotyczy tego, co we współczesnym świecie jest konieczne, a więc kreatywności, innowacyjności, wyobraźni".
No i chyba taką antyszkołę zbudowaliśmy przez ostatnie ćwierć wieku. Szkołę, która wykształciła naprawdę kreatywnych, innowacyjnych "wykształciuchów" z wyobraźnią na poziomie nowoczesnych R. Petru, J. Scheuring-Wielgus, K. Gasiuk-Pihowicz i wielu innych.
Ostatnio takich wpadek jakby się namnożyło w stosunkowo krótkim czasie. Posłanka Scheuring-Wielgus na proaborcyjnym proteście wykrzykiwała razem z tłumem: "Dość dyktatury kobiet", natomiast o "wpadkach" R. Petru mówi się notorycznie, bo dostarcza on systematycznie prześmiewczego materiału do żartów. Wszyscy znają już jego wiedzę na temat daty upadku Cesarstwa Rzymskiego i "rubikonia", "ciążę trwającą od 12 do 20 miesiąca" czy też "święto sześciu króli". Ostatnio zaś werbalnie wydobył z siebie takie sobie odkrywcze i innowacyjne oraz w sumie zgodne z lewackim i postępowym podejściem do płciowości stwierdzenie: "Dzisiaj formalnie można uprawiać seks do 15 roku życia. Ale żeby do ginekologa dziewczyna czy chłopak się wybrał, musi iść z rodzicami". Nie możemy też zapominać o liderze - pierwszoplanowym bohaterze komediowej operetki pod nazwą KOD. On np. niedawno raczył powiedzieć, że w KOD mają problem z ludźmi młodymi, ale oni są po prostu zastraszani i boją się uczestniczyć w tej inicjatywie a zresztą "młodość jest mocno przereklamowana".
Można się śmiać z takich wypowiedzi, współczuć ich autorom i traktować z pobłażaniem, ale sprawa jest naprawdę poważna.
Ci ludzie tworzą jakieś organizacje społeczno-polityczne, są przedstawicielami polskiego narodu w parlamencie, pełnią określone funkcje publiczne a taki R. Petru coś tam wspomina o kandydaturze na prezydenta czy zostania premierem.
Jeszcze bardziej porażające jest to, że to nie jest jakaś perfidna strategia, gra socjotechniczna mająca przybliżyć liderów Nowoczesnej i PO do zwykłych ludzi i nieraz ich braku elementarnej wiedzy (choć wtedy na pewno Polacy by to już obecnie wyczuli i wyczuwają, choćby w przypadku KOD), ale oni to mówią z wewnętrznym przekonaniem i zgodnie z poziomem posiadanej przez siebie wiedzy oraz umiejętności. Co gorsza starają się lekceważyć i usprawiedliwiać własną głupotę nie widząc w niej żadnej tragedii ani negatywnych konsekwencji...
To jest coś naprawdę zadziwiającego i świadczącego, że faktycznie jakiś drugi S. Bareja powinien już pisać scenariusz do dobrej komedii i oby w tym scenariuszu nie znaleźli się tłumnie polscy wyborcy, którzy będą po tym wszystkim głosować jeszcze raz na Nowoczesną i PO oraz wspierać KOD...
I jeszcze tak - przelewając czarę goryczy - na koniec groteskowa - wypowiedź byłej premier, lekarki E. Kopacz: "To, że kobieta popiera aborcję, świadczy o wrażliwości kobiety. Co ma zrobić kobieta, która zajdzie w ciążę, a potem nie wie, kto jest ojcem, bo miała kilku facetów? Co ona ma zrobić? Każdy ma prawo do chwili zapomnienia”.
P.S.1
Wobec rosnącej kuriozalności i śmieszności Nowoczesnej, PO i KOD rosną szanse ruchu P. Kukiza... ale to tylko dygresyjnie...
P.S.2
Sprawni i efektywni liderzy jakiejś organizacji (firmy, partii politycznej, ruchu społecznego) dobierają sobie do współpracy ludzi nieraz mądrzejszych od siebie i potrafią wydobyć z nich to, co mają najlepszego dla dobra i sukcesu owej organizacji. Oni zresztą wtedy stają się też mądrzejsi. Mierni i zakompleksieni ludzie uzurpujący sobie prawo do bycia owym liderem wybierają sobie do współpracy ludzi na równym lub niższym poziomi wiedzy i intelektu od samych siebie. Wtedy też stają się głupsi a organizacja mało skuteczna i efektywna. Jest tylko jeden warunek w przypadku zaistnienia pierwszej z możliwości: trzeba sobie zdawać sprawę ze swoich braków a idiota jednak nigdy nie wie i nie zdaje sobie sprawy, że jest idiotą i potrafi wierzyć w to, że jest mądry... Ot taka ciekawostka...
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
czwartek, 12 listopada 2015
Podziw, szacunek, wzruszenie i... obrzydzenie!
Dziś odbyło się pierwsze posiedzenie nowego Sejmu. Sejmu, który będzie funkcjonował w zupełnie innych propaństwowych i pronarodowych warunkach. Sejmu, który wybrał polski naród, aby odbudował naszą Polskę, przywrócił narodową godność i dumę z bycia Polakiem...
Pięknie przemawiał Marszałek Sejmu K. Morawiecki. Mimo wielu do niego zastrzeżeń faktem pozostaje, że jest symbolem antykomunistycznej niezłomnej opozycji kontestującej porozumienia w Magdalence i Okrągłym Stole. Słuchając dzisiaj jego słów serce jednocześnie się radowało i ze wzruszenia nawet zapłakało:
"Prowadź nas, Polsko!
„Niosłem Ciebie Polsko, jak żagiew, jak płomienie - gdzie Cię doniosę - nie wiem”. To słowa z podziemia, autor nieznany… Po latach 80. donieśliśmy Polskę do naszych dni. Jesteśmy dumnym, wielkim narodem.
Mamy przeszłość wielką. Jesteśmy cząstką dziejów, rośliśmy z chrześcijańskiego, europejskiego ducha, z naszej mowy i kultury, z umiłowania wolności, pracy i walki o niepodległość. Z fenomenu „Solidarności”.
Na co dzień widzimy bezprawie, draństwo i rozpacz. Rządzą ci, co mają pieniądze i siłę - ludziom potrzeba uczestnictwa, możliwości wypowiadania się, decydowania o sobie i kraju. Takie są nasze cel, takie będą nasze czyny. Z tej trybuny padło przed laty pytanie: „Czyja jest Polska?”, ale ważne jest pytanie: kogo jest Polska? Żyjemy nie tylko dla siebie, żyjemy i umieramy dla innych. Polska ma rosnąć, rozwijać się nie tylko dla Polaków. Jesteśmy potrzebni sąsiadom, światu, mamy łączyć zachód Europy z jej wschodem. My razem jesteśmy ważniejsi niż każdy z osobna - ponad nami są wartości: dobro i prawda. Nad nimi jest poczucie sensu naszego indywidualnego życia i narodowego trwania. Sensu, tożsamego z niepojętym Bogiem.
Polacy nie raz przydając się sobie, przydawali się innym. Tak było w 1920 roku, tak było podczas II wojny światowej. (…) Tak było w zrywie „Solidarności”. Przydaliśmy się Europie, przyczyniliśmy się do pokonania totalitaryzmu. (…) Ale po Okrągłym Stole zabrakło nam odwagi, wyobraźni i oryginalności. Marzy mi się, żebyśmy w tym parlamencie - z udziałem całego społeczeństwa - zaproponowali Polsce i Europie nową, wielką konstytucję na miarę XXI wieku".
Prezydent A. Duda w swoim koncyliacyjnym sejmowym orędziu potwierdził, że jest tak długo oczekiwanym polskim mężem stanu budzącym podziw i szacunek, z którego możemy być dumni i dumna może być nasza Ojczyzna:
"Drodzy Rodacy, panie marszałku, szanowni państwo marszałkowie poprzedniej i wcześniejszych kadencji Sejmu. Pani premier, państwo premierzy obecni na tej sali, panie posłanki, panowie posłowie, wszyscy dostojni goście, Ekscelencje.
Dziękuję. Dziękuję przede wszystkim panu marszałkowi i Wysokiej Izbie za możliwość zabrania głosu w tak niezwykłym, uroczystym dniu, gdy Sejm VIII kadencji rozpoczyna swoją pracę. Powiem więcej – swoją służbę dla Rzeczypospolitej. Ale pozwólcie państwo, że w pierwszej kolejności słowa podziękowania skieruję do wyborców, którzy poszli do głosowania i państwa wybrali, głosując na różne ugrupowania. Doprowadzili do sformowania Sejmu.
Apelowałem przed wyborami o udział w wyborach, apelowała pani premier, apelowali właściwie wszyscy politycy, dlatego, że wszyscy wiemy i czujemy, każdy to czuje, że wybory są najważniejszym elementem demokracji i że szeroki udział społeczeństwa w wyborach umacnia demokrację.
Demokracja pokazała swoją siłę i istotę – dla mnie jako prezydenta jest to radość, bo w każdym normalnym kraju demokratycznym dzieje się tak, że władza się zmienia. Raz rządzi jedna opcja, następnym razem inna. To, że te wybory przyniosły tak zdecydowaną zmianę na polskiej scenie politycznej, także jest świadectwem demokracji. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy kontekst wyborów samorządowych, co do których mieliśmy i mamy wątpliwości.
Chciałem podziękować PKW, na czele z sędzią Hermelińskim – za sprawne przeprowadzenie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. To ważne, że w istotny sposób nie poddawano w wątpliwość wyników. Że zostało zrealizowane to, co najważniejsze. (…) I za pójście do głosowania, i za przeprowadzenie wyborów serdecznie dziękuję.
Ale, co ważne, szczególnie na tej sali – chciałem bardzo serdecznie wszystkim państwu pogratulować. Pogratulować wyboru, dobrze przeprowadzonej kampanii i tego, że zdobyliście państwo zaufanie wyborców. Mówię to także z osobistego doświadczenia, bo zasiadałem z częścią państwa w tej izbie. Nie ukrywam, że cieszy mnie, że jest tak wielu nowych i młodych posłów, bo obok doświadczonych parlamentarzystów (…) jest młodzieńczy zapał. To może dać dla Rzeczypospolitej doskonałe efekty.
Panie posłanki, panowie posłowie, wyborcy opowiedzieli się za zmianą, która polega na naprawie szerokich aspektów życia Rzeczypospolitej. Mam wielką nadzieję, że ten Sejm odpowie na to zadanie. Odpowie pozytywnie, że te zmiany nastąpią i zostaną przegłosowane. Sejm jest elementem parlamentu – samo słowo parlament wywodzi się od słowa „mówić”, a więc jest to miejsce debaty i sporów. Rzecz cała polega tylko na tym, w jaki sposób ten spór jest prowadzony i na czym się opiera. Ja występując wczoraj w Pałacu do gości w związku z narodowym Świętem Niepodległości przypomniałem niezwykle ważne słowa, wypowiedziane w 2008 roku przez pana prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego: że podstawą patriotyzmu jest miłość.
Nie mam wątpliwości, że wszyscy, tak jak tutaj jesteśmy, w wysokiej izbie, dziś, bez wątpienia wszyscy jesteśmy patriotami. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Chciałbym, by tutaj – przy różnicy poglądów – elementem miłości był wzajemny szacunek w debacie, szacunek w wymianie argumentów. To kwestia nie tylko klimatu, w jakim Sejm będzie pracował, ale tego, jaki będzie obraz tego Sejmu i posłów w oczach społeczeństwa. To także kwestia tego, w jaki sposób będzie kształtowany obraz polskiej polityki.
Ja wiem o tym, że w wielu parlamentach na świecie temperatura dyskusji jest wyższa niż w Polsce. Ale być może Polacy nie lubią, by dyskusja była zbyt ostra. Prosiłbym, byście państwo prowadzili dyskusje merytoryczne, a granice sporu i przyzwoitości, języka, który w Polsce nazywa się „językiem parlamentarnym”, nie były przekraczane. By był to język dyplomacji i kultury debaty. Bardzo państwa o to proszę, by nie było tak, że ktokolwiek będzie wychodził z tej Izby z poczuciem, że został obrażony, że traktowano go z pogardą. A wiecie państwo, że tego typu sytuacje się zdarzały. Chciałbym państwa prosić, by tego nie było. Bo gdy tak się dzieje, następuje odwrócenie, sieje ziarna tego, co złe, ziarna nienawiści.
To jak w rodzinie – jest miłość, i chociaż są spory, to jednak tam, gdzie ta miłość jest, jest i wola pojednania i szukania porozumienia. Chciałbym, by zwornikiem szukania porozumienia był patriotyzm i niepodległość Polski. Jestem przekonany, że to, co dla nas wspólne to Rzeczpospolita, która ma być niepodległa, silna i jak najlepsza dla swoich obywateli.
Pamiętajmy o tym, że suwerenem jest naród – wszyscy, także ja, zostaliśmy wybrani przez Polaków. Nasze zadanie polega na tym by realizować to, do czego się zobowiązaliśmy w kampanii, w czasie wcześniejszej pracy poselskiej, a także teraz, gdy będziecie państwo pracowali. Ludzie oczekują od nas, by żyli bezpiecznie i że będzie się im żyło lepiej, że stopa życiowa będzie ciągnięta w kierunku takim, by dochodziła do poziomu, jaki jest na Zachodzie. Młodzi ludzie chcą wyjeżdżać, ale większość jednak nie. Wyjeżdżają, bo nie znajdują tutaj swojej szansy. To jedno z zadań, które musi być zrobione.
Apeluję o to, by prowadzić tutaj życzliwą debatę dla Polski i społeczeństwa, by wysłuchiwany był głos obywateli, by uwzględniane były inicjatywy obywatelskie, by głos opozycji był szanowany.
Chcę powiedzieć, jaka jest moja deklaracja, jeśli chodzi o polski parlament: chciałbym jako prezydent być blisko pracy sejmowej. Dlatego podjąłem decyzję, że korzystając z gabinetu prezydenta w Sejmie, będziemy prowadzili swoiste dyżury prezydenckie. Będą to dyżury moich współpracowników. Państwo ich znacie w większości – prawdopodobnie te dyżury będą się odbywały w czwartki, podczas posiedzeń Sejmu. Chciałby, byście wszyscy państwo pamiętali, że drzwi gabinetu prezydenta RP są otwarte dla posłów, na dialog i rozmowę. Chciałbym, aby tak było.
Dziękując obywatelom za to, że tak wyraźny sposób po raz pierwszy dokonali rozstrzygnięcia – tego jeszcze nie było, by jedno ugrupowanie miało większość – dla mnie jako człowieka, który wywodzi się z tego ugrupowania to ogromne zobowiązanie wobec tych, którzy dokonali tego wyboru. Za wykonanie się z tych zobowiązań – ja także jako prezydent przyjmuję na siebie tę odpowiedzialność.
Życzę państwu, byście przez te 4 lata pracowali tak, byście się w tej Izbie spotkali po następnych wyborach i by każdy miał w niej swoje miejsce. To będzie oznaczało, że wywiązaliście się ze zobowiązań dla Polaków i dla Polski. Dziękuję serdecznie".
No i na koniec swojego kłamliwego i insynuacyjnego głosu użyczyła E. Kopacz i zepsuła tym samym święto demokracji. Odchodząc w niesławie tylko potwierdziła swoją małość i chorobliwą nienawiść wobec Polaków. Smutny ostatni akt jej rządów, bardzo smutny, który zapewne też przesądził o jej kolejnej porażce i przegraniu wyborów na szefa Klubu Parlamentarnego PO...
"Pełnienie funkcji premiera to był wielki honor. Panie i Panowie ministrowie, praca z wami to był wielki zaszczyt i dziękuje za prace, którą wykonaliście. Dziękuję klubom PO i PSL.
Demokracja właśnie na tym polega, że raz na jakiś czas następuje zmiana władzy. Dziś pełnie władzy w Polsce przejmuje PiS. Stało się to w wyniku wolnych wyborów. I my, choć się z tego nie cieszymy, ten wynik szanujemy. Chcę dziś nowej władzy życzyć sukcesu. Życzę Wam powodzenia, bowiem od niego będzie zależeć los Polski i Polaków przez najbliższy czas. Nie będzie Wam łatwo, bo sukces zależy od punktu odniesienia. Życzę Wam, byście zrobili wszystko lepiej niż PO. Ale nie będzie Wam łatwo. Żebyście byli lepsi musielibyście wybudować ponad 3 tys. dróg i autostrad, zapewnić największy wzrost gospodarczy w UE, ale przede wszystkim poprawić bądź utrzymać obecny stan, w którym najwięcej ludzi w historii Polski ma prace. To jest około 16 mln ludzi, a bezrobocie jest jednocyfrowe. Życzę Wam również, byście nie zaprzepaścili osiągniętej dzięki nam stabilności finansów publicznych, co spowodowało, że Polska nie jest już obciążona procedurą nadmiernego deficytu.
Kiedy oddawaliście władzę, w prestiżowym rankingu Banku Światowego „doing business” Polska była między Kiribati a Macedonią. Dziś jesteśmy na 25. miejscu na świecie, wyprzedzamy nie tylko wszystkie kraje regionu, ale także Szwajcarię i Francję. Musielibyście wreszcie prowadzić realną politykę prorodzinną. Dzięki nam Polki mają najdłuższy urlop macierzyński w Europie. Przybyło ponad 5 tys. przedszkoli, a w ramach polityki prorodzinnej postawiliśmy na realną solidarność międzypokoleniową. Wiem, że mieliśmy łatwiej. Mieliśmy łatwiej, bo my porównywaliśmy się z Waszymi rządami z lat 2005-2007, ale chcę Was zapewnić, że wystarczyło się dobrze pracować. Dzięki temu osiągnęliśmy dużo więcej niż wy. Kilka przykładów. Kiedy w 2005 roku przejęliście władze, było 371 żłobków, gdy ją oddawaliście było 373. Przybyło ich raptem dwa. Teraz mamy 1800. Wydatki na ochronę zdrowia w 2007 roku wynosiły 40 mld, a teraz wynoszą ponad 66 mld. Pensja minimalna w 2007 roku wynosiła 900 złotych, my ją prawie podwoiliśmy.
Pozwólcie, że do życzeń, dołączę i przestrogę. Będziecie mieli opozycję. Nie taka totalną, jak wy byliście. Nie będziemy mówić, że Polska przestała być Polską. Na to nie liczcie. Ale jedno Wam mogę obiecać, nie przegapimy żadnego kłamstwa, zapamiętaliśmy każdą waszą obietnice i ze wszystkiego Was rozliczymy. Najdelikatniej mówiąc, z jasnością Waszych deklaracji macie problem już na początku. Patrzę tu z sympatią na posła Macierewicza. I powiem szczerze, że nie jest to Jarosław Gowin. Ostrzegę Was jeszcze przed jednym – przed niszczeniem fundamentów demokratycznego państwa. Jeśli będziecie niszczyć to, co budowali Polacy przez ostatnie ćwierć wieku, zrobimy wszystko, by Was powstrzymać. Jeśli spróbujecie zlikwidować niezależność sądów, wolność osobistą, święte prawo własności, jeśli zamachniecie się na prawa kobiet, bądźcie pewni, że nie będzie na to zgody. Nawet jeśli nas przegłosujecie, to nie uda Wam się zniszczyć polskiej demokracji po cichu. Usłyszy o tym każdy Polak i Polska. Bo takie jest zadanie opozycji.
Mogę już dziś zagwarantować Polakom, że jeśli nowa władza wyprowadzi nas z Zachodu na Wschód, jeśli z Europy zaprowadzą nas na jakieś swoje manowce, to PO będzie miała gotową mapę powrotu do normalności, do rozwoju, do europejskiej Polski, do wolności obywatelskiej. Do tego wszystkiego, co wydaje się nam naturalne. To jest nasze zadanie, z którego wywiążemy się do końca.
A na koniec coś z własnego doświadczenia, coś co będzie przestrogą dla PiS-u i może pocieszeniem dla Polaków. Każda władza przemija.
Dziękuję bardzo!"
Nie chce mi się komentować tych słów. Mogę tylko życzyć E. Kopacz trochę pokory i rozpoczęcia życia w prawdzie... i jeszcze jakiejś empatii oraz troski o Polaków, żeby więcej na jej widok i słuchając jej wynurzeń nie czuli obrzydzenia... i jeszcze zrozumienia, że już skończyło się jej teoretyczne państwo a na miejscu "kupy kamieni" rodzi się prawdziwa, dumna Polska.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
Pięknie przemawiał Marszałek Sejmu K. Morawiecki. Mimo wielu do niego zastrzeżeń faktem pozostaje, że jest symbolem antykomunistycznej niezłomnej opozycji kontestującej porozumienia w Magdalence i Okrągłym Stole. Słuchając dzisiaj jego słów serce jednocześnie się radowało i ze wzruszenia nawet zapłakało:
"Prowadź nas, Polsko!
„Niosłem Ciebie Polsko, jak żagiew, jak płomienie - gdzie Cię doniosę - nie wiem”. To słowa z podziemia, autor nieznany… Po latach 80. donieśliśmy Polskę do naszych dni. Jesteśmy dumnym, wielkim narodem.
Mamy przeszłość wielką. Jesteśmy cząstką dziejów, rośliśmy z chrześcijańskiego, europejskiego ducha, z naszej mowy i kultury, z umiłowania wolności, pracy i walki o niepodległość. Z fenomenu „Solidarności”.
Na co dzień widzimy bezprawie, draństwo i rozpacz. Rządzą ci, co mają pieniądze i siłę - ludziom potrzeba uczestnictwa, możliwości wypowiadania się, decydowania o sobie i kraju. Takie są nasze cel, takie będą nasze czyny. Z tej trybuny padło przed laty pytanie: „Czyja jest Polska?”, ale ważne jest pytanie: kogo jest Polska? Żyjemy nie tylko dla siebie, żyjemy i umieramy dla innych. Polska ma rosnąć, rozwijać się nie tylko dla Polaków. Jesteśmy potrzebni sąsiadom, światu, mamy łączyć zachód Europy z jej wschodem. My razem jesteśmy ważniejsi niż każdy z osobna - ponad nami są wartości: dobro i prawda. Nad nimi jest poczucie sensu naszego indywidualnego życia i narodowego trwania. Sensu, tożsamego z niepojętym Bogiem.
Polacy nie raz przydając się sobie, przydawali się innym. Tak było w 1920 roku, tak było podczas II wojny światowej. (…) Tak było w zrywie „Solidarności”. Przydaliśmy się Europie, przyczyniliśmy się do pokonania totalitaryzmu. (…) Ale po Okrągłym Stole zabrakło nam odwagi, wyobraźni i oryginalności. Marzy mi się, żebyśmy w tym parlamencie - z udziałem całego społeczeństwa - zaproponowali Polsce i Europie nową, wielką konstytucję na miarę XXI wieku".
Prezydent A. Duda w swoim koncyliacyjnym sejmowym orędziu potwierdził, że jest tak długo oczekiwanym polskim mężem stanu budzącym podziw i szacunek, z którego możemy być dumni i dumna może być nasza Ojczyzna:
"Drodzy Rodacy, panie marszałku, szanowni państwo marszałkowie poprzedniej i wcześniejszych kadencji Sejmu. Pani premier, państwo premierzy obecni na tej sali, panie posłanki, panowie posłowie, wszyscy dostojni goście, Ekscelencje.
Dziękuję. Dziękuję przede wszystkim panu marszałkowi i Wysokiej Izbie za możliwość zabrania głosu w tak niezwykłym, uroczystym dniu, gdy Sejm VIII kadencji rozpoczyna swoją pracę. Powiem więcej – swoją służbę dla Rzeczypospolitej. Ale pozwólcie państwo, że w pierwszej kolejności słowa podziękowania skieruję do wyborców, którzy poszli do głosowania i państwa wybrali, głosując na różne ugrupowania. Doprowadzili do sformowania Sejmu.
Apelowałem przed wyborami o udział w wyborach, apelowała pani premier, apelowali właściwie wszyscy politycy, dlatego, że wszyscy wiemy i czujemy, każdy to czuje, że wybory są najważniejszym elementem demokracji i że szeroki udział społeczeństwa w wyborach umacnia demokrację.
Demokracja pokazała swoją siłę i istotę – dla mnie jako prezydenta jest to radość, bo w każdym normalnym kraju demokratycznym dzieje się tak, że władza się zmienia. Raz rządzi jedna opcja, następnym razem inna. To, że te wybory przyniosły tak zdecydowaną zmianę na polskiej scenie politycznej, także jest świadectwem demokracji. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy kontekst wyborów samorządowych, co do których mieliśmy i mamy wątpliwości.
Chciałem podziękować PKW, na czele z sędzią Hermelińskim – za sprawne przeprowadzenie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. To ważne, że w istotny sposób nie poddawano w wątpliwość wyników. Że zostało zrealizowane to, co najważniejsze. (…) I za pójście do głosowania, i za przeprowadzenie wyborów serdecznie dziękuję.
Ale, co ważne, szczególnie na tej sali – chciałem bardzo serdecznie wszystkim państwu pogratulować. Pogratulować wyboru, dobrze przeprowadzonej kampanii i tego, że zdobyliście państwo zaufanie wyborców. Mówię to także z osobistego doświadczenia, bo zasiadałem z częścią państwa w tej izbie. Nie ukrywam, że cieszy mnie, że jest tak wielu nowych i młodych posłów, bo obok doświadczonych parlamentarzystów (…) jest młodzieńczy zapał. To może dać dla Rzeczypospolitej doskonałe efekty.
Panie posłanki, panowie posłowie, wyborcy opowiedzieli się za zmianą, która polega na naprawie szerokich aspektów życia Rzeczypospolitej. Mam wielką nadzieję, że ten Sejm odpowie na to zadanie. Odpowie pozytywnie, że te zmiany nastąpią i zostaną przegłosowane. Sejm jest elementem parlamentu – samo słowo parlament wywodzi się od słowa „mówić”, a więc jest to miejsce debaty i sporów. Rzecz cała polega tylko na tym, w jaki sposób ten spór jest prowadzony i na czym się opiera. Ja występując wczoraj w Pałacu do gości w związku z narodowym Świętem Niepodległości przypomniałem niezwykle ważne słowa, wypowiedziane w 2008 roku przez pana prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego: że podstawą patriotyzmu jest miłość.
Nie mam wątpliwości, że wszyscy, tak jak tutaj jesteśmy, w wysokiej izbie, dziś, bez wątpienia wszyscy jesteśmy patriotami. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Chciałbym, by tutaj – przy różnicy poglądów – elementem miłości był wzajemny szacunek w debacie, szacunek w wymianie argumentów. To kwestia nie tylko klimatu, w jakim Sejm będzie pracował, ale tego, jaki będzie obraz tego Sejmu i posłów w oczach społeczeństwa. To także kwestia tego, w jaki sposób będzie kształtowany obraz polskiej polityki.
Ja wiem o tym, że w wielu parlamentach na świecie temperatura dyskusji jest wyższa niż w Polsce. Ale być może Polacy nie lubią, by dyskusja była zbyt ostra. Prosiłbym, byście państwo prowadzili dyskusje merytoryczne, a granice sporu i przyzwoitości, języka, który w Polsce nazywa się „językiem parlamentarnym”, nie były przekraczane. By był to język dyplomacji i kultury debaty. Bardzo państwa o to proszę, by nie było tak, że ktokolwiek będzie wychodził z tej Izby z poczuciem, że został obrażony, że traktowano go z pogardą. A wiecie państwo, że tego typu sytuacje się zdarzały. Chciałbym państwa prosić, by tego nie było. Bo gdy tak się dzieje, następuje odwrócenie, sieje ziarna tego, co złe, ziarna nienawiści.
To jak w rodzinie – jest miłość, i chociaż są spory, to jednak tam, gdzie ta miłość jest, jest i wola pojednania i szukania porozumienia. Chciałbym, by zwornikiem szukania porozumienia był patriotyzm i niepodległość Polski. Jestem przekonany, że to, co dla nas wspólne to Rzeczpospolita, która ma być niepodległa, silna i jak najlepsza dla swoich obywateli.
Pamiętajmy o tym, że suwerenem jest naród – wszyscy, także ja, zostaliśmy wybrani przez Polaków. Nasze zadanie polega na tym by realizować to, do czego się zobowiązaliśmy w kampanii, w czasie wcześniejszej pracy poselskiej, a także teraz, gdy będziecie państwo pracowali. Ludzie oczekują od nas, by żyli bezpiecznie i że będzie się im żyło lepiej, że stopa życiowa będzie ciągnięta w kierunku takim, by dochodziła do poziomu, jaki jest na Zachodzie. Młodzi ludzie chcą wyjeżdżać, ale większość jednak nie. Wyjeżdżają, bo nie znajdują tutaj swojej szansy. To jedno z zadań, które musi być zrobione.
Apeluję o to, by prowadzić tutaj życzliwą debatę dla Polski i społeczeństwa, by wysłuchiwany był głos obywateli, by uwzględniane były inicjatywy obywatelskie, by głos opozycji był szanowany.
Chcę powiedzieć, jaka jest moja deklaracja, jeśli chodzi o polski parlament: chciałbym jako prezydent być blisko pracy sejmowej. Dlatego podjąłem decyzję, że korzystając z gabinetu prezydenta w Sejmie, będziemy prowadzili swoiste dyżury prezydenckie. Będą to dyżury moich współpracowników. Państwo ich znacie w większości – prawdopodobnie te dyżury będą się odbywały w czwartki, podczas posiedzeń Sejmu. Chciałby, byście wszyscy państwo pamiętali, że drzwi gabinetu prezydenta RP są otwarte dla posłów, na dialog i rozmowę. Chciałbym, aby tak było.
Dziękując obywatelom za to, że tak wyraźny sposób po raz pierwszy dokonali rozstrzygnięcia – tego jeszcze nie było, by jedno ugrupowanie miało większość – dla mnie jako człowieka, który wywodzi się z tego ugrupowania to ogromne zobowiązanie wobec tych, którzy dokonali tego wyboru. Za wykonanie się z tych zobowiązań – ja także jako prezydent przyjmuję na siebie tę odpowiedzialność.
Życzę państwu, byście przez te 4 lata pracowali tak, byście się w tej Izbie spotkali po następnych wyborach i by każdy miał w niej swoje miejsce. To będzie oznaczało, że wywiązaliście się ze zobowiązań dla Polaków i dla Polski. Dziękuję serdecznie".
No i na koniec swojego kłamliwego i insynuacyjnego głosu użyczyła E. Kopacz i zepsuła tym samym święto demokracji. Odchodząc w niesławie tylko potwierdziła swoją małość i chorobliwą nienawiść wobec Polaków. Smutny ostatni akt jej rządów, bardzo smutny, który zapewne też przesądził o jej kolejnej porażce i przegraniu wyborów na szefa Klubu Parlamentarnego PO...
"Pełnienie funkcji premiera to był wielki honor. Panie i Panowie ministrowie, praca z wami to był wielki zaszczyt i dziękuje za prace, którą wykonaliście. Dziękuję klubom PO i PSL.
Demokracja właśnie na tym polega, że raz na jakiś czas następuje zmiana władzy. Dziś pełnie władzy w Polsce przejmuje PiS. Stało się to w wyniku wolnych wyborów. I my, choć się z tego nie cieszymy, ten wynik szanujemy. Chcę dziś nowej władzy życzyć sukcesu. Życzę Wam powodzenia, bowiem od niego będzie zależeć los Polski i Polaków przez najbliższy czas. Nie będzie Wam łatwo, bo sukces zależy od punktu odniesienia. Życzę Wam, byście zrobili wszystko lepiej niż PO. Ale nie będzie Wam łatwo. Żebyście byli lepsi musielibyście wybudować ponad 3 tys. dróg i autostrad, zapewnić największy wzrost gospodarczy w UE, ale przede wszystkim poprawić bądź utrzymać obecny stan, w którym najwięcej ludzi w historii Polski ma prace. To jest około 16 mln ludzi, a bezrobocie jest jednocyfrowe. Życzę Wam również, byście nie zaprzepaścili osiągniętej dzięki nam stabilności finansów publicznych, co spowodowało, że Polska nie jest już obciążona procedurą nadmiernego deficytu.
Kiedy oddawaliście władzę, w prestiżowym rankingu Banku Światowego „doing business” Polska była między Kiribati a Macedonią. Dziś jesteśmy na 25. miejscu na świecie, wyprzedzamy nie tylko wszystkie kraje regionu, ale także Szwajcarię i Francję. Musielibyście wreszcie prowadzić realną politykę prorodzinną. Dzięki nam Polki mają najdłuższy urlop macierzyński w Europie. Przybyło ponad 5 tys. przedszkoli, a w ramach polityki prorodzinnej postawiliśmy na realną solidarność międzypokoleniową. Wiem, że mieliśmy łatwiej. Mieliśmy łatwiej, bo my porównywaliśmy się z Waszymi rządami z lat 2005-2007, ale chcę Was zapewnić, że wystarczyło się dobrze pracować. Dzięki temu osiągnęliśmy dużo więcej niż wy. Kilka przykładów. Kiedy w 2005 roku przejęliście władze, było 371 żłobków, gdy ją oddawaliście było 373. Przybyło ich raptem dwa. Teraz mamy 1800. Wydatki na ochronę zdrowia w 2007 roku wynosiły 40 mld, a teraz wynoszą ponad 66 mld. Pensja minimalna w 2007 roku wynosiła 900 złotych, my ją prawie podwoiliśmy.
Pozwólcie, że do życzeń, dołączę i przestrogę. Będziecie mieli opozycję. Nie taka totalną, jak wy byliście. Nie będziemy mówić, że Polska przestała być Polską. Na to nie liczcie. Ale jedno Wam mogę obiecać, nie przegapimy żadnego kłamstwa, zapamiętaliśmy każdą waszą obietnice i ze wszystkiego Was rozliczymy. Najdelikatniej mówiąc, z jasnością Waszych deklaracji macie problem już na początku. Patrzę tu z sympatią na posła Macierewicza. I powiem szczerze, że nie jest to Jarosław Gowin. Ostrzegę Was jeszcze przed jednym – przed niszczeniem fundamentów demokratycznego państwa. Jeśli będziecie niszczyć to, co budowali Polacy przez ostatnie ćwierć wieku, zrobimy wszystko, by Was powstrzymać. Jeśli spróbujecie zlikwidować niezależność sądów, wolność osobistą, święte prawo własności, jeśli zamachniecie się na prawa kobiet, bądźcie pewni, że nie będzie na to zgody. Nawet jeśli nas przegłosujecie, to nie uda Wam się zniszczyć polskiej demokracji po cichu. Usłyszy o tym każdy Polak i Polska. Bo takie jest zadanie opozycji.
Mogę już dziś zagwarantować Polakom, że jeśli nowa władza wyprowadzi nas z Zachodu na Wschód, jeśli z Europy zaprowadzą nas na jakieś swoje manowce, to PO będzie miała gotową mapę powrotu do normalności, do rozwoju, do europejskiej Polski, do wolności obywatelskiej. Do tego wszystkiego, co wydaje się nam naturalne. To jest nasze zadanie, z którego wywiążemy się do końca.
A na koniec coś z własnego doświadczenia, coś co będzie przestrogą dla PiS-u i może pocieszeniem dla Polaków. Każda władza przemija.
Dziękuję bardzo!"
Nie chce mi się komentować tych słów. Mogę tylko życzyć E. Kopacz trochę pokory i rozpoczęcia życia w prawdzie... i jeszcze jakiejś empatii oraz troski o Polaków, żeby więcej na jej widok i słuchając jej wynurzeń nie czuli obrzydzenia... i jeszcze zrozumienia, że już skończyło się jej teoretyczne państwo a na miejscu "kupy kamieni" rodzi się prawdziwa, dumna Polska.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
wtorek, 3 listopada 2015
Rozpaczliwe ruchy peowskiej Kopaczo-Piotrowskiej i nagłe przebudzenie TK...
Ostatnie osiem lat rządów PO-PSL to pasmo wielu afer i działań, które mogą w dużej liczbie być uznane za działanie na szkodę państwa lub też zwykłe przestępstwa.
Trudno tu wymienić wszystkie (zobacz: afery PO autorstwa MarkD). Warto tylko przypomnieć ostatnią aferę podsłuchową czy też nadchodzące afery związane z prywatyzacją CIECH-u czy też z ustawą o zwiększeniu prawnego zakresu identyfikacji sklepów wielkopowierzchniowych z 400 do 2000 m.kw albo dotycząca obrotu energią elektryczną przez PGE, oczywiście nie mówiąc już o np. aferach: hazardowej, stoczniowej (upadek polskich stoczni na rzecz niemieckich a raczej już rosyjskich), "misiakowej", wyciągowej, stadionowej, autostradowej, AmberGold i Eewarru, związanej z informatyzacją MSW, tzw. infoaferze, związanej z budową gazoportu w Świnoujściu oraz dostawami gazu z Kataru czy też związanej z budową elektrowni atomowej.
Do powyższych należy też dodać działania związane z: niejasnymi udogodnieniami podatkowymi dla firm i banków zagranicznych, kradzieżą oszczędności Polaków z OFE, potajemnym posiedzeniem rządu w Izraelu, chęcią wyprzedaży polskich lasów, nadmiernym zadłużaniem Polski, niezrozumiałymi bardzo wysokimi kosztami budowy infrastruktury czy - niezgodne z naszym interesem narodowym - działania i decyzje dotyczące tragedii smoleńskiej.
Z pewnością jest też jeszcze wiele działań o takiej negatywnej konotacji, o których nie wiemy...
Sądzę więc, że PO i tym samym PSL mają się czego bać. Uczciwe bowiem rozliczenie tych działań i afer może dla wielu polityków wspomnianych partii oraz dużej liczby ich towarzysko-biznesowo-politycznych akolitów okazać się tragiczne w skutkach, wraz z możliwością ich prawnego osądzenia.
Czy z tego strachu wynikają ostatnie, rozpaczliwe działania części jeszcze rządzących z minister Piotrowską na czele? Czy dlatego podejmuje ona takie decyzje, które mogą być uznane niejako za prewencyjne i uniemożliwiające uczciwe prawne osądzenie PO? Bo wszakże jak inaczej można interpretować otwarcie przez nią z dniem 1 listopada możliwości brakowania wybranych, niearchiwalnych dokumentów w podległych jej jednostkach? Czy tego typu działaniem nie jest też zarządzona przez nią nagła podwyżka (sięgająca nawet 2 tys. zł) dla szefów służb mundurowych podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, czyli komendantów i zastępców central policji, straży granicznej, straży pożarnej i BOR-u... która może rodzić pytanie czy rząd PO nie chce czasem kupić sobie przyszłej lojalności tych, nagrodzonych funkcjonariuszy państwowych bądź nie płaci im za dotychczasową pozaprawną ("zamiatanie pod dywan") usłużność?
Odnosząc się do tych pytań, to na ich tle rodzi się jeszcze jedno: Co jeszcze negatywnego zdąży zrobić rząd zanim odejdzie i jakie jeszcze "miny" podłożył dla nowego rządu?
Odpowiadając częściowo na powyższe pytanie to czy za takową "minę" nie można uznać nagłej aktywności Trybunału Konstytucyjnego, który - po latach zwlekania - postanowił wreszcie zająć się sprawami antykonstytucyjnych działań rządu PO-PSL, przy czym finansowe konsekwencje owej niekonstytucyjności będzie oczywiście ponosił już rząd PiS-u. Po wyborach przecież TK nagle uznał, że 8-letni brak podnoszenia kwoty wolnej od podatku jest niekonstytucyjny a dziś - po dwóch latach - zajął się ewentualną niekonstytucyjnością decyzji w sprawie OFE (jeżeli jutro TK uzna te decyzje za niekonstytucyjne to grozi to załamaniem finansów państwa).
Tych "min" jest na pewno jeszcze wiele i tylko smutnym jest, że politycy PO w bardzo wielu sprawach wyznają zasadę: "po nas choćby potop i najlepiej żeby zatopił następców". Jak można nazwać takie działania? Ocenę pozostawiam czytelnikom... bo wyartykułowanie mojej mogłoby skończyć się dla mnie zapewne jakąś sprawą w sądzie...
I na koniec... uważam, że jeżeliby TK lub sądy uznały niektóre decyzje rządu PO-PSL za niezgodne z prawem i konstytucją oraz wiązałoby się to z koniecznością określonych wydatków budżetowych, to winno się rozliczać osoby i partie podejmujące owe pozaprawne decyzje. Można tu rozważyć np. cofnięcie finansowania takich partii z budżetu oraz wystąpić o wypłatę przez nie odszkodowań na rzecz państwa polskiego. W przypadku zaś działań o charakterze zdrady racji stanu i działań na szkodę RP winno się takie partie po prostu rozwiązać...
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Trudno tu wymienić wszystkie (zobacz: afery PO autorstwa MarkD). Warto tylko przypomnieć ostatnią aferę podsłuchową czy też nadchodzące afery związane z prywatyzacją CIECH-u czy też z ustawą o zwiększeniu prawnego zakresu identyfikacji sklepów wielkopowierzchniowych z 400 do 2000 m.kw albo dotycząca obrotu energią elektryczną przez PGE, oczywiście nie mówiąc już o np. aferach: hazardowej, stoczniowej (upadek polskich stoczni na rzecz niemieckich a raczej już rosyjskich), "misiakowej", wyciągowej, stadionowej, autostradowej, AmberGold i Eewarru, związanej z informatyzacją MSW, tzw. infoaferze, związanej z budową gazoportu w Świnoujściu oraz dostawami gazu z Kataru czy też związanej z budową elektrowni atomowej.
Do powyższych należy też dodać działania związane z: niejasnymi udogodnieniami podatkowymi dla firm i banków zagranicznych, kradzieżą oszczędności Polaków z OFE, potajemnym posiedzeniem rządu w Izraelu, chęcią wyprzedaży polskich lasów, nadmiernym zadłużaniem Polski, niezrozumiałymi bardzo wysokimi kosztami budowy infrastruktury czy - niezgodne z naszym interesem narodowym - działania i decyzje dotyczące tragedii smoleńskiej.
Z pewnością jest też jeszcze wiele działań o takiej negatywnej konotacji, o których nie wiemy...
Sądzę więc, że PO i tym samym PSL mają się czego bać. Uczciwe bowiem rozliczenie tych działań i afer może dla wielu polityków wspomnianych partii oraz dużej liczby ich towarzysko-biznesowo-politycznych akolitów okazać się tragiczne w skutkach, wraz z możliwością ich prawnego osądzenia.
Czy z tego strachu wynikają ostatnie, rozpaczliwe działania części jeszcze rządzących z minister Piotrowską na czele? Czy dlatego podejmuje ona takie decyzje, które mogą być uznane niejako za prewencyjne i uniemożliwiające uczciwe prawne osądzenie PO? Bo wszakże jak inaczej można interpretować otwarcie przez nią z dniem 1 listopada możliwości brakowania wybranych, niearchiwalnych dokumentów w podległych jej jednostkach? Czy tego typu działaniem nie jest też zarządzona przez nią nagła podwyżka (sięgająca nawet 2 tys. zł) dla szefów służb mundurowych podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, czyli komendantów i zastępców central policji, straży granicznej, straży pożarnej i BOR-u... która może rodzić pytanie czy rząd PO nie chce czasem kupić sobie przyszłej lojalności tych, nagrodzonych funkcjonariuszy państwowych bądź nie płaci im za dotychczasową pozaprawną ("zamiatanie pod dywan") usłużność?
Odnosząc się do tych pytań, to na ich tle rodzi się jeszcze jedno: Co jeszcze negatywnego zdąży zrobić rząd zanim odejdzie i jakie jeszcze "miny" podłożył dla nowego rządu?
Odpowiadając częściowo na powyższe pytanie to czy za takową "minę" nie można uznać nagłej aktywności Trybunału Konstytucyjnego, który - po latach zwlekania - postanowił wreszcie zająć się sprawami antykonstytucyjnych działań rządu PO-PSL, przy czym finansowe konsekwencje owej niekonstytucyjności będzie oczywiście ponosił już rząd PiS-u. Po wyborach przecież TK nagle uznał, że 8-letni brak podnoszenia kwoty wolnej od podatku jest niekonstytucyjny a dziś - po dwóch latach - zajął się ewentualną niekonstytucyjnością decyzji w sprawie OFE (jeżeli jutro TK uzna te decyzje za niekonstytucyjne to grozi to załamaniem finansów państwa).
Tych "min" jest na pewno jeszcze wiele i tylko smutnym jest, że politycy PO w bardzo wielu sprawach wyznają zasadę: "po nas choćby potop i najlepiej żeby zatopił następców". Jak można nazwać takie działania? Ocenę pozostawiam czytelnikom... bo wyartykułowanie mojej mogłoby skończyć się dla mnie zapewne jakąś sprawą w sądzie...
I na koniec... uważam, że jeżeliby TK lub sądy uznały niektóre decyzje rządu PO-PSL za niezgodne z prawem i konstytucją oraz wiązałoby się to z koniecznością określonych wydatków budżetowych, to winno się rozliczać osoby i partie podejmujące owe pozaprawne decyzje. Można tu rozważyć np. cofnięcie finansowania takich partii z budżetu oraz wystąpić o wypłatę przez nie odszkodowań na rzecz państwa polskiego. W przypadku zaś działań o charakterze zdrady racji stanu i działań na szkodę RP winno się takie partie po prostu rozwiązać...
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
czwartek, 1 października 2015
Ratujmy polskie lasy! - jedyna nadzieja w Prezydencie Andrzeju Dudzie i PiS!
O lasach państwowych i próbie ich grabieżczej prywatyzacji przez rząd PO-PSL wspominałem już wielokrotnie. Podobnie zresztą jak i wielu blogerów i normalnych mediów.
W jednym ze swoich postów wskazywałem, że: "...oceniając z pewnej perspektywy wszystko to, co dzieje się wokół prywatyzacji lasów państwowych można dojść do wniosku, iż koalicja PO-PSL z niesamowitą precyzją i determinacją przygotowała plan sprzedaży (grabieży) polskich lasów o wartości 1 bln zł i tym samym oddanie w większości obce ręce około 30% powierzchni Polski . Ów strategiczny plan przewidywał (przewiduje) w tym celu podejmowanie działań wielokierunkowych, które są tak wyznaczone, aby się uzupełniały a także w razie niepowodzenia jednego mogły być z powodzeniem zastępowane innymi. Oczywiście cel zawsze pozostaje ten sam: ograbienie Polaków z własności polskich lasów (...) Rząd więc wpierw podjął próbę osłabienia ekonomicznego przedsiębiorstwa Lasy Państwowe. Już w styczniu 2014 mocą nowelizacji ustawy przeforsowanej w ciągu 26 godzin, w ciągu dwóch nocy przez rząd Donalda Tuska zobowiązano Lasy Państwowe do przekazania budżetowi państwa w latach 2014 i 2015 po 800 mln zł. Zdecydowano też, że od 2016 r. Lasy będą rocznie przekazywać do państwowej kasy 2 proc. wartości sprzedanego drewna, co przy jej przychodach daje kwotę około 100-150 mln zł rocznie i to niezależnie od tego czy ich wynik finansowy w danym roku budżetowym, będzie zyskiem czy stratą... Od początku było chyba dla wszystkich jasne, że celem tych dodatkowych obciążeń było osłabienie a być może doprowadzenie do upadłości części nadleśnictw (by je w końcu sprywatyzować) lub nawet całości przedsiębiorstwa, tak aby ich majątek (lasy) w postaci masy upadłościowej zarządzanej zapewne przez powołaną przez Skarb Państwa nową spółkę można było sprzedać (czyli de facto sprywatyzować) i to na pewno raczej - ze względu na dużą wartość tegoż majątku - międzynarodowym organizacjom posiadających odpowiednią gotówkę (...) Drugim kierunkiem działań rządu PO-PSL zmierzającym do prywatyzacji lasów była chęć zmiany Konstytucji. Zakończyło się to sławetną nocną próbą (17/18 grudnia 2014) jej zmiany, która umożliwiałaby niemal swobodną prywatyzację polskich lasów. Rządowa poprawka konstytucyjna była bowiem tak przygotowana, aby pod pozorem ochrony lasów dać możliwość otrzymania przyszłych profitów z ich sprzedaży. Poprawka mówiła, że lasy stanowiące własność Skarbu Państwa nie podlegałyby przekształceniom własnościowym. Wyjątkiem jednak od tej zasady byłyby przypadki uzasadnione celami publicznymi lub celami zrównoważonej gospodarki leśnej, które to określałaby odrębna ustawa. Czyż to nie był zabieg wprost genialny? Przyjęcie bowiem tak brzmiących zapisów praktycznie otwierałoby furtkę do nadużyć, bo cóż to znaczy „z wyjątkiem uzasadnionego celu publicznego”, kiedy nie bardzo wiadomo, co to są cele publiczne, które mogą być przecież różne (np. reprywatyzacyjne lub też wynikające z konieczności wypłacenia Żydom jakichś wyimaginowanych wojennych rekompensat w wysokości 65 mld USD) a dodatkowo określone odrębną ustawą. Taki zapis byłby prawnie niedookreślony, który można byłoby dowolnie interpretować, podobnie zresztą jak pojęcie „zrównoważonej gospodarki leśnej” (...) Nie udała się (na szczęście) nocna próba zmiany konstytucji. Zabrakło 5 głosów, dzięki głosom PiS. Kolejnym działaniem rządu dotyczącym też losów lasów jest... brak działań i torpedowanie inicjatyw społecznych w sprawie kończącego się w dniu 1 maja 2016 roku dwunastoletniego okresu ochronnego uniemożliwiającego swobodny i bez ograniczeń masowy zakup (wykup) polskiej ziemi rolnej i leśnej przez podmioty zagraniczne. Innymi słowy od tego dnia zagraniczne podmioty będą mogły kupować ziemię rolną i leśną na identycznych zasadach jak podmioty polskie. Należy mocno ponownie podkreślić, że owa możliwość dotyczy - oprócz ziemi rolnej - także ziemi leśnej, co w kontekście ataku na polskie lasy ma bardzo istotne znaczenie (...) Udało się nie zmieniać konstytucji, ale niestety dwa pozostałe kierunki działań rządu realizowane są w dalszym ciągu i sprzężone ze sobą już zaczynają przynosić pożądane przez rządzących efekty. Owej bowiem sławetnej nocy odrzucono głosami koalicji projekt społecznego referendum (zebrano 2,5 mln podpisów!) w obronie Lasów Państwowych i polskiej ziemi rolnej i leśnej zawierającego m.in. postulat renegocjacji Traktatu Akcesyjnego w kwestii sprzedaży ziemi rolnej i leśnej obcokrajowcom, który stwierdzał, by cudzoziemcy mogli kupować ziemię rolną i leśną w Polsce dopiero od roku, w którym siła nabywcza średniej pensji Polaka będzie stanowiła minimum 90 proc. średniej siły nabywczej średniej pensji mieszkańców pięciu najbogatszych krajów UE. Tak więc w mocy pozostają dotychczasowe ustalenia akcesyjne i od 1 maja 2016 roku obcokrajowcy bez ograniczeń będą mogli kupować ziemię rolną i leśną (...) W powyższym kontekście bardzo niebezpieczna jest sytuacja wynikająca z osłabienia ekonomicznego Lasów Państwowych. Otóż okazuje się, że przyjęty przez rząd wspomniany wcześniej dodatkowy "haracz" jaki Lasy Państwowe muszą płacić Skarbowi Państwa spowodował już zachwianie płynności finansowej części nadleśnictw, co w konsekwencji może prowadzić do ich upadłości a tak naprawdę do ich sprzedaży (prywatyzacji). Taka więc sytuacja może być już niebawem wygodnym pretekstem do prywatyzacji całych hektarów lasów. Będzie ana oczywiście hipokrytycznie tłumaczona jako konieczność, skoro publiczny zarząd nie potrafi tak zarządzać, aby zachować płynność finansową... choć przecież rząd celowo doprowadził to takiej sytuacji... Po 1 maja 2016 roku te "nierentowne" hektary polskich lasów będą mogły być kupowane przez obcokrajowców, bowiem będą stanowiły ziemię leśną (...) Należy się cieszyć, że próba zmiany konstytucji, w wyniku której możliwa stałaby się prywatyzacja lasów państwowych, jak na razie się nie udała. Nie znaczy to jednak, że proces prywatyzacji (sprzedaży) lasów państwowych został zahamowany. Trwa w najlepsze dzięki innym wskazanym w tekście działaniom rządowym (są zapewne też i inne)..." [1].
Okazuje się, że rząd PO-PSL wykazuje się zdumiewaną determinacją w realizacji celu jakim jest umożliwienie prywatyzacji polskich lasów. Nie udało się poprzez zmianę konstytucji to teraz - tuż przed zakończeniem kadencji - przeforsowano po prostu zmianę ustawy, która de facto w swojej treści nie odbiega zasadniczo od wcześniejszego projektu zmiany konstytucji. "Nowela ustawy o dopuszcza możliwość sprzedaży lasów w niektórych przypadkach, np. w celu realizacji inwestycji publicznych, np. dróg, bądź prowadzenia zrównoważonej polityki leśnej (...) Przepadł wniosek PiS o jej odrzucenie..." [2]. Za przyjęciem tej noweli autorstwa - oczywiście antypolskiej PO - głosowało 48 senatorów, przeciw było 31 senatorów a 1 się wstrzymał.
Nie trudno zauważyć, że owa determinacja PO w ataku na polskie lasy jest - delikatnie mówiąc -zastanawiająca. Rząd PO cały czas podejmował takie próby aż w końcu mu się to udało.
Skąd się bierze takie skwapliwe dążenie do owej prywatyzacji?
Jest wiele przyczyn, o których wspomniałem w wielu wcześniejszych tekstach, do których ogólnie możemy zaliczyć m.in. oczywistą dążność "polskich" elit do degradacji i niszczenia Polski i polskości z jaką mamy do czynienia przez niemalże cały okres po 1989. Niemniej jednak w tej konkretnej sprawie po raz kolejny warto przypomnieć, że najprawdopodobniej dążenie i umożliwienie sprzedaży polskich lasów jest niejako konsekwencją tajnej umowy między polskim rządem a środowiskami żydowskimi... Lasy po prostu mają być częścią spłaty za wyimaginowanie roszczenia majątkowe Żydów wobec Polski sięgające nawet 65 mld USD. Roszczenia te dotyczą restytucji niespadkowego mienia żydowskiego utraconego na terenie Polski w czasie II WŚ (kiedy agresorem były Niemcy) oraz po niej przez rządy komunistyczne (które zostały zaprowadzone przez ZSRR). I zapewne taką obietnicę złożyli tym środowiskom zarówno D. Tusk i jego PO, jak i wcześniej B. Komorowski. Jest to oczywiście jawna zdrada Polski i narodu polskiego...
Niejako potwierdzeniem - bardzo wymownym - tego faktu jest email z roku 2009 od ówczesnego Ambasadora USA w Polsce, Victora Ashe, relacjonujący aktualny stan spraw w Warszawie, w tym (w pkt. 6 listu) aktualny stan spraw dotyczący tzw. rekompensat za prywatne mienie skonfiskowane na terenie Polski podczas II Wojny Światowej oraz w latach reżimu komunistycznego. Jego treść ujawnił Wikileaks. W polskim tłumaczeniu brzmiał on: "Co do perspektyw uchwalenia przepisów dotyczących odszkodowań za mienie prywatne skonfiskowane w okresie II wojny światowej i w okresie władzy komunistycznej w Polsce, Komorowski wyraził obawę, że kryzys finansowy stworzył "nowe okoliczności". Niemniej jednak, Komorowski oznajmił, że Tusk jest zdeterminowany, aby zmusić nieprzejednanych ministrów, zwłaszcza ministerstwa rolnictwa i ochrony środowiska, aby włączyli się do funduszu kompensacyjnego przez sprzedaż nieruchomości będących własnością rządu, w tym lasów. "Musimy szukać dodatkowych środków" z powodu spadku wartości nieruchomości. Komorowski powtórzył, że Tusk jest zdeterminowany, aby przyśpieszyć proces legislacyjny. Zasugerował też, że przewidziany w obecnym projekcie ustawy 10-cio letni plan spłaty stanowi "zawór bezpieczeństwa". Uznał za absolutnie konieczne rozpoczęcie tego procesu, lecz nie określił, kiedy konkretne przepisy będą przedstawione w parlamencie" [3].
M.in. o tym wątku pisała też w jednym z numerów tygodnika "wSieci" " redaktor Marzena Nykel w artykule zatytułowanym „Tajny plan sprzedaży lasów”. Wskazała w nim jeszcze wiele innych faktów potwierdzających istnienie owej zdrady Polski i opisujących kolejne podejścia rządu Tuska, a także marszałka Sejmu i później prezydenta Komorowskiego do sprzedaży Lasów Państwowych i przeznaczenia uzyskanych w ten sposób pieniędzy na restytucję mienia pożydowskiego w Polsce. Dowiadujemy się, że deklaracje w sprawie restytucji mienia składał środowiskom żydowskim Donald Tusk w 2008 roku podczas oficjalnej wizyty w Stanach Zjednoczonych, gdzie obiecał rozwiązanie ciągnącego się od lat problemu restytucji mienia żydowskiego w Polsce, przy czym zaznaczył, że nie będą to zwroty sięgające kilkudziesięciu procent jego wartości ale takie na jakie Polskę będzie stać. Owe deklaracje podtrzymał - jak wskazałem - w 2009 roku ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Jak pisze dalej red. Nykel w marcu 2013 roku tym razem w Warszawie doszło do spotkania premiera Tuska, któremu towarzyszyło aż 6 ministrów jego rządu z dyrektorem zespołu HEART Robertem Brownem (zespół powołany prze Izrael i Agencję Żydowską), którego głównym zadaniem jest odzyskiwanie mienia żydowskiego w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce po tym spotkaniu nie ukazał się żaden komunikat ale w prasie izraelskiej dyrektor Brown mówił wprost „nastąpił przełom w sprawie restytucji mienia żydowskiego w Polsce”.
Dyrektor Brown spotkał się także z prezydentem Komorowskim podczas otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie i jak pisze red. Nykel być może w wyniku spotkania pojawiła się pośpieszana próba propozycja nowelizacji [4].
Warto też wspomnieć o niemalże tajnym posiedzeniu polskiego rządu kierowanego przez PO i D. Tuska, które odbyło się w 2011 roku w Izraelu. Co tam ustalono pozostaje do dzisiaj tajemnicą, ale znając intensywność działań organizacji żydowskich w ramach "Przedsiębiorstwa Holocaust" z pewnością dyskutowano o tych wyimaginowanych odszkodowaniach i ich wielkości oraz źródłach jego sfinansowania.
Jeżeli zbliżające się wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, a parlamentarne Platforma z PSL-em, to można się spodziewać, że ostateczny „skok” na Lasy Państwowe, się jednak dokona".
Czyż wobec tych faktów trzeba coś jeszcze wyjaśniać?
Na szczęście wyborów prezydenckich nie wygrał B. Komorowski. Dzisiaj mamy propolskiego prezydenta. Mam nadzieję, że zrobi wszystko, aby uchronić nasze lasy przed oddaniem ich w obce ręce i plan zdradliwej ich sprzedaży przez PO się nie uda. Liczę na veto prezydenta Andrzeja Dudy do tej noweli ustawy, ale musimy sobie zdawać sprawę, że - aby ostatecznie zniweczyć zdradliwe plany PO - wybory parlamentarne musi zdecydowanie wygrać PiS... inaczej ewentualna antypisowska koalicja zrobi wszystko w celu odrzucenia prezydenckiego veta... a polskie lasy już nie będą polskimi...
Wszystko w naszych rękach...
[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2015/01/wielokierunkowy-atak-na-polskie-lasy-i.html
[2] http://wpolityce.pl/gospodarka/267140-platforma-kladzie-lape-na-lasach-podstepny-projekt-ustawy-przeglosowany-w-senacie
[3] http://www.wikileaks.org/plusd/cables/09WARSAW78_a.html
[4] http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/264586-nykiel-we-wsieci-las-klamstw-platformy-mocne-dowody-na-tajny-plan-sprzedazy-lasow-panstwowych oraz cała treść artykułu w wydaniu elektronicznym lub papierowym
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
W jednym ze swoich postów wskazywałem, że: "...oceniając z pewnej perspektywy wszystko to, co dzieje się wokół prywatyzacji lasów państwowych można dojść do wniosku, iż koalicja PO-PSL z niesamowitą precyzją i determinacją przygotowała plan sprzedaży (grabieży) polskich lasów o wartości 1 bln zł i tym samym oddanie w większości obce ręce około 30% powierzchni Polski . Ów strategiczny plan przewidywał (przewiduje) w tym celu podejmowanie działań wielokierunkowych, które są tak wyznaczone, aby się uzupełniały a także w razie niepowodzenia jednego mogły być z powodzeniem zastępowane innymi. Oczywiście cel zawsze pozostaje ten sam: ograbienie Polaków z własności polskich lasów (...) Rząd więc wpierw podjął próbę osłabienia ekonomicznego przedsiębiorstwa Lasy Państwowe. Już w styczniu 2014 mocą nowelizacji ustawy przeforsowanej w ciągu 26 godzin, w ciągu dwóch nocy przez rząd Donalda Tuska zobowiązano Lasy Państwowe do przekazania budżetowi państwa w latach 2014 i 2015 po 800 mln zł. Zdecydowano też, że od 2016 r. Lasy będą rocznie przekazywać do państwowej kasy 2 proc. wartości sprzedanego drewna, co przy jej przychodach daje kwotę około 100-150 mln zł rocznie i to niezależnie od tego czy ich wynik finansowy w danym roku budżetowym, będzie zyskiem czy stratą... Od początku było chyba dla wszystkich jasne, że celem tych dodatkowych obciążeń było osłabienie a być może doprowadzenie do upadłości części nadleśnictw (by je w końcu sprywatyzować) lub nawet całości przedsiębiorstwa, tak aby ich majątek (lasy) w postaci masy upadłościowej zarządzanej zapewne przez powołaną przez Skarb Państwa nową spółkę można było sprzedać (czyli de facto sprywatyzować) i to na pewno raczej - ze względu na dużą wartość tegoż majątku - międzynarodowym organizacjom posiadających odpowiednią gotówkę (...) Drugim kierunkiem działań rządu PO-PSL zmierzającym do prywatyzacji lasów była chęć zmiany Konstytucji. Zakończyło się to sławetną nocną próbą (17/18 grudnia 2014) jej zmiany, która umożliwiałaby niemal swobodną prywatyzację polskich lasów. Rządowa poprawka konstytucyjna była bowiem tak przygotowana, aby pod pozorem ochrony lasów dać możliwość otrzymania przyszłych profitów z ich sprzedaży. Poprawka mówiła, że lasy stanowiące własność Skarbu Państwa nie podlegałyby przekształceniom własnościowym. Wyjątkiem jednak od tej zasady byłyby przypadki uzasadnione celami publicznymi lub celami zrównoważonej gospodarki leśnej, które to określałaby odrębna ustawa. Czyż to nie był zabieg wprost genialny? Przyjęcie bowiem tak brzmiących zapisów praktycznie otwierałoby furtkę do nadużyć, bo cóż to znaczy „z wyjątkiem uzasadnionego celu publicznego”, kiedy nie bardzo wiadomo, co to są cele publiczne, które mogą być przecież różne (np. reprywatyzacyjne lub też wynikające z konieczności wypłacenia Żydom jakichś wyimaginowanych wojennych rekompensat w wysokości 65 mld USD) a dodatkowo określone odrębną ustawą. Taki zapis byłby prawnie niedookreślony, który można byłoby dowolnie interpretować, podobnie zresztą jak pojęcie „zrównoważonej gospodarki leśnej” (...) Nie udała się (na szczęście) nocna próba zmiany konstytucji. Zabrakło 5 głosów, dzięki głosom PiS. Kolejnym działaniem rządu dotyczącym też losów lasów jest... brak działań i torpedowanie inicjatyw społecznych w sprawie kończącego się w dniu 1 maja 2016 roku dwunastoletniego okresu ochronnego uniemożliwiającego swobodny i bez ograniczeń masowy zakup (wykup) polskiej ziemi rolnej i leśnej przez podmioty zagraniczne. Innymi słowy od tego dnia zagraniczne podmioty będą mogły kupować ziemię rolną i leśną na identycznych zasadach jak podmioty polskie. Należy mocno ponownie podkreślić, że owa możliwość dotyczy - oprócz ziemi rolnej - także ziemi leśnej, co w kontekście ataku na polskie lasy ma bardzo istotne znaczenie (...) Udało się nie zmieniać konstytucji, ale niestety dwa pozostałe kierunki działań rządu realizowane są w dalszym ciągu i sprzężone ze sobą już zaczynają przynosić pożądane przez rządzących efekty. Owej bowiem sławetnej nocy odrzucono głosami koalicji projekt społecznego referendum (zebrano 2,5 mln podpisów!) w obronie Lasów Państwowych i polskiej ziemi rolnej i leśnej zawierającego m.in. postulat renegocjacji Traktatu Akcesyjnego w kwestii sprzedaży ziemi rolnej i leśnej obcokrajowcom, który stwierdzał, by cudzoziemcy mogli kupować ziemię rolną i leśną w Polsce dopiero od roku, w którym siła nabywcza średniej pensji Polaka będzie stanowiła minimum 90 proc. średniej siły nabywczej średniej pensji mieszkańców pięciu najbogatszych krajów UE. Tak więc w mocy pozostają dotychczasowe ustalenia akcesyjne i od 1 maja 2016 roku obcokrajowcy bez ograniczeń będą mogli kupować ziemię rolną i leśną (...) W powyższym kontekście bardzo niebezpieczna jest sytuacja wynikająca z osłabienia ekonomicznego Lasów Państwowych. Otóż okazuje się, że przyjęty przez rząd wspomniany wcześniej dodatkowy "haracz" jaki Lasy Państwowe muszą płacić Skarbowi Państwa spowodował już zachwianie płynności finansowej części nadleśnictw, co w konsekwencji może prowadzić do ich upadłości a tak naprawdę do ich sprzedaży (prywatyzacji). Taka więc sytuacja może być już niebawem wygodnym pretekstem do prywatyzacji całych hektarów lasów. Będzie ana oczywiście hipokrytycznie tłumaczona jako konieczność, skoro publiczny zarząd nie potrafi tak zarządzać, aby zachować płynność finansową... choć przecież rząd celowo doprowadził to takiej sytuacji... Po 1 maja 2016 roku te "nierentowne" hektary polskich lasów będą mogły być kupowane przez obcokrajowców, bowiem będą stanowiły ziemię leśną (...) Należy się cieszyć, że próba zmiany konstytucji, w wyniku której możliwa stałaby się prywatyzacja lasów państwowych, jak na razie się nie udała. Nie znaczy to jednak, że proces prywatyzacji (sprzedaży) lasów państwowych został zahamowany. Trwa w najlepsze dzięki innym wskazanym w tekście działaniom rządowym (są zapewne też i inne)..." [1].
Okazuje się, że rząd PO-PSL wykazuje się zdumiewaną determinacją w realizacji celu jakim jest umożliwienie prywatyzacji polskich lasów. Nie udało się poprzez zmianę konstytucji to teraz - tuż przed zakończeniem kadencji - przeforsowano po prostu zmianę ustawy, która de facto w swojej treści nie odbiega zasadniczo od wcześniejszego projektu zmiany konstytucji. "Nowela ustawy o dopuszcza możliwość sprzedaży lasów w niektórych przypadkach, np. w celu realizacji inwestycji publicznych, np. dróg, bądź prowadzenia zrównoważonej polityki leśnej (...) Przepadł wniosek PiS o jej odrzucenie..." [2]. Za przyjęciem tej noweli autorstwa - oczywiście antypolskiej PO - głosowało 48 senatorów, przeciw było 31 senatorów a 1 się wstrzymał.
Nie trudno zauważyć, że owa determinacja PO w ataku na polskie lasy jest - delikatnie mówiąc -zastanawiająca. Rząd PO cały czas podejmował takie próby aż w końcu mu się to udało.
Skąd się bierze takie skwapliwe dążenie do owej prywatyzacji?
Jest wiele przyczyn, o których wspomniałem w wielu wcześniejszych tekstach, do których ogólnie możemy zaliczyć m.in. oczywistą dążność "polskich" elit do degradacji i niszczenia Polski i polskości z jaką mamy do czynienia przez niemalże cały okres po 1989. Niemniej jednak w tej konkretnej sprawie po raz kolejny warto przypomnieć, że najprawdopodobniej dążenie i umożliwienie sprzedaży polskich lasów jest niejako konsekwencją tajnej umowy między polskim rządem a środowiskami żydowskimi... Lasy po prostu mają być częścią spłaty za wyimaginowanie roszczenia majątkowe Żydów wobec Polski sięgające nawet 65 mld USD. Roszczenia te dotyczą restytucji niespadkowego mienia żydowskiego utraconego na terenie Polski w czasie II WŚ (kiedy agresorem były Niemcy) oraz po niej przez rządy komunistyczne (które zostały zaprowadzone przez ZSRR). I zapewne taką obietnicę złożyli tym środowiskom zarówno D. Tusk i jego PO, jak i wcześniej B. Komorowski. Jest to oczywiście jawna zdrada Polski i narodu polskiego...
Niejako potwierdzeniem - bardzo wymownym - tego faktu jest email z roku 2009 od ówczesnego Ambasadora USA w Polsce, Victora Ashe, relacjonujący aktualny stan spraw w Warszawie, w tym (w pkt. 6 listu) aktualny stan spraw dotyczący tzw. rekompensat za prywatne mienie skonfiskowane na terenie Polski podczas II Wojny Światowej oraz w latach reżimu komunistycznego. Jego treść ujawnił Wikileaks. W polskim tłumaczeniu brzmiał on: "Co do perspektyw uchwalenia przepisów dotyczących odszkodowań za mienie prywatne skonfiskowane w okresie II wojny światowej i w okresie władzy komunistycznej w Polsce, Komorowski wyraził obawę, że kryzys finansowy stworzył "nowe okoliczności". Niemniej jednak, Komorowski oznajmił, że Tusk jest zdeterminowany, aby zmusić nieprzejednanych ministrów, zwłaszcza ministerstwa rolnictwa i ochrony środowiska, aby włączyli się do funduszu kompensacyjnego przez sprzedaż nieruchomości będących własnością rządu, w tym lasów. "Musimy szukać dodatkowych środków" z powodu spadku wartości nieruchomości. Komorowski powtórzył, że Tusk jest zdeterminowany, aby przyśpieszyć proces legislacyjny. Zasugerował też, że przewidziany w obecnym projekcie ustawy 10-cio letni plan spłaty stanowi "zawór bezpieczeństwa". Uznał za absolutnie konieczne rozpoczęcie tego procesu, lecz nie określił, kiedy konkretne przepisy będą przedstawione w parlamencie" [3].
M.in. o tym wątku pisała też w jednym z numerów tygodnika "wSieci" " redaktor Marzena Nykel w artykule zatytułowanym „Tajny plan sprzedaży lasów”. Wskazała w nim jeszcze wiele innych faktów potwierdzających istnienie owej zdrady Polski i opisujących kolejne podejścia rządu Tuska, a także marszałka Sejmu i później prezydenta Komorowskiego do sprzedaży Lasów Państwowych i przeznaczenia uzyskanych w ten sposób pieniędzy na restytucję mienia pożydowskiego w Polsce. Dowiadujemy się, że deklaracje w sprawie restytucji mienia składał środowiskom żydowskim Donald Tusk w 2008 roku podczas oficjalnej wizyty w Stanach Zjednoczonych, gdzie obiecał rozwiązanie ciągnącego się od lat problemu restytucji mienia żydowskiego w Polsce, przy czym zaznaczył, że nie będą to zwroty sięgające kilkudziesięciu procent jego wartości ale takie na jakie Polskę będzie stać. Owe deklaracje podtrzymał - jak wskazałem - w 2009 roku ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Jak pisze dalej red. Nykel w marcu 2013 roku tym razem w Warszawie doszło do spotkania premiera Tuska, któremu towarzyszyło aż 6 ministrów jego rządu z dyrektorem zespołu HEART Robertem Brownem (zespół powołany prze Izrael i Agencję Żydowską), którego głównym zadaniem jest odzyskiwanie mienia żydowskiego w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce po tym spotkaniu nie ukazał się żaden komunikat ale w prasie izraelskiej dyrektor Brown mówił wprost „nastąpił przełom w sprawie restytucji mienia żydowskiego w Polsce”.
Dyrektor Brown spotkał się także z prezydentem Komorowskim podczas otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie i jak pisze red. Nykel być może w wyniku spotkania pojawiła się pośpieszana próba propozycja nowelizacji [4].
Warto też wspomnieć o niemalże tajnym posiedzeniu polskiego rządu kierowanego przez PO i D. Tuska, które odbyło się w 2011 roku w Izraelu. Co tam ustalono pozostaje do dzisiaj tajemnicą, ale znając intensywność działań organizacji żydowskich w ramach "Przedsiębiorstwa Holocaust" z pewnością dyskutowano o tych wyimaginowanych odszkodowaniach i ich wielkości oraz źródłach jego sfinansowania.
Jeżeli zbliżające się wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, a parlamentarne Platforma z PSL-em, to można się spodziewać, że ostateczny „skok” na Lasy Państwowe, się jednak dokona".
Czyż wobec tych faktów trzeba coś jeszcze wyjaśniać?
Na szczęście wyborów prezydenckich nie wygrał B. Komorowski. Dzisiaj mamy propolskiego prezydenta. Mam nadzieję, że zrobi wszystko, aby uchronić nasze lasy przed oddaniem ich w obce ręce i plan zdradliwej ich sprzedaży przez PO się nie uda. Liczę na veto prezydenta Andrzeja Dudy do tej noweli ustawy, ale musimy sobie zdawać sprawę, że - aby ostatecznie zniweczyć zdradliwe plany PO - wybory parlamentarne musi zdecydowanie wygrać PiS... inaczej ewentualna antypisowska koalicja zrobi wszystko w celu odrzucenia prezydenckiego veta... a polskie lasy już nie będą polskimi...
Wszystko w naszych rękach...
[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2015/01/wielokierunkowy-atak-na-polskie-lasy-i.html
[2] http://wpolityce.pl/gospodarka/267140-platforma-kladzie-lape-na-lasach-podstepny-projekt-ustawy-przeglosowany-w-senacie
[3] http://www.wikileaks.org/plusd/cables/09WARSAW78_a.html
[4] http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/264586-nykiel-we-wsieci-las-klamstw-platformy-mocne-dowody-na-tajny-plan-sprzedazy-lasow-panstwowych oraz cała treść artykułu w wydaniu elektronicznym lub papierowym
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
niedziela, 20 września 2015
Uchodźcy: 12 tysięcy = 100 tysięcy
O obecnej fali uchodźców powiedziano niemal już wszystko.
Oczywiście w oficjalnych mediach trwa zmasowana akcja propagandowa uświadamiania Polaków, że przeciwnicy napływu do Polski obcej nam kulturowo, religijnie i etnicznie muzułmańskiej masy ludzkiej to ksenofobiczna, zaściankowa a nawet faszystowska grupa charakteryzująca się brakiem ludzkiej i chrześcijańskiej miłości bliźniego oraz poszanowania jego prawa do życia. Stosuje się przy tym perfidnie konstruowany szantaż emocjonalny pokazując niemal we wszystkich przekazach wizualnych wizerunki umęczonych kobiet i dzieci, których życie jest m.in. w naszych rękach. A jakoś nie mówi się o tym, że tak naprawdę te kobiety i dzieci stanowią maksymalnie 25% wszystkich tzw. "uchodźców". Natomiast realnie imigranci to zdecydowanie muzułmańscy młodzi mężczyźni, z których większość stanowią imigranci ekonomiczni chcący korzystać z pomocy socjalnej bogatych krajów Europy. Oni to wraz z rodzinami tworzyć będą - tak jak dzieje się już obecnie np. w Szwecji czy Francji - zamknięte enklawy niezasymilowanych społeczeństw przestrzegających prawa szariatu i część z nich często będących źródłem agresji, przestępstw, burd a nawet udanych bądź nie zamachów terrorystycznych jak np. atak na redakcję Charlie Hebdo. Wtedy wystarczyło tylko dwóch fanatyków i zapewne kilkunastu organizatorów...
Zlewicowane, liberalne elity polityczne zachodniej części UE inspirowane m.in. przez globalnych realizatorów powolnej likwidacji europejskich państw narodowych i zamienienia ich w jedne laickie państwo "multi-kulti" robią wszytko aby właśnie te wytyczne osiągnąć a... w tym najbardziej przeszkadzają oczywiście etnicznie i religijnie jednorodne a przede wszystkim chrześcijańskie kraje Europy. Łatwym przecież do zauważenia jest fakt, że tak naprawdę obecna fala islamskich emigrantów jest idealnym narzędziem do przyszłej dezorganizacji takich państw i spowodowania ogólnego chaosu europejskiego, który przybliżać będzie zrealizowanie owego celu a przy tym pozwoli także uzyskać przez lichwiarskie elity finansowe ogromnych dodatkowych zysków. Jakże symptomatyczne jest w tym zakresie zaangażowanie się w organizację tej fali uchodźców fundacji związanych m.in z G. Sorosem czy banksterską rodziną Rothschildów.
Pomijając powyższy nadrzędny cel socjal-syjo-globalistów można oczywiście próbować wskazać pośrednie i bezpośrednie przyczyny tego współczesnego najazdu islamistów na Europę.
Pośrednio m.in. winę ponoszą USA (i w części NATO) atakując Irak czy Afganistan i wzniecając późniejszą rewolucyjną "arabską wiosnę ludów", która spowodowała chaos, wojny domowe, umocnienie się islamskiego fundamentalizmu oraz powstanie tzw. państwa islamskiego i jeszcze większy terror realizowany tym razem właśnie przez wyznawców Allacha. Tak jest niemal wszędzie w tym rejonie świata, także dzisiaj m.in w Syrii. Fundamentaliści brutalnie mordują "niewiernych" (paradoksalnie bezwyznaniowców, zwolenników "multi-kulti") i przede wszystkim" innowierców" (z naciskiem na chrześcijan) niszcząc także każde obszary ich tradycji, kultury, miejsc kultu (kościoły). Burzone są często historyczne, światowe wielowiekowe zabytki i wszelkie zasoby starożytnych kultur. Działania ISIS (państwa islamskiego) i innych fanatycznych islamskich terrorystów przypominają niechlubne czasy chińskiej "rewolucji kulturalnej" Mao Zedonga, przy czym ich postępowanie jest znacznie brutalniejsze. Jeszcze bardziej wielopłaszczyznowo realizują stare powiedzenie kalifa Omara, który po zdobyciu Aleksandrii powiedział: "Spalcie biblioteki, bo cała ich mądrość jest zawarta w Koranie". I pomyśleć, że krótkookresowym celem USA było - "pod przykrywką" wprowadzenia w tych krajach demokracji - zawłaszczenie zasobów naturalnych, w tym ropy i gazu. Nie udało im się ani jedno ani drugie... Geopolityczną, pośrednią przyczyną jest być może także chęć osłabienia przez USA Europy jako znaczącego polticzno-ekonomicznego "gracza" światowego...
Bezpośrednimi zaś przyczynami - oprócz faktycznej ucieczki przed śmiercią i prześladowaniami - są w większości m.in.: chęć ekonomicznie łatwiejszego przez "uchodźców" życia w Europie realizowanego przede wszystkim poprzez korzystanie z pomocy socjalnej a nie pracę, budowa w tej części świata przyczółków obcej nam cywilizacji islamskiej jako realizowanie przez "uchodźców" jednego z celów ISIS jakim jest dostęp do krajów UE (wcześniej i próbują dalej infiltrować Bałkany) i ich islamizację oraz bezmyślne i naprawdę głupie zaproszenie przez A. Merkel wszystkich islamskich (i nie tylko) imigrantów do Niemiec. A. Merkel chciała zapewne pozyskać tanią siłę roboczą i uzupełnić jednocześnie radykalnie zmniejszającą się liczebność rodowitych Niemców.
Niestety. Krótkowzroczność A. Merkel i jej brak oceny przyszłych skutków takiej decyzji spowodowały zalew przede wszystkim islamskich imigrantów na Niemcy i niektóre kraje Europy a jego skala przerosła możliwości ich przyjęcia i skłoniła opanowaną przez Niemcy UE do próby kwotowej relokacji uchodźców na wszystkie kraje unijne. Jest to jawne przerzucanie odpowiedzialności i skutków ekonomicznych za błędną decyzję A. Merkel a także za samobójczą dla Europy dotychczasową polityką imigracyjną na biedniejsze kraje europejskie - w tym przede wszystkim kraje Grupy Wyszehradzkej - które z reguły są jednorodne etnicznie, chrześcijańskie i nie posiadające ekonomicznych możliwości zapewnienia pobytu licznym tzw. "uchodźcom".
Dotychczasowa jednolita postawa państw wspomnianej Grupy Wyszehradzkiej ograniczająca napływ imigrantów i nie zgadzająca się na niemal totalitarny dyktat zniemczonej UE w sprawie tzw. kwot imigranckich" jest - moim zdaniem - naturalna, realistyczna i logiczna. Jest zgodna z interesami, możliwościami ekonomicznymi i przyszłością tych krajów, które chcą również swojego bezpieczeństwa i ograniczenia do minimum realizacji przez fundamentalnych islamistów (w tym ISIS) swoich celów. Oczywiście taka postawa jest gremialnie atakowana przez prawie całą UE w tym Niemcy i również mocno przez Austrię (nomen omen) oraz zlewicowane i zlaicyzowane tamtejsze elity polityczne oraz ichniejsze prawie wszystkie ich media.
Ograniczając się do Polski, to niestety część elity politycznej związanej szczególnie z obecnie nam rządzącymi czyli PO a także większość politpoprawnych i będących "tubami propagandowymi" obecnego rządu oraz wartości antychrześcijańskich, antypolskich mediów współgra - jak wspomniałem - w swoim działaniu z elitami i mediami zniemczonej części UE. Jestem niemal pewny, że premier E. Kopacz mimo werbalnego sprzeciwu i deklaracji, że Polska przyjmie jedynie tylu imigrantów na ile będzie ją stać i żadnego mniej ani żadnego więcej, jest perfidnie hipokrytyczna wobec Polaków i już dawno zgodziła się na narzucony przez Niemcy kwotowy podział imigrantów i zamierza przyjąć ich 10-12 tysięcy. W czasie toczącej się kampanii wyborczej swoją niby stanowczością i sceptycznym odnoszeniem się do propozycji brukselskich nie chce po prostu zrazić sobie Polaków, którzy raczej też z rezerwą odnoszą się do możliwości utworzenia w Polsce enklaw islamizmu. E. Kopacz jeszcze niedawno mówiła przecież, że stać Polskę na przyjęcie jedynie 2 tysięcy imigrantów (ewentualnie 2,2) a dziś po rozkazie od A. Merkel już nie mówi o liczbie a ustami swoich pracowników powoli zaczyna oswajać Polaków z możliwością przyjęcia owych w liczbie 10 czy 12 tysięcy. Chcąc zbagatelizować tę liczebność nawet porównano ją z liczbą kibiców w czasie meczów ligowych Legii Warszawa. Urzędnicy rządowi również coraz częściej mówią, że są przygotowani na przyjęcie nawet kilkunastu tysięcy ludzi. Podobnie oswajają z taką możliwością wszelkie mainstreamowe media.
I tak się wobec tego zastanawiam... Zważywszy - jak wspomniałem wcześniej - że zdecydowana większość imigrantów to młodzi mężczyźni w sile wieku a większość pozostawiła swoje liczne (w większości liczące nawet do 10 osób a nieraz nawet liczniejsze) rodziny, które po osiedleniu w nowym miejscu sprowadzą do siebie... to przyjęcie ich w liczbie 10-12 tysięcy skutkować będzie de facto zgodą na ich przyjęcie w liczbie nawet do około 100 tysięcy.
Uwzględniając powyższe mam wobec tego radę dla pani E. Kopacza - jeżeli rzeczywiście tak boi się Niemców i jest im poddana to niech przedstawi im jednak propozycję (i tak wygórowaną wobec dotychczasowej działalności polskiej polityki imigracyjnej) przyjęcia wspominanych przez nią około 2-2,2 tysięcy imigrantów, czego konsekwencją będzie de facto - po sprowadzeniu przez nich swoich rodzin - zgoda Polski na przybycie ich do naszego kraju w liczbie około 20 tysięcy a więc dwukrotnie wyższej od wymaganej przez zniemczoną UE kwoty 10-12 tysięcy. Czyż nie tak winniśmy negocjować realizując nasze, polskie interesy?
A poza tym oczywiście apeluję do pani premier aby raczej skupiła się na sprowadzeniu Polaków z Kazachstanu i Donbasu, bowiem skoro nagle nas stać i możemy... to właśnie powinniśmy skupić się na nich. To nasi rodacy a nie obcy nam etnicznie i kulturowo islamiści. Sprowadzając natomiast dzisiejszych uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki skupmy się przede wszystkim na prześladowanych chrześcijanach, którzy zechcą zapewne w swojej większości asymilować się z nami i przestrzegać naszego prawa a nie tworzyć społecznych zamkniętych enklaw szariackiego społeczeństwa.
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
Oczywiście w oficjalnych mediach trwa zmasowana akcja propagandowa uświadamiania Polaków, że przeciwnicy napływu do Polski obcej nam kulturowo, religijnie i etnicznie muzułmańskiej masy ludzkiej to ksenofobiczna, zaściankowa a nawet faszystowska grupa charakteryzująca się brakiem ludzkiej i chrześcijańskiej miłości bliźniego oraz poszanowania jego prawa do życia. Stosuje się przy tym perfidnie konstruowany szantaż emocjonalny pokazując niemal we wszystkich przekazach wizualnych wizerunki umęczonych kobiet i dzieci, których życie jest m.in. w naszych rękach. A jakoś nie mówi się o tym, że tak naprawdę te kobiety i dzieci stanowią maksymalnie 25% wszystkich tzw. "uchodźców". Natomiast realnie imigranci to zdecydowanie muzułmańscy młodzi mężczyźni, z których większość stanowią imigranci ekonomiczni chcący korzystać z pomocy socjalnej bogatych krajów Europy. Oni to wraz z rodzinami tworzyć będą - tak jak dzieje się już obecnie np. w Szwecji czy Francji - zamknięte enklawy niezasymilowanych społeczeństw przestrzegających prawa szariatu i część z nich często będących źródłem agresji, przestępstw, burd a nawet udanych bądź nie zamachów terrorystycznych jak np. atak na redakcję Charlie Hebdo. Wtedy wystarczyło tylko dwóch fanatyków i zapewne kilkunastu organizatorów...
Zlewicowane, liberalne elity polityczne zachodniej części UE inspirowane m.in. przez globalnych realizatorów powolnej likwidacji europejskich państw narodowych i zamienienia ich w jedne laickie państwo "multi-kulti" robią wszytko aby właśnie te wytyczne osiągnąć a... w tym najbardziej przeszkadzają oczywiście etnicznie i religijnie jednorodne a przede wszystkim chrześcijańskie kraje Europy. Łatwym przecież do zauważenia jest fakt, że tak naprawdę obecna fala islamskich emigrantów jest idealnym narzędziem do przyszłej dezorganizacji takich państw i spowodowania ogólnego chaosu europejskiego, który przybliżać będzie zrealizowanie owego celu a przy tym pozwoli także uzyskać przez lichwiarskie elity finansowe ogromnych dodatkowych zysków. Jakże symptomatyczne jest w tym zakresie zaangażowanie się w organizację tej fali uchodźców fundacji związanych m.in z G. Sorosem czy banksterską rodziną Rothschildów.
Pomijając powyższy nadrzędny cel socjal-syjo-globalistów można oczywiście próbować wskazać pośrednie i bezpośrednie przyczyny tego współczesnego najazdu islamistów na Europę.
Pośrednio m.in. winę ponoszą USA (i w części NATO) atakując Irak czy Afganistan i wzniecając późniejszą rewolucyjną "arabską wiosnę ludów", która spowodowała chaos, wojny domowe, umocnienie się islamskiego fundamentalizmu oraz powstanie tzw. państwa islamskiego i jeszcze większy terror realizowany tym razem właśnie przez wyznawców Allacha. Tak jest niemal wszędzie w tym rejonie świata, także dzisiaj m.in w Syrii. Fundamentaliści brutalnie mordują "niewiernych" (paradoksalnie bezwyznaniowców, zwolenników "multi-kulti") i przede wszystkim" innowierców" (z naciskiem na chrześcijan) niszcząc także każde obszary ich tradycji, kultury, miejsc kultu (kościoły). Burzone są często historyczne, światowe wielowiekowe zabytki i wszelkie zasoby starożytnych kultur. Działania ISIS (państwa islamskiego) i innych fanatycznych islamskich terrorystów przypominają niechlubne czasy chińskiej "rewolucji kulturalnej" Mao Zedonga, przy czym ich postępowanie jest znacznie brutalniejsze. Jeszcze bardziej wielopłaszczyznowo realizują stare powiedzenie kalifa Omara, który po zdobyciu Aleksandrii powiedział: "Spalcie biblioteki, bo cała ich mądrość jest zawarta w Koranie". I pomyśleć, że krótkookresowym celem USA było - "pod przykrywką" wprowadzenia w tych krajach demokracji - zawłaszczenie zasobów naturalnych, w tym ropy i gazu. Nie udało im się ani jedno ani drugie... Geopolityczną, pośrednią przyczyną jest być może także chęć osłabienia przez USA Europy jako znaczącego polticzno-ekonomicznego "gracza" światowego...
Bezpośrednimi zaś przyczynami - oprócz faktycznej ucieczki przed śmiercią i prześladowaniami - są w większości m.in.: chęć ekonomicznie łatwiejszego przez "uchodźców" życia w Europie realizowanego przede wszystkim poprzez korzystanie z pomocy socjalnej a nie pracę, budowa w tej części świata przyczółków obcej nam cywilizacji islamskiej jako realizowanie przez "uchodźców" jednego z celów ISIS jakim jest dostęp do krajów UE (wcześniej i próbują dalej infiltrować Bałkany) i ich islamizację oraz bezmyślne i naprawdę głupie zaproszenie przez A. Merkel wszystkich islamskich (i nie tylko) imigrantów do Niemiec. A. Merkel chciała zapewne pozyskać tanią siłę roboczą i uzupełnić jednocześnie radykalnie zmniejszającą się liczebność rodowitych Niemców.
Niestety. Krótkowzroczność A. Merkel i jej brak oceny przyszłych skutków takiej decyzji spowodowały zalew przede wszystkim islamskich imigrantów na Niemcy i niektóre kraje Europy a jego skala przerosła możliwości ich przyjęcia i skłoniła opanowaną przez Niemcy UE do próby kwotowej relokacji uchodźców na wszystkie kraje unijne. Jest to jawne przerzucanie odpowiedzialności i skutków ekonomicznych za błędną decyzję A. Merkel a także za samobójczą dla Europy dotychczasową polityką imigracyjną na biedniejsze kraje europejskie - w tym przede wszystkim kraje Grupy Wyszehradzkej - które z reguły są jednorodne etnicznie, chrześcijańskie i nie posiadające ekonomicznych możliwości zapewnienia pobytu licznym tzw. "uchodźcom".
Dotychczasowa jednolita postawa państw wspomnianej Grupy Wyszehradzkiej ograniczająca napływ imigrantów i nie zgadzająca się na niemal totalitarny dyktat zniemczonej UE w sprawie tzw. kwot imigranckich" jest - moim zdaniem - naturalna, realistyczna i logiczna. Jest zgodna z interesami, możliwościami ekonomicznymi i przyszłością tych krajów, które chcą również swojego bezpieczeństwa i ograniczenia do minimum realizacji przez fundamentalnych islamistów (w tym ISIS) swoich celów. Oczywiście taka postawa jest gremialnie atakowana przez prawie całą UE w tym Niemcy i również mocno przez Austrię (nomen omen) oraz zlewicowane i zlaicyzowane tamtejsze elity polityczne oraz ichniejsze prawie wszystkie ich media.
Ograniczając się do Polski, to niestety część elity politycznej związanej szczególnie z obecnie nam rządzącymi czyli PO a także większość politpoprawnych i będących "tubami propagandowymi" obecnego rządu oraz wartości antychrześcijańskich, antypolskich mediów współgra - jak wspomniałem - w swoim działaniu z elitami i mediami zniemczonej części UE. Jestem niemal pewny, że premier E. Kopacz mimo werbalnego sprzeciwu i deklaracji, że Polska przyjmie jedynie tylu imigrantów na ile będzie ją stać i żadnego mniej ani żadnego więcej, jest perfidnie hipokrytyczna wobec Polaków i już dawno zgodziła się na narzucony przez Niemcy kwotowy podział imigrantów i zamierza przyjąć ich 10-12 tysięcy. W czasie toczącej się kampanii wyborczej swoją niby stanowczością i sceptycznym odnoszeniem się do propozycji brukselskich nie chce po prostu zrazić sobie Polaków, którzy raczej też z rezerwą odnoszą się do możliwości utworzenia w Polsce enklaw islamizmu. E. Kopacz jeszcze niedawno mówiła przecież, że stać Polskę na przyjęcie jedynie 2 tysięcy imigrantów (ewentualnie 2,2) a dziś po rozkazie od A. Merkel już nie mówi o liczbie a ustami swoich pracowników powoli zaczyna oswajać Polaków z możliwością przyjęcia owych w liczbie 10 czy 12 tysięcy. Chcąc zbagatelizować tę liczebność nawet porównano ją z liczbą kibiców w czasie meczów ligowych Legii Warszawa. Urzędnicy rządowi również coraz częściej mówią, że są przygotowani na przyjęcie nawet kilkunastu tysięcy ludzi. Podobnie oswajają z taką możliwością wszelkie mainstreamowe media.
I tak się wobec tego zastanawiam... Zważywszy - jak wspomniałem wcześniej - że zdecydowana większość imigrantów to młodzi mężczyźni w sile wieku a większość pozostawiła swoje liczne (w większości liczące nawet do 10 osób a nieraz nawet liczniejsze) rodziny, które po osiedleniu w nowym miejscu sprowadzą do siebie... to przyjęcie ich w liczbie 10-12 tysięcy skutkować będzie de facto zgodą na ich przyjęcie w liczbie nawet do około 100 tysięcy.
Uwzględniając powyższe mam wobec tego radę dla pani E. Kopacza - jeżeli rzeczywiście tak boi się Niemców i jest im poddana to niech przedstawi im jednak propozycję (i tak wygórowaną wobec dotychczasowej działalności polskiej polityki imigracyjnej) przyjęcia wspominanych przez nią około 2-2,2 tysięcy imigrantów, czego konsekwencją będzie de facto - po sprowadzeniu przez nich swoich rodzin - zgoda Polski na przybycie ich do naszego kraju w liczbie około 20 tysięcy a więc dwukrotnie wyższej od wymaganej przez zniemczoną UE kwoty 10-12 tysięcy. Czyż nie tak winniśmy negocjować realizując nasze, polskie interesy?
A poza tym oczywiście apeluję do pani premier aby raczej skupiła się na sprowadzeniu Polaków z Kazachstanu i Donbasu, bowiem skoro nagle nas stać i możemy... to właśnie powinniśmy skupić się na nich. To nasi rodacy a nie obcy nam etnicznie i kulturowo islamiści. Sprowadzając natomiast dzisiejszych uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki skupmy się przede wszystkim na prześladowanych chrześcijanach, którzy zechcą zapewne w swojej większości asymilować się z nami i przestrzegać naszego prawa a nie tworzyć społecznych zamkniętych enklaw szariackiego społeczeństwa.
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
niedziela, 21 grudnia 2014
Marketingowa kreacja prezydenta i rządzących elit w III RP
W świetle ostatnich wydarzeń związanych z całościową osłoną medialną B. Komorowskiego, czyli mainstreamową ciszą informacyjną wokół jego pokrętnego i sklerotycznego zeznania przed sądem a także w wyniku niejako zmowy medialnego milczenia wokół meritum nocnych głosowań nad losem polskiej ziemi i lasów oraz innych działań wybielających (nawet w postaci obróbki graficznej - vide: E. Kopacz w VIVI-e) najważniejsze postaci III RP warto zastanowić się nad całym tym - wykreowanym marketingowo i utrzymywanym na rynku dzięki socjotechnicznym manipulacją - produktem zwanym PRL-bis.
Ten tekst jest właśnie o sukcesie firmy III RP, czyli o zbudowaniu negatywnego image konkurencji i jej produktów, negatywnego mimo wszystko, negatywnego absurdalnie i bez podstaw, ale zawsze negatywnego oraz o sukcesie pewnej strategii marketingowej wprowadzenia na rynek Nowego Produktu w postaci Prezydenta B. Komorowskiego a także o... realnie abstrakcyjno-intencjonalnej kreacji umiejętności przewidywania wystąpienia niemożliwych stanów przyszłości. Stanowi jednocześnie próbę subiektywnej i być może alogicznej egzemplifikacji ex post pewnych brzozą szumiących zdarzeń oraz rozszerzającą parafrazą moich - napisanych w latach 2010 i 2011 postów: B. Komorowski - Zrewitalizowany Nowy Produkt na rynku politycznym, Jak może nie tylko marketingowo wykreowano B. Komorowskiego...
Polityka od dawna stała się swoistym rynkiem, na którym określone firmy (partie polityczne) oferują swoje produkty (polityków) konsumentom (wyborcom).
Na owym rynku mamy do czynienia oczywiście z tradycyjną walką konkurencyjną pomiędzy partiami o pozyskanie jak największego udziału w rynku i jak największej liczby klientów. Działalnością tą w komercyjnych przedsiębiorstwach zajmuje się szeroko pojmowany marketing, który zaadoptowany na rynek polityczny zyskał takież dookreślenie: polityczny.
Jedną z form działalności marketingowej jest wprowadzanie na rynek nowych produktów lub też przedłużanie okresu trwania na rynku produktów już istniejących. Majstersztykiem tej ostatniej jest takie zrewitalizowanie oferowanego od dawna niszowego produku, aby przez konsumentów postrzegany był niemal jako nowy, lepszy i zyskał ich akceptację wyrażaną poprzez jednokrotny lub powtórzony zakup.
Podobnie jest też na rynku politycznym, gdzie wciąż oferuje sie nowych polityków lub dokonuje się ich rewitalizacji.
Chyba najbardziej spektakularnymi efeketami marketingu politycznego w Polsce było wykreowanie B. Komorowskiego na Prezydenta RP oraz Ruchu Poparcia Palikota jako trzeciej partii w parlamncie!
Jak to - według mnie - wyglądało w przypadku B. Komorowskiego, którego udział w rynku potencjalnych kandydatów na prezydenta wynosił pierwotnie li tylko niespełna 3%?
Na ówczesnym rynku politycznym firma PO zrealizowała niewiarygodne wprost przedsięwzięcie: wprowadziła na rynek Nowy Kandydujący Na Prezydenta Produkt zwany B. Komorowskim w miejsce ugruntowanej pozytywnie w świadomości Polaków marki z kategorii tzw. "dojnych krów" (terminologia używana przez Ph. Kotlera - guru od marketingu w USA), czyli Staregop Kandydującego Na Prezydenta Produktu (w sensie rozszerzonym) nazywanego Donald Tusk.
Wyjątkowość owego przedsięwzięcia wynikała z dwóch powodów. Po pierwsze: dotychczasowy produkt oferowany przez firmę PO jako marka D. Tusk posiadał bardzo wysoki udział w rynku i przynosił największe materialne i poza materialne korzyści dla przedsiębiorstwa powstałego w 1989 roku pod nazwą III RP i jej firmy zależnej, właśnie Platformy Obywatelskiej. Po drugie: podjęto się karkołomnej strategii - rewitalizacji już istniejącego produktu ze znikomym udziałem w rynku i raczej o negatywnej konotacji w świadomości konsumentów (ziewający i nie wyróżniający się Marszałek Sejmu)... w Nowy Produkt nie zmieniając nawet jego nazwy ani znaku towarowego (dalej oferowany był jako Bronisław Komorowski).
Każdy marketingowiec wie, że taka strategia była bardzo ryzykowna. Świadome (nawet czasowe) wycofywanie z rynku produktu o silnej pozycji i pozytywnym image wśród konsumentów i wprowadzanie w jego miejsce produktu"unowocześnionego", ale już wcześniej istniejącego niszowo, mogło stać się oczywiście sukcesem, ale również zakończyć kompletną klapą i doprowadzić do bankructwa firmę, czyli III RP. Ponadto wymagało poniesienia bardzo dużych nakładów finansowych na wszelkie działania w zakresie marketingu-mix (produkt, cena, promocja, dystrybucja) oraz na wykreowanie popytu na nową markę (poczynając od kreacji wystąpienia określonych potrzeb u konsumentów, których zaspokojenie mogło nastąpić jedynie poprzez zakup wykreowanego na nowo produktu-Bronisława Komorowskiego).
Nie wspomnę też oczywiście, że takie przedsięwzięcie wymagało również wcześniejszego, szczegółowego opracowania "strategii wejścia" na rynek ze szczegółowym opisaniem wszystkich działań, w tym również z zakresu nżynierii socjotechnicznej/manipulacji/propagandy oraz sposobów konkurowania z największym produktem konkurencyjnym, np. poprzez doprowadzenie do jego wycofania z rynku.
Dlaczego, mimo tego ryzyka podjęto się jednak realizacji przedsięwzięcia i zdecydowano się wprowadzić B. Komorowskiego na rynek? I skąd było wiadomo, że operacja się powiedzie?.
Odpowiedzi są trudne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ostatecznie Nowy Produkt nie musiał konkurować na rynku z najgroźniejszym i najsilniejszym produktem konkurencyjnym zwanym L. Kaczyńskim. Na tej konstatacji mógłbym zakończyć odpowiedź na postawione wyżej pytania, bowiem uwzględnienie w "strategii wejścia" na rynek Nowego Produktu faktu, iż w momencie jego zaoferowania konsumentom brak będzie na tymże rynku najgroźniejszego i substytucyjnego produktu konkurencyjnego... a'priori dawało pewność sukcesu rynkowego omawianego przedsięwzięcia... Jeżeli dodatkowo liczono, że również bliźniaczy produkt konkurencji zniknie z rynku to gwarancję sukcesu można było określić niemal ze 100% prawdopodobieństwem...
Ale skupmy się na razie na analizie strategii wprowadzania zrewitalizowanego Nowego Produktu w okresie na przełomie 2009/2010 roku uznając tragedię smoleńską jako tylko sprzyjający dla III RP splot może zaskakujących i nieoczekiwanych okoliczności w postaci tragedii smoleńskiej.
Ówcześnie zapewne dotychczas oferowany produkt przedsiębiorstwa III RP i jego "firmy-córki" PO, występujący pod nazwą D. Tusk o tym, że zostanie wycofany z rynku niestety chyba dowiedział się jako ostatni. Decyzja najwyraźniej została podjęta na jednym z posiedzeń Zarządu III RP. Nie wiem, który z członków Zarządu wystąpił z ową propozycją i poddał ją pod głosowanie, ale sądzę, że raczej "padło" to ze strony opcji prosowieckiej w zarządzie, bowiem Nowy Produkt był i jest ich ulubionym od dawna. Wiadomo też, że opcja proniemiecka (prounijna) w zarządzie III RP od zawsze wspierała wycofany produkt zwany D. Tuskiem.
Wobec konkurencji natomiast firma III RP przez wcześniejsze 4 lata (a nawet wcześniej) realizowała ostrą strategię marketingową, którą można by nazwać "negatywną strategią frontalnego ataku" (pojęcie używane przez Ph. Kotlera, ale również przez innych marketingowców). Polegała ona mniej więcej na wykreowaniu w świadomości konsumentów negatywnej oceny najgroźniejszych produktów konkurencyjnych zwanych: Lech Kaczyński i J. Kaczyński. Ta nienawiść oczywiście miała się przenosić na samo przedsiębiorstwo zwane PiS oraz wszelkie jego firmy zależne.
Tego typu walka konkurencyjna nawet często prawnie bywa zakazana, np. w reklamach nie można porównywać się z konkretnymi produktami na zasadzie ich porównawczej negacji (stąd np. nasz proszek jest lepszy od zwykłego proszku a nie od proszku konkretnej marki), ale tą negatywną strategię stosują z reguły firmy, które mają do zaoferowania produkty o niskiej jakości i małym potencjale rynkowym. Z braku możliwości pozytywnej walki konkurencyjnej, której przedmiotem bywają większe walory jakościowe, większy stopień zaspakajania potrzeb, innowacyjność, oryginalność, itd.. firmy te stosują najprostszą z możliwych i najbardziej prymitywną metodę: totalnej negacji firmy konkurencyjnej i jej produktów. Oczywiście celem jest zbudowanie w świadomości konsumentów wystąpienia u niech a'priori negatywnych skojarzeń z produktami konkurencji. I to niezależnie od jakości własnych produktów i obiektywnej prawdzie, co do faktycznej jakości produktów konkurencyjnych. Rodzi to oczywiście potrzebę wykorzystywania nawet najbardziej karygodnych metod: od insynuacji, poprzez kłamstwa, prowokacje a nawet do fałszowania rzeczywistej skali konsumpcji produktów konkurencji (sfałszowania wyborów). Nie będę tu opisywał tych metod... przez ostatnie niemal 10 lat POznaliśmy je w miarę dokładnie. Z drugiej zaś strony - też w oderwaniu od rzeczywistości - należy wykreować pozytywny obraz naszej marki, niezależnie czy pod opakowaniem śmierdzi czy też nie. W tym wypadku też ima się różnych, nawet dalekich od zgodnych z prawem, metod (np. obiecuje się, że nasz wyrób będzie leczył a dostajemy po nim obstrukcji lub rozwolnienia).
Trzeba przyznać, że owa negatywna strategia prowadzona przez PO i całą firmę III RP przyniosła nad wyraz pozytywne dla nich skutki. Rzeczywiście konsumenci mają do dziś w większości zakodowany negatywny obraz największej firmy konkurencyjnej i jej produktów. Do tego stopnia wykreowano tą negację, że nawet gdy III RP sprzedawała onegdaj - poprzez nowopowstałą firmę jak RPP - "buble" to przez dużą liczbę beznadziejnie lojalnych konsumentów i tak były oceniane jako lepsze od nawet najlepszych jakościowo produktów PiS. Kuriozalne? Nie... zważywszy ile nakładów poniesiono, ile osób zatrudniono (np. media, michnikowszczyzna), ile pracy i wysiłku włożono w proces budowy takiej a nie innej świadomości konsumentów... oderwanej od racjonalności i rzeczywistości niestety.
Teraz wracając do wprowadzenia Nowego Produktu (rewitalizacji starego). Z tego co napisałem powyżej wyraźnie widać, że najistotniejszym sukcesem firmy III RP było zbudowanie (do 10 kwietnia 2010 roku) negatywnego image konkurencji i jej produktów, negatywnego mimo wszystko, negatywnego absurdalnie i bez podstaw, ale zawsze negatywnego. W takim kontekście każdy produkt oferowany przez nich zawsze miał lepszą pozycję u konsumentów niż "złe i brzydkie a'priori" produkty firmy konkurencyjnej a w szczególności te dwa: wywołujący odruch wymiotny Lech Kaczyński czy odruch nienawiści J. Kaczyński.
Zapewne podczas badań otoczenia (niezbędnych w czasie budowy strategi wejścia z produktem na rynek) okazało się, że D. Tusk wcale nie jest silną marką a jego mocna pozycja na rynku wynikała przede wszystkim z negatywnej konotacji u konsumentów produktów konkurencyjnych. Innymi słowy: klienci kupowali Tuska nie dlatego, że jest to Tusk tylko dlatego, że nie chcą kupić jednego lub drugiego Kaczyńskiego (których nawet nie chcą spróbować, bo wywołuje u nich obrzydzenie sam ich widok i nazwa - brawa dla III RP!).
Tak wykreowany rynek i jego cechy oczywiście implikowały do jakże racjonalnego stwierdzenia: niezależnie jaki produkt zaoferujemy i tak szybko uzyska zaufanie konsumentów i będzie miał większy udział w rynku niż znienawidzony konkurencyjny! A bardziej przyziemnie: Spec-Zarząd Cieni III RP skonstatował prawdopodobnie, że już dość rządów niepewnych cywili i polityków. Czas wyjść z cienia i porządzić sobie wreszcie z pierwszego szeregu z naszym Chłopcem na czele.
Oczywiście wprowadzenie nowego produktu wymagało rozwagi a nie działań pochopnych. Skutecznie też należało przy okazji pozyskać też nowych konsumentów, tak aby jednocześnie nie zrazić starych. Stąd na początek zaoferowano jeszcze drugi (niby konkurencyjny produkt) zbliżony trochę do tego wycofywanego D. Tuska, ale nakierowany bardziej na profinansowy (proamerykański) segment rynku. Miał zaktywizować sprzedaż, dotrzeć do nowych segmentów rynku, skłonić do ponownego zakupu, dotrzeć do młodych konsumentów... a później oczywiście całe odium sukcesów tego zamiennika (R. Sikorski) przeniesione zostało umiejętnie na Nowy Produkt, czyli Naszego B. Komorowskiego. Dla R. Sikorskiego przewidziano zaś miejsce jakiegoś produktu komplementarnego w stylu Ministra Spraw Zagranicznych a dziś Marszałka Sejmu? Nie zapomniano też o pozostawieniu w ofercie dotychczasowej "dojnej krowy", czyli D. Tuska, którego wtedy dalej ulokowano na "dość wysokiej, premierowej półce" by w końcu wymościć mu rynkowe "rynkowe, unio-europejskie miejsce". Kierowano się przeto zasadą: wszak zanim zniknie z rynku (a wprowadzenie na rynek Nowego Produktu jest takową decyzją o stopniowym jego wycofaniu z oferty) taki produkt stanowi zawsze stały i pewny dopływ oczekiwanych przez firmę zysków i zapewnia jej bieżącą płynność finansową (w tym przypadku poparcie wyborców).
Karkołomna strategia wprowadzenia na rynek Nowego Zrewiatlizowanego Produktu zakończyła się pełnym powodzeniem - B. Komorowski został Prezydentem RP...
Zastanawia wszak tylko tylko jedno...
W okresie budowy "strategii wejścia" jej kreatorzy musieli sobie zdawać jednak sprawę z marnej jakości wprowadzanego Nowego Produktu. Od przeszło 4 lat widzimy (ci, co chcą widzieć i racjonalnie myślą), że jest to produkt spożywczo-polityczny, który smakuje o wiele gorzej niż go reklamowano... Nie miałby szans na osiągniecie lepszej sprzedaży niż Donald Tusk a w bezpośredniej rynkowej konfrontacji z produktem konkurencyjnym zwanym L.Kaczyński mógłby również - pomimo negatywnej u konsumentów konotacji konkurencyjnej marki - ponieść porażkę...
Jednak sytuacja na konkurencyjnym rynku nieraz bywa zaskakująco turbulentna... pod Smoleńskiem latami rosła pewna kevlarowa brzoza szumiąca, która siłą swej brzozowej woli oderwała skrzydło pewnego samolotu, albo wcale nie była jednak kevlarowa i samolot w ogóle tamtędy nie leciał, albo też leciał i sam z oddali siłą swej woli brzozę po prostu złamał wpół...
Zastanawiające... Jeżeli ktoś kiedyś pomyślał, że budowa strategii marketingowej jest przedsięwzięciem bardzo prostym, to historia owej brzozy wskazuje jak trudno w niesamowicie zmiennym i żywiołowym otoczeniu prawidłowo przewidywać mogące w przyszłości wystąpić określone zdarzenia a przecież prognozowanie tak naprawdę jest jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych umiejętności dobrego marketingowego stratega. Bardzo nieliczna i specyficzna zapewne jest ta niemal wizjonerska i wróżbiarska grupa specjalistów, która w sposób abstrakcyjno-intencjonalny potrafi wykreować u siebie umiejętność przewidywania wystąpienia niemożliwych stanów przyszłości, w tym przypadku nagłego wycofania z rynku L. Kaczyńskiego, co umożliwiło - bez barier konkurencyjnych - swobodne wejście na rynek Nowego i Słabego Produktu pod nazwą B. Komorowski.
Tak więc dzisiaj nie możemy się dziwić, że w dalszym ciągu jest realizowana pewna strategia wobec tak wcześniej kosztotwórczego produktu jakim był i jest B. Komorowski. Ma ona na celu przedłużenie cyklu życia produktu politycznego na następną kadencję. W jej ramach poprzez różne instrumenty (także z pogranicza absurdu i fałszerstw np. ośrodków badawczych) próbuje się PR-owo utrzymywać wysoki udział w rynku B. Komorowskiego, tak aby dla konsumentów stawał się jeszcze bardziej atrakcyjny kosztem produktów konkurencyjnych, a w szczególności J. Kaczyńskiego i jego PiS-u. Stąd jest ta ciągła osłona medialna poczynań naszego prezydenta i próba kreowania go na dobrodusznego Ojca Narodu m.in. malującego z dziećmi bombki pod choinkę i nie mającego tak naprawdę żadnego konkurencyjnego produktu substytucyjnego. I cały sztab rządzący III RP zrobi wszystko aby tą kreację utrzymać i nie pozwoli nigdy, aby konsumenci przekonali się jakiej niskiej jakości jest tak naprawdę ów produkt zwany B. Komorowskim. Przed nami zaś walka konkurencyjna o konsumentów (wybory prezydenckie), więc ta kreacja będzie jeszcze bardziej widoczna a w jej ramach należy się spodziewać bezwzględnego niszczenia w zarodku jakichkolwiek prób prawdziwego przedstawienia negatywnych walorów produktu politycznego jakim jest B. Komorowski.
Podobnie jest z PO, która jest gwarantem monopolistycznego udziału w rynku produktu rozszerzonego jakim jest cały układ okragłostołowo-magdalenkowy. Tak naprawdę układ ten i PO z nowym produktem w postaci E. Kopacz (wykreowanym zresztą z wykorzystaniem podobnych instrumentów jak w przypadku B.K. m.in. w postaci wcześniejszego uplasowania jej na stanowisku M. Sejmu) są produktami komplementarnymi wobec B. Komorowskiego, to znaczy wszystkie one muszą istnieć razem, aby móc zaoferować konsumentowi określoną wartość w postaci III RP, której w sposób manipulacyjny przypisuje się pozytywną konotację.
Nie łudźmy się więc, że zbudowana wielkim kosztem 25 -lecia pozycja monopolistyczna obecnych politycznych produktów na rynku zostanie w jakiejś dopuszczalnej formie konkurencji rynkowej (np. w tym przypadku wyborów) zachwiana. Monopoliści zrobią wszystko, wraz z fałszerstwem wyborczym, aby zachować i rozszerzyć swój udział w rynku, monopolizując go całkowicie.
Aby się temu przeciwstawić, pokonać konkurencyjnie obecne oferowane produkty i zdobyć jednak dominującą pozycję na rynku trzeba by dzisiejsza opozycja przygotowała naprawdę szczegółową strategię marketingową, w której być może winny być zawarte elementy frontalnego ataku, czyli poderwania społeczeństwa do masowego i czynnego oporu wobec obecnej władzy. W tym celu potrzeba jednak zbudować również alianse (porozumienia) strategiczne z wszystkimi innymi produktami konkurencyjnymi wobec obecnych monopolistów (np. z RN) a także doprowadzić do powszechnego bojkotu konsumenckiego tychże monopolistycznych i dominujących na rynku produktów.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
Ten tekst jest właśnie o sukcesie firmy III RP, czyli o zbudowaniu negatywnego image konkurencji i jej produktów, negatywnego mimo wszystko, negatywnego absurdalnie i bez podstaw, ale zawsze negatywnego oraz o sukcesie pewnej strategii marketingowej wprowadzenia na rynek Nowego Produktu w postaci Prezydenta B. Komorowskiego a także o... realnie abstrakcyjno-intencjonalnej kreacji umiejętności przewidywania wystąpienia niemożliwych stanów przyszłości. Stanowi jednocześnie próbę subiektywnej i być może alogicznej egzemplifikacji ex post pewnych brzozą szumiących zdarzeń oraz rozszerzającą parafrazą moich - napisanych w latach 2010 i 2011 postów: B. Komorowski - Zrewitalizowany Nowy Produkt na rynku politycznym, Jak może nie tylko marketingowo wykreowano B. Komorowskiego...
----------------------------------------
Polityka od dawna stała się swoistym rynkiem, na którym określone firmy (partie polityczne) oferują swoje produkty (polityków) konsumentom (wyborcom).
Na owym rynku mamy do czynienia oczywiście z tradycyjną walką konkurencyjną pomiędzy partiami o pozyskanie jak największego udziału w rynku i jak największej liczby klientów. Działalnością tą w komercyjnych przedsiębiorstwach zajmuje się szeroko pojmowany marketing, który zaadoptowany na rynek polityczny zyskał takież dookreślenie: polityczny.
Jedną z form działalności marketingowej jest wprowadzanie na rynek nowych produktów lub też przedłużanie okresu trwania na rynku produktów już istniejących. Majstersztykiem tej ostatniej jest takie zrewitalizowanie oferowanego od dawna niszowego produku, aby przez konsumentów postrzegany był niemal jako nowy, lepszy i zyskał ich akceptację wyrażaną poprzez jednokrotny lub powtórzony zakup.
Podobnie jest też na rynku politycznym, gdzie wciąż oferuje sie nowych polityków lub dokonuje się ich rewitalizacji.
Chyba najbardziej spektakularnymi efeketami marketingu politycznego w Polsce było wykreowanie B. Komorowskiego na Prezydenta RP oraz Ruchu Poparcia Palikota jako trzeciej partii w parlamncie!
Jak to - według mnie - wyglądało w przypadku B. Komorowskiego, którego udział w rynku potencjalnych kandydatów na prezydenta wynosił pierwotnie li tylko niespełna 3%?
Na ówczesnym rynku politycznym firma PO zrealizowała niewiarygodne wprost przedsięwzięcie: wprowadziła na rynek Nowy Kandydujący Na Prezydenta Produkt zwany B. Komorowskim w miejsce ugruntowanej pozytywnie w świadomości Polaków marki z kategorii tzw. "dojnych krów" (terminologia używana przez Ph. Kotlera - guru od marketingu w USA), czyli Staregop Kandydującego Na Prezydenta Produktu (w sensie rozszerzonym) nazywanego Donald Tusk.
Wyjątkowość owego przedsięwzięcia wynikała z dwóch powodów. Po pierwsze: dotychczasowy produkt oferowany przez firmę PO jako marka D. Tusk posiadał bardzo wysoki udział w rynku i przynosił największe materialne i poza materialne korzyści dla przedsiębiorstwa powstałego w 1989 roku pod nazwą III RP i jej firmy zależnej, właśnie Platformy Obywatelskiej. Po drugie: podjęto się karkołomnej strategii - rewitalizacji już istniejącego produktu ze znikomym udziałem w rynku i raczej o negatywnej konotacji w świadomości konsumentów (ziewający i nie wyróżniający się Marszałek Sejmu)... w Nowy Produkt nie zmieniając nawet jego nazwy ani znaku towarowego (dalej oferowany był jako Bronisław Komorowski).
Każdy marketingowiec wie, że taka strategia była bardzo ryzykowna. Świadome (nawet czasowe) wycofywanie z rynku produktu o silnej pozycji i pozytywnym image wśród konsumentów i wprowadzanie w jego miejsce produktu"unowocześnionego", ale już wcześniej istniejącego niszowo, mogło stać się oczywiście sukcesem, ale również zakończyć kompletną klapą i doprowadzić do bankructwa firmę, czyli III RP. Ponadto wymagało poniesienia bardzo dużych nakładów finansowych na wszelkie działania w zakresie marketingu-mix (produkt, cena, promocja, dystrybucja) oraz na wykreowanie popytu na nową markę (poczynając od kreacji wystąpienia określonych potrzeb u konsumentów, których zaspokojenie mogło nastąpić jedynie poprzez zakup wykreowanego na nowo produktu-Bronisława Komorowskiego).
Nie wspomnę też oczywiście, że takie przedsięwzięcie wymagało również wcześniejszego, szczegółowego opracowania "strategii wejścia" na rynek ze szczegółowym opisaniem wszystkich działań, w tym również z zakresu nżynierii socjotechnicznej/manipulacji/propagandy oraz sposobów konkurowania z największym produktem konkurencyjnym, np. poprzez doprowadzenie do jego wycofania z rynku.
Dlaczego, mimo tego ryzyka podjęto się jednak realizacji przedsięwzięcia i zdecydowano się wprowadzić B. Komorowskiego na rynek? I skąd było wiadomo, że operacja się powiedzie?.
Odpowiedzi są trudne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ostatecznie Nowy Produkt nie musiał konkurować na rynku z najgroźniejszym i najsilniejszym produktem konkurencyjnym zwanym L. Kaczyńskim. Na tej konstatacji mógłbym zakończyć odpowiedź na postawione wyżej pytania, bowiem uwzględnienie w "strategii wejścia" na rynek Nowego Produktu faktu, iż w momencie jego zaoferowania konsumentom brak będzie na tymże rynku najgroźniejszego i substytucyjnego produktu konkurencyjnego... a'priori dawało pewność sukcesu rynkowego omawianego przedsięwzięcia... Jeżeli dodatkowo liczono, że również bliźniaczy produkt konkurencji zniknie z rynku to gwarancję sukcesu można było określić niemal ze 100% prawdopodobieństwem...
Ale skupmy się na razie na analizie strategii wprowadzania zrewitalizowanego Nowego Produktu w okresie na przełomie 2009/2010 roku uznając tragedię smoleńską jako tylko sprzyjający dla III RP splot może zaskakujących i nieoczekiwanych okoliczności w postaci tragedii smoleńskiej.
Ówcześnie zapewne dotychczas oferowany produkt przedsiębiorstwa III RP i jego "firmy-córki" PO, występujący pod nazwą D. Tusk o tym, że zostanie wycofany z rynku niestety chyba dowiedział się jako ostatni. Decyzja najwyraźniej została podjęta na jednym z posiedzeń Zarządu III RP. Nie wiem, który z członków Zarządu wystąpił z ową propozycją i poddał ją pod głosowanie, ale sądzę, że raczej "padło" to ze strony opcji prosowieckiej w zarządzie, bowiem Nowy Produkt był i jest ich ulubionym od dawna. Wiadomo też, że opcja proniemiecka (prounijna) w zarządzie III RP od zawsze wspierała wycofany produkt zwany D. Tuskiem.
Wobec konkurencji natomiast firma III RP przez wcześniejsze 4 lata (a nawet wcześniej) realizowała ostrą strategię marketingową, którą można by nazwać "negatywną strategią frontalnego ataku" (pojęcie używane przez Ph. Kotlera, ale również przez innych marketingowców). Polegała ona mniej więcej na wykreowaniu w świadomości konsumentów negatywnej oceny najgroźniejszych produktów konkurencyjnych zwanych: Lech Kaczyński i J. Kaczyński. Ta nienawiść oczywiście miała się przenosić na samo przedsiębiorstwo zwane PiS oraz wszelkie jego firmy zależne.
Tego typu walka konkurencyjna nawet często prawnie bywa zakazana, np. w reklamach nie można porównywać się z konkretnymi produktami na zasadzie ich porównawczej negacji (stąd np. nasz proszek jest lepszy od zwykłego proszku a nie od proszku konkretnej marki), ale tą negatywną strategię stosują z reguły firmy, które mają do zaoferowania produkty o niskiej jakości i małym potencjale rynkowym. Z braku możliwości pozytywnej walki konkurencyjnej, której przedmiotem bywają większe walory jakościowe, większy stopień zaspakajania potrzeb, innowacyjność, oryginalność, itd.. firmy te stosują najprostszą z możliwych i najbardziej prymitywną metodę: totalnej negacji firmy konkurencyjnej i jej produktów. Oczywiście celem jest zbudowanie w świadomości konsumentów wystąpienia u niech a'priori negatywnych skojarzeń z produktami konkurencji. I to niezależnie od jakości własnych produktów i obiektywnej prawdzie, co do faktycznej jakości produktów konkurencyjnych. Rodzi to oczywiście potrzebę wykorzystywania nawet najbardziej karygodnych metod: od insynuacji, poprzez kłamstwa, prowokacje a nawet do fałszowania rzeczywistej skali konsumpcji produktów konkurencji (sfałszowania wyborów). Nie będę tu opisywał tych metod... przez ostatnie niemal 10 lat POznaliśmy je w miarę dokładnie. Z drugiej zaś strony - też w oderwaniu od rzeczywistości - należy wykreować pozytywny obraz naszej marki, niezależnie czy pod opakowaniem śmierdzi czy też nie. W tym wypadku też ima się różnych, nawet dalekich od zgodnych z prawem, metod (np. obiecuje się, że nasz wyrób będzie leczył a dostajemy po nim obstrukcji lub rozwolnienia).
Trzeba przyznać, że owa negatywna strategia prowadzona przez PO i całą firmę III RP przyniosła nad wyraz pozytywne dla nich skutki. Rzeczywiście konsumenci mają do dziś w większości zakodowany negatywny obraz największej firmy konkurencyjnej i jej produktów. Do tego stopnia wykreowano tą negację, że nawet gdy III RP sprzedawała onegdaj - poprzez nowopowstałą firmę jak RPP - "buble" to przez dużą liczbę beznadziejnie lojalnych konsumentów i tak były oceniane jako lepsze od nawet najlepszych jakościowo produktów PiS. Kuriozalne? Nie... zważywszy ile nakładów poniesiono, ile osób zatrudniono (np. media, michnikowszczyzna), ile pracy i wysiłku włożono w proces budowy takiej a nie innej świadomości konsumentów... oderwanej od racjonalności i rzeczywistości niestety.
Teraz wracając do wprowadzenia Nowego Produktu (rewitalizacji starego). Z tego co napisałem powyżej wyraźnie widać, że najistotniejszym sukcesem firmy III RP było zbudowanie (do 10 kwietnia 2010 roku) negatywnego image konkurencji i jej produktów, negatywnego mimo wszystko, negatywnego absurdalnie i bez podstaw, ale zawsze negatywnego. W takim kontekście każdy produkt oferowany przez nich zawsze miał lepszą pozycję u konsumentów niż "złe i brzydkie a'priori" produkty firmy konkurencyjnej a w szczególności te dwa: wywołujący odruch wymiotny Lech Kaczyński czy odruch nienawiści J. Kaczyński.
Zapewne podczas badań otoczenia (niezbędnych w czasie budowy strategi wejścia z produktem na rynek) okazało się, że D. Tusk wcale nie jest silną marką a jego mocna pozycja na rynku wynikała przede wszystkim z negatywnej konotacji u konsumentów produktów konkurencyjnych. Innymi słowy: klienci kupowali Tuska nie dlatego, że jest to Tusk tylko dlatego, że nie chcą kupić jednego lub drugiego Kaczyńskiego (których nawet nie chcą spróbować, bo wywołuje u nich obrzydzenie sam ich widok i nazwa - brawa dla III RP!).
Tak wykreowany rynek i jego cechy oczywiście implikowały do jakże racjonalnego stwierdzenia: niezależnie jaki produkt zaoferujemy i tak szybko uzyska zaufanie konsumentów i będzie miał większy udział w rynku niż znienawidzony konkurencyjny! A bardziej przyziemnie: Spec-Zarząd Cieni III RP skonstatował prawdopodobnie, że już dość rządów niepewnych cywili i polityków. Czas wyjść z cienia i porządzić sobie wreszcie z pierwszego szeregu z naszym Chłopcem na czele.
Oczywiście wprowadzenie nowego produktu wymagało rozwagi a nie działań pochopnych. Skutecznie też należało przy okazji pozyskać też nowych konsumentów, tak aby jednocześnie nie zrazić starych. Stąd na początek zaoferowano jeszcze drugi (niby konkurencyjny produkt) zbliżony trochę do tego wycofywanego D. Tuska, ale nakierowany bardziej na profinansowy (proamerykański) segment rynku. Miał zaktywizować sprzedaż, dotrzeć do nowych segmentów rynku, skłonić do ponownego zakupu, dotrzeć do młodych konsumentów... a później oczywiście całe odium sukcesów tego zamiennika (R. Sikorski) przeniesione zostało umiejętnie na Nowy Produkt, czyli Naszego B. Komorowskiego. Dla R. Sikorskiego przewidziano zaś miejsce jakiegoś produktu komplementarnego w stylu Ministra Spraw Zagranicznych a dziś Marszałka Sejmu? Nie zapomniano też o pozostawieniu w ofercie dotychczasowej "dojnej krowy", czyli D. Tuska, którego wtedy dalej ulokowano na "dość wysokiej, premierowej półce" by w końcu wymościć mu rynkowe "rynkowe, unio-europejskie miejsce". Kierowano się przeto zasadą: wszak zanim zniknie z rynku (a wprowadzenie na rynek Nowego Produktu jest takową decyzją o stopniowym jego wycofaniu z oferty) taki produkt stanowi zawsze stały i pewny dopływ oczekiwanych przez firmę zysków i zapewnia jej bieżącą płynność finansową (w tym przypadku poparcie wyborców).
Karkołomna strategia wprowadzenia na rynek Nowego Zrewiatlizowanego Produktu zakończyła się pełnym powodzeniem - B. Komorowski został Prezydentem RP...
Zastanawia wszak tylko tylko jedno...
W okresie budowy "strategii wejścia" jej kreatorzy musieli sobie zdawać jednak sprawę z marnej jakości wprowadzanego Nowego Produktu. Od przeszło 4 lat widzimy (ci, co chcą widzieć i racjonalnie myślą), że jest to produkt spożywczo-polityczny, który smakuje o wiele gorzej niż go reklamowano... Nie miałby szans na osiągniecie lepszej sprzedaży niż Donald Tusk a w bezpośredniej rynkowej konfrontacji z produktem konkurencyjnym zwanym L.Kaczyński mógłby również - pomimo negatywnej u konsumentów konotacji konkurencyjnej marki - ponieść porażkę...
Jednak sytuacja na konkurencyjnym rynku nieraz bywa zaskakująco turbulentna... pod Smoleńskiem latami rosła pewna kevlarowa brzoza szumiąca, która siłą swej brzozowej woli oderwała skrzydło pewnego samolotu, albo wcale nie była jednak kevlarowa i samolot w ogóle tamtędy nie leciał, albo też leciał i sam z oddali siłą swej woli brzozę po prostu złamał wpół...
Zastanawiające... Jeżeli ktoś kiedyś pomyślał, że budowa strategii marketingowej jest przedsięwzięciem bardzo prostym, to historia owej brzozy wskazuje jak trudno w niesamowicie zmiennym i żywiołowym otoczeniu prawidłowo przewidywać mogące w przyszłości wystąpić określone zdarzenia a przecież prognozowanie tak naprawdę jest jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych umiejętności dobrego marketingowego stratega. Bardzo nieliczna i specyficzna zapewne jest ta niemal wizjonerska i wróżbiarska grupa specjalistów, która w sposób abstrakcyjno-intencjonalny potrafi wykreować u siebie umiejętność przewidywania wystąpienia niemożliwych stanów przyszłości, w tym przypadku nagłego wycofania z rynku L. Kaczyńskiego, co umożliwiło - bez barier konkurencyjnych - swobodne wejście na rynek Nowego i Słabego Produktu pod nazwą B. Komorowski.
Tak więc dzisiaj nie możemy się dziwić, że w dalszym ciągu jest realizowana pewna strategia wobec tak wcześniej kosztotwórczego produktu jakim był i jest B. Komorowski. Ma ona na celu przedłużenie cyklu życia produktu politycznego na następną kadencję. W jej ramach poprzez różne instrumenty (także z pogranicza absurdu i fałszerstw np. ośrodków badawczych) próbuje się PR-owo utrzymywać wysoki udział w rynku B. Komorowskiego, tak aby dla konsumentów stawał się jeszcze bardziej atrakcyjny kosztem produktów konkurencyjnych, a w szczególności J. Kaczyńskiego i jego PiS-u. Stąd jest ta ciągła osłona medialna poczynań naszego prezydenta i próba kreowania go na dobrodusznego Ojca Narodu m.in. malującego z dziećmi bombki pod choinkę i nie mającego tak naprawdę żadnego konkurencyjnego produktu substytucyjnego. I cały sztab rządzący III RP zrobi wszystko aby tą kreację utrzymać i nie pozwoli nigdy, aby konsumenci przekonali się jakiej niskiej jakości jest tak naprawdę ów produkt zwany B. Komorowskim. Przed nami zaś walka konkurencyjna o konsumentów (wybory prezydenckie), więc ta kreacja będzie jeszcze bardziej widoczna a w jej ramach należy się spodziewać bezwzględnego niszczenia w zarodku jakichkolwiek prób prawdziwego przedstawienia negatywnych walorów produktu politycznego jakim jest B. Komorowski.
Podobnie jest z PO, która jest gwarantem monopolistycznego udziału w rynku produktu rozszerzonego jakim jest cały układ okragłostołowo-magdalenkowy. Tak naprawdę układ ten i PO z nowym produktem w postaci E. Kopacz (wykreowanym zresztą z wykorzystaniem podobnych instrumentów jak w przypadku B.K. m.in. w postaci wcześniejszego uplasowania jej na stanowisku M. Sejmu) są produktami komplementarnymi wobec B. Komorowskiego, to znaczy wszystkie one muszą istnieć razem, aby móc zaoferować konsumentowi określoną wartość w postaci III RP, której w sposób manipulacyjny przypisuje się pozytywną konotację.
Nie łudźmy się więc, że zbudowana wielkim kosztem 25 -lecia pozycja monopolistyczna obecnych politycznych produktów na rynku zostanie w jakiejś dopuszczalnej formie konkurencji rynkowej (np. w tym przypadku wyborów) zachwiana. Monopoliści zrobią wszystko, wraz z fałszerstwem wyborczym, aby zachować i rozszerzyć swój udział w rynku, monopolizując go całkowicie.
Aby się temu przeciwstawić, pokonać konkurencyjnie obecne oferowane produkty i zdobyć jednak dominującą pozycję na rynku trzeba by dzisiejsza opozycja przygotowała naprawdę szczegółową strategię marketingową, w której być może winny być zawarte elementy frontalnego ataku, czyli poderwania społeczeństwa do masowego i czynnego oporu wobec obecnej władzy. W tym celu potrzeba jednak zbudować również alianse (porozumienia) strategiczne z wszystkimi innymi produktami konkurencyjnymi wobec obecnych monopolistów (np. z RN) a także doprowadzić do powszechnego bojkotu konsumenckiego tychże monopolistycznych i dominujących na rynku produktów.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/ kjahog@gmail.com
czwartek, 17 maja 2012
Ochrona zdrowia: plan "C" - kontynuacja czy debata?
Witam
Niejednokrotnie już pisałem o ochronie zdrowia, m.in. w postach z 2009 roku: Plan "C" – cisza nad tą trumną oraz Konieczna ogólnonarodowa debata w sprawie ochrony zdrowia!
Minęło 3 lata a moje konstatacje zawarte w wymienionych tekstach są nadal zatrważająco aktualne, co potwierdza ogłoszone wczoraj w mediach nasze ledwie 27 miejsce w Europie w obszarze stanu i jakości lecznictwa. Wyróżniono nas jedynie za leczenie zawałów serca. Czeka nas jeszcze prawdopodobnie kolejny kryzys dotyczący nowoczesnych i innowacyjnych terapii onkologicznych, bowiem nikt dziś nie wie, czy po 1 lipca na liście leków refundowanych znajdą się odpowiednie specyfiki lub też tańsze (ale też relatywnie drogie) leki generyczne. Sądzę, że na kłopotach w leczeniu raka kryzys się nie zakończy...
Przeczytawszy więc moje poprzednie posty postanowiłem je - uzupełniając o nowe fakty i zdarzenia - częściowo przypomnieć.
----------------------------------------
Premier i była pani Minister Zdrowia a dziś Marszałek Sejmu oraz być może nowy Minister Zdrowia w zaciszu powyborczych gabinetów przyjęli prawdopodobnie zasady kontynuacji wcześniejszego - określonego przeze mnie jak "C" - planu, dotyczącego wielkiego oszustwa, jakim była, jest i będzie w ich wykonaniu reforma ochrony zdrowia.
Sławetna posłanka Sawicka zwracała już uwagę swemu wydumanemu kochankowi z CBA, że jest jeszcze jedna z ostatnich wielkich możliwości skonsumowania przez liberalne (sic!) postokragłostołowe elity polskiego majątku: to wielki "deal" na ochronie zdrowia. Była posłanka została w końcu skazana, co prawdopodobnie dla PO ma posłużyć jako niby "zamknięcie" tematu, "listek figowy"... a harce mogą zaczynać niejako od nowa...
Poprzedni rząd oczywiście próbował już wszelkimi sposobami skonsumować wreszcie ten jeden z ostatnich torcików polskiego majątku narodowego. Najpierw był plan A. Obowiązkowo miały być skomercjalizowane a później oczywiście sprywatyzowane szpitale. Nie wypalił. No to zabrano się za plan B, czyli dobrowolność komercjalizacji poprzez samorządy, dając jednocześnie "marchewkę" w postaci oddłużania tych szpitali, które się na to zdecydują. Plan nie wypalił. Jakoś szpitale niechętnie były w stanie uwierzyć i zaufać nieudolnej pani minister. Tym bardziej nie zaufają biednemu nowemu ministrowi zdrowia, który - jak sądzę - został perfidnie wrobiony w zarządzanie "burdelem", jaki w ministerstwie zostawiła po sobie E. Kopacz
Plany A i B więc nie "wypaliły".
I tu niespodziewanie z pomocą "chłopcom od piłki i deal'i wszelkiego rodzaju przyszedł kryzys, na którym można jeździć jak na "siwej Kobyle" usprawiedliwiając brak działania i pomocy komukolwiek brakiem kryzysowych pieniążków. Dodatkowo PO wygrała ponownie wybory (sic!) i w nowym ministerstwie zabrakło partaczki E. Kopacz a na front wysłano - pozyskanego w tym celu z SLD - B. Arłukowicza.
No i przez ostatnie miesiące mamy kontynuację nagminnego i pogłębiającego się kryzysu polskiej ochrony zdrowia. Czyżby rząd przyjął kolejną strategię doprowadzającą w końcu "chłopców" do jej trwałych i nietrwałych aktywów, t.j. zasadę "im gorzej tym lepiej"? Cisza nad tą trumną! Zdaje się wołać całe poletko "czarnych polskich owieczek z PO(ło)wiałych"... od letnich promieni Słońca Peru.
Ta "cisza nad tą trumną" to chyba właśnie był plan "C", czyli pseudoreformy ochrony zdrowia, tzn. przejęcia jej przez owych nieznanych "speców od deal'i" wywodzących się z jedynie słusznych kręgów "elit postokrągłostołowych". Ten plan C był i jest bardzo prosty: doprowadzenie do zapaści szpitali, a później wyciągnięcie najważniejszych założeń z planów A i B oraz podanie "pomocnej dłoni" szpitalom w postaci (a jakże) komercjalizacji, która zawsze w końcu kończy się przecież prywatyzacją. Dziś chyba mamy kontynuację tegoż planu.
I za jakiś czas, z satysfakcją stanie wtedy przed gawiedzią Donald Tusk, i wystawiwszy na pierwszy ogień biednego B. Arłukowicza wspólnie obwieszczą: A NIE MÓWILIŚMY I NIE PRZESTRZEGALIŚMY. WYSZŁO NA NASZE! BIERZMY SIĘ WIĘC ZA PLAN A i B!
Chcę być dobrze zrozumiany. Również uważam, że w Polsce potrzebna jest reforma funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia,. Obecny stan jest w dłuższej perspektywie nie do zaakceptowania.
Mam natomiast wrażenie, ze jedynym celem wszelkich działań rządu w tym zakresie nie jest prawdziwa, fundamentalna reforma systemu ochrony zdrowia, ale li tylko "skok" na aktywa, które reprezentują szpitale i inne jednostki lecznicze.
Uważam od wielu lat, że konieczna jest w Polsce ogólnonarodowa debata na temat obecnego stanu ochrony zdrowia i kształtu jej reformy. Jest ona niezbędna. Zdrowie dotyczy nas wszystkich i przyszłych pokoleń Polaków. Obok podatków temat ten winien być jednym z pierwszoplanowych, nad którymi dyskutuje się publicznie! Wydaje mi się, że zawsze jest czas na dyskusję o tym newralgicznym obszarze funkcjonowania polskiego społeczeństwa a reforma ochrony zdrowia winna być najważniejszym obszarem działań rządowych, nad którym należy podjąć ogólnonarodową dyskusję.
Zdrowie, jego ochrona, dotyczy nas wszystkich a podejmowane przez rząd działania skutkować będą na następne dziesięciolecia. Dziwię się więc nieudolności rządu w tym obszarze i uważam, że obecny Pan Minister B. Arłukowicz nie będzie w stanie przeprowadzić ani monitorować takowej reformy.
Oto w punktach kilka moich refleksji, tez i pytań na temat polskiej ochrony zdrowia i konieczności jej reformy:
1. Obecny stan systemu ochrony zdrowia, co jest oczywiste, jest niezadawalający i wymaga zmian i reformy. Kolejki pacjentów, korupcja, marnotrawienie publicznych pieniędzy, ogólne niedofinansowanie, emigracja lekarzy i pielęgniarek (niskie płace) oraz wiele innych czynników tylko utwierdza w tym przekonaniu.
2. Reforma systemu ochrony zdrowia jest – będzie procesem skomplikowanym i długotrwałym. Większość dotychczasowych rządów podejmowała próby naprawy tego systemu różnymi sposobami: utworzenie Kas Chorych, oddanie szpitali samorządom (tak jest obecnie) przy zachowaniu ich państwowej własności, likwidacja w 2002 przyszpitalnych fundacji, próby stworzenia koszyka świadczeń podstawowych… następnie ponowna centralizacja Kas Chorych i utworzenie NFZ, siedmioletni plan profesora Religi, oddłużanie szpitali i wzrost uposażenia lekarzy i pielęgniarek, a teraz pomysł prywatyzacji (komercjalizacji) szpitali. Jak widać każdy rząd ma swój pomysł na system ochrony zdrowia. Zmiana rządu przerywa poprzednio rozpoczęte reformy i jeszcze bardziej komplikuje system. I tu oczywistość: potrzeba jednego, ogólnonarodowego, międzypartyjnego planu reformy systemu ochrony zdrowia, który będzie realizowany niezależnie od zmiany rządu czy prezydenta.
3. Prywatyzacja (komercjalizacja) szpitali jest tylko jedną z dróg możliwej poprawy sytuacji polskiej służby zdrowia i nie jest wcale pewna jej skuteczność i efektywność w tym przypadku. Komercjalizacja polega na utworzeniu jednoosobowej spółki prawa handlowego, którego właścicielem jest państwo lub jego agendy. Dalszym etapem jest prywatyzacja polegająca na sprzedaży całości lub części tej spółki (w przypadku obowiązującego chyba planu B od razu szpitale przekształcane są w spółki bez okresu komercjalizacji). Wspomaganie szpitali, które zdecydują się na przekształcenia w spółki jest nierównym traktowaniem podmiotów gospodarczych, a tym samym obywateli. Czy dzielenie firm - dla których będzie możliwa pomoc finansowa i dla, których tej pomocy nie będzie – na podstawie akceptacji przez nie planów rządowych jest zgodne z Konstytucją RP? Czy nie jest to dogmatyczne, irracjonalne, realizowanie „świętej” idei liberalnej a forma prawna nie przypomina np. przymusowej nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów? (teraz formą nacisku są korzyści ekonomiczno-materialne),
4. Oczywiście w gospodarce rynkowej własność prywatna lepiej służy rozwojowi gospodarczemu niż własność państwowa, co wiąże się przede wszystkim z m.in. wyższą jakością nadzoru właścicielskiego. Chcąc wypracować zysk, prywatny przedsiębiorca podejmuje decyzje, które przy akceptowanym przez niego poziomie ryzyka przyniosą największe korzyści. Nie można jednak zapominać, że każda działalność gospodarcza zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem niepowodzenia w tym upadłości. Nieprzewidywalność, nawet marketingowa, popytu na usługi medyczne eliminuje prywatno-rynkową ideę szpitali – nie wiemy kto, kiedy i na co zachoruje; nie jesteśmy w stanie przewidzieć epidemii; nie jesteśmy w stanie przewidzieć skali popytu na usługi medyczne w przypadku klęsk żywiołowych, wojny czy ataków terrorystycznych.
5. Należy jednak zwrócić uwagę, że powyższe stwierdzenie (pierwsze w punkcie 4) jest istotne ekonomicznie w przypadku firm obracających tzw. dobrami prywatnymi. Przez wieki rozwoju gospodarki rynkowej wypracowany został jednak zbiór tzw. dóbr publicznych, za które odpowiada państwo. Należą w skrócie do nich: obrona narodowa (wojsko, wywiad i kontrwywiad, służby celne), bezpieczeństwo (policja, straż pożarna), środowisko naturalne oraz … właśnie ochrona zdrowia (lecznictwo, służby sanitarno-epidemiologiczne). Zgodnie z priorytetami obecnego rządu po służbie zdrowia należy również sprywatyzować: wojsko, policję, SANEPID, straż pożarną i inne. Wtedy można już tylko rządzić dla samego rządzenia i nic nie robić – będąc u władzy i czerpać z niej korzyści.
6. W ujęciu dobra publicznego zdrowie nie może być traktowane, jako towar rynkowy, którego obrót nastawiony jest na zysk a szpitale jako firmy – spółki prawa handlowego nastawione na zysk. Tak naprawdę szpitale winny być instytucjami non profit (nie nastawionymi na zysk).
7. Szpital jako spółka prawa handlowego oferować będzie usługę medyczną jako towar, który winien przynieść zysk. Stąd tylko niedaleka droga do racjonalności wyboru takich pacjentów, których leczenie jest opłacalne i unikanie kosztotwórczego (przynoszącego stratę) pacjenta. Znów w skrócie: prowadzi to do ograniczenia powszechnej dostępności do leczenia i ochrony zdrowia. Jest to niezgodne z Konstytucją RP, której artykuł 68 zobowiązuje władze publiczne do zapewnienia obywatelom równego dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Podobne sformułowania zawierają akty prawne większości europejskich krajów wysokorozwiniętych, w których dominującą rolę w ochronie zdrowia odgrywa sektor publiczny (około 90% to działalność publiczna a tylko około 10% to działalność prywatna). Prywatna służba zdrowia jest dominującą jedynie w USA (brak powszechnej dostępności usług zdrowotnych w USA i niska jakość służby publicznej – to jeden z największych problemów społecznych tego państwa) oraz w krajach, których państwa nie stać traktowanie zdrowia jako dobra publicznego (kraje Trzeciego Świata). Próba pełnej prywatyzacji sektora zdrowotnego na Słowacji zakończyła się kompletna klapą – państwo ponownie przejmuje własność nad szpitalami.
8. Jeżeli nawet byśmy założyli, że prywatyzacja szpitali uzdrowi nasze lecznictwo to zanim się jej dokona winno się przede wszystkim stworzyć tzw. koszyk usług podstawowych i wycenić procedury medyczne. W prywatnych spółkach zysk wynika z różnicy pomiędzy ostateczną ceną danego dobra a kosztami niezbędnymi na jego wytworzenie. Brak wiedzy o kosztach i niezbędnych do realizacji procedur medycznych podważa więc sens prywatnej działalności i sprawia, ze decyzje są nieracjonalne i nieefektywne. Rozpoczęcie reformy od prywatyzacji jest niczym innym jak bezsensownym, skazanym na niepowodzenie działaniem od końca, które nie przyniesie żadnych efektów a wprost przeciwnie: może „rozwalić” cały system „od środka”.
9. Innym działaniem poprzedzającym ewentualną prywatyzację i przekształcenie w spółki winna być reforma systemu finansowania szpitali i instytucji zajmujących się lecznictwem. Jeżeli szpitale mają być prywatne to powinny być finansowane z prywatnych a nie publicznych pieniędzy. Dlaczego nasze pieniądze pochodzące ze składek mają być rozdzielane bez naszej wiedzy w postaci kontraktów publicznej instytucji NFZ z prywatnym szpitalem? Dlaczego nie mamy decydować, który szpital jest dla nas lepszy i któremu damy zarobić?. Dlaczego mamy płacić na coś, na co nie mamy wpływu? Stąd winno się (zgodnie z planami PO) zlikwidować NFZ i wprowadzić też powszechne, prywatne ubezpieczenia zdrowotne oraz zaprzestać pobierania od nas składki zdrowotnej (pieniądze winny być do naszej dyspozycji). Taka winna być konsekwencja próby prywatyzacji szpitali, ale co z konstytucyjną powszechnością dostępu do służby zdrowia?, co z tymi, którzy nie pracują, są chorzy, nie radzą sobie z życiem?. Najlepszym rozwiązaniem byłaby ich likwidacja! – o braku potrzeby istnienia nieefektywnych jednostek i sposobów ich likwidacji odsyłam rząd i PO do rozwiązań zaproponowanych przez autora Main Kampf.
10. Powszechna prywatyzacja szpitali (a to nam grozi w przyszłości) prowadzi w prostej linii do radykalnego zwiększenia korupcji, pauperyzacji społeczeństwa i powolnego eliminowania jakiegokolwiek publicznego szpitala. Wynika to w głównej mierze z wcześniej opisywanego faktu finansowania prywatnej ochrony zdrowia przez służby publiczne (NFZ). Nie od dzisiaj wiadomo, że korupcja kwitnie przede wszystkim na styku państwo-prywatna firma lub instytucja. Nie trudno sobie wyobrazić jak łase będą nasze urzędasy na profity za odpowiedni kontrakt. I zależeć to będzie od tego ile prywatny właściciel będzie miał kasy i będzie ja skłonny przeznaczyć na „Deal” „kręcenie lodów”. Szpitale publiczne są - będą skazane w tym względzie na porażkę, co sprawi powolny ich upadek i nie pozwoli na rozwój.
11. Prywatyzacja szpitali nie zwiększy racjonalności ich działań z prostego powodu: menedżer prywatnego szpitala oczywiści że będzie chciał zarobić, ale również nie będzie obarczony ryzykiem tej działalności – w razie czego (groźby upadłości) i tak pomoże państwo, bo przecież jest to kwestia dobra publicznego a ewentualna upadłość szpitala może w konsekwencji spowodować reakcję społeczną eliminującą w wyborach dotychczasowych „włodarzy”. Tak więc prywatyzując nic de facto nie zmieniamy: dalej tworzymy system, który wymagał będzie nieustannych dotacji państwowych. Jest to podobna sytuacji do trwającej przez lata niefrasobliwości (delikatnie mówiąc) bankowców, którego efektem jest obecny kryzys. Oni też wiedzieli, ze w razie czego pomoże państwo i tak się dzieje. Konsekwencją tego kryzysu jest nawet częściowa nacjonalizacja banków. Prawdopodobnie prywatyzacja szpitali skończy się podobnie – potrzeba ich ponownej nacjonalizacji. Ale w między czasie ile osób zarobi na tej prywatyzacji?
Powyższe refleksje są tylko moimi subiektywnymi opiniami. Może staną się skromnym zalążkiem dyskusji o tak pilnej przecież reformie ochrony zdrowia. Wyrażam też nadzieję, iż nazwany przeze mnie planem C projekt dezorganizacji ochrony zdrowia a następnie jej prywatyzacji dla jej uratowania... nie jest realizowany przez rząd.
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Niejednokrotnie już pisałem o ochronie zdrowia, m.in. w postach z 2009 roku: Plan "C" – cisza nad tą trumną oraz Konieczna ogólnonarodowa debata w sprawie ochrony zdrowia!
Minęło 3 lata a moje konstatacje zawarte w wymienionych tekstach są nadal zatrważająco aktualne, co potwierdza ogłoszone wczoraj w mediach nasze ledwie 27 miejsce w Europie w obszarze stanu i jakości lecznictwa. Wyróżniono nas jedynie za leczenie zawałów serca. Czeka nas jeszcze prawdopodobnie kolejny kryzys dotyczący nowoczesnych i innowacyjnych terapii onkologicznych, bowiem nikt dziś nie wie, czy po 1 lipca na liście leków refundowanych znajdą się odpowiednie specyfiki lub też tańsze (ale też relatywnie drogie) leki generyczne. Sądzę, że na kłopotach w leczeniu raka kryzys się nie zakończy...
Przeczytawszy więc moje poprzednie posty postanowiłem je - uzupełniając o nowe fakty i zdarzenia - częściowo przypomnieć.
----------------------------------------
Premier i była pani Minister Zdrowia a dziś Marszałek Sejmu oraz być może nowy Minister Zdrowia w zaciszu powyborczych gabinetów przyjęli prawdopodobnie zasady kontynuacji wcześniejszego - określonego przeze mnie jak "C" - planu, dotyczącego wielkiego oszustwa, jakim była, jest i będzie w ich wykonaniu reforma ochrony zdrowia.
Sławetna posłanka Sawicka zwracała już uwagę swemu wydumanemu kochankowi z CBA, że jest jeszcze jedna z ostatnich wielkich możliwości skonsumowania przez liberalne (sic!) postokragłostołowe elity polskiego majątku: to wielki "deal" na ochronie zdrowia. Była posłanka została w końcu skazana, co prawdopodobnie dla PO ma posłużyć jako niby "zamknięcie" tematu, "listek figowy"... a harce mogą zaczynać niejako od nowa...
Poprzedni rząd oczywiście próbował już wszelkimi sposobami skonsumować wreszcie ten jeden z ostatnich torcików polskiego majątku narodowego. Najpierw był plan A. Obowiązkowo miały być skomercjalizowane a później oczywiście sprywatyzowane szpitale. Nie wypalił. No to zabrano się za plan B, czyli dobrowolność komercjalizacji poprzez samorządy, dając jednocześnie "marchewkę" w postaci oddłużania tych szpitali, które się na to zdecydują. Plan nie wypalił. Jakoś szpitale niechętnie były w stanie uwierzyć i zaufać nieudolnej pani minister. Tym bardziej nie zaufają biednemu nowemu ministrowi zdrowia, który - jak sądzę - został perfidnie wrobiony w zarządzanie "burdelem", jaki w ministerstwie zostawiła po sobie E. Kopacz
Plany A i B więc nie "wypaliły".
I tu niespodziewanie z pomocą "chłopcom od piłki i deal'i wszelkiego rodzaju przyszedł kryzys, na którym można jeździć jak na "siwej Kobyle" usprawiedliwiając brak działania i pomocy komukolwiek brakiem kryzysowych pieniążków. Dodatkowo PO wygrała ponownie wybory (sic!) i w nowym ministerstwie zabrakło partaczki E. Kopacz a na front wysłano - pozyskanego w tym celu z SLD - B. Arłukowicza.
No i przez ostatnie miesiące mamy kontynuację nagminnego i pogłębiającego się kryzysu polskiej ochrony zdrowia. Czyżby rząd przyjął kolejną strategię doprowadzającą w końcu "chłopców" do jej trwałych i nietrwałych aktywów, t.j. zasadę "im gorzej tym lepiej"? Cisza nad tą trumną! Zdaje się wołać całe poletko "czarnych polskich owieczek z PO(ło)wiałych"... od letnich promieni Słońca Peru.
Ta "cisza nad tą trumną" to chyba właśnie był plan "C", czyli pseudoreformy ochrony zdrowia, tzn. przejęcia jej przez owych nieznanych "speców od deal'i" wywodzących się z jedynie słusznych kręgów "elit postokrągłostołowych". Ten plan C był i jest bardzo prosty: doprowadzenie do zapaści szpitali, a później wyciągnięcie najważniejszych założeń z planów A i B oraz podanie "pomocnej dłoni" szpitalom w postaci (a jakże) komercjalizacji, która zawsze w końcu kończy się przecież prywatyzacją. Dziś chyba mamy kontynuację tegoż planu.
I za jakiś czas, z satysfakcją stanie wtedy przed gawiedzią Donald Tusk, i wystawiwszy na pierwszy ogień biednego B. Arłukowicza wspólnie obwieszczą: A NIE MÓWILIŚMY I NIE PRZESTRZEGALIŚMY. WYSZŁO NA NASZE! BIERZMY SIĘ WIĘC ZA PLAN A i B!
Chcę być dobrze zrozumiany. Również uważam, że w Polsce potrzebna jest reforma funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia,. Obecny stan jest w dłuższej perspektywie nie do zaakceptowania.
Mam natomiast wrażenie, ze jedynym celem wszelkich działań rządu w tym zakresie nie jest prawdziwa, fundamentalna reforma systemu ochrony zdrowia, ale li tylko "skok" na aktywa, które reprezentują szpitale i inne jednostki lecznicze.
Uważam od wielu lat, że konieczna jest w Polsce ogólnonarodowa debata na temat obecnego stanu ochrony zdrowia i kształtu jej reformy. Jest ona niezbędna. Zdrowie dotyczy nas wszystkich i przyszłych pokoleń Polaków. Obok podatków temat ten winien być jednym z pierwszoplanowych, nad którymi dyskutuje się publicznie! Wydaje mi się, że zawsze jest czas na dyskusję o tym newralgicznym obszarze funkcjonowania polskiego społeczeństwa a reforma ochrony zdrowia winna być najważniejszym obszarem działań rządowych, nad którym należy podjąć ogólnonarodową dyskusję.
Zdrowie, jego ochrona, dotyczy nas wszystkich a podejmowane przez rząd działania skutkować będą na następne dziesięciolecia. Dziwię się więc nieudolności rządu w tym obszarze i uważam, że obecny Pan Minister B. Arłukowicz nie będzie w stanie przeprowadzić ani monitorować takowej reformy.
Oto w punktach kilka moich refleksji, tez i pytań na temat polskiej ochrony zdrowia i konieczności jej reformy:
1. Obecny stan systemu ochrony zdrowia, co jest oczywiste, jest niezadawalający i wymaga zmian i reformy. Kolejki pacjentów, korupcja, marnotrawienie publicznych pieniędzy, ogólne niedofinansowanie, emigracja lekarzy i pielęgniarek (niskie płace) oraz wiele innych czynników tylko utwierdza w tym przekonaniu.
2. Reforma systemu ochrony zdrowia jest – będzie procesem skomplikowanym i długotrwałym. Większość dotychczasowych rządów podejmowała próby naprawy tego systemu różnymi sposobami: utworzenie Kas Chorych, oddanie szpitali samorządom (tak jest obecnie) przy zachowaniu ich państwowej własności, likwidacja w 2002 przyszpitalnych fundacji, próby stworzenia koszyka świadczeń podstawowych… następnie ponowna centralizacja Kas Chorych i utworzenie NFZ, siedmioletni plan profesora Religi, oddłużanie szpitali i wzrost uposażenia lekarzy i pielęgniarek, a teraz pomysł prywatyzacji (komercjalizacji) szpitali. Jak widać każdy rząd ma swój pomysł na system ochrony zdrowia. Zmiana rządu przerywa poprzednio rozpoczęte reformy i jeszcze bardziej komplikuje system. I tu oczywistość: potrzeba jednego, ogólnonarodowego, międzypartyjnego planu reformy systemu ochrony zdrowia, który będzie realizowany niezależnie od zmiany rządu czy prezydenta.
3. Prywatyzacja (komercjalizacja) szpitali jest tylko jedną z dróg możliwej poprawy sytuacji polskiej służby zdrowia i nie jest wcale pewna jej skuteczność i efektywność w tym przypadku. Komercjalizacja polega na utworzeniu jednoosobowej spółki prawa handlowego, którego właścicielem jest państwo lub jego agendy. Dalszym etapem jest prywatyzacja polegająca na sprzedaży całości lub części tej spółki (w przypadku obowiązującego chyba planu B od razu szpitale przekształcane są w spółki bez okresu komercjalizacji). Wspomaganie szpitali, które zdecydują się na przekształcenia w spółki jest nierównym traktowaniem podmiotów gospodarczych, a tym samym obywateli. Czy dzielenie firm - dla których będzie możliwa pomoc finansowa i dla, których tej pomocy nie będzie – na podstawie akceptacji przez nie planów rządowych jest zgodne z Konstytucją RP? Czy nie jest to dogmatyczne, irracjonalne, realizowanie „świętej” idei liberalnej a forma prawna nie przypomina np. przymusowej nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów? (teraz formą nacisku są korzyści ekonomiczno-materialne),
4. Oczywiście w gospodarce rynkowej własność prywatna lepiej służy rozwojowi gospodarczemu niż własność państwowa, co wiąże się przede wszystkim z m.in. wyższą jakością nadzoru właścicielskiego. Chcąc wypracować zysk, prywatny przedsiębiorca podejmuje decyzje, które przy akceptowanym przez niego poziomie ryzyka przyniosą największe korzyści. Nie można jednak zapominać, że każda działalność gospodarcza zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem niepowodzenia w tym upadłości. Nieprzewidywalność, nawet marketingowa, popytu na usługi medyczne eliminuje prywatno-rynkową ideę szpitali – nie wiemy kto, kiedy i na co zachoruje; nie jesteśmy w stanie przewidzieć epidemii; nie jesteśmy w stanie przewidzieć skali popytu na usługi medyczne w przypadku klęsk żywiołowych, wojny czy ataków terrorystycznych.
5. Należy jednak zwrócić uwagę, że powyższe stwierdzenie (pierwsze w punkcie 4) jest istotne ekonomicznie w przypadku firm obracających tzw. dobrami prywatnymi. Przez wieki rozwoju gospodarki rynkowej wypracowany został jednak zbiór tzw. dóbr publicznych, za które odpowiada państwo. Należą w skrócie do nich: obrona narodowa (wojsko, wywiad i kontrwywiad, służby celne), bezpieczeństwo (policja, straż pożarna), środowisko naturalne oraz … właśnie ochrona zdrowia (lecznictwo, służby sanitarno-epidemiologiczne). Zgodnie z priorytetami obecnego rządu po służbie zdrowia należy również sprywatyzować: wojsko, policję, SANEPID, straż pożarną i inne. Wtedy można już tylko rządzić dla samego rządzenia i nic nie robić – będąc u władzy i czerpać z niej korzyści.
6. W ujęciu dobra publicznego zdrowie nie może być traktowane, jako towar rynkowy, którego obrót nastawiony jest na zysk a szpitale jako firmy – spółki prawa handlowego nastawione na zysk. Tak naprawdę szpitale winny być instytucjami non profit (nie nastawionymi na zysk).
7. Szpital jako spółka prawa handlowego oferować będzie usługę medyczną jako towar, który winien przynieść zysk. Stąd tylko niedaleka droga do racjonalności wyboru takich pacjentów, których leczenie jest opłacalne i unikanie kosztotwórczego (przynoszącego stratę) pacjenta. Znów w skrócie: prowadzi to do ograniczenia powszechnej dostępności do leczenia i ochrony zdrowia. Jest to niezgodne z Konstytucją RP, której artykuł 68 zobowiązuje władze publiczne do zapewnienia obywatelom równego dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Podobne sformułowania zawierają akty prawne większości europejskich krajów wysokorozwiniętych, w których dominującą rolę w ochronie zdrowia odgrywa sektor publiczny (około 90% to działalność publiczna a tylko około 10% to działalność prywatna). Prywatna służba zdrowia jest dominującą jedynie w USA (brak powszechnej dostępności usług zdrowotnych w USA i niska jakość służby publicznej – to jeden z największych problemów społecznych tego państwa) oraz w krajach, których państwa nie stać traktowanie zdrowia jako dobra publicznego (kraje Trzeciego Świata). Próba pełnej prywatyzacji sektora zdrowotnego na Słowacji zakończyła się kompletna klapą – państwo ponownie przejmuje własność nad szpitalami.
8. Jeżeli nawet byśmy założyli, że prywatyzacja szpitali uzdrowi nasze lecznictwo to zanim się jej dokona winno się przede wszystkim stworzyć tzw. koszyk usług podstawowych i wycenić procedury medyczne. W prywatnych spółkach zysk wynika z różnicy pomiędzy ostateczną ceną danego dobra a kosztami niezbędnymi na jego wytworzenie. Brak wiedzy o kosztach i niezbędnych do realizacji procedur medycznych podważa więc sens prywatnej działalności i sprawia, ze decyzje są nieracjonalne i nieefektywne. Rozpoczęcie reformy od prywatyzacji jest niczym innym jak bezsensownym, skazanym na niepowodzenie działaniem od końca, które nie przyniesie żadnych efektów a wprost przeciwnie: może „rozwalić” cały system „od środka”.
9. Innym działaniem poprzedzającym ewentualną prywatyzację i przekształcenie w spółki winna być reforma systemu finansowania szpitali i instytucji zajmujących się lecznictwem. Jeżeli szpitale mają być prywatne to powinny być finansowane z prywatnych a nie publicznych pieniędzy. Dlaczego nasze pieniądze pochodzące ze składek mają być rozdzielane bez naszej wiedzy w postaci kontraktów publicznej instytucji NFZ z prywatnym szpitalem? Dlaczego nie mamy decydować, który szpital jest dla nas lepszy i któremu damy zarobić?. Dlaczego mamy płacić na coś, na co nie mamy wpływu? Stąd winno się (zgodnie z planami PO) zlikwidować NFZ i wprowadzić też powszechne, prywatne ubezpieczenia zdrowotne oraz zaprzestać pobierania od nas składki zdrowotnej (pieniądze winny być do naszej dyspozycji). Taka winna być konsekwencja próby prywatyzacji szpitali, ale co z konstytucyjną powszechnością dostępu do służby zdrowia?, co z tymi, którzy nie pracują, są chorzy, nie radzą sobie z życiem?. Najlepszym rozwiązaniem byłaby ich likwidacja! – o braku potrzeby istnienia nieefektywnych jednostek i sposobów ich likwidacji odsyłam rząd i PO do rozwiązań zaproponowanych przez autora Main Kampf.
10. Powszechna prywatyzacja szpitali (a to nam grozi w przyszłości) prowadzi w prostej linii do radykalnego zwiększenia korupcji, pauperyzacji społeczeństwa i powolnego eliminowania jakiegokolwiek publicznego szpitala. Wynika to w głównej mierze z wcześniej opisywanego faktu finansowania prywatnej ochrony zdrowia przez służby publiczne (NFZ). Nie od dzisiaj wiadomo, że korupcja kwitnie przede wszystkim na styku państwo-prywatna firma lub instytucja. Nie trudno sobie wyobrazić jak łase będą nasze urzędasy na profity za odpowiedni kontrakt. I zależeć to będzie od tego ile prywatny właściciel będzie miał kasy i będzie ja skłonny przeznaczyć na „Deal” „kręcenie lodów”. Szpitale publiczne są - będą skazane w tym względzie na porażkę, co sprawi powolny ich upadek i nie pozwoli na rozwój.
11. Prywatyzacja szpitali nie zwiększy racjonalności ich działań z prostego powodu: menedżer prywatnego szpitala oczywiści że będzie chciał zarobić, ale również nie będzie obarczony ryzykiem tej działalności – w razie czego (groźby upadłości) i tak pomoże państwo, bo przecież jest to kwestia dobra publicznego a ewentualna upadłość szpitala może w konsekwencji spowodować reakcję społeczną eliminującą w wyborach dotychczasowych „włodarzy”. Tak więc prywatyzując nic de facto nie zmieniamy: dalej tworzymy system, który wymagał będzie nieustannych dotacji państwowych. Jest to podobna sytuacji do trwającej przez lata niefrasobliwości (delikatnie mówiąc) bankowców, którego efektem jest obecny kryzys. Oni też wiedzieli, ze w razie czego pomoże państwo i tak się dzieje. Konsekwencją tego kryzysu jest nawet częściowa nacjonalizacja banków. Prawdopodobnie prywatyzacja szpitali skończy się podobnie – potrzeba ich ponownej nacjonalizacji. Ale w między czasie ile osób zarobi na tej prywatyzacji?
Powyższe refleksje są tylko moimi subiektywnymi opiniami. Może staną się skromnym zalążkiem dyskusji o tak pilnej przecież reformie ochrony zdrowia. Wyrażam też nadzieję, iż nazwany przeze mnie planem C projekt dezorganizacji ochrony zdrowia a następnie jej prywatyzacji dla jej uratowania... nie jest realizowany przez rząd.
Pozdrawiam
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)