Szczęście to codzienne odczuwanie własnej wolności od wszystkiego... Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. Szydło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. Szydło. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 kwietnia 2018
Krótkie wyjaśnienie i trochę o prezydencie?
Serdecznie przepraszam za brak publikacji trzech pozostałych części artykułu o żydowskim Talmudzie oraz sposobach budowania poprawnych relacji z Izraelem i ogólnie z Żydami. Zmogła mnie po prostu choroba, z której powoli wychodzę. Mam nadzieję, że uda mi się opublikować choć trzecią część jeszcze w tym tygodniu... a może też nawet i czwartą?
--------------------
Dzień Wielkiego Piątku, dzień męczeńskiej śmierci Mesjasza i Zbawiciela Jezusa Chrystusa... wybrał sobie pan prezydent Andrzej Duda na zawetowanie ustawy degradacyjnej. Ustawy, która miała przede wszystkim wymierzyć dziejową sprawiedliwość wobec zdrajców Polski z okresu Stanu Wojennego. Tych zdrajców, których kilka lat temu niezawisły sąd uznał jako organizatorów związku o charakterze zbrojnym i przestępczym.
Nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Sam fakt zawetowania był dla mnie druzgocący, ale również dzień dokonania rewolty przez prezydenta skłonił mnie do smutnych przemyśleń. Osobiście poczułem się jakby podwójnie ze mnie zadrwiono, zakpiono i wyszydzono.
Już w lipcu ubiegłego roku pisałem, że pan prezydent powoli odchodzi od osoby, na którą głosowałem i zbliża się do elit III RP i realizacji umów z Magdalenki: "grubej linii" i "my nie ruszamy waszych a wy nie ruszacie naszych". Otoczył się dziwnymi osobami, które w dużej części wywodzą się z elit UD/UW/demokraci.pl i postkomunistycznych służb specjalnych. Szkoda... po raz kolejny żałuję swojego głosu...
Mam nadzieję, że kandydatką PiS-u w najbliższych wyborach prezydenckich będzie pani premier Beata Szydło.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
piątek, 8 grudnia 2017
Wymiana premiera? Bardzo zła decyzja PiS-u!
Miesiąc temu apelując do prezesa PiS
Jarosława Kaczyńskiego o pozostawienie Beaty Szydło na stanowisku
premiera [1] pisałem m.in.:
„Uważam, że w ogromnej mierze –
o ile nie decydującej – dzięki niej PiS i cała ZP wygrała
wybory parlamentarne w 2015 roku i to ona była czynnikiem sprawczym
wyboru Pana A. Dudy na stanowisko prezydenta.
I to właśnie w dużej mierze
dzięki Pani premier B. Szydło dziś – po dwóch latach – PiS ma
niespotykane w historii wysokie notowania sondażowe.
Nie może Pan tego zmarnować i
wierzę, że te pogłoski o Jej dymisji są tylko „chciejstwem” i
wydumaną „fantasmagorią” tzw. „totalnej opozycji” (…).
Nie może Pan – apeluję jeszcze
raz – dać zdrajcom takiej broni… Apeluję i proszę. Bo przecież
Pan niczego już nie musi udowadniać a pani premier jako wiceprezes
PiS-u i okresowo jego skarbnik okazała się być bardzo lojalnym
wobec Pana i partii politykiem a jej cechy osobiste predestynują ją
idealnie do roli premiera Polski w obecnych, trudnych czasach dla
naszej Ojczyzny, jak i całej Europy.
Przez te dwa lata Pani premier
okazała się konsekwentnym politykiem, który poważnie traktuje
swoich wyborców, ale i wszystkich Polaków i także samo poważnie
traktuje swoje słowa i złożone obietnice w kampanii wyborczej.
Jest polską patriotką i osobą jednoczącą ludzi a nie ich
skłócającą. Prowadzi swój rząd w poczuciu odpowiedzialności za
Polskę i polski naród oraz pracuje ciężko nie zaważając na
ujadanie niemal całej unijnej „wierchuszki” i polskich zdrajców
z „totalnej opozycji”. Nie daje też wciągnąć się w jałowe
spory, które mogłyby pochłaniać cenny czas, który Pani premier i
jej rząd poświęca na pracę merytoryczną.
Szefowa polskiego rządu doskonale
też radzi sobie na arenie międzynarodowej skutecznie broniąc
Polski przed atakami i mocno przyczynia się do odzyskania przez
Polskę międzynarodowej podmiotowości. Zostało to też zauważone
na świecie, czego skutkiem jest 10 miejsce w rankingu najbardziej
wpływowych kobiet w polityce oraz 31 miejsce wśród 100 najbardziej
wpływowych kobiet świata. Jest jeyną Polką w tych rankingach
opracowywanych przez magazyn „Forbes”. Wyprzedziła m.in. Hillary
Clinton czy piosenkarkę Beyonce. Oczywiście to tylko subiektywny
ranking magazynu i pewna zabawa, ale jednak jest on szeroko
komentowany i przedstawiany w mediach jako miarodajny i
opiniotwórczy, mający pokrycie w rzeczywistości.
„Ten, kto nic nie robi, nie
popełnia błędów” i takich błędów też nie uniknęła Pani
premier, ale bilans jej działań jest dla niej korzystny i z każdym
tygodniem ta wspaniała Polka staje się prawdziwym „mężem
stanu”. Mam wrażenie, że ostatnie dwa lata Pani premier
wykorzystała zarówno dla dobra Polski , jak i własnego
politycznego rozwoju. Przykrym byłoby przerwanie jej misji.
Mało tego!
Aby dać odpór wszystkim zdrajcom i
fałszywym przyjaciołom oraz ich podszeptom namawiam, aby Pan prezes
jednoznacznie „namaścił” Panią premier Beatę Szydło na
przyszłego szefa PiS-u. Byłoby to mistrzowskie posunięcie, o ile
oczywiście Pani premier na to by się zgodziła a wierzę, że w
poczuciu obowiązku za Polskę i polski naród jej decyzja byłaby
zdecydowanie pozytywna.
Moim zdaniem warto to zrobić
szybko, aby Pan miał czas (m.in. ze względu na wiek) na wdrożenie
Pani premier B. Szydło w obowiązki szefa partii i aby nie dopuścić
do jej rozpadu w razie walki o sukcesję po Panu, wtedy kiedy – oby
jak najpóźniej – już Pana nie będzie. Wydaje mi się też, że
Pana doświadczenie mogłoby być ogromnie przydatne np. gdyby objął
Pan funkcję honorowego prezesa Prawa i Sprawiedliwości”.
Odnosząc się do wicepremiera M.
Morawieckiego, w kilku komentarzach do tekstu napisałem mniej
więcej to co poniżej.
M. Morawiecki jest – przynajmniej w
polityce – nie tylko młodym człowiekiem z racji wieku, ale też
jest nowicjuszem w funkcjonowaniu na arenie politycznej. Sama, nawet
wspaniała, kariera biznesowa czy banksterska nie musi automatycznie
oznaczać takiej samej w polityce a nieraz może też przeszkadzać.
Przecież aby coś w danym obszarze
osiągnąć to trzeba się wiele uczyć, być bardzo sprawnym
intelektualnie i organizacyjnie, posiadać odpowiednie i unikalne
talenty, które koniecznie należy w całym życiu maksymalnie
rozwijać, należy też oczywiście nabrać doświadczenia oraz
dojrzałości społecznej i emocjonalnej.
To takie ogólne wymagania, ale
oczekiwane w polityce cechy indywidualne szefów różnią się pod
względem ich ważności i natężenia od cech wymaganych np. od
premiera.
O ile w firmach najczęściej jest
zarządcza struktura hierarchiczna, gdzie najczęściej mamy
kilkuosobową Radę Nadzorczą i też kilkuosobowy Zarząd oraz
maksymalnie kilku dyrektorów to w przypadku premierowania mamy
ogromną machinę nadzorczo-zarządczo-administracyjną: począwszy
od prezydenta poprzez partie polityczne (ew. ich koalicje)
desygnujące premiera poprzez parlamentarzystów, różne komitety
polityczne, komitety stałe, ponad dwudziestu dyrektorów
(ministrów), dziesiątki wicedyrektorów (wiceministrów), itd.
Bycie premierem wymaga więc umiejętności zespołowego działania
oraz posiadania ogromnego doświadczenia, umiejętności
interpersonalnych i koncyliacyjnych, niesamowitej empatii i zdolności
godzenia różnych interesów.
Ponadto od premiera (też jako
polityka) wymaga się również umiejętności zdobywania sobie
sympatii wyborców, obywateli danego państwa…bo jej nie można
nakazać tak jak można ją nakazać w formalnej strukturze
organizacyjnej przedsiębiorstwa! Firma to zespół ludzi od jednego
do najczęściej kilkudziesięciu tysięcy, którzy tak naprawdę
pracują tylko i wyłącznie dla dobra indywidualnego
przedsiębiorstwa a ich los zależy od „widzimisię” przełożonego
a ostatecznie od kierownika, dyrektora a na końcu prezesa… państwo
a w tym przypadku Polska to „firma” 38 milionowa, gdzie
„pracownicy” są wolnymi ludźmi a premier i jego rząd winni
działać dla dobra wspólnego, gdzie ważne są zarówno sprawy
gospodarcze, społeczne, bezpieczeństwo, zdrowie, edukacja i wiele
innych pozostałych obszarów funkcjonowania państwa i narodu!
Premier powinien o tym wszystkim pamiętać!
Pan M. Morawiecki z racji posiadanego
doświadczenia może i jest dobrym ekonomistą czy finansistą oraz
hierarchicznie sprawnym zarządcą, ale – wedle mnie –
powierzenie mu już dzisiaj funkcji premiera jest przedwczesne i to z
różnych powodów. Dwa z nich wymieniłem: w miarę młody wiek (już
prezydent A. Duda udowadnia, że za wcześnie został prezydentem) i
brak doświadczenia politycznego. Dodatkowo obciążeniem może być
też to jego doświadczenie związane z zarządzaniem firmą czy
bankiem. Jest też postrzegany jako mało empatyczny technokrata i
jak na razie nie posiada umiejętności zjednywania sobie ludzi:
zarówno wyborców, jak i też prawdopodobnie współpracowników.
M. Morawiecki był to tej pory bardzo
ważnym wicepremierem w dziedzinach, na których się zna i dla niego
osobiście nowa funkcja może też okazać się przekleństwem, czego
oczywiście mu nie życzę i skoro już taka decyzja zapadła to mam
nadzieję, iż sobie poradzi.
Natomiast chyba najlepszym rozwiązaniem
byłoby utrzymanie B. Szydło na stanowisku premiera do końca
obecnej kadencji oraz przez pierwszy rok drugiej oraz wystawienie jej
z ramienia ZP (PiS) na kandydata na prezydenta w 2020 roku a wtedy
można by, po ociepleniu wizerunku M. Morawieckiego oraz nabraniu
przez niego odpowiedniego doświadczenia, desygnować go na funkcję
premiera.
Po wczorajszych decyzjach Komitetu
Politycznego PiS, który zdecydował jednak o odwołaniu premier B.
Szydło nie zmieniam swojego zdania. Wedle mnie to decyzja błędna i
może zakończyć „dobrą zmianę” i pozbawić PiS wygranych
wyborów: samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich.
„Nie zmienia się zawodników w
drużynie wygrywającej a już na pewno nie zmienia się w takiej
sytuacji kapitana… chyba, że chce się przegrać”. Rząd Pani
premier B. Szydło był najlepszym rządem od 1989 roku a może i w
całym okresie powojennym i w ogromnej mierze zawdzięcza to Pani
premier.
Nie rozumiem tej decyzji. Może i
faktycznie na arenie międzynarodowej dzieje się coś niedobrego dla
Polski i Polaków, co skłoniło prezesa J. Kaczyńskiego do takiej
decyzji, ale czy na pewno? Niestety śmiem wątpić i znów w PiS-e zwyciężyła stanowiskowa wojna podjazdowa... Oby jednak nie!
Pan J. Kaczyńskli wielokrotnie
pokazał, że jest świetnym strategiem i politycznym wirtuozem oraz
polskim patriotą, ale niestety nieraz popełniał błędy przede
wszystkim w jednym: doborze ludzi. Nie pora teraz wymieniać nazwisk,
choć cisną się na usta nazwiska Kaczmarka, Sikorskiego,
Marcinkiewicza, „miśka” Kamińskiego, Migalskiego, Poncyliusza,
Jakubiakowej, Kluzik-Rostkowskiej, Dorna, Ujazdowskiego, Zalewskiego,
i wielu innych. Być może wynika to z jego ufności do ludzi i
myślenia, że tak jak on i patriotycznie po polsku myślą też inni
jego współpracownicy. Śmiem twierdzić, że wybór Pani B. Szydło
był tym z tych dobrych decyzji personalnych J. Kaczyńskiego, które
podjął a która okazała się chyba najlepszą w jego karierze
politycznej.
Tym bardziej nie rozumiem tej zmiany i
to w sytuacji, gdy wybór Pana A. Dudy okazał się znów
prawdopodobnie pomyłką J. Kaczyńskiego a teraz pozbywa się
najbardziej lojalnego od lat swojego współpracownika. Dziwne to
wszystko jest i dla mnie niezrozumiałe… chyba, że Pani premier
była niewygodna dla tych którzy faktycznie zarządzają Polską lub
uzurpują sobie prawo do takiego zarządzania i „namaszczania”
polskich prezydentów i premierów, jak chociażby udział obecnego
prezydenta podczas sławetnego posiedzenia przeszło połowy
izraelskiego Knestetu w Krakowie w styczniu roku 2014 czy ostatnia
kolacja z przedstawicielami innego niż polski naród narodu Pana M. Morawieckiego w
jarmułce na głowie. Ale to tylko poboczna uwaga, bo może – w co
wierzę - wcale tak nie jest…
Powtarzam. Uważam odsunięcie Pani
premier B. Szydło za duży błąd. Oby jego konsekwencje nie były
takie same jak w 2007 roku, gdzie na własne życzenie PiS stracił
władzę, by ją oddać antypolskim zdrajcom na całe 8 lat. 8 lat,
które stworzyły z Polski „teoretyczne państwo z chu…em, dupą
i kamieni kupą” i które teraz musimy odbudowywać.
Na koniec jeszcze dwie uwagi.
Po pierwsze. Pani premier B. Szydło
pokazała jak należy rządzić i jakim można być uczciwym oraz
ciężko pracującym dla dobra Polski premierem, prawdziwym mężem
stanu godnym tych największych np. z okresu międzywojnia. Pokazała
nam wszystkim czym jest patriotyzm, honor i czym jest służba Polsce
i polskiemu narodowi. Wreszcie też całemu światu pokazała czym
jest tzw. „klasa” polityka, czym jest etos publicznej
działalności i dbałość o interesy własnego państwa i własnych obywateli. Sposób jej rządzenia, realizacja obietnic
wyborczych, skuteczne przeciwstawienie się wewnętrznym i
zewnętrznym wrogom naszej Ojczyzny zjednało jej wielu Polaków,
którzy ufają jej do dzisiaj i żałują oraz nie rozumieją decyzji
władz PiS-u.
Panu M. Morawieckiemu bardzo trudno będzie takie
zaufanie uzyskać i sądzę, że raczej straci wysokie dotychczasowe
poparcie. Czy będzie potrafił choć trochę dorównać Pani premier
i rządzić z takim poświęceniem dla dobra Polski i Polaków i klasą jak ona? Nie wiem i mam
duże wątpliwości, choć chciałbym się mylić a tych pomyłek
ostatnio coś za dużo… a zaczęło się od prezydenta A. Dudy…
Po drugie. Nie rozumiem też
okoliczności w jakich władzę straciła pani premier B. Szydło.
Zarówno forma jak i cała „otoczka” jej dymisji jest dla mnie
obrzydliwa i na pewno uwłaczająca samej Pani premier.
Najpierw
kilkumiesięczne jej „zmiękczanie” i zmniejszanie jej znaczenia
oraz ta cała i ciągła dyskusja o tym, że tym premierem przestanie
być. I w końcu ta wieczorna wczorajsza dymisja i to w dniu, w
którym wcześniej pani B. Szydło obroniła siebie i swój rząd
przed odwołaniem na podstawie haniebnego i kuriozalnego wniosku o
votum nieufności złożonego przez zdrajców z antypolskiej partii
PO.
Doprawdy: takiego majstersztyku
poniżenia przez własne środowisko polityczne najlepszego od
dziesiątek lat premiera, który w dodatku był do ostatnich chwil
całkowicie lojalny wobec własnej formacji nie mógłby chyba wymyślić nawet najlepszy literat czy scenarzysta tragifarsy. Nie
można było – o ile naprawdę było to konieczne – przyjąć
dymisję od Pani premier chociażby w poniedziałek a wczoraj pisać i mówić tylko o
kompromitacji PO i G. Schetyny… Hmm… Kompletne dno!
I nawet w tej sytuacji Pani premier
wykazała się niebywałą klasą polityczną i to od samego rana
(naprawdę chyba dla niej ciężkie osobiście przemówienie w
obronie własnego rządu z posiadaną wiedzą, że zaraz tym premierem nie będzie), jak i wieczorem, gdy została
zdymisjonowana.
Mam nadzieję, że były naprawdę
bardzo ważne powody owej zmiany o których się dość szybko
dowiemy, bo na razie z tego, co mówią przedstawiciele PiS-u ja ich
nie zauważam. Dodam jednak, że o tej zmianie prezes PiS J.
Kaczyński mówił już trochę w lipcu tego roku, więc argument, iż
nagle coś się wydarzyło w ostatnim czasie (np. pozwanie KE do TS Polski za nie przyjmowanie uchodźców), co wymagało
natychmiastowej zmiany premiera jest bezzasadny i naciągany.
Pozdrawiam
Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw)
P.S.
Niestety obawiam się, że w najbliższym czasie stanowiska mogą stracić: dwaj najlepsi ministrowie w rządzie czyli Z. Ziobro i A. Macierewicz oraz bardzo dobry minister J. Szyszko. Mogą niestety pozostać: J. Gowin, P. Gliński czy K. Radziwiłł. W takiej sytuacji może okazać się, że w koalicji ZP partię Z. Ziobry zastąpi partia K. Morawieckiego, która powoli i systematycznie pozyskuje członków parlamentu, których chyba ma już ośmiu, czyli tyle samo, co partia Z. Ziobry.
wtorek, 16 maja 2017
Proponuję rządowi "nowe otwarcie"
Inspiracją niniejszego tekstu jest felieton "Dzisiejsze fiasko reformy samorządów to punkt dla elyty III RP..." [1] opublikowany na niepoprawnych.pl autorstwa "Yagona 12", w którym to autor pisze m.in.:
"Tu na dole, lokalnie, w przyszłym roku (w wyborach samorządowych - dop.: kj) nic się więc nie zmieni. Wygrają ci, co wygrać mają. Może PiS odwojuje kilka samorządów wojewódzkich, może jedno czy dwa większe miasta. Ale generalnie zPOdziejska sitwa przetrwa- ba, nawet umocni się. W moim platformianym od 2002 roku powiecie marazm, korupcja i złodziejstwo trwać będą w najlepsze. Bo co pomogą szklane urny czy monitoring, skoro "włodarze" miast i gmin mają już wielokrotnie przećwiczone metody "wygrywania" wyborów? Mają ludzi, czas i motywację do dokonywania kolejnych "cudów nad urną". Smutny wieczór...jak się chce reformować państwo to nie można zwracać uwagi na wrzask elyty III RP i mieć skrupuły. Oni nie będą mieli gdy wrócą (nie daj Boże) do władzy, złamią każdą zasadę i prawo.
(...)
Wczoraj pisałem o heroicznej pracy Ziobry, Macierewicza, Mariusza Kamińskiego, Jakiego, Święczkowskiego, Naimskiego, Morawieckiego itd. I o "nicnierobieniu" ludzi zajmujących się według komunistycznej nomenklatury - "nadbudową". Gliński, Gowin, KRRiTV, RMN, Komisja Etyki Mediów z niezwykłą tolerancją traktują łajdaków z profesorskimi tytułami, szemrane "autorytety" czy sprzedajnych "tfurców". Dziś doszło fiasko reformy samorządów. Po zapomnianej już warszawskiej ustawie metropolitarnej to kolejny sygnał dla PO-szustów, że ich pajacowanie i kłamstwa przynoszą efekty. Przypomnę więc rządzącym - bez wygrania wyborów samorządowych w 2018 roku PiS nie zostanie przy władzy na drugą kadencję. A wtedy...".
Zgadzam się z "Yagonem 12", przy czym sytuacja jest - wedle mnie - jeszcze bardziej niekorzystna i dotyczy ona nie tylko wyborów samorządowych, ale wielu innych niezrealizowanych jeszcze zmian, nieprzeprowadzonych reform.
Jest taka niepisana zasada w biznesie (ale chyba można ją odnieść do wielu innych obszarów, także do polityki).
Otóż zostając np. nowym prezesem firmy lub też dyrektorem/członkiem zarządu ds. jakiegoś pionu (finanse, handel i logistyka, produkcja, marketing, inne) przez około 3 miesięcy należy poświęcić bardzo dużo czasu na poznanie firmy od środka, poznanie swojego obszaru nadzoru oraz poznanie sytuacji zewnętrznej wobec firmy (jej otoczenia). Na tej podstawie - o ile jest to konieczne lub uznamy, że jest to konieczne - trzeba przygotować zespół decyzji dotyczących ewentualnych zmian i przez następne trzy miesiące je sukcesywnie wprowadzać, budując w ten sposób swoje zasady funkcjonowania firmy czy określonego pionu. Gdy przegapi się ten okres to później jest bardzo trudno a nieraz wręcz niemożliwe reformowanie i zmiany tych zasad.
Jest bowiem coś takiego jak opór przed zmianą prezentowany przez pracowników (kadrę kierowniczą), którzy już są przyzwyczajeni do dotychczasowego modelu funkcjonowania, wiedzą gdzie jest ich miejsce, mają ustalone ścieżki postępowania, mają swoje "księstwa" czy "silosy", swój system wzajemnych zależności, znajomości, "układy", jakieś korupcyjne współzależności, itd. I nie chcą tego zmieniać. Nie chcą bo będą się musieli od nowa znaleźć w określonej sytuacji, znów udowadniać swoją przydatność, podnosić kwalifikacje, zmieniać swoje utrwalone nawyki, nie chcą tracić ewentualnych "lewych dochodów" i dotychczasowych powiązań, może też boją się przed utratą pozycji, itd. Ten opór jest naturalny i można go odnosić do każdej dziedziny życia społecznego czy politycznego - vide: reforma szkolnictwa i opór nauczycieli, reforma sądownictwa i opór sędziów, itd.
Natomiast gdy pojawia się nowy szef, to przez jakiś czas - właśnie te sławetne pół roku - skłonność do oporu jest relatywnie niska, bo ludzie wiedzą, iż nowy szef będzie zaprowadzał "nowe porządki" i się na to godzą, choć wewnętrznie ten opór jest, ale przecież ludzie chcą pracować... więc są skłonni do podporządkowania się nowym decyzjom nowego szefa. Ale w sytuacji, gdy już miną pierwsze miesiące to czas akceptacji nowości mija i później jest bardzo trudno coś zmienić, bo ludzie przyzwyczajają się do jakichś nowych zasad i tam, gdzie mogą (gdzie nie dokonano zmian) powracają do znanych sobie ścieżek, modeli zachowań i adaptują je do nowych okoliczności.
Powyższe jest niejako zawarte w powiedzeniach: "jeżeli czegoś nie zrobisz zaraz na początku już nie zrobisz nigdy" lub "zbuduj sobie dobrą opinię na początku, a później nawet, gdy popełnisz błąd to nie będzie on końcem twojej kariery".
Dlatego uważam, że choć PiS (ZP) czy prezydent zrobili już bardzo dużo i działają w bardzo złej atmosferze, to jednak nie dokonali w wielu obszarach radykalnych zmian i teraz stary układ III RP staje się coraz silniejszy.
Obym się mylił, ale być może czas na radykalne reformy dla PiS-u już minął i czego nie zdołali zmienić już nie zmienią a tym samym pozwolą na odradzanie się hydry zdradliwych "elit III RP". Mało tego... przez te kilkanaście miesięcy dawne elity mogły też jakoś "wejść w układy" z elitami PIS (ZP) i teraz opór może być już nie tylko ze strony zdrajców i antypolaków, ale też płynąć od swoich.
No dobrze, może się mylę a państwo nie jest firmą i ogrom pracy jest większy, ale czy aby na pewno? Premier/prezes ma kilkunastu ministrów/dyrektorów, więc to aż tak inne od sytuacji firmy nie jest. A jeżeli są jakieś "wąskie gardła" czy "słabe ogniwa" wpływające negatywnie na cały zarząd/rząd to po prostu trzeba dokonywać wymiany. I też uważam, że P. Gliński już dawno winien być zmieniony (ja bym tego dokonał zaraz po haniebnych wypowiedziach na temat oceny niektórych NGO-sów). To PiS może zrobić, bo z J. Gowinem (też powinien być zmieniony) sprawa jest trudniejsza, bo to koalicjant. Zastanowiłbym się też nad dymisją K. Jurgiela (rolnictwo) czy K. Radziwiłła (zdrowie). Zatrudniłbym też nowego rzecznika prasowego na miejsce R. Bochenka. Chyba dobrze byłoby jednak przywrócić na tym stanowisku E. Witek.
Niemniej zdaję sobie sprawę jednak z niesamowitej wielości i głębokości koniecznych działań w celu naprawy Rzeczpospolitej. Można powiedzieć, że komuna i postkomuna III RP, czyli PRL i PRL-bis miały dziesiątki lat na stworzenie z Polski "układu wzajemnych zależności" oraz wykreowanie swoistego establishmentu zwanego "elitami III RP", który nakierowany jest - z jednej strony - na wysysaniu z Polski środków trwałych i obrotowych dla własnej i dla sił zewnętrznych korzyści (uwłaszczenie, korupcja, mafie vatowskie, prywatyzacja za bezcen, oddawania Polski we władanie korporacjom finansowo-przemysłowym, itd) a - z drugiej strony - na niszczeniu polskiej narodowej tożsamości, niszczeniu polskości. Był też czas na stworzenie swoistych enklaw dla określonych grup/beneficjentów III RP, np. korporacji zawodowych (sędziowie, środowisko akademickie, popłuczyny ubeków i WSI-oków, itd). Ostatnie zaś rządy PO-PSL dokończyły dzieła niszczenia Polski ostatecznie doprowadzając ją - jak sami stwierdzili - do stanu "państwa teoretycznego", gdzie jest już tylko "chuj, dupa i kamieni kupa".
PiS (ZP) przejęło zatem Polskę w stanie zbliżającego się - używając dalej terminologii biznesowej - bankructwa. Tak naprawdę więc przystąpiono niejako do budowy państwa na nowo, jego odbudowy. I rozumiem ogrom działań, które należało podjąć i które w większości zostały podjęte przy wściekłym ataku odsuniętej od koryta i niszczenia Polski targowickiej "totalnej opozycji" wraz z jej zagranicą.
Być może faktycznie tak naprawdę nie dało się zrobić więcej niż do tej pory zrobiono. Niestety to, czego nie zrobiono staje się fundamentem odbudowy zdrajców reprezentowanych przez establishment, elity III RP i jej zagranicy, wrogiej silnej i suwerennej Polsce.
Czy zatem można coś w tej sytuacji zrobić?
Owszem można, ale wyjściem nie jest rezygnacja z reform tak jak się to stało w przypadku reformy samorządów. To jest błąd, ale można go jeszcze naprawić.
Co ja bym zrobił na miejscu J. Kaczyńskiego i B. Szydło a co onegdaj zrobiłem w swojej pracy zawodowej?
Trzeba po prostu zrobić "nowe otwarcie", które będzie niejako ponowieniem sytuacji przypominającej "wejście nowego szefa lub dyrektora pionu do firmy". Wtedy będzie znów czas na radykalne zmiany, których do tej pory nie zdążono zrobić.
To "nowe otwarcie" trzeba szczegółowo zaplanować i dokonać go niemal i w miarę możliwości jednego dnia lub bardzo szybko, przy zapewnieniu odpowiedniej komunikacji z wyborcami, z Polakami.
Po pierwsze. Trzeba dokonać przeglądu działań ministerstw i określić, którzy ministrowie mogą lub powinni być zmienieni. Ale nie może się to ograniczać jedynie do szefów, ale także do wiceministrów lub dyrektorów departamentów. Taką listę trzeba sporządzić wraz z wyznaczeniem zmienników.
Po drugie. Należy stworzyć katalog koniecznych zmian, gruntownych zmian oraz przygotować strategię ich wprowadzania (m.in. terminy), wraz z niezbędnymi działaniami taktycznymi, operacyjnymi oraz przygotowawczymi.
Po trzecie (będąc już przygotowanym w zakresie dwóch poprzednich działań) należy wybrać odpowiedni moment na ogłoszenie "nowego otwarcia". Ten moment należy odpowiednio wyznaczyć, chociażby kreując określoną sytuację, która niejako będzie "wymuszała" owe otwarcie i powodowała jego akceptację przez wyborców, Polaków.
No i po czwarte. Podjąć jednego dnia (no może w ciągu kilku, kilkunastu dni) decyzję o tym "nowym otwarciu", czyli: jednocześnie wymienić kadry - to można zrobić jednego dnia, wprowadzić określone reformy (przyjąć nowe ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, uchwały) - to można zrobić w dwa tygodnie. No a potem ponownie mieć te 3 do 6 miesięcy czasu na dokonywanie koniecznych zmian i reform.
To tylko taka moja propozycja, ale coś trzeba zrobić, bo ucieka nam czas a nowa szansa na odbudowę naszej Ojczyzny może się już w takim zakresie nie pojawić.
[1] http://niepoprawni.pl/blog/yagon-12/dzisiejsze-fiasko-reformy-samorzadow-to-punkt-dla-elyty-iii-rp
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
"Tu na dole, lokalnie, w przyszłym roku (w wyborach samorządowych - dop.: kj) nic się więc nie zmieni. Wygrają ci, co wygrać mają. Może PiS odwojuje kilka samorządów wojewódzkich, może jedno czy dwa większe miasta. Ale generalnie zPOdziejska sitwa przetrwa- ba, nawet umocni się. W moim platformianym od 2002 roku powiecie marazm, korupcja i złodziejstwo trwać będą w najlepsze. Bo co pomogą szklane urny czy monitoring, skoro "włodarze" miast i gmin mają już wielokrotnie przećwiczone metody "wygrywania" wyborów? Mają ludzi, czas i motywację do dokonywania kolejnych "cudów nad urną". Smutny wieczór...jak się chce reformować państwo to nie można zwracać uwagi na wrzask elyty III RP i mieć skrupuły. Oni nie będą mieli gdy wrócą (nie daj Boże) do władzy, złamią każdą zasadę i prawo.
(...)
Wczoraj pisałem o heroicznej pracy Ziobry, Macierewicza, Mariusza Kamińskiego, Jakiego, Święczkowskiego, Naimskiego, Morawieckiego itd. I o "nicnierobieniu" ludzi zajmujących się według komunistycznej nomenklatury - "nadbudową". Gliński, Gowin, KRRiTV, RMN, Komisja Etyki Mediów z niezwykłą tolerancją traktują łajdaków z profesorskimi tytułami, szemrane "autorytety" czy sprzedajnych "tfurców". Dziś doszło fiasko reformy samorządów. Po zapomnianej już warszawskiej ustawie metropolitarnej to kolejny sygnał dla PO-szustów, że ich pajacowanie i kłamstwa przynoszą efekty. Przypomnę więc rządzącym - bez wygrania wyborów samorządowych w 2018 roku PiS nie zostanie przy władzy na drugą kadencję. A wtedy...".
Zgadzam się z "Yagonem 12", przy czym sytuacja jest - wedle mnie - jeszcze bardziej niekorzystna i dotyczy ona nie tylko wyborów samorządowych, ale wielu innych niezrealizowanych jeszcze zmian, nieprzeprowadzonych reform.
Jest taka niepisana zasada w biznesie (ale chyba można ją odnieść do wielu innych obszarów, także do polityki).
Otóż zostając np. nowym prezesem firmy lub też dyrektorem/członkiem zarządu ds. jakiegoś pionu (finanse, handel i logistyka, produkcja, marketing, inne) przez około 3 miesięcy należy poświęcić bardzo dużo czasu na poznanie firmy od środka, poznanie swojego obszaru nadzoru oraz poznanie sytuacji zewnętrznej wobec firmy (jej otoczenia). Na tej podstawie - o ile jest to konieczne lub uznamy, że jest to konieczne - trzeba przygotować zespół decyzji dotyczących ewentualnych zmian i przez następne trzy miesiące je sukcesywnie wprowadzać, budując w ten sposób swoje zasady funkcjonowania firmy czy określonego pionu. Gdy przegapi się ten okres to później jest bardzo trudno a nieraz wręcz niemożliwe reformowanie i zmiany tych zasad.
Jest bowiem coś takiego jak opór przed zmianą prezentowany przez pracowników (kadrę kierowniczą), którzy już są przyzwyczajeni do dotychczasowego modelu funkcjonowania, wiedzą gdzie jest ich miejsce, mają ustalone ścieżki postępowania, mają swoje "księstwa" czy "silosy", swój system wzajemnych zależności, znajomości, "układy", jakieś korupcyjne współzależności, itd. I nie chcą tego zmieniać. Nie chcą bo będą się musieli od nowa znaleźć w określonej sytuacji, znów udowadniać swoją przydatność, podnosić kwalifikacje, zmieniać swoje utrwalone nawyki, nie chcą tracić ewentualnych "lewych dochodów" i dotychczasowych powiązań, może też boją się przed utratą pozycji, itd. Ten opór jest naturalny i można go odnosić do każdej dziedziny życia społecznego czy politycznego - vide: reforma szkolnictwa i opór nauczycieli, reforma sądownictwa i opór sędziów, itd.
Natomiast gdy pojawia się nowy szef, to przez jakiś czas - właśnie te sławetne pół roku - skłonność do oporu jest relatywnie niska, bo ludzie wiedzą, iż nowy szef będzie zaprowadzał "nowe porządki" i się na to godzą, choć wewnętrznie ten opór jest, ale przecież ludzie chcą pracować... więc są skłonni do podporządkowania się nowym decyzjom nowego szefa. Ale w sytuacji, gdy już miną pierwsze miesiące to czas akceptacji nowości mija i później jest bardzo trudno coś zmienić, bo ludzie przyzwyczajają się do jakichś nowych zasad i tam, gdzie mogą (gdzie nie dokonano zmian) powracają do znanych sobie ścieżek, modeli zachowań i adaptują je do nowych okoliczności.
Powyższe jest niejako zawarte w powiedzeniach: "jeżeli czegoś nie zrobisz zaraz na początku już nie zrobisz nigdy" lub "zbuduj sobie dobrą opinię na początku, a później nawet, gdy popełnisz błąd to nie będzie on końcem twojej kariery".
Dlatego uważam, że choć PiS (ZP) czy prezydent zrobili już bardzo dużo i działają w bardzo złej atmosferze, to jednak nie dokonali w wielu obszarach radykalnych zmian i teraz stary układ III RP staje się coraz silniejszy.
Obym się mylił, ale być może czas na radykalne reformy dla PiS-u już minął i czego nie zdołali zmienić już nie zmienią a tym samym pozwolą na odradzanie się hydry zdradliwych "elit III RP". Mało tego... przez te kilkanaście miesięcy dawne elity mogły też jakoś "wejść w układy" z elitami PIS (ZP) i teraz opór może być już nie tylko ze strony zdrajców i antypolaków, ale też płynąć od swoich.
No dobrze, może się mylę a państwo nie jest firmą i ogrom pracy jest większy, ale czy aby na pewno? Premier/prezes ma kilkunastu ministrów/dyrektorów, więc to aż tak inne od sytuacji firmy nie jest. A jeżeli są jakieś "wąskie gardła" czy "słabe ogniwa" wpływające negatywnie na cały zarząd/rząd to po prostu trzeba dokonywać wymiany. I też uważam, że P. Gliński już dawno winien być zmieniony (ja bym tego dokonał zaraz po haniebnych wypowiedziach na temat oceny niektórych NGO-sów). To PiS może zrobić, bo z J. Gowinem (też powinien być zmieniony) sprawa jest trudniejsza, bo to koalicjant. Zastanowiłbym się też nad dymisją K. Jurgiela (rolnictwo) czy K. Radziwiłła (zdrowie). Zatrudniłbym też nowego rzecznika prasowego na miejsce R. Bochenka. Chyba dobrze byłoby jednak przywrócić na tym stanowisku E. Witek.
Niemniej zdaję sobie sprawę jednak z niesamowitej wielości i głębokości koniecznych działań w celu naprawy Rzeczpospolitej. Można powiedzieć, że komuna i postkomuna III RP, czyli PRL i PRL-bis miały dziesiątki lat na stworzenie z Polski "układu wzajemnych zależności" oraz wykreowanie swoistego establishmentu zwanego "elitami III RP", który nakierowany jest - z jednej strony - na wysysaniu z Polski środków trwałych i obrotowych dla własnej i dla sił zewnętrznych korzyści (uwłaszczenie, korupcja, mafie vatowskie, prywatyzacja za bezcen, oddawania Polski we władanie korporacjom finansowo-przemysłowym, itd) a - z drugiej strony - na niszczeniu polskiej narodowej tożsamości, niszczeniu polskości. Był też czas na stworzenie swoistych enklaw dla określonych grup/beneficjentów III RP, np. korporacji zawodowych (sędziowie, środowisko akademickie, popłuczyny ubeków i WSI-oków, itd). Ostatnie zaś rządy PO-PSL dokończyły dzieła niszczenia Polski ostatecznie doprowadzając ją - jak sami stwierdzili - do stanu "państwa teoretycznego", gdzie jest już tylko "chuj, dupa i kamieni kupa".
PiS (ZP) przejęło zatem Polskę w stanie zbliżającego się - używając dalej terminologii biznesowej - bankructwa. Tak naprawdę więc przystąpiono niejako do budowy państwa na nowo, jego odbudowy. I rozumiem ogrom działań, które należało podjąć i które w większości zostały podjęte przy wściekłym ataku odsuniętej od koryta i niszczenia Polski targowickiej "totalnej opozycji" wraz z jej zagranicą.
Być może faktycznie tak naprawdę nie dało się zrobić więcej niż do tej pory zrobiono. Niestety to, czego nie zrobiono staje się fundamentem odbudowy zdrajców reprezentowanych przez establishment, elity III RP i jej zagranicy, wrogiej silnej i suwerennej Polsce.
Czy zatem można coś w tej sytuacji zrobić?
Owszem można, ale wyjściem nie jest rezygnacja z reform tak jak się to stało w przypadku reformy samorządów. To jest błąd, ale można go jeszcze naprawić.
Co ja bym zrobił na miejscu J. Kaczyńskiego i B. Szydło a co onegdaj zrobiłem w swojej pracy zawodowej?
Trzeba po prostu zrobić "nowe otwarcie", które będzie niejako ponowieniem sytuacji przypominającej "wejście nowego szefa lub dyrektora pionu do firmy". Wtedy będzie znów czas na radykalne zmiany, których do tej pory nie zdążono zrobić.
To "nowe otwarcie" trzeba szczegółowo zaplanować i dokonać go niemal i w miarę możliwości jednego dnia lub bardzo szybko, przy zapewnieniu odpowiedniej komunikacji z wyborcami, z Polakami.
Po pierwsze. Trzeba dokonać przeglądu działań ministerstw i określić, którzy ministrowie mogą lub powinni być zmienieni. Ale nie może się to ograniczać jedynie do szefów, ale także do wiceministrów lub dyrektorów departamentów. Taką listę trzeba sporządzić wraz z wyznaczeniem zmienników.
Po drugie. Należy stworzyć katalog koniecznych zmian, gruntownych zmian oraz przygotować strategię ich wprowadzania (m.in. terminy), wraz z niezbędnymi działaniami taktycznymi, operacyjnymi oraz przygotowawczymi.
Po trzecie (będąc już przygotowanym w zakresie dwóch poprzednich działań) należy wybrać odpowiedni moment na ogłoszenie "nowego otwarcia". Ten moment należy odpowiednio wyznaczyć, chociażby kreując określoną sytuację, która niejako będzie "wymuszała" owe otwarcie i powodowała jego akceptację przez wyborców, Polaków.
No i po czwarte. Podjąć jednego dnia (no może w ciągu kilku, kilkunastu dni) decyzję o tym "nowym otwarciu", czyli: jednocześnie wymienić kadry - to można zrobić jednego dnia, wprowadzić określone reformy (przyjąć nowe ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, uchwały) - to można zrobić w dwa tygodnie. No a potem ponownie mieć te 3 do 6 miesięcy czasu na dokonywanie koniecznych zmian i reform.
To tylko taka moja propozycja, ale coś trzeba zrobić, bo ucieka nam czas a nowa szansa na odbudowę naszej Ojczyzny może się już w takim zakresie nie pojawić.
[1] http://niepoprawni.pl/blog/yagon-12/dzisiejsze-fiasko-reformy-samorzadow-to-punkt-dla-elyty-iii-rp
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
piątek, 12 maja 2017
Chiny-Polska-Indie. Refleksje wokół wizyty B. Szydło w Pekinie
Dzisiaj premier B. Szydło od spotkania z prezydentem Chin Xi Jinpingiem rozpoczęła wizytę w Pekinie. Spotkała się też z premierem Li Keqiangiem. Wizyta polskiej premier związana jest z jej uczestnictwem w I edycji Forum Pasa i Szlaku (Jedwabnego Szlaku), które odbędzie się w Pekinie w dniach 14 i 15 maja. W tym międzynarodowym spotkaniu będzie uczestniczyć około 30 państw z 60, które położone są wzdłuż planowanego przez Chiny Jedwabnego Szlaku. Polska już kilkakrotnie wcześniej rozmawiała o tym projekcie, zarówno podczas wizyty prezydenta A. Dudy w Pekinie, jak i prezydenta Chin w Warszawie oraz podczas szczytu Europa Środkowo-Wschodnia - Chiny - m.in. kraje byłej Jugosławii (16+1) w Rydze, w listopadzie 2016 roku.
W czasie owych spotkań uzgodniono, iż Polska - ze względu na swoje położenie i uwarunkowania gospodarcze - może stać się centralnym punktem (bazą) Jedwabnego Szlaku w Europie (Łódź), z którego będą transportowane towary do innych europejskich krajów.
O polskiej polityce wobec Chin w październiku 2016 roku napisałem w tekście: "Polsko-chiński lub chińsko-polski majstersztyk!" [1], gdzie wskazałem m.in., iż:
"Partnerstwo strategiczne zawarte przez Polskę z Chinami jest naprawdę dużym sukcesem. Polska po raz pierwszy od 1989 roku ma alternatywę zarówno polityczną jak i finansową. Powtórzę - mamy być europejskim centrum dystrybucyjnym Jedwabnego Szlaku i tym samym potencjalnie zyskujemy ogromne znaczenie, wreszcie podmiotowe a nie przedmiotowe a udział w AIIB daje nam dostęp do bardzo dużych środków finansowych.
Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie strategiczna umowa Polski z Chinami to Szczyt NATO w Warszawie mógłby się skończyć fiaskiem, zarówno frekwencyjnym jak i w obszarze decyzyjnym. Jestem pewny, że - mimo artykułowanym od dawna przez Chiny ich planom wobec Polski - zaskoczyliśmy USA, zarówno wizytą A. Dudy w Chinach jak i - może jeszcze bardziej - wizytą prezydenta Chin w Polsce tuż przed szczytem NATO w Warszawie i głosowaniem ws. Brexitu w UK. Jestem pewny, że ten termin był wyznaczony celowo. USA stanęły przed dylematem: ulec lewactwu i zignorować Szczyt NATO a tym samym stracić Polskę na rzecz Chin czy jednak zatrzymać Polskę i dać jej to, co chce. Wygrał pragmatyzm i interesy amerykańskie.
Tym niemniej dalej mamy alternatywę i to jest coś, co uważam za jedno z największych osiągnięć prezydenta. A. Dudy. Przestaliśmy po prostu być zależni i być zdani tylko na USA i UE. Tym też tłumaczę - ja na razie - brak jakiegokolwiek ataku finansowo-gospodarczego na Polskę w stylu G. Sorosa i jego pracodawców z kręgu Rothschildów i im podobnych. Mamy bowiem od kogo otrzymać wsparcie finansowe w razie takiego ataku... od Chin... Poza tym Polska rzeczywiście może teraz niejako stawiać warunki i w krótkim czasie (historycznie) znacznie się wzbogacić w szerokim tego słowa znaczeniu ilościowym i jakościowym (PKB per capita, PNN per capita, sam PKB i jego wzrost, wzrost zamożności społeczeństwa, niższe bezrobocie, rozwój gospodarczy, wzrost akumulacji i też wydatków - wzrost efektywnego popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego, know-how, wzrost innowacyjności gospodarczej, itd)".
Obecna wizyta w Chinach premier B. Szydło jest bardzo ważna i wydaje się, iż dla wielu nawet zaskakująca, bo przecież jeszcze niedawno wydawało się, iż rozpoczęta przez A. Dudę "chińska ofensywa" zaczyna przygasać i analitycy już obwieścili, że żadnego Jedwabnego Szlaku przez Polskę nie będzie... bo USA sobie tego nie życzą. A jednak dziś po spotkaniu z prezydentem Chin premier B. Szydło oznajmiła: "Polska przyjęła projekt Pasa i Szlaku z otwartością i wiąże z nim duże oczekiwania" [2].
W przeciwieństwie do rozmów prezydenckich w Chinach, które mogły być samodzielnym ruchem politycznym nowego prezydenta Polski, to już wątpliwym jest, aby obecna wizyta i wypowiedzi premier B. Szydło nie były choć pośrednio uzgodnione z USA. Takie są po prostu realia geopolityczne a Polska nie jest jednym z "wielkich graczy" i obecne władze postawiły na sojusz z USA. Widać teraz jak ważna była - wyśmiewana przez "totalną opozycję" - wizyta prezydenta A. Dudy w Chinach oraz wizyta prezydenta Chin w Warszawie. Teraz to przynosi efekty, bo bez tych wizyt i rozmów nie byłoby żadnej możliwości ostatecznego uczestnictwa naszego kraju w projekcie Nowego Jedwabnego Szlaku ani nie podpisano by umowy o strategicznej współpracy gospodarczej.
Dzisiaj też na swoim blogu Ryszard Czarnecki umieścił artykuł zatytułowany "Jedwabna nadzieja", który ukazał się 7 maja 2017 roku w Rzeczpospolitej [3]. Europoseł jest - obok ekonomisty i finansisty Jerzego Bielewicza - współautorem owego tekstu, który jest jednym z sensowniejszych - choć ze zrozumiałych względów tylko zarysowującym zagadnienia - artykułów na temat geostrategicznej współpracy Polski z Chinami a nawet też z Indiami, gdzie na razie był wicepremier P. Gliński (styczeń 2017) oraz wiceminister rolnictwa Ewa Lech (marzec 2017) i sądzę, że niedługo dojdzie do spotkań na szczycie. W tymże artykule można przeczytać m.in., iż:
"...nieprzerwane wsparcie kilku krajów Unii dla budowy rosyjskiego gazociągu Nord Stream II po dnie Bałtyku omijającego kraje naszego regionu wskazuje, że ten w dużej mierze niemiecki „master plan” pozostaje niezmiennie ten sam: porozumienie z Rosją wbrew woli krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Paradoksalnie, Niemcy prowadzą swą politykę nie bacząc na fakty, idąc niejako w zaparte, bowiem sytuacja geopolityczna wraz z rozmieszczeniem wojsk USA i NATO w Polsce, krajach bałtyckich i Rumunii zmieniła się diametralnie na niekorzyść Rosji.
(...)
W naszym interesie narodowym leży rozwój gospodarczy płynący ze stabilności politycznej krajów Europy Środkowej, Europy Wschodniej i Azji Środkowej. Dokładnie tak, jak miało to miejsce przed czterema wiekami za czasów Jagiellonów, kiedy prym w Azji tak jak i dziś wiodły Chiny handlując z Europą na prastarym „Jedwabnym Szlaku”. Tak jak wtedy nasze polskie niziny mogą stanowić i teraz najdogodniejszy obszar wymiany dóbr i usług między Wschodem a Zachodem, między Skandynawią a Azją Mniejszą, Europą a subkontynentem indyjskim. I nie ma w tym wizji nawet odrobiny megalomanii, a jedynie powrót do strategicznego myślenia, by czerpać ‒ tak jak przed czterystu laty ‒ jak największe korzyści wynikające z położenia geograficznego oraz własnych zasobów ludzkich i ekonomicznych. Odbudowa prastarych „korytarzy transportowych” (jakbyśmy dziś powiedzieli) drogą lądową między Azją a Europą leży w interesie – co oczywiste – Chin, lecz także Stanów Zjednoczonych. Chiny, jeśli projekt „Jedwabnego Szlaku” ma się powieść, muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za zachowanie i działania Rosji. W zamian mogą starać się uzyskać od USA i UE korzystniejsze warunki w handlu zagranicznym, wymianie gospodarczej i wzajemnych inwestycjach.
(...)
Budowę towarowego portu lotniczego mogą współfinansować Chiny ‒ lub równie dobrze Indie ‒ zainteresowane rozwojem handlu na „Jedwabnym Szlaku” (w przypadku Indii „Bawełnianym”), ale też przykładowo firmy e-commerce i transportowe, linie lotnicze, czy konkretne spółki, jak na Polskie Porty Lotnicze. Z kolei rozwój infrastruktury drogowej i kolejowej, przemysłowej i energetycznej leży w zainteresowaniu europejskich i unijnych instytucji jak: Europejski Bank Inwestycyjny w Luksemburgu, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju w Londynie czy unijne fundusze, wreszcie, last but not least, Fundusz Junckera, dotąd wyraźnie sprzyjający firmom ze „starej Unii”, choć przecież ta sytuacja nie może trwać w nieskończoność i już zresztą powoli się zmienia. Tak zakrojony projekt będzie rodził szereg konfliktów interesów zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Choćby szybkie połączenie kolejowe między Warszawą a Łodzią pozostaje ciągle w planach, choć wydaje się oczywiste z punktu widzenia ożywienia gospodarczego w Polsce Centralnej. Ceny nieruchomości w Warszawie mogłyby w pewnym stopniu spaść, w Łodzi – zupełnie przeciwnie ‒ poszłyby w górę. Płace w obu aglomeracjach również w jakiejś mierze wyrównałyby się. Jednak ograniczony zostałby problem bezrobocia w Łodzi i niedoboru rąk do pracy w Warszawie. Zyskałyby też województwa Polski Wschodniej. Jeśli nałożyć na mapę inwestycje w Polsce z wykorzystaniem środków pochodzących z Unii, to okaże się, że układają się one koncentrycznie wokół centrum, które wypada gdzieś w Bawarii... Centralny Port Lotniczy wraz z innymi towarzyszącymi projektami zmieniałby tę sytuację. Byłby zapowiedzią ekspansji gospodarczej Polski na Wschód" [3].
Powyższe powoduje, że USA mają dwa wyjścia: makro-konflikt z Chinami lub pragmatyczna współpraca.
Wydaje się, że D. Trump nie zdecyduje się na konflikt, bo USA mogłyby go przegrać a negatywne skutki dla świata są trudne do oszacowania. Jeżeli tedy USA pójdą na pragmatyczną współpracę z Chinami to Polska naprawdę w Europie może zyskać dużą podmiotowość, kosztem zniemczonej UE (Niemiec i też Francji). W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na współpracę USA z Chinami w sprawie Korei Północnej i konflikt interesów pomiędzy USA i Rosją w sprawie Syrii (bardzo ważnego strategicznie kraju w tej części świata).
Pozostaje jeszcze tzw. "umowa", którą nazwano współpracą krajów BRICS, czyli: Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Południowej Afryki.
Dla USA unormowanie oraz ewentualne ścisłe i strategiczne umocowanie umowami międzynarodowymi tej współpracy stanowi śmiertelne zagrożenie, ale dla nas współpraca z Chinami i Indiami może być korzystna z punktu widzenia ucywilizowania stosunków z Rosją, co tak naprawdę jest konieczne.
Współpraca polsko-chińska i polsko-indyjska wydają się więc na teraz korzystne zarówno dla USA, jak i Polski oraz Chin i Indii (gospodarczo) - Chiny i Indie związują się z krajem amerykańskiego NATO, co w jakiś sposób też osłabia BRICS i Rosję oraz - poprzez wzmocnienie Europy Środkowo-Wschodniej - Niemców (UE, kondominium rosyjsko-niemieckie) a dla Polski też jest to korzystne w relacjach z USA, bowiem strategiczna współpraca z Chinami po części zabezpiecza nas przed atakiem finansowym takiego G. Sorosa i spółki, bo... mamy skąd pożyczyć: od Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, którego jesteśmy udziałowcem, czyli tak naprawdę właśnie od Chin.
Żyjemy w ciekawych czasach. Sytuacja międzynarodowa jest naprawdę skomplikowana i dynamiczna. Obyśmy to umieli wykorzystać a nie znów pozwolić sobie na traktowanie nas jako pionka, który jest rozgrywany przez innych. Jedno jest pewne. Ewentualne rządy PO, .N, PSL, SLD, Razem gwarantują to, że takim pionkiem znów i dalej będziemy, co PO udowodniło aż nazbyt w czasie 8 lat swojego władania Polską. Rządy PiS (ZP) dają nadzieję, że jednak Polska będzie choć trochę suwerennym geo-strategicznym podmiotem politycznym i gospodarczym.
P.S.
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że w czasie wszystkich rozmów podpisywane są wzajemne umowy gospodarcze między rządami i firmami krajów uczestniczących w spotkaniach.
P.S. 2 (dopisek z godz. 18:15)
"Polska jest postrzegana w Chinach jako brama, która może prowadzić do współpracy z Unią Europejską - powiedziała w piątek w Pekinie premier Beata Szydło. Pojawiły się bardzo konkretne propozycje na temat tego, co możemy wspólnie zrobić - dodała.
Premier powiedziała podczas spotkania z dziennikarzami, że jej rozmowy z prezydentem Chin Xi Jinpingiem i chińskim premierem Li Keqiangiem dotyczyły spraw gospodarczych, w tym możliwości współpracy. Podkreśliła, że spotkania trwały dłużej niż zaplanowano.
"Pojawiły się bardzo konkretne propozycje, bardzo konkretna rozmowa na temat tego, co możemy wspólnie zrobić" - powiedziała Szydło. Dodała, że obszar zainteresowania ze strony chińskiej dotyczy inwestycji, nowoczesnych technologii, turystyki i rolnictwa.
Szefowa polskiego rządu oceniła, że umowy podpisane ze stroną chińską i jej rozmowy z chińskimi przywódcami wskazują, że "Polska stała się państwem, na które władze chińskie zaczynają zwracać uwagę, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą" - dodała.
Polska jest postrzegana tutaj jako brama, która może prowadzić do współpracy z Unią Europejską i jest to zauważane - powiedziała Szydło. Zaznaczyła, że potwierdzało się to w jej rozmowach z przedstawicielami biznesu. Jak dodała, spotkała się z przedstawicielami dziewięciu największych chińskich firm".
Źródło: http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1042186,szydlo-chiny-postrzegaja-polske-jako-brame-do-ue-pojawily-sie-wobec-nas-bardzo-konkretne-propozycje.html
--------------------------
""Liczę na dalszą bliską współpracę w sferze politycznej w ramach wszechstronnego partnerstwa strategicznego i jej przełożenie na korzystne dla obu stron wymierne efekty w relacjach gospodarczych" - powiedziała Szydło.
Nawiązała do wizyt prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach i prezydenta Xi w Polsce. Jak podkreśliła, nadały one nowy impuls relacjom polsko-chińskim. "Cieszę się, że moja wizyta przyczynia się do podtrzymania regularności spotkań na najwyższym szczeblu" - dodała.
"Polska jest ważnym partnerem Chin w Europie Środkowo-Wschodniej i Unii Europejskiej. Chcemy rozwijać wszechstronne partnerstwo strategiczne z Polską" - zadeklarował chiński przywódca.
Dodał, że Polska była jednym z pierwszych krajów, które nawiązały stosunki dyplomatyczne z Chińską Republiką Ludową. "Tradycyjna przyjaźń między Chinami i Polską ma solidne podstawy i jest bardzo cenna. Mamy wszelkie powody ku temu, by wzmocnić i rozwijać tradycyjną przyjaźń obu krajów" - mówił Xi w Wielkiej Hali Ludowej, gdzie w piątek spotkał się z szefową polskiego rządu.
"Jestem pod wielkim wrażeniem pozytywnego nastawienia pani premier do rozwoju stosunków między dwoma krajami i pragmatycznego podejścia w rozwiązywaniu problemów" - zauważył.
Nowy Jedwabny Szlak ma na celu rozwijanie sieci połączeń drogowych, kolejowych i lotniczych pomiędzy Azją a Europą.
Polska planuje budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, co według powołanego przez rząd pełnomocnika ds. tej inwestycji Mikołaja Wilda, może być realne w ciągu 10 lat. Inwestycja obok centralnego lotniska dla Polski ma uwzględniać także skomunikowanie transportu kolejowego i drogowego. Wild był obecny na spotkaniu Szydło z Xi w Pekinie.
Jak podało Centrum Informacyjne Rządu, Polska jest zainteresowana zwiększeniem chińskich inwestycji w naszym kraju i wspólną realizacją "dużych projektów infrastrukturalnych". Priorytetem jest też pełne otwarcie chińskiego rynku dla polskich produktów rolnych.
W rozmowie Szydło z Xi w Wielkiej Hali Ludowej, będącej siedzibą chińskiego parlamentu, uczestniczyli, obok Wilda, m.in. szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, a także wiceszefowie resortów: spraw zagranicznych Joanna Wronecka, rolnictwa Jacek Bogucki i środowiska Mariusz Gajda. Obecny był także Radosław Pyffel, wicedyrektor Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, który ma być chińską alternatywą dla zachodnich instytucji finansowych.
Było to drugie spotkanie premier Szydło z prezydentem Xi. Do pierwszej rozmowy doszło w czerwcu 2016 r. podczas wizyty chińskiego przywódcy w Warszawie. Wówczas doszło do podpisania międzyrządowych porozumień dotyczących inwestycji infrastrukturalnych związanych m.in. z Nowym Jedwabnym Szlakiem, wymiany handlowej oraz współpracy naukowej i kulturalnej. Szefowa polskiego rządu rozmawiała także z premierem Chin Li Keqiangiem. Następnie wzięła udział w spotkaniu z prezesami chińskich firm i funduszy inwestycyjnych.
Wizyta Szydło potrwa do wtorku 16 maja. W niedzielę premier weźmie udział w inauguracji międzynarodowego Forum Pasa i Szlaku. Uczestniczyć w nim będą przedstawiciele krajów, które chcą przyłączyć się do realizacji Nowego Jedwabnego Szlaku; łącznie blisko 30 przywódców państw z całego świata"".
Źródło: http://forsal.pl/gospodarka/inwestycje/artykuly/1042056,prezydent-chin-chcemy-strategicznego-partnerstwa-z-polska-jestem-pod-wielkim-wrazeniem-nastawienia-premier-szydlo.html
----------------
W naszej kulturze pewna kurtuazja w wypowiedziach polityków, która prowadzi często do "pozytywnej nadinterpretacji" efektów spotkań przywódców jest normą. Dlatego też - by dotrzeć do prawdy - zawsze poszukuje się jakichś nieznanych oficjalnie szczegółów określonych rozmów.
W kulturze azjatyckiej, w tym chińskiej jest to postrzegane zupełnie inaczej. Tam jest inna mentalność i nieraz liczą się przede wszystkim kontakty osobiste i subiektywne wrażenie. Ponadto to, co mówią publicznie przywódcy Chin jest tym, co naprawdę myślą i co jest zgodne z ich interesem. Tam nie "rzuca się słów na wiatr".
Piszę to w kontekście wypowiedzi prezydenta Chin na temat Polski, premier Szydło i wzajemnej współpracy.
Jest dobrze i nie możemy tego zmarnować!
[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2016/10/polsko-chinski-lub-chinsko-polski.html
[2] http://wpolityce.pl/gospodarka/339394-premier-szydlo-na-spotkaniu-z-prezydentem-chin-polska-przyjela-projekt-pasa-i-szlaku-z-otwartoscia-i-wiaze-z-nim-duze-oczekiwania
[3] http://naszeblogi.pl/46576-jedwabna-nadzieja
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
W czasie owych spotkań uzgodniono, iż Polska - ze względu na swoje położenie i uwarunkowania gospodarcze - może stać się centralnym punktem (bazą) Jedwabnego Szlaku w Europie (Łódź), z którego będą transportowane towary do innych europejskich krajów.
O polskiej polityce wobec Chin w październiku 2016 roku napisałem w tekście: "Polsko-chiński lub chińsko-polski majstersztyk!" [1], gdzie wskazałem m.in., iż:
"Partnerstwo strategiczne zawarte przez Polskę z Chinami jest naprawdę dużym sukcesem. Polska po raz pierwszy od 1989 roku ma alternatywę zarówno polityczną jak i finansową. Powtórzę - mamy być europejskim centrum dystrybucyjnym Jedwabnego Szlaku i tym samym potencjalnie zyskujemy ogromne znaczenie, wreszcie podmiotowe a nie przedmiotowe a udział w AIIB daje nam dostęp do bardzo dużych środków finansowych.
Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie strategiczna umowa Polski z Chinami to Szczyt NATO w Warszawie mógłby się skończyć fiaskiem, zarówno frekwencyjnym jak i w obszarze decyzyjnym. Jestem pewny, że - mimo artykułowanym od dawna przez Chiny ich planom wobec Polski - zaskoczyliśmy USA, zarówno wizytą A. Dudy w Chinach jak i - może jeszcze bardziej - wizytą prezydenta Chin w Polsce tuż przed szczytem NATO w Warszawie i głosowaniem ws. Brexitu w UK. Jestem pewny, że ten termin był wyznaczony celowo. USA stanęły przed dylematem: ulec lewactwu i zignorować Szczyt NATO a tym samym stracić Polskę na rzecz Chin czy jednak zatrzymać Polskę i dać jej to, co chce. Wygrał pragmatyzm i interesy amerykańskie.
Tym niemniej dalej mamy alternatywę i to jest coś, co uważam za jedno z największych osiągnięć prezydenta. A. Dudy. Przestaliśmy po prostu być zależni i być zdani tylko na USA i UE. Tym też tłumaczę - ja na razie - brak jakiegokolwiek ataku finansowo-gospodarczego na Polskę w stylu G. Sorosa i jego pracodawców z kręgu Rothschildów i im podobnych. Mamy bowiem od kogo otrzymać wsparcie finansowe w razie takiego ataku... od Chin... Poza tym Polska rzeczywiście może teraz niejako stawiać warunki i w krótkim czasie (historycznie) znacznie się wzbogacić w szerokim tego słowa znaczeniu ilościowym i jakościowym (PKB per capita, PNN per capita, sam PKB i jego wzrost, wzrost zamożności społeczeństwa, niższe bezrobocie, rozwój gospodarczy, wzrost akumulacji i też wydatków - wzrost efektywnego popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego, know-how, wzrost innowacyjności gospodarczej, itd)".
Obecna wizyta w Chinach premier B. Szydło jest bardzo ważna i wydaje się, iż dla wielu nawet zaskakująca, bo przecież jeszcze niedawno wydawało się, iż rozpoczęta przez A. Dudę "chińska ofensywa" zaczyna przygasać i analitycy już obwieścili, że żadnego Jedwabnego Szlaku przez Polskę nie będzie... bo USA sobie tego nie życzą. A jednak dziś po spotkaniu z prezydentem Chin premier B. Szydło oznajmiła: "Polska przyjęła projekt Pasa i Szlaku z otwartością i wiąże z nim duże oczekiwania" [2].
W przeciwieństwie do rozmów prezydenckich w Chinach, które mogły być samodzielnym ruchem politycznym nowego prezydenta Polski, to już wątpliwym jest, aby obecna wizyta i wypowiedzi premier B. Szydło nie były choć pośrednio uzgodnione z USA. Takie są po prostu realia geopolityczne a Polska nie jest jednym z "wielkich graczy" i obecne władze postawiły na sojusz z USA. Widać teraz jak ważna była - wyśmiewana przez "totalną opozycję" - wizyta prezydenta A. Dudy w Chinach oraz wizyta prezydenta Chin w Warszawie. Teraz to przynosi efekty, bo bez tych wizyt i rozmów nie byłoby żadnej możliwości ostatecznego uczestnictwa naszego kraju w projekcie Nowego Jedwabnego Szlaku ani nie podpisano by umowy o strategicznej współpracy gospodarczej.
Dzisiaj też na swoim blogu Ryszard Czarnecki umieścił artykuł zatytułowany "Jedwabna nadzieja", który ukazał się 7 maja 2017 roku w Rzeczpospolitej [3]. Europoseł jest - obok ekonomisty i finansisty Jerzego Bielewicza - współautorem owego tekstu, który jest jednym z sensowniejszych - choć ze zrozumiałych względów tylko zarysowującym zagadnienia - artykułów na temat geostrategicznej współpracy Polski z Chinami a nawet też z Indiami, gdzie na razie był wicepremier P. Gliński (styczeń 2017) oraz wiceminister rolnictwa Ewa Lech (marzec 2017) i sądzę, że niedługo dojdzie do spotkań na szczycie. W tymże artykule można przeczytać m.in., iż:
"...nieprzerwane wsparcie kilku krajów Unii dla budowy rosyjskiego gazociągu Nord Stream II po dnie Bałtyku omijającego kraje naszego regionu wskazuje, że ten w dużej mierze niemiecki „master plan” pozostaje niezmiennie ten sam: porozumienie z Rosją wbrew woli krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Paradoksalnie, Niemcy prowadzą swą politykę nie bacząc na fakty, idąc niejako w zaparte, bowiem sytuacja geopolityczna wraz z rozmieszczeniem wojsk USA i NATO w Polsce, krajach bałtyckich i Rumunii zmieniła się diametralnie na niekorzyść Rosji.
(...)
W naszym interesie narodowym leży rozwój gospodarczy płynący ze stabilności politycznej krajów Europy Środkowej, Europy Wschodniej i Azji Środkowej. Dokładnie tak, jak miało to miejsce przed czterema wiekami za czasów Jagiellonów, kiedy prym w Azji tak jak i dziś wiodły Chiny handlując z Europą na prastarym „Jedwabnym Szlaku”. Tak jak wtedy nasze polskie niziny mogą stanowić i teraz najdogodniejszy obszar wymiany dóbr i usług między Wschodem a Zachodem, między Skandynawią a Azją Mniejszą, Europą a subkontynentem indyjskim. I nie ma w tym wizji nawet odrobiny megalomanii, a jedynie powrót do strategicznego myślenia, by czerpać ‒ tak jak przed czterystu laty ‒ jak największe korzyści wynikające z położenia geograficznego oraz własnych zasobów ludzkich i ekonomicznych. Odbudowa prastarych „korytarzy transportowych” (jakbyśmy dziś powiedzieli) drogą lądową między Azją a Europą leży w interesie – co oczywiste – Chin, lecz także Stanów Zjednoczonych. Chiny, jeśli projekt „Jedwabnego Szlaku” ma się powieść, muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za zachowanie i działania Rosji. W zamian mogą starać się uzyskać od USA i UE korzystniejsze warunki w handlu zagranicznym, wymianie gospodarczej i wzajemnych inwestycjach.
(...)
Budowę towarowego portu lotniczego mogą współfinansować Chiny ‒ lub równie dobrze Indie ‒ zainteresowane rozwojem handlu na „Jedwabnym Szlaku” (w przypadku Indii „Bawełnianym”), ale też przykładowo firmy e-commerce i transportowe, linie lotnicze, czy konkretne spółki, jak na Polskie Porty Lotnicze. Z kolei rozwój infrastruktury drogowej i kolejowej, przemysłowej i energetycznej leży w zainteresowaniu europejskich i unijnych instytucji jak: Europejski Bank Inwestycyjny w Luksemburgu, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju w Londynie czy unijne fundusze, wreszcie, last but not least, Fundusz Junckera, dotąd wyraźnie sprzyjający firmom ze „starej Unii”, choć przecież ta sytuacja nie może trwać w nieskończoność i już zresztą powoli się zmienia. Tak zakrojony projekt będzie rodził szereg konfliktów interesów zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Choćby szybkie połączenie kolejowe między Warszawą a Łodzią pozostaje ciągle w planach, choć wydaje się oczywiste z punktu widzenia ożywienia gospodarczego w Polsce Centralnej. Ceny nieruchomości w Warszawie mogłyby w pewnym stopniu spaść, w Łodzi – zupełnie przeciwnie ‒ poszłyby w górę. Płace w obu aglomeracjach również w jakiejś mierze wyrównałyby się. Jednak ograniczony zostałby problem bezrobocia w Łodzi i niedoboru rąk do pracy w Warszawie. Zyskałyby też województwa Polski Wschodniej. Jeśli nałożyć na mapę inwestycje w Polsce z wykorzystaniem środków pochodzących z Unii, to okaże się, że układają się one koncentrycznie wokół centrum, które wypada gdzieś w Bawarii... Centralny Port Lotniczy wraz z innymi towarzyszącymi projektami zmieniałby tę sytuację. Byłby zapowiedzią ekspansji gospodarczej Polski na Wschód" [3].
Powyższe powoduje, że USA mają dwa wyjścia: makro-konflikt z Chinami lub pragmatyczna współpraca.
Wydaje się, że D. Trump nie zdecyduje się na konflikt, bo USA mogłyby go przegrać a negatywne skutki dla świata są trudne do oszacowania. Jeżeli tedy USA pójdą na pragmatyczną współpracę z Chinami to Polska naprawdę w Europie może zyskać dużą podmiotowość, kosztem zniemczonej UE (Niemiec i też Francji). W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na współpracę USA z Chinami w sprawie Korei Północnej i konflikt interesów pomiędzy USA i Rosją w sprawie Syrii (bardzo ważnego strategicznie kraju w tej części świata).
Pozostaje jeszcze tzw. "umowa", którą nazwano współpracą krajów BRICS, czyli: Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Południowej Afryki.
Dla USA unormowanie oraz ewentualne ścisłe i strategiczne umocowanie umowami międzynarodowymi tej współpracy stanowi śmiertelne zagrożenie, ale dla nas współpraca z Chinami i Indiami może być korzystna z punktu widzenia ucywilizowania stosunków z Rosją, co tak naprawdę jest konieczne.
Współpraca polsko-chińska i polsko-indyjska wydają się więc na teraz korzystne zarówno dla USA, jak i Polski oraz Chin i Indii (gospodarczo) - Chiny i Indie związują się z krajem amerykańskiego NATO, co w jakiś sposób też osłabia BRICS i Rosję oraz - poprzez wzmocnienie Europy Środkowo-Wschodniej - Niemców (UE, kondominium rosyjsko-niemieckie) a dla Polski też jest to korzystne w relacjach z USA, bowiem strategiczna współpraca z Chinami po części zabezpiecza nas przed atakiem finansowym takiego G. Sorosa i spółki, bo... mamy skąd pożyczyć: od Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, którego jesteśmy udziałowcem, czyli tak naprawdę właśnie od Chin.
Żyjemy w ciekawych czasach. Sytuacja międzynarodowa jest naprawdę skomplikowana i dynamiczna. Obyśmy to umieli wykorzystać a nie znów pozwolić sobie na traktowanie nas jako pionka, który jest rozgrywany przez innych. Jedno jest pewne. Ewentualne rządy PO, .N, PSL, SLD, Razem gwarantują to, że takim pionkiem znów i dalej będziemy, co PO udowodniło aż nazbyt w czasie 8 lat swojego władania Polską. Rządy PiS (ZP) dają nadzieję, że jednak Polska będzie choć trochę suwerennym geo-strategicznym podmiotem politycznym i gospodarczym.
P.S.
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że w czasie wszystkich rozmów podpisywane są wzajemne umowy gospodarcze między rządami i firmami krajów uczestniczących w spotkaniach.
P.S. 2 (dopisek z godz. 18:15)
"Polska jest postrzegana w Chinach jako brama, która może prowadzić do współpracy z Unią Europejską - powiedziała w piątek w Pekinie premier Beata Szydło. Pojawiły się bardzo konkretne propozycje na temat tego, co możemy wspólnie zrobić - dodała.
Premier powiedziała podczas spotkania z dziennikarzami, że jej rozmowy z prezydentem Chin Xi Jinpingiem i chińskim premierem Li Keqiangiem dotyczyły spraw gospodarczych, w tym możliwości współpracy. Podkreśliła, że spotkania trwały dłużej niż zaplanowano.
"Pojawiły się bardzo konkretne propozycje, bardzo konkretna rozmowa na temat tego, co możemy wspólnie zrobić" - powiedziała Szydło. Dodała, że obszar zainteresowania ze strony chińskiej dotyczy inwestycji, nowoczesnych technologii, turystyki i rolnictwa.
Szefowa polskiego rządu oceniła, że umowy podpisane ze stroną chińską i jej rozmowy z chińskimi przywódcami wskazują, że "Polska stała się państwem, na które władze chińskie zaczynają zwracać uwagę, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą" - dodała.
Polska jest postrzegana tutaj jako brama, która może prowadzić do współpracy z Unią Europejską i jest to zauważane - powiedziała Szydło. Zaznaczyła, że potwierdzało się to w jej rozmowach z przedstawicielami biznesu. Jak dodała, spotkała się z przedstawicielami dziewięciu największych chińskich firm".
Źródło: http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1042186,szydlo-chiny-postrzegaja-polske-jako-brame-do-ue-pojawily-sie-wobec-nas-bardzo-konkretne-propozycje.html
--------------------------
""Liczę na dalszą bliską współpracę w sferze politycznej w ramach wszechstronnego partnerstwa strategicznego i jej przełożenie na korzystne dla obu stron wymierne efekty w relacjach gospodarczych" - powiedziała Szydło.
Nawiązała do wizyt prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach i prezydenta Xi w Polsce. Jak podkreśliła, nadały one nowy impuls relacjom polsko-chińskim. "Cieszę się, że moja wizyta przyczynia się do podtrzymania regularności spotkań na najwyższym szczeblu" - dodała.
"Polska jest ważnym partnerem Chin w Europie Środkowo-Wschodniej i Unii Europejskiej. Chcemy rozwijać wszechstronne partnerstwo strategiczne z Polską" - zadeklarował chiński przywódca.
Dodał, że Polska była jednym z pierwszych krajów, które nawiązały stosunki dyplomatyczne z Chińską Republiką Ludową. "Tradycyjna przyjaźń między Chinami i Polską ma solidne podstawy i jest bardzo cenna. Mamy wszelkie powody ku temu, by wzmocnić i rozwijać tradycyjną przyjaźń obu krajów" - mówił Xi w Wielkiej Hali Ludowej, gdzie w piątek spotkał się z szefową polskiego rządu.
"Jestem pod wielkim wrażeniem pozytywnego nastawienia pani premier do rozwoju stosunków między dwoma krajami i pragmatycznego podejścia w rozwiązywaniu problemów" - zauważył.
Nowy Jedwabny Szlak ma na celu rozwijanie sieci połączeń drogowych, kolejowych i lotniczych pomiędzy Azją a Europą.
Polska planuje budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, co według powołanego przez rząd pełnomocnika ds. tej inwestycji Mikołaja Wilda, może być realne w ciągu 10 lat. Inwestycja obok centralnego lotniska dla Polski ma uwzględniać także skomunikowanie transportu kolejowego i drogowego. Wild był obecny na spotkaniu Szydło z Xi w Pekinie.
Jak podało Centrum Informacyjne Rządu, Polska jest zainteresowana zwiększeniem chińskich inwestycji w naszym kraju i wspólną realizacją "dużych projektów infrastrukturalnych". Priorytetem jest też pełne otwarcie chińskiego rynku dla polskich produktów rolnych.
W rozmowie Szydło z Xi w Wielkiej Hali Ludowej, będącej siedzibą chińskiego parlamentu, uczestniczyli, obok Wilda, m.in. szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, a także wiceszefowie resortów: spraw zagranicznych Joanna Wronecka, rolnictwa Jacek Bogucki i środowiska Mariusz Gajda. Obecny był także Radosław Pyffel, wicedyrektor Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, który ma być chińską alternatywą dla zachodnich instytucji finansowych.
Było to drugie spotkanie premier Szydło z prezydentem Xi. Do pierwszej rozmowy doszło w czerwcu 2016 r. podczas wizyty chińskiego przywódcy w Warszawie. Wówczas doszło do podpisania międzyrządowych porozumień dotyczących inwestycji infrastrukturalnych związanych m.in. z Nowym Jedwabnym Szlakiem, wymiany handlowej oraz współpracy naukowej i kulturalnej. Szefowa polskiego rządu rozmawiała także z premierem Chin Li Keqiangiem. Następnie wzięła udział w spotkaniu z prezesami chińskich firm i funduszy inwestycyjnych.
Wizyta Szydło potrwa do wtorku 16 maja. W niedzielę premier weźmie udział w inauguracji międzynarodowego Forum Pasa i Szlaku. Uczestniczyć w nim będą przedstawiciele krajów, które chcą przyłączyć się do realizacji Nowego Jedwabnego Szlaku; łącznie blisko 30 przywódców państw z całego świata"".
Źródło: http://forsal.pl/gospodarka/inwestycje/artykuly/1042056,prezydent-chin-chcemy-strategicznego-partnerstwa-z-polska-jestem-pod-wielkim-wrazeniem-nastawienia-premier-szydlo.html
----------------
W naszej kulturze pewna kurtuazja w wypowiedziach polityków, która prowadzi często do "pozytywnej nadinterpretacji" efektów spotkań przywódców jest normą. Dlatego też - by dotrzeć do prawdy - zawsze poszukuje się jakichś nieznanych oficjalnie szczegółów określonych rozmów.
W kulturze azjatyckiej, w tym chińskiej jest to postrzegane zupełnie inaczej. Tam jest inna mentalność i nieraz liczą się przede wszystkim kontakty osobiste i subiektywne wrażenie. Ponadto to, co mówią publicznie przywódcy Chin jest tym, co naprawdę myślą i co jest zgodne z ich interesem. Tam nie "rzuca się słów na wiatr".
Piszę to w kontekście wypowiedzi prezydenta Chin na temat Polski, premier Szydło i wzajemnej współpracy.
Jest dobrze i nie możemy tego zmarnować!
[1] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2016/10/polsko-chinski-lub-chinsko-polski.html
[2] http://wpolityce.pl/gospodarka/339394-premier-szydlo-na-spotkaniu-z-prezydentem-chin-polska-przyjela-projekt-pasa-i-szlaku-z-otwartoscia-i-wiaze-z-nim-duze-oczekiwania
[3] http://naszeblogi.pl/46576-jedwabna-nadzieja
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
sobota, 1 kwietnia 2017
Partie i organizacje "zewnętrzne" wobec Polski i Polaków!
Nie bywam na brukselskich salonach i nie wiem jak wyglądają kuluary wszelkich rozmów, które kończą się przyjęciem jakichś decyzji czy rozwiązań. Natomiast byłem kiedyś w najwyższych władzach jednej ze spółek Skarbu Państwa i wiem jak podejmowane są decyzje i one naprawdę nie mają nic wspólnego z werbalnym i gładkim pustosłowiem tłumaczącym decyzje pracownikom czy dziennikarzom. Język, którym na takich zebraniach zarządu się operuje jest podobny do tych nagranych u Sowy i w innych miejscach. Później te decyzje są "oprawiane" w ładne i kolorowe "opakowanie" i tak funkcjonują w sferze publicznej.
Sądzę, że podobnie jest w sferach zarządczych UE a nawet wydaje mi się, że jest gorzej, bo np. taki Junkers ze swoją alkoholową klasą nie mógłby być w żadnych władzach jakichkolwiek prywatnych czy publicznych firm. Te jego obcałowywania i poklepywania spotkałyby się zapewne z ostrą krytyką przez właścicieli i skutkowałyby szybką dymisją.
Wiem natomiast, że Jacek Saryusz - Wolski jak nikt inny z polskich europarlamentarzystów zna kulisy działania tej brukselskiej biurokracji i jeżeli on na swoim tweeterowym koncie [1] pisze, że "Opozycja przeoczyła, że czas na TAK dla UE był przed referendum akcesyjnym teraz czas na odpowiedź JAK a tu jedyne co, to podpis bez czytania (...) Szkody dla PL wynikające z donosów, które uruchomiły procedurę KE przeciw PL i rezolucje PE, są ogromne. Samotny protest te działania stopuje (...) Rozmowa o Polsce i Europie z kimś, komu są obce inne motywacje niż kariera i pieniądze, nie ma sensu (...) Konkurs na adekwatne określenie szargania dobrego imienia i wizerunku PL zagranicą (koniec demokracji, wyjście z UE) Fałszywe świadectwo?", to z pewnością wie, co mówi i realnie ocenia haniebne wyczyny "totalnej opozycji".
Mnie natomiast najbardziej zastanowiła jego wypowiedź: "Za polowaniem z nagonką na Polskę jest jakiś zamysł, bo jeśli nie TK, to inne dowolne preteksty. Szukanie uzasadnienia dla Unii 2-prędkości?".
Być może to jest jednym z celów tej nieszczęsnej "zewnętrznej" opozycji w Polsce. Musimy bowiem jasno sobie powiedzieć, że PO jest partią a'la "zewnętrznie niemiecką (unijną)" i realizującą interesy raczej Berlina niż interesy Warszawy.
Tak niestety było zawsze w czasie jej 8 letnich rządów a sądzę, że jeszcze od czasów KLD lub i wcześniej, bo do dzisiaj nie wiemy kim był TW Oscar, agent BND a może też STASI a przecież "polskość to nienormalność" zobowiązuje.
Płytki Nord Stream nie pozwala na przybijanie do polskiego, morskiego brzegu statkom o największym zanurzeniu. Kiedyś A. Merkel obiecała D. Tuskowi, że jak będzie taka potrzeba to pogłębią rurę (sic!) - śmieszność nad śmiesznościami obok braku działań ze strony polskiego rządu zmierzających do zastopowania tej inwestycji.
D. Tusk zlikwidował polski przemysł stoczniowy, aby niemiecki nie miał konkurencji. Podobne zamierzenia miał w stosunku do polskich kopalni, które nie mogły być dotowane z budżetu państwa podczas, gdy niemieckie tak.
Pakiet klimatyczny to już zupełna porażka premiująca niemiecki przemysł, w tym ten obejmujący instalacje tzw. odnawialnej energii (np. niemieckie wiatraki). Poza tym D. Tusk (2008 rok) i E. Kopacz (2014 rok) zgodzili się na przyjęcie roku bazowego ograniczenia emisji CO2 na 2005 a nie 1990, jak było wcześniej ustalone przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku 2005. Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej.
W międzyczasie jawnie promowano inwestycje koncernów niemieckich na dawnych ich ziemiach odzyskanych przez Polskę po II WŚ. Utworzono różne strefy ekonomiczne, dzięki którym niemiecki przemysł prawie w ogóle nie płacił podatków w Polsce, kraju działalności. Nie zastopowano ekspansji np. marketów niemieckich i nie zapobieżono wyłudzeń VAT-u ani wyprowadzaniu majątku w postaci tzw. "cen transferowych". Pozwolono na powstanie i rozwój Ruchu Autonomii Śląska a takie miasta jak Wrocław zostały opanowane przez niemieckie fundacje, akademickie lub społeczne lobby czy też inne organizacje niemieckiego pożytku publicznego.
O opanowaniu przez niemieckie media naszego rynku medialnego nawet już nie warto mówić, bo temat jest gorący i pewnie niedługo powstanie ustawa o decentralizacji (repolonizacji) mediów, choćby na wzór niemieckiej czy francuskiej :).
Wracając do spostrzeżenia Jacka Saryusza-Wolskiego. Berlin i osobiście A. Merkel wraz z największymi krajami starej UE chcą, aby owa stała się Europą "dwóch prędkości", co jest nie do przyjęcia dla Polski, innych krajów V4 a także jeszcze innych, mniejszych państw UE.
Lecz PO jest w dużej mierze "wykonawcą decyzji Złotej Anieli" (za S. Michalkiewiczem), więc już niedługo możemy spodziewać się, że ta partia nagle stanie się zwolenniczką takiej Europy o różnych prędkościach, co jest zgodne z rozkazem Berlina. Oczywiście makiawelicznie PO będzie starała się winą obarczyć PiS i całą Zjednoczoną Prawicę. To pewne, jeżeli faktycznie "Złota Pani" już dała swoim a'la "pachołkom" taki rozkaz.
A inne partie "totalnej opozycji"?
.Nowoczesna została stworzona przez dawne środowisko UD/UW/demokraci.pl a te partie były antypolskie u podstaw i raczej reprezentowały środowiska syjonistyczne i międzynarodowych korporacji finansowych oraz przemysłowych. Nieprzypadkowo to to środowisko jest odpowiedzialne za wyprzedaż Polski w latach 90-tych XX wieku.
KOD to - jak mawia S. Michalkiewicz - chyba "stare Kiejkuty" - o proweniencji WSI-oków a oni albo reprezentują interesy rosyjskie, albo... amerykańskie, przy czym dla nich najważniejsza jest kasa...
A zresztą dla powyższych środowisk kasa ma pierwszorzędne znaczenie razem ze "zdradą" Polski - zdrada w cudzysłowu, bowiem trudno uznać za zdrajcę kogoś, kto nie czuje się Polakiem.
PSL to od zawsze (po 1989 roku, ale i wcześniej jako ZSL) partia etatystyczna i wejdzie w koalicję z każdym, kto zagwarantuje im jakąś formę współrządzenia.
Jest jeszcze środowisko "michnikowszczyzny" i tzw. "żydowskiej gazety dla Polaków", zwanej Gazetą Wyborczą. To środowisko trockistowskie o - w dużej mierze - korzeniach przedwojennej Komunistycznej Partii Polski i Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz już powojennej tzw. "żydo-komuny" wysłanej i przygotowanej przez J. Stalina do pacyfikacji Polski i Polaków.
No i na koniec jest rządząca partia PiS, której nie można do końca uznać za "zewnętrzną", ale z powodu uwarunkowań geopolitycznych jest ściśle związana z USA i Izraelem, co wedle mnie jest dziś dla Polski lepszym rozwiązaniem niż partie reprezentujące kondominium niemiecko-rosyjskie, czy niemiecko-brukselskie. Niestety nie jesteśmy jeszcze na tyle silni, aby prowadzić do końca samodzielną politykę na skalę międzynarodową. Musimy się na kimś oprzeć. Obecnie tylko PiS (ZP) gwarantuje choć minimalny powrót Polski do suwerenności i niepodległości.
I tak to się przedstawia nasza scena polityczna. Można dodać do tego P. Kukiza, który jest dla mnie tajemnicą i na razie tak zostaje, choć jest u niego wielu wartościowych ludzi. Jest też lewica postkomunistyczna (SLD) i komunistyczna (Razem). Gdzieś tam przewija się J. K. Mikke, ale on zawsze "gdzieś się przewijał", kanalizując konserwatywno-liberalną scenę polityczną Polski, szczególnie "opanowując" młode studenckie umysły.
Zadanie jest więc wielkie. Polska musi zbudować polskie partie polityczne. Siły, dla których "Polska będzie najważniejsza", realnie a nie werbalnie. Czy jest to możliwe? Tak, ale bardzo trudne i wymaga jeszcze lat pracy. Nadzieją napawają młodzi ludzi. Oni już niedługo będą tworzyć nowe polskie elity. Musimy o nich zadbać, też realnie a nie tylko słowem czy pisaniną.
[1] http://wpolityce.pl/polityka/333902-saryusz-wolski-ostro-o-opozycji-szkody-dla-pl-wynikajace-z-donosow-ktore-uruchomily-procedure-ke-przeciw-pl-i-rezolucje-pe-sa-ogromne
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Sądzę, że podobnie jest w sferach zarządczych UE a nawet wydaje mi się, że jest gorzej, bo np. taki Junkers ze swoją alkoholową klasą nie mógłby być w żadnych władzach jakichkolwiek prywatnych czy publicznych firm. Te jego obcałowywania i poklepywania spotkałyby się zapewne z ostrą krytyką przez właścicieli i skutkowałyby szybką dymisją.
Wiem natomiast, że Jacek Saryusz - Wolski jak nikt inny z polskich europarlamentarzystów zna kulisy działania tej brukselskiej biurokracji i jeżeli on na swoim tweeterowym koncie [1] pisze, że "Opozycja przeoczyła, że czas na TAK dla UE był przed referendum akcesyjnym teraz czas na odpowiedź JAK a tu jedyne co, to podpis bez czytania (...) Szkody dla PL wynikające z donosów, które uruchomiły procedurę KE przeciw PL i rezolucje PE, są ogromne. Samotny protest te działania stopuje (...) Rozmowa o Polsce i Europie z kimś, komu są obce inne motywacje niż kariera i pieniądze, nie ma sensu (...) Konkurs na adekwatne określenie szargania dobrego imienia i wizerunku PL zagranicą (koniec demokracji, wyjście z UE) Fałszywe świadectwo?", to z pewnością wie, co mówi i realnie ocenia haniebne wyczyny "totalnej opozycji".
Mnie natomiast najbardziej zastanowiła jego wypowiedź: "Za polowaniem z nagonką na Polskę jest jakiś zamysł, bo jeśli nie TK, to inne dowolne preteksty. Szukanie uzasadnienia dla Unii 2-prędkości?".
Być może to jest jednym z celów tej nieszczęsnej "zewnętrznej" opozycji w Polsce. Musimy bowiem jasno sobie powiedzieć, że PO jest partią a'la "zewnętrznie niemiecką (unijną)" i realizującą interesy raczej Berlina niż interesy Warszawy.
Tak niestety było zawsze w czasie jej 8 letnich rządów a sądzę, że jeszcze od czasów KLD lub i wcześniej, bo do dzisiaj nie wiemy kim był TW Oscar, agent BND a może też STASI a przecież "polskość to nienormalność" zobowiązuje.
Płytki Nord Stream nie pozwala na przybijanie do polskiego, morskiego brzegu statkom o największym zanurzeniu. Kiedyś A. Merkel obiecała D. Tuskowi, że jak będzie taka potrzeba to pogłębią rurę (sic!) - śmieszność nad śmiesznościami obok braku działań ze strony polskiego rządu zmierzających do zastopowania tej inwestycji.
D. Tusk zlikwidował polski przemysł stoczniowy, aby niemiecki nie miał konkurencji. Podobne zamierzenia miał w stosunku do polskich kopalni, które nie mogły być dotowane z budżetu państwa podczas, gdy niemieckie tak.
Pakiet klimatyczny to już zupełna porażka premiująca niemiecki przemysł, w tym ten obejmujący instalacje tzw. odnawialnej energii (np. niemieckie wiatraki). Poza tym D. Tusk (2008 rok) i E. Kopacz (2014 rok) zgodzili się na przyjęcie roku bazowego ograniczenia emisji CO2 na 2005 a nie 1990, jak było wcześniej ustalone przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku 2005. Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej.
W międzyczasie jawnie promowano inwestycje koncernów niemieckich na dawnych ich ziemiach odzyskanych przez Polskę po II WŚ. Utworzono różne strefy ekonomiczne, dzięki którym niemiecki przemysł prawie w ogóle nie płacił podatków w Polsce, kraju działalności. Nie zastopowano ekspansji np. marketów niemieckich i nie zapobieżono wyłudzeń VAT-u ani wyprowadzaniu majątku w postaci tzw. "cen transferowych". Pozwolono na powstanie i rozwój Ruchu Autonomii Śląska a takie miasta jak Wrocław zostały opanowane przez niemieckie fundacje, akademickie lub społeczne lobby czy też inne organizacje niemieckiego pożytku publicznego.
O opanowaniu przez niemieckie media naszego rynku medialnego nawet już nie warto mówić, bo temat jest gorący i pewnie niedługo powstanie ustawa o decentralizacji (repolonizacji) mediów, choćby na wzór niemieckiej czy francuskiej :).
Wracając do spostrzeżenia Jacka Saryusza-Wolskiego. Berlin i osobiście A. Merkel wraz z największymi krajami starej UE chcą, aby owa stała się Europą "dwóch prędkości", co jest nie do przyjęcia dla Polski, innych krajów V4 a także jeszcze innych, mniejszych państw UE.
Lecz PO jest w dużej mierze "wykonawcą decyzji Złotej Anieli" (za S. Michalkiewiczem), więc już niedługo możemy spodziewać się, że ta partia nagle stanie się zwolenniczką takiej Europy o różnych prędkościach, co jest zgodne z rozkazem Berlina. Oczywiście makiawelicznie PO będzie starała się winą obarczyć PiS i całą Zjednoczoną Prawicę. To pewne, jeżeli faktycznie "Złota Pani" już dała swoim a'la "pachołkom" taki rozkaz.
A inne partie "totalnej opozycji"?
.Nowoczesna została stworzona przez dawne środowisko UD/UW/demokraci.pl a te partie były antypolskie u podstaw i raczej reprezentowały środowiska syjonistyczne i międzynarodowych korporacji finansowych oraz przemysłowych. Nieprzypadkowo to to środowisko jest odpowiedzialne za wyprzedaż Polski w latach 90-tych XX wieku.
KOD to - jak mawia S. Michalkiewicz - chyba "stare Kiejkuty" - o proweniencji WSI-oków a oni albo reprezentują interesy rosyjskie, albo... amerykańskie, przy czym dla nich najważniejsza jest kasa...
A zresztą dla powyższych środowisk kasa ma pierwszorzędne znaczenie razem ze "zdradą" Polski - zdrada w cudzysłowu, bowiem trudno uznać za zdrajcę kogoś, kto nie czuje się Polakiem.
PSL to od zawsze (po 1989 roku, ale i wcześniej jako ZSL) partia etatystyczna i wejdzie w koalicję z każdym, kto zagwarantuje im jakąś formę współrządzenia.
Jest jeszcze środowisko "michnikowszczyzny" i tzw. "żydowskiej gazety dla Polaków", zwanej Gazetą Wyborczą. To środowisko trockistowskie o - w dużej mierze - korzeniach przedwojennej Komunistycznej Partii Polski i Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz już powojennej tzw. "żydo-komuny" wysłanej i przygotowanej przez J. Stalina do pacyfikacji Polski i Polaków.
No i na koniec jest rządząca partia PiS, której nie można do końca uznać za "zewnętrzną", ale z powodu uwarunkowań geopolitycznych jest ściśle związana z USA i Izraelem, co wedle mnie jest dziś dla Polski lepszym rozwiązaniem niż partie reprezentujące kondominium niemiecko-rosyjskie, czy niemiecko-brukselskie. Niestety nie jesteśmy jeszcze na tyle silni, aby prowadzić do końca samodzielną politykę na skalę międzynarodową. Musimy się na kimś oprzeć. Obecnie tylko PiS (ZP) gwarantuje choć minimalny powrót Polski do suwerenności i niepodległości.
I tak to się przedstawia nasza scena polityczna. Można dodać do tego P. Kukiza, który jest dla mnie tajemnicą i na razie tak zostaje, choć jest u niego wielu wartościowych ludzi. Jest też lewica postkomunistyczna (SLD) i komunistyczna (Razem). Gdzieś tam przewija się J. K. Mikke, ale on zawsze "gdzieś się przewijał", kanalizując konserwatywno-liberalną scenę polityczną Polski, szczególnie "opanowując" młode studenckie umysły.
Zadanie jest więc wielkie. Polska musi zbudować polskie partie polityczne. Siły, dla których "Polska będzie najważniejsza", realnie a nie werbalnie. Czy jest to możliwe? Tak, ale bardzo trudne i wymaga jeszcze lat pracy. Nadzieją napawają młodzi ludzi. Oni już niedługo będą tworzyć nowe polskie elity. Musimy o nich zadbać, też realnie a nie tylko słowem czy pisaniną.
[1] http://wpolityce.pl/polityka/333902-saryusz-wolski-ostro-o-opozycji-szkody-dla-pl-wynikajace-z-donosow-ktore-uruchomily-procedure-ke-przeciw-pl-i-rezolucje-pe-sa-ogromne
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Etykiety:
.Nowoczesna,
"zdrada",
A. Duda,
A. Merkel,
B. Szydło,
J. Kaczyński,
Jacek Saryusz-Wolski,
niemcy,
partie polityczne,
Patriotyzm,
Petru,
PiS,
PO,
polska,
Schetyna,
Targowica,
Totalna opozycja,
UE
niedziela, 12 marca 2017
"Zwycięstwo" D. Tuska i Niemiec oraz moje refleksje...
Tym razem długo...
Tak naprawdę w całym tym polskim medialnym chaosie związanym z ponownym "wyborem" (dziś cudzysłów jest konieczny - 1) D. Tuska na szefa Rady Europejskiej można się po prostu zagubić. Niezależnie czy jest się pro czy antyrządowym. Po naszej, prawej stronie są zarówno głosy zachwytu nad walką o polskie interesy, jak i umiarkowanej, ale też emocjonalnej krytyki działań PiS-u a u "totalnej opozycji" jak zwykle: wszystko co złe to PiS a D. Tusk, czyli my zwyciężyliśmy i upokorzyliśmy na terenie Europy wstrętnego Kaczora i jego rządy.
O głupiej, aberracyjnej i bezrefleksyjnej radości "totalniaków" nawet nie ma co pisać, bo od dawna było duże prawdopodobieństwo, że D. Tusk ponownie będzie andersenowskim "Nagim Królem Europy" [2], więc zadziwiająca jest ta radość z powszechnej przecież oczywistości. Być może ta radość wynika z postawy innych krajów UE, które w sumie "poparły" D. Tuska (szczególnie kraje V4), ale sam wybór był już dawno niemal przesądzony, niemal...
Oczywiście D. Tusk i jego "wybór" są najważniejszymi obiektami powszechnej, medialnej dyskusji w Polsce, choć w Europie czy na świecie (może oprócz Niemiec) ponowne objęcie unijnej funkcji przez byłego polskiego premiera jest tylko odnotowywane i raczej wcale nie na najważniejszych pozycjach.
Przeglądając fora internetowe, czytając dziesiątki artykułów i analiz oraz oglądając wiele wywiadów dotyczących ponownego uzyskania przez D. Tuska unijnego "stołka", towarzyszyły i towarzyszą mi w większości uczucia zdziwienia i zażenowania. Wynikają one z mojej konstatacji, iż większość - nawet zacnych dziennikarzy czy blogerów - nie ma w ogóle nic konkretnego do przekazania a ich wywody opierają się na braku znajomości faktów, wynikają z emocji i bezrefleksyjnie ocierają się o kategorię "political fiction".
Z jednej strony to się nie dziwię, iż w taki właśnie sposób opisywane są okoliczności i skutki dokonanego na Malcie ponownego "wyboru" D. Tuska. Bowiem w sumie tak naprawdę nie są znane prawie żadne fakty związane z pisowską "operacją Saryusz-Wolski". Nie znamy treści rozmów kuluarowych, nie wiemy co skłoniło Jacka Saryusz-Wolskiego do takiego a nie innego działania, nie opublikowane zostały żadne materiały z pobytu A. Merkel w Polsce (w tym te dotyczące spotkania w niemieckiej ambasadzie A. Merkel z "totalna opozycją"), nic nie wiemy co tak naprawdę ustaliły mocarstwa europejskie na spotkaniu w Wersalu ani też nie znamy treści rozmów w grupie V4 i też nie mamy żadnych informacji dotyczących przebiegu lobbowania niemieckiej kanclerz za D. Tuskiem. Jedyne co wiemy - i zresztą w takich sytuacjach zawsze tak jest - to te strzępki informacji ujawnianych w takim zakresie w jakim chcą je ujawnić polscy i zagraniczni uczestnicy szczytu na Malcie.
Z drugiej zaś strony to bardzo mocno jestem zdziwiony emocjonalną i bezrefleksyjną postawą prawicowych dziennikarzy, blogerów i analityków, którzy ulegli narracji krajowej wojny "totalniaków" z PiS-em. Przecież to, że z reguły nie są nam znane wszystkie okoliczności i treści rozmów dotyczących podjęcia przez polityków określonych decyzji jest rzeczą oczywistą i z reguły nawet opierając się na szczątkowych informacjach oraz własnej wiedzy i analitycznej intuicji, wartościowi prawicowi autorzy potrafili dogłębnie i logicznie przedstawiać swoje zdanie na określony temat i to w sposób rzetelny oraz wieloaspektowy. W tym zaś przypadku oceny stały się emocjonalne i o dziwo pozbawione głębszej refleksji i w wielu "odsłonach" były i są one krytyczne wobec działań obecnych władz w zakresie operacji "Saryusz-Wolski". Mam nadzieję, że ona już niedługo przyjdzie i pojawią się teksty racjonalne, wyważone i odnoszące się do realiów a nie wyobrażeń o nich.
Natomiast ja osobiście wobec ponownego "wyboru" D. Tuska na szefa Rady Europejskiej mam kilka spostrzeżeń, które też ocierając się o formułę "political fiction", posłużą - mam nadzieję - jako materiał do dyskusji i refleksji.
Po pierwsze.
Warto spojrzeć realistycznie na znaczenie funkcji szefa Rady Europejskiej. Obecnie jest ona raczej funkcją fasadową w strukturze decyzyjnej UE i jako taka nie wymaga, aby sprawował ją jakiś znaczący i sprawny intelektualnie oraz przygotowany merytorycznie polityk a z teraźniejszego punktu widzenia IV Rzeszy czyli niemieckiej UE wymagania te są wprost odwrotne i je idealnie spełnia podnóżek A. Merkel - D. Tusk.
Ogólnie zaś sam nie wiem, dlaczego w ogóle ta funkcja powstała i sądzę, że jedynie po to, aby pozostawić fałszywą namiastkę jakiegoś niby narodowego charakteru współpracy państw w ramach UE.
Czym jest ta funkcja było wiadomo już wcześniej..., bo czy przed objęciem szefowania w Europie i na świecie (oprócz Belgii) słyszał ktoś o Hermanie Van Rompuy'u i czy ktoś teraz jest w stanie wymienić choćby jedną ważną jego europejską inicjatywę? Nikt już o nim nie pamięta i tak samo nikt nie będzie w stanie wymienić czegokolwiek dobrego o D. Tusku za wyjątkiem tego, że reprezentował Niemcy a za jego kadencji nastąpił Brexit, inwazja islamu i co jeszcze, to zobaczymy.
Po drugie
Należy się zastanowić, czy w kilkumiesięcznym okresie poprzedzającym marcowy "wybór", ktokolwiek sądził, że reelekcja D. Tuska na szefa Rady Europejskiej może być zagrożona.
Sądzę, że tak a pierwszym, który o takiej ewentualności myślał był zapewne sam D. Tusk, bowiem jego kadencja była jeszcze bardziej miałka niż jego śmiesznego poprzednika.
Mimo dekoracyjnego charakteru owego stanowiska, to jednak w jego pełnieniu trzeba wykazać choć odrobinę jakości politycznej. A tej D. Tusk nie miał nigdy i nie ma jej teraz. Stąd ogólnie oceniany był w UE jako polityk przeciętny i mierny a jego ponowny wybór wcale nie był pewny, nawet w kalkulacjach A. Merkel. Dlatego też A. Merkel prowadziła wielostronne dyskusje z różnymi politykami, ze szczególnym uwzględnieniem polityków polskich. I - zdając się na relację J. Kaczyńskiego - przed samym szczytem była skłonna nawet zgodzić się z wetem polskiego rządu i poświęcić (w imię zapewne jakichś ustępstw Polski wobec Niemiec) D. Tuska. Podobnie wyglądała sytuacja z V. Orbanem, który podobno też miał zapewnić polskie władze o swoim poparciu.
Nawet jeszcze przed zgłoszeniem przez Polskę Jacka Saryusza-Wolskiego mówiło się, że być może zgłoszony zostanie inny kandydat, chyba z Irlandii. W takiej sytuacji wybór dla PiS-u byłby trudny - musiałby głosować nie na obywatela z polskim paszportem a z innym.
Po trzecie
Wobec powyższego, zasadne jest dodatkowe zastanowienie się dlaczego D. Tusk stał się nagle jedynym kandydatem Niemiec na szefa Rady Europejskiej i dlaczego A. Merkel zmieniła zdanie i tak mocno zaangażowała się w lobbowanie na rzecz tego niemieckiego kandydata z polskim paszportem, lobbowania na tyle skutecznego, że przekonała nawet Węgry i inne kraje do jego akceptacji.
W tym obszarze jest najwięcej znaków zapytania i możemy się tylko domyślać powodów.
Bardzo prawdopodobna jest po prostu polityczna gra A. Merkel mająca na celu wprowadzenie w błąd J. Kaczyńskiego, by ostatecznie i tak postawić na jej niemieckiego i bardzo spolegliwego kandydata D. Tuska, ale po drodze uzyskując jakieś nieznane nam szerzej polityczne cele związane z Polską i nawet w konsekwencji kończące się obaleniem jej obecnych władz. W tym obszarze celem A. Merkel mogło też być zachwianie konsolidacji państw grupy V4, która przyszłościowo zagraża niemieckiej hegemonii w UE i prusaczka postanowiła "przywrócić" krnąbrne kraje do ich - wedle niej - odpowiedniego miejsca "w szeregu".
Być może też - wobec ogromnych problemów UE spowodowanych przez A. Merkel - kanclerzyca postanowiła "wystawić zająca", którego można "upolować" jako sprawcę wszelkich kłopotów UE, szczególnie przed wrześniowymi wyborami w Niemczech.
Jednym z powodów "zmiany" stanowiska A. Merkel mógłby być też stanowczy opór polskich władz wobec nakreślonych żądań strony niemieckiej w zamian za przychylność dla polskiego weta wobec D. Tuska. A takie żądania musiały paść w czasie ostatecznych negocjacji.
Zapewne też A. Merkel postawiła "pod ścianą" V. Orbana wymuszając na nim aprobatę wystawionego przez nią D. Tuska w zamian np. za brak sprzeciwu wobec nowej, restrykcyjnej węgierskiej ustawy dotyczącej islamskich uchodźców. Natomiast wobec innych, wahających się krajów użyła na pewno równie ważkich argumentów, czemu się tak naprawdę dziwię bowiem UE przeżywa takie kryzysy, że pokazanie takiej buty i arogancji (przed szczytem Angela już się cieszyła z wygranej D. Tuska) może tylko przysporzyć jej wrogów wśród innych, mniejszych krajów UE.
Jeszcze innym pobocznym powodem chęci "upokorzenia" Polski były PR-owe obszary kampanii wyborczej A. Merkel i pokazanie Niemcom - wobec takiego samego antypolskiego stanowiska jej kontrkandydata M. Schulza - że dalej traktuje Polaków jak od zawsze i podświadomie nas traktuje większość Niemców, szczególnie elit niemieckich, które cały czas realizują niemiecki projekt Mitteleuropy. Jeżeliby uznać ten powód za istotny, to faktycznie po "wyborze" D. Tuska jego krajanka A. Merkel zyskała kilka punktów procentowych w krajowych sondażach i wyszła na zdecydowanie prowadzenie w walce o fotel Kanclerza Niemiec.
Chyba jednak zgłoszenie przez polski rząd Polaka Jacka Saryusza-Wolskiego było tym ostatecznym powodem konsolidacji negatywnych niemiecko-unijnych, lewacko-liberalnych sił przeciwko Polsce, choć i tak było oczywistym, że zdecydowana większość krajów unijnych go nie poprze i wygra w tej rozgrywce D. Tusk, jako jedyny - oprócz - J. Saryusza-Wolskiego kandydat.
Ta nominacja jednakowoż skomplikowała całą sprawę, i w Europie, choć raczej D. Tusk wydawał się pewny, ale też w Polsce. Bowiem - wedle mnie - były już przez Niemcy i "totalną opozycję" reprezentującą m.in. ich interesy w Polsce przygotowane działania oraz gotowa narracja, że PiS-owski rząd nie głosował na Polaka i zdradził Polskę a tymczasem wystawienie kandydatury J. Saryusza-Wolskiego zaprzepaściło te plany. B. Szydło więc ostatecznie nie zdradziła Polski bo wystawiła Polaka i to oddalonego merytorycznie o lata świetlne od miałkiego D. Tuska. I stąd się wzięła ta wściekłość PO i innych totalniaków, gdy rząd wystawił polską kandydaturę i to z szeregów PO. Już wszystko przecież było przygotowane, aby oskarżyć PiS o zdradę a tu "taki pasztet". Nawet GW w tytule piątkowego wydania dumnie napisała, że "Polak został wybrany na drugą kadencję..."... Oj... nie zmienili narracji i zabrzmiało infantylnie.
Śmiem zresztą tylko hipotetycznie i bez dowodów twierdzić, że - odnosząc się do niemieckiej roli w grudniowym puczu totalnej opozycji - że i Niemcy chciały w ostatniej chwili zgłosić głosem innych jakiegoś kontrkandydata, jeszcze bardziej antypolskiego niż D. Tusk i postawić PiS pod "ścianą wyboru". I w tym obszarze nagła i późna kandydatura europosła J. Saryusza-Wolskiego mogła rozwścieczyć A. Merkel i chcąc w tej swojej prusackiej nienawiści do Polski ją "upokorzyć" emocjonalnie i raczej ad hoc postawiła niemal wszystkim krajom zapewne jakieś ultimatum i zdecydowanie zaczęła lobbować za D. Tuskiem, bo oprócz innych elementów, to ... m.in. przestraszyła się kompetencji polskiego europosła.
Wystawienie i poparcie przez Polskę J. Syriusza-Wolskiego sprawiło, iż bezsensownym stało się wystawienie przez Niemcy innej kandydatury, bowiem polski rząd tak czy inaczej popierałby Polaka i wobec tego na nic zdałaby się propaganda zdrady Polski przez PiS.
Tak dygresyjnie. Sądzę jednak, że A. Merkel stawiając wszystko na w sumie mało istotny dla UE "wybór" D. Tuska już długookresowo przegrała, bo następnym razem raczej niektóre kraje już nie będą słuchały potulnie Niemiec a sprawy te będą o wiele istotniejsze. Podobnie arogancja i buta innych przywódców unijnych (m.in. Francji) pokazały innym mniejszym krajom, co one tak naprawdę znaczą dla liderowo i establishmentowo liberalno-lewicowego jądra Starej Unii, czyli znaczą "mniej niż zero". I na pewno te kraje ostatecznie i wreszcie dobitnie (bez jakichś tam gładkich słówek) zobaczyły jakim totalitarno-komunistycznym i antydemokratycznym tworem jest UE czyli ZSRR-bis, czyli Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli IV Rzesza Niemiecka. Okazało się wreszcie realnie, że demokracja w UE jest wtedy, gdy pozwala zrealizować cele elit UE a jej nie ma, gdy demokracja staje się faktycznie pierwotnie demokracją, która nie akceptuje ich poglądów. Wtedy elity UE są w stanie zmieniać zasady demokratyczne, a więc cała UE to totalitarna fikcja komunistycznego pokolenia '68 wspierana przez zadziwiającą koalicję starszych panów skupionych wokół syjonistycznych elit finansowych.
Tak naprawdę powyższe jest naprawdę sukcesem J. Kaczyńskiego. Od teraz nikt z UE nie ma prawa zarzucać nam braku demokracji, bo demokracja w Polsce jest naprawdę a w UE jej nie ma i jest ona totalitarnym lewackim szpetnym tworem.
Po czwarte
Należy zadać sobie pytanie: czy ktokolwiek mógłby sądzić, że obecne polskie władze mogły poprzeć niemieckiego i antypolskiego oraz najbardziej niszczącego Polskę premiera D. Tuska na kolejną kadencję szefowania Radzie Europejskiej?
Oczywiście, że nie. I dlatego jakoś jestem zażenowany niektórymi opiniami prawych autorytetów krytykujących polski rząd. Przecież przez całe 8 lat rządów PO walczyliśmy z D. Tuskiem uważając go za niemal przestępcę i likwidatora Polski. Musiał być głos sprzeciwu i wiedzieli o tym zarówno wyborcy PiS, jak i totalna opozycja. I tu też wygrał J. Kaczyński, bo sprzeciwił się nie narażając się na zarzut zdrady a dodatkowo udowodnił, że UE to antydemokratyczna instytucja wymagająca zmian i nie mająca żadnego moralnego prawa pouczać Polski w zakresie praworządności i demokracji, bo - powtórzę - w Polsce ona jest a w Unii Europejskiej jej nie ma.
W tym kontekście warto przytoczyć pewną analizę dokonaną przez jednego z polskich przedsiębiorców [3]:
"Jeżeli Tusk przegrałby przy braku poparcia PiS, wróciłby do kraju i zagroziłby zjednoczeniem opozycji, miałby dwa lata na przygotowanie się do wyborów. Dodatkowo Kaczyński byłby oskarżany za każdą złą dla Polski decyzję Unii Europejskiej, bo przecież PiS ponosiłby odpowiedzialność za nową strategię UE, a ta nie byłaby już "winą Tuska".
Jeżeli Tusk przegrałby przy poparciu PiS, wówczas wróciłby do kraju jednoczyć opozycję, mając dwa lata do wyborów. Prawo i Sprawiedliwość nie miałoby już zbyt wielu argumentów przemawiających za krytykowaniem poczynań Donalda Tuska w Radzie Europejskiej, skoro w tym przypadku rząd polski by go poparł.
Jeżeli Tusk wygrałby przy poparciu PiS, wówczas Kaczyński odsunąłby Tuska od naszych przyszłych wyborów parlamentarnych, ale z drugiej strony nie miałby argumentów na krytykowanie Donalda za działania w UE. Miałby też mniej argumentów na osłabianie jego pozycji w Polsce, a za trzy lata Tusk wjechałby do Polski na białym koniu.
Jacek Saryusz-Wolski unika wywiadów i publicznych wypowiedzi. Sądzę, że dokładnie wie dlaczego i wydaje mi się, iż taka została przyjęta strategia wspólnie z J. Kaczyńskim. Oni wszystko wiedzą i wiedzą, że być może cała operacja "Saryusz-Wolski" ostatecznie się udała i pokazała prawdziwe oblicze UE a to jest niezbędne, żeby zmienić oblicze UE i powstrzymać hegemonię Niemiec.
I tyle moich refleksji. Liczę na dyskusję :)
[1] Minister Witold Waszczykowski: "Nasz oficjalny kandydat Jacek Saryusz-Wolski w ogóle nie został dopuszczony pod dyskusję, nie mówiąc o głosowaniu. Kiedy postawiono sprawę Tuska, zapytano tylko, kto jest przeciw. Mówienie o 27:1 jako wyniku głosowania jest nieuprawnione, bo nie wiemy, który z tych 27 krajów byłby za, a kto by się wstrzymał. To pytanie w ogóle nie padło" - za: http://wpolityce.pl/swiat/331111-waszczykowski-o-kulisach-szczytu-re-nie-dano-sie-wypowiedziec-panstwom-ue-z-gory-zalozono-ich-poparcie-dla-tuska
[2] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2010/01/cesarz-tusk-jest-nagi-i-jego-dworzanie.html
[3] http://opinie.wp.pl/zwyciestwo-tuska-to-tak-naprawde-zwyciestwo-kaczynskiego-6099544781214849a
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Tak naprawdę w całym tym polskim medialnym chaosie związanym z ponownym "wyborem" (dziś cudzysłów jest konieczny - 1) D. Tuska na szefa Rady Europejskiej można się po prostu zagubić. Niezależnie czy jest się pro czy antyrządowym. Po naszej, prawej stronie są zarówno głosy zachwytu nad walką o polskie interesy, jak i umiarkowanej, ale też emocjonalnej krytyki działań PiS-u a u "totalnej opozycji" jak zwykle: wszystko co złe to PiS a D. Tusk, czyli my zwyciężyliśmy i upokorzyliśmy na terenie Europy wstrętnego Kaczora i jego rządy.
O głupiej, aberracyjnej i bezrefleksyjnej radości "totalniaków" nawet nie ma co pisać, bo od dawna było duże prawdopodobieństwo, że D. Tusk ponownie będzie andersenowskim "Nagim Królem Europy" [2], więc zadziwiająca jest ta radość z powszechnej przecież oczywistości. Być może ta radość wynika z postawy innych krajów UE, które w sumie "poparły" D. Tuska (szczególnie kraje V4), ale sam wybór był już dawno niemal przesądzony, niemal...
Oczywiście D. Tusk i jego "wybór" są najważniejszymi obiektami powszechnej, medialnej dyskusji w Polsce, choć w Europie czy na świecie (może oprócz Niemiec) ponowne objęcie unijnej funkcji przez byłego polskiego premiera jest tylko odnotowywane i raczej wcale nie na najważniejszych pozycjach.
Przeglądając fora internetowe, czytając dziesiątki artykułów i analiz oraz oglądając wiele wywiadów dotyczących ponownego uzyskania przez D. Tuska unijnego "stołka", towarzyszyły i towarzyszą mi w większości uczucia zdziwienia i zażenowania. Wynikają one z mojej konstatacji, iż większość - nawet zacnych dziennikarzy czy blogerów - nie ma w ogóle nic konkretnego do przekazania a ich wywody opierają się na braku znajomości faktów, wynikają z emocji i bezrefleksyjnie ocierają się o kategorię "political fiction".
Z jednej strony to się nie dziwię, iż w taki właśnie sposób opisywane są okoliczności i skutki dokonanego na Malcie ponownego "wyboru" D. Tuska. Bowiem w sumie tak naprawdę nie są znane prawie żadne fakty związane z pisowską "operacją Saryusz-Wolski". Nie znamy treści rozmów kuluarowych, nie wiemy co skłoniło Jacka Saryusz-Wolskiego do takiego a nie innego działania, nie opublikowane zostały żadne materiały z pobytu A. Merkel w Polsce (w tym te dotyczące spotkania w niemieckiej ambasadzie A. Merkel z "totalna opozycją"), nic nie wiemy co tak naprawdę ustaliły mocarstwa europejskie na spotkaniu w Wersalu ani też nie znamy treści rozmów w grupie V4 i też nie mamy żadnych informacji dotyczących przebiegu lobbowania niemieckiej kanclerz za D. Tuskiem. Jedyne co wiemy - i zresztą w takich sytuacjach zawsze tak jest - to te strzępki informacji ujawnianych w takim zakresie w jakim chcą je ujawnić polscy i zagraniczni uczestnicy szczytu na Malcie.
Z drugiej zaś strony to bardzo mocno jestem zdziwiony emocjonalną i bezrefleksyjną postawą prawicowych dziennikarzy, blogerów i analityków, którzy ulegli narracji krajowej wojny "totalniaków" z PiS-em. Przecież to, że z reguły nie są nam znane wszystkie okoliczności i treści rozmów dotyczących podjęcia przez polityków określonych decyzji jest rzeczą oczywistą i z reguły nawet opierając się na szczątkowych informacjach oraz własnej wiedzy i analitycznej intuicji, wartościowi prawicowi autorzy potrafili dogłębnie i logicznie przedstawiać swoje zdanie na określony temat i to w sposób rzetelny oraz wieloaspektowy. W tym zaś przypadku oceny stały się emocjonalne i o dziwo pozbawione głębszej refleksji i w wielu "odsłonach" były i są one krytyczne wobec działań obecnych władz w zakresie operacji "Saryusz-Wolski". Mam nadzieję, że ona już niedługo przyjdzie i pojawią się teksty racjonalne, wyważone i odnoszące się do realiów a nie wyobrażeń o nich.
Natomiast ja osobiście wobec ponownego "wyboru" D. Tuska na szefa Rady Europejskiej mam kilka spostrzeżeń, które też ocierając się o formułę "political fiction", posłużą - mam nadzieję - jako materiał do dyskusji i refleksji.
Po pierwsze.
Warto spojrzeć realistycznie na znaczenie funkcji szefa Rady Europejskiej. Obecnie jest ona raczej funkcją fasadową w strukturze decyzyjnej UE i jako taka nie wymaga, aby sprawował ją jakiś znaczący i sprawny intelektualnie oraz przygotowany merytorycznie polityk a z teraźniejszego punktu widzenia IV Rzeszy czyli niemieckiej UE wymagania te są wprost odwrotne i je idealnie spełnia podnóżek A. Merkel - D. Tusk.
Ogólnie zaś sam nie wiem, dlaczego w ogóle ta funkcja powstała i sądzę, że jedynie po to, aby pozostawić fałszywą namiastkę jakiegoś niby narodowego charakteru współpracy państw w ramach UE.
Czym jest ta funkcja było wiadomo już wcześniej..., bo czy przed objęciem szefowania w Europie i na świecie (oprócz Belgii) słyszał ktoś o Hermanie Van Rompuy'u i czy ktoś teraz jest w stanie wymienić choćby jedną ważną jego europejską inicjatywę? Nikt już o nim nie pamięta i tak samo nikt nie będzie w stanie wymienić czegokolwiek dobrego o D. Tusku za wyjątkiem tego, że reprezentował Niemcy a za jego kadencji nastąpił Brexit, inwazja islamu i co jeszcze, to zobaczymy.
Po drugie
Należy się zastanowić, czy w kilkumiesięcznym okresie poprzedzającym marcowy "wybór", ktokolwiek sądził, że reelekcja D. Tuska na szefa Rady Europejskiej może być zagrożona.
Sądzę, że tak a pierwszym, który o takiej ewentualności myślał był zapewne sam D. Tusk, bowiem jego kadencja była jeszcze bardziej miałka niż jego śmiesznego poprzednika.
Mimo dekoracyjnego charakteru owego stanowiska, to jednak w jego pełnieniu trzeba wykazać choć odrobinę jakości politycznej. A tej D. Tusk nie miał nigdy i nie ma jej teraz. Stąd ogólnie oceniany był w UE jako polityk przeciętny i mierny a jego ponowny wybór wcale nie był pewny, nawet w kalkulacjach A. Merkel. Dlatego też A. Merkel prowadziła wielostronne dyskusje z różnymi politykami, ze szczególnym uwzględnieniem polityków polskich. I - zdając się na relację J. Kaczyńskiego - przed samym szczytem była skłonna nawet zgodzić się z wetem polskiego rządu i poświęcić (w imię zapewne jakichś ustępstw Polski wobec Niemiec) D. Tuska. Podobnie wyglądała sytuacja z V. Orbanem, który podobno też miał zapewnić polskie władze o swoim poparciu.
Nawet jeszcze przed zgłoszeniem przez Polskę Jacka Saryusza-Wolskiego mówiło się, że być może zgłoszony zostanie inny kandydat, chyba z Irlandii. W takiej sytuacji wybór dla PiS-u byłby trudny - musiałby głosować nie na obywatela z polskim paszportem a z innym.
Po trzecie
Wobec powyższego, zasadne jest dodatkowe zastanowienie się dlaczego D. Tusk stał się nagle jedynym kandydatem Niemiec na szefa Rady Europejskiej i dlaczego A. Merkel zmieniła zdanie i tak mocno zaangażowała się w lobbowanie na rzecz tego niemieckiego kandydata z polskim paszportem, lobbowania na tyle skutecznego, że przekonała nawet Węgry i inne kraje do jego akceptacji.
W tym obszarze jest najwięcej znaków zapytania i możemy się tylko domyślać powodów.
Bardzo prawdopodobna jest po prostu polityczna gra A. Merkel mająca na celu wprowadzenie w błąd J. Kaczyńskiego, by ostatecznie i tak postawić na jej niemieckiego i bardzo spolegliwego kandydata D. Tuska, ale po drodze uzyskując jakieś nieznane nam szerzej polityczne cele związane z Polską i nawet w konsekwencji kończące się obaleniem jej obecnych władz. W tym obszarze celem A. Merkel mogło też być zachwianie konsolidacji państw grupy V4, która przyszłościowo zagraża niemieckiej hegemonii w UE i prusaczka postanowiła "przywrócić" krnąbrne kraje do ich - wedle niej - odpowiedniego miejsca "w szeregu".
Być może też - wobec ogromnych problemów UE spowodowanych przez A. Merkel - kanclerzyca postanowiła "wystawić zająca", którego można "upolować" jako sprawcę wszelkich kłopotów UE, szczególnie przed wrześniowymi wyborami w Niemczech.
Jednym z powodów "zmiany" stanowiska A. Merkel mógłby być też stanowczy opór polskich władz wobec nakreślonych żądań strony niemieckiej w zamian za przychylność dla polskiego weta wobec D. Tuska. A takie żądania musiały paść w czasie ostatecznych negocjacji.
Zapewne też A. Merkel postawiła "pod ścianą" V. Orbana wymuszając na nim aprobatę wystawionego przez nią D. Tuska w zamian np. za brak sprzeciwu wobec nowej, restrykcyjnej węgierskiej ustawy dotyczącej islamskich uchodźców. Natomiast wobec innych, wahających się krajów użyła na pewno równie ważkich argumentów, czemu się tak naprawdę dziwię bowiem UE przeżywa takie kryzysy, że pokazanie takiej buty i arogancji (przed szczytem Angela już się cieszyła z wygranej D. Tuska) może tylko przysporzyć jej wrogów wśród innych, mniejszych krajów UE.
Jeszcze innym pobocznym powodem chęci "upokorzenia" Polski były PR-owe obszary kampanii wyborczej A. Merkel i pokazanie Niemcom - wobec takiego samego antypolskiego stanowiska jej kontrkandydata M. Schulza - że dalej traktuje Polaków jak od zawsze i podświadomie nas traktuje większość Niemców, szczególnie elit niemieckich, które cały czas realizują niemiecki projekt Mitteleuropy. Jeżeliby uznać ten powód za istotny, to faktycznie po "wyborze" D. Tuska jego krajanka A. Merkel zyskała kilka punktów procentowych w krajowych sondażach i wyszła na zdecydowanie prowadzenie w walce o fotel Kanclerza Niemiec.
Chyba jednak zgłoszenie przez polski rząd Polaka Jacka Saryusza-Wolskiego było tym ostatecznym powodem konsolidacji negatywnych niemiecko-unijnych, lewacko-liberalnych sił przeciwko Polsce, choć i tak było oczywistym, że zdecydowana większość krajów unijnych go nie poprze i wygra w tej rozgrywce D. Tusk, jako jedyny - oprócz - J. Saryusza-Wolskiego kandydat.
Ta nominacja jednakowoż skomplikowała całą sprawę, i w Europie, choć raczej D. Tusk wydawał się pewny, ale też w Polsce. Bowiem - wedle mnie - były już przez Niemcy i "totalną opozycję" reprezentującą m.in. ich interesy w Polsce przygotowane działania oraz gotowa narracja, że PiS-owski rząd nie głosował na Polaka i zdradził Polskę a tymczasem wystawienie kandydatury J. Saryusza-Wolskiego zaprzepaściło te plany. B. Szydło więc ostatecznie nie zdradziła Polski bo wystawiła Polaka i to oddalonego merytorycznie o lata świetlne od miałkiego D. Tuska. I stąd się wzięła ta wściekłość PO i innych totalniaków, gdy rząd wystawił polską kandydaturę i to z szeregów PO. Już wszystko przecież było przygotowane, aby oskarżyć PiS o zdradę a tu "taki pasztet". Nawet GW w tytule piątkowego wydania dumnie napisała, że "Polak został wybrany na drugą kadencję..."... Oj... nie zmienili narracji i zabrzmiało infantylnie.
Śmiem zresztą tylko hipotetycznie i bez dowodów twierdzić, że - odnosząc się do niemieckiej roli w grudniowym puczu totalnej opozycji - że i Niemcy chciały w ostatniej chwili zgłosić głosem innych jakiegoś kontrkandydata, jeszcze bardziej antypolskiego niż D. Tusk i postawić PiS pod "ścianą wyboru". I w tym obszarze nagła i późna kandydatura europosła J. Saryusza-Wolskiego mogła rozwścieczyć A. Merkel i chcąc w tej swojej prusackiej nienawiści do Polski ją "upokorzyć" emocjonalnie i raczej ad hoc postawiła niemal wszystkim krajom zapewne jakieś ultimatum i zdecydowanie zaczęła lobbować za D. Tuskiem, bo oprócz innych elementów, to ... m.in. przestraszyła się kompetencji polskiego europosła.
Wystawienie i poparcie przez Polskę J. Syriusza-Wolskiego sprawiło, iż bezsensownym stało się wystawienie przez Niemcy innej kandydatury, bowiem polski rząd tak czy inaczej popierałby Polaka i wobec tego na nic zdałaby się propaganda zdrady Polski przez PiS.
Tak dygresyjnie. Sądzę jednak, że A. Merkel stawiając wszystko na w sumie mało istotny dla UE "wybór" D. Tuska już długookresowo przegrała, bo następnym razem raczej niektóre kraje już nie będą słuchały potulnie Niemiec a sprawy te będą o wiele istotniejsze. Podobnie arogancja i buta innych przywódców unijnych (m.in. Francji) pokazały innym mniejszym krajom, co one tak naprawdę znaczą dla liderowo i establishmentowo liberalno-lewicowego jądra Starej Unii, czyli znaczą "mniej niż zero". I na pewno te kraje ostatecznie i wreszcie dobitnie (bez jakichś tam gładkich słówek) zobaczyły jakim totalitarno-komunistycznym i antydemokratycznym tworem jest UE czyli ZSRR-bis, czyli Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli IV Rzesza Niemiecka. Okazało się wreszcie realnie, że demokracja w UE jest wtedy, gdy pozwala zrealizować cele elit UE a jej nie ma, gdy demokracja staje się faktycznie pierwotnie demokracją, która nie akceptuje ich poglądów. Wtedy elity UE są w stanie zmieniać zasady demokratyczne, a więc cała UE to totalitarna fikcja komunistycznego pokolenia '68 wspierana przez zadziwiającą koalicję starszych panów skupionych wokół syjonistycznych elit finansowych.
Tak naprawdę powyższe jest naprawdę sukcesem J. Kaczyńskiego. Od teraz nikt z UE nie ma prawa zarzucać nam braku demokracji, bo demokracja w Polsce jest naprawdę a w UE jej nie ma i jest ona totalitarnym lewackim szpetnym tworem.
Po czwarte
Należy zadać sobie pytanie: czy ktokolwiek mógłby sądzić, że obecne polskie władze mogły poprzeć niemieckiego i antypolskiego oraz najbardziej niszczącego Polskę premiera D. Tuska na kolejną kadencję szefowania Radzie Europejskiej?
Oczywiście, że nie. I dlatego jakoś jestem zażenowany niektórymi opiniami prawych autorytetów krytykujących polski rząd. Przecież przez całe 8 lat rządów PO walczyliśmy z D. Tuskiem uważając go za niemal przestępcę i likwidatora Polski. Musiał być głos sprzeciwu i wiedzieli o tym zarówno wyborcy PiS, jak i totalna opozycja. I tu też wygrał J. Kaczyński, bo sprzeciwił się nie narażając się na zarzut zdrady a dodatkowo udowodnił, że UE to antydemokratyczna instytucja wymagająca zmian i nie mająca żadnego moralnego prawa pouczać Polski w zakresie praworządności i demokracji, bo - powtórzę - w Polsce ona jest a w Unii Europejskiej jej nie ma.
W tym kontekście warto przytoczyć pewną analizę dokonaną przez jednego z polskich przedsiębiorców [3]:
"Jeżeli Tusk przegrałby przy braku poparcia PiS, wróciłby do kraju i zagroziłby zjednoczeniem opozycji, miałby dwa lata na przygotowanie się do wyborów. Dodatkowo Kaczyński byłby oskarżany za każdą złą dla Polski decyzję Unii Europejskiej, bo przecież PiS ponosiłby odpowiedzialność za nową strategię UE, a ta nie byłaby już "winą Tuska".
Jeżeli Tusk przegrałby przy poparciu PiS, wówczas wróciłby do kraju jednoczyć opozycję, mając dwa lata do wyborów. Prawo i Sprawiedliwość nie miałoby już zbyt wielu argumentów przemawiających za krytykowaniem poczynań Donalda Tuska w Radzie Europejskiej, skoro w tym przypadku rząd polski by go poparł.
Jeżeli Tusk wygrałby przy poparciu PiS, wówczas Kaczyński odsunąłby Tuska od naszych przyszłych wyborów parlamentarnych, ale z drugiej strony nie miałby argumentów na krytykowanie Donalda za działania w UE. Miałby też mniej argumentów na osłabianie jego pozycji w Polsce, a za trzy lata Tusk wjechałby do Polski na białym koniu.
Ale skoro Tusk wygrał przy braku poparcia PiS, będącym w zasadzie jedynie markowaniem braku przez polski rząd, to:
- nadal wszystko co dzieje się "złego" w UE jest winą Tuska,
- wreszcie można go pociągać po prokuraturze z gwarancją, że po oczernianiu przed Komisją wróci do Brukseli nie mając wpływu na opozycję i na obronę poprzez krajowe media,
- po zakończeniu kadencji Tusk nie wróci na białym koniu z Brukseli, bo społeczeństwo będzie non stop bombardowane sprawami przeciwko Tuskowi z wewnątrz Polski oraz poprzez komunikowanie jego "zdradzieckich" działań w Radzie Europejskiej przeciwko Polsce,
- działania Tuska na rzecz opozycji zostają wstrzymane de facto aż do wyborów (mniej więcej wtedy kończy się jego kadencja w RE), więc opozycja pozostaje rozbita, tak jak teraz,
- Tusk zostaje osłabiony także w UE, bo przecież "nie poparł go jego własny kraj".
W
tej chwili świat nie ma wątpliwości, że PiS zrobił wszystko, żeby
zrzucić Tuska ze stołka. Tak naprawdę jednak zrobił wszystko, żeby na
tym stołku nie stała mu się żadna krzywda.
Komisja
śledcza ds. Amber Gold na dzień przed wyborem przewodniczącego Rady
Europejskiej wspomniała o przesłuchaniu syna Donalda Tuska. Gdyby
politycy Prawa i Sprawiedliwości chcieli strącić Tuska ze stołka, to
jego syn byłby przesłuchiwany w ciągu ostatnich dni, a w jak najbliższym
terminie przed wyborami na komisji musiałby stawić się sam Donald Tusk.
Dlaczego tak się nie stało? Ryzyko było po prostu zbyt duże – taki
obrót spraw zaszkodziłoby reelekcji, której tak naprawdę PiS chciał.
Wszyscy
dziwili się, że grupa wyszehradzka popierała Tuska, a Szydło niemal w
ostatniej chwili zaczęła przekonywanie do swoich racji... Angelę Merkel -
jedyną pewną kumpelę Donalda, która decyzji o jego poparciu szybko nie
zmieni. PiS o stanowisku grupy w ogóle nie mówił, nie krzyczał o
zdradzie, o rozłamie, bo tak naprawdę jest z jej członkami dogadany. Nie
daj Bóg Węgry, Czechy lub Słowacja wycofałyby poparcie dla Tuska, a
wtedy pojawiłaby się szansa, że nagle wyskoczyłby trzeci kandydat i Tusk
mógłby się posypać. Wówczas PiS otrzymałby to, czego nie chciał. A
gdyby ktoś pytał o decyzję Orbana, to sam fakt, iż węgierski premier
jest z tej samej frakcji, do której należy PO, chyba wystarczy na
usprawiedliwienie oddania głosu na największego wroga Kaczyńskiego.
Do
gry został wystawiony Jacek Saryusz-Wolski, kandydat nie do podważenia
merytorycznie, a w dodatku (do niedawna) polityk Platformy
Obywatelskiej. Kandydat ponad podziałami, ale taki, którego z całą
pewnością nikt nie zauważy i który nie stanowi absolutnie żadnego
zagrożenia dla pozycji kończącego pierwszą kadencję szefa Rady
Europejskiej. Lud kupił, że PiS znalazł alternatywę dla braku poparcia
Tuska. W rozmowach liderów podczas wyborów szefa RE Saryusz-Wolski był
już pomijany. Ten pionek miał być spójnym elementem strategii jedynie
dla elektoratu PiS. W tym punkcie można się zastanowić, czy PiS nie
mógłby wystawić kogoś mocnego ze swojej ekipy, ale… wtedy ktoś mocny z
PiS przegrałby z Tuskiem, a tak to właściwie z Tuskiem przegrał ktoś z
Platformy. Więc de facto największym wygranym jest Kaczyński".
Po piąte
Pewien obszar całej tej politycznej akcji jest niemal niezauważalny a wyrażający się w odpowiedzi na pytanie: dlaczego Jacek Saryusz-Wolski podjął się roli, której końcowym efektem i tak była jego przegrana z D. Tuskiem?
Otóż wydaje mi się, iż właśnie on - a nie J. Kaczyński - był inicjatorem całego przedsięwzięcia. Ten Polak jest jednym z najdłużej pełniącym obowiązki europosła. Jest merytorycznie chyba najlepiej przygotowany do tej roli a jednocześnie jest polskim patriotą ze szlacheckim, polskim rodowodem a nie rodowodem syjonistycznych komunistów i nazistów.
Przez tyle lat europosłowania zyskał szacunek, ale też wielu przyjaciół, którzy zapewne są mu lojalni i przekazali mu jakieś informacje, które wymagały postawienia całej swojej kariery na szali, aby bronić Polski i polskich interesów. Mogą o tym świadczyć jego wpisy, których kwintesencją mogą być jego słowa: "wysiadłem na przystanku Polska" oraz swego czasu nazwanie D. Tuska "szmatą".
Po piąte
Pewien obszar całej tej politycznej akcji jest niemal niezauważalny a wyrażający się w odpowiedzi na pytanie: dlaczego Jacek Saryusz-Wolski podjął się roli, której końcowym efektem i tak była jego przegrana z D. Tuskiem?
Otóż wydaje mi się, iż właśnie on - a nie J. Kaczyński - był inicjatorem całego przedsięwzięcia. Ten Polak jest jednym z najdłużej pełniącym obowiązki europosła. Jest merytorycznie chyba najlepiej przygotowany do tej roli a jednocześnie jest polskim patriotą ze szlacheckim, polskim rodowodem a nie rodowodem syjonistycznych komunistów i nazistów.
Przez tyle lat europosłowania zyskał szacunek, ale też wielu przyjaciół, którzy zapewne są mu lojalni i przekazali mu jakieś informacje, które wymagały postawienia całej swojej kariery na szali, aby bronić Polski i polskich interesów. Mogą o tym świadczyć jego wpisy, których kwintesencją mogą być jego słowa: "wysiadłem na przystanku Polska" oraz swego czasu nazwanie D. Tuska "szmatą".
Jacek Saryusz-Wolski unika wywiadów i publicznych wypowiedzi. Sądzę, że dokładnie wie dlaczego i wydaje mi się, iż taka została przyjęta strategia wspólnie z J. Kaczyńskim. Oni wszystko wiedzą i wiedzą, że być może cała operacja "Saryusz-Wolski" ostatecznie się udała i pokazała prawdziwe oblicze UE a to jest niezbędne, żeby zmienić oblicze UE i powstrzymać hegemonię Niemiec.
I tyle moich refleksji. Liczę na dyskusję :)
[1] Minister Witold Waszczykowski: "Nasz oficjalny kandydat Jacek Saryusz-Wolski w ogóle nie został dopuszczony pod dyskusję, nie mówiąc o głosowaniu. Kiedy postawiono sprawę Tuska, zapytano tylko, kto jest przeciw. Mówienie o 27:1 jako wyniku głosowania jest nieuprawnione, bo nie wiemy, który z tych 27 krajów byłby za, a kto by się wstrzymał. To pytanie w ogóle nie padło" - za: http://wpolityce.pl/swiat/331111-waszczykowski-o-kulisach-szczytu-re-nie-dano-sie-wypowiedziec-panstwom-ue-z-gory-zalozono-ich-poparcie-dla-tuska
[2] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2010/01/cesarz-tusk-jest-nagi-i-jego-dworzanie.html
[3] http://opinie.wp.pl/zwyciestwo-tuska-to-tak-naprawde-zwyciestwo-kaczynskiego-6099544781214849a
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
czwartek, 2 marca 2017
CO2. Kolejny atak zniemczonej UE na Polskę, ale walka jeszcze trwa!
W Polsce medialnie w większości dyskutuje się o sprawach nie mających żadnego znaczenia dla Polaków. Sztucznie podgrzewa się emocje, skłóca rodaków tematami i wydarzeniami nieistotnymi, w czym lubuje się nie mająca żadnego merytorycznego programu tzw. "totalna opozycja". Ten bieżący i sztucznie kreowany jazgot i histeria tych zdrajców naturalnie wymaga reakcji rządzących, co nie pozwala na skupieniu uwagi Polaków na rzeczach naprawdę istotnych, dotyczących nas wszystkich i przyszłych naszych pokoleń.
Jednym z tych tematów jest handel tzw. emisjami CO2 i światowymi oraz unijnymi obostrzeniami dotyczącymi emisji tegoż CO2.
Tak naprawdę zresztą przedmiotowego tematu w ogóle nie powinno być, bo tzw. Globalne Ocieplenie, które stało się pretekstem globalistów do walki z emisją gazów cieplarnianych oraz do wykreowania świetnego i dochodowego biznesu, jest fikcją.
Jednak na razie musimy - jako Polska - walczyć o jak najkorzystniejsze rozwiązania w tym obszarze, zarówno w skali światowej, jak i unijnej. A jest to bardzo trudne bowiem szczególnie największe państwa UE (w tym przede wszystkim Niemcy) prowadzą wobec nas wrogą i konkurencyjną politykę w zakresie polityki klimatycznej.
Kolejnym etapem tej wojny jest przyjęcie przez ministrów ds. środowiska w dniu 28.02.2017 roku "wspólnego stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)", które zawiera rozwiązania określone przez polskiego ministra Jana Szyszkę jako niszczące polskie bezpieczeństwo energetyczne i blokujące polskie zasoby energetyczne takie jak węgiel oraz nie mające nic wspólnego z porozumieniem paryskim (COP21). Polska wraz z Bułgarią, Rumunią, Cyprem, Chorwacją, Węgrami, Włochami, Litwą i Łotwą stanowiła grupę państw sprzeciwiających się proponowanym rozwiązaniom. Mimo, że zgodnie z obowiązującym jeszcze przez miesiąc nicejskim systemem głosowania, zgodnie z którym stworzona grupa wystarczała do utworzenia tzw. „mniejszości blokującej”, to „wspólne” stanowisko zostało jednak zaakceptowane.
Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
To porozumienie to kolejny negatywny krok UE wobec Polski a dodatkowo bezprawny oraz niezgodny z ogólnoświatowymi ustaleniami dokonanymi podczas ubiegłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu - COP21. Co prawda prace nad ostatecznym kształtem nowych przepisów rozpocznie niedługo Parlament Europejski, ale raczej nie należy się spodziewać by zmienił on ich treść. Polsce wraz z innymi krajami głosującymi przeciw porozumieniu pozostanie prawdopodobnie złożenie prawnego sprzeciwu do instytucji unijnych lub ONZ-towskich.
W tym kontekście warto przypomnieć historię naszych negocjacyjnych klęsk i zwycięstw dotyczących całego obszaru związanego z polityką klimatyczną i pakietem klimatycznym obejmującymi też emisję i handel uprawnieniami CO2.
Rok 2008
Premier D. Tusk zgodził się i podpisał pakiet klimatyczny negocjowany w ramach UE. Zawarto w nim skrajnie niekorzystne zapisy uderzające w polską gospodarkę, która przecież w 90% oparta jest na węglu jako źródle energii. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku bazowego 2005, zwiększenie do 20% udziału energii odnawialnej w całości zużywanej energii i 20% poprawę efektywności wykorzystania energii. Największa zdrada Polski dokonana przez D. Tuska polegała na tym, że pierwotnie wynegocjowanym przez śp. prezydenta L. Kaczyńskiego rokiem bazowym liczenia redukcji emisji CO2 dla Polski miał być rok 1990 a "premier" D. Tusk zgodził się na jego zmianę na rok 2005. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005.
Rok 2013 (marzec)
Sąd UE w Luksemburgu oddalił polską skargę przeciw decyzji Komisji Europejskiej z 2011 r. dotyczącej przejściowych zasad przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w całej Unii. Decyzja Komisji KE 2011/278/UE z 27 kwietnia 2011 r. (tzw. decyzja benchmarkowa) dotyczyła przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w latach 2013-20 (...) i oznaczała, że Polska będzie mogła w latach 2013-2020 rozdzielić pomiędzy instalacje tylko ok. 477 mln uprawnień do emisji. Dla porównania w Niemczech mogło zostać rozdzielonych 1 mld 402 mln uprawnień do emisji, w Wielkiej Brytanii – 626 mln takich uprawnień. W polskiej skardze przeciw Komisji Europejskiej Polska zawarła cztery zarzuty:
- zaniżenie przydziału bezpłatnych uprawnień dla Polski wynikające z nie uwzględnienia specyfiki paliwowej poszczególnych państw członkowskich i wyliczeniu wskaźników emisyjności przy wykorzystaniu referencyjnej wydajności gazu ziemnego oraz przyjęcia tego paliwa jako paliwo referencyjne,
- nie uwzględnienie zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych regionach UE i przez to naruszenie zasady równego traktowania,
- naruszenie zasady proporcjonalności polegające na określeniu wskaźników emisyjności na poziomie bardziej restrykcyjnym niż wymagają tego cele dyrektywy 2003/87 ustanawiającej system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych we Wspólnocie,
- naruszenie przepisów dyrektywy 2003/87 i braku kompetencji Komisji do przyjęcia zaskarżonej decyzji.
Skarga, która i tak była spóźniona i wydawała się być działaniem pozorowanym została oddalona w całości, co tylko świadczyło o "wielkim" wówczas znaczeniu D. Tuska.
Rok 2014 (październik)
Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej. Jedną z konsekwencji - i chyba najtragiczniejszą dla Polski - tego pakietu była konieczność radykalnego przestawienia się naszego kraju z węgla kamiennego na inne źródła pozyskiwania energii, w tym tzw. źródła energii odnawialnej, na które musielibyśmy wydać w najbliższych latach miliardy złotych. Wiązało się to również z koniecznością przyszłych radykalnych wzrostów cen energii dla ostatecznych odbiorców: przemysłowych i indywidualnych. Stąd pojawiły się m.in zakusy zamykania polskich kopalń, co oczywiście było bardzo pożądane szczególnie dla niemieckiego przemysłu wydobywczego.
Rok 2015 (grudzień)
Ogromny sukces polskiego rządu i ministra Jana Szyszko na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, tzw. szczycie klimatycznym COP21.
Polska przygotowywała się na ten szczyt od dawna, ale prace nabrały przyspieszenia w momencie przejęcia władzy w Polsce przez rząd B. Szydło i objęcia teki ministra środowiska przez prof. J. Szyszko.
Polska w czasie tego szczytu chciała aby:
- porozumienie klimatyczne zostało zawarte niemal przez wszystkie państwa świata, czyli żeby Polska stała się sygnatariuszem porozumienia szerszego niż na poziomie UE i obejmującego całość światowej emisji gazów cieplarnianych, w tym również największych gospodarek takich jak: USA, Chiny czy Rosja,
- w porozumieniu klimatycznym zawarto zapisy umożliwiające uwzględnianie specyfiki gospodarek poszczególnych krajów i ich możliwości społeczno-gospodarczych w tworzeniu międzynarodowych porozumień klimatycznych,
- w porozumieniu klimatycznym wreszcie wskazano na rolę lasów w pochłanianiu CO2 i rolę zalesiania jako drogi do polepszenia klimatu oraz jednego ze sposobów działania na rzecz ochrony środowiska naturalnego i klimatu a także redukującego emisje CO2.
Dodatkowo też przygotowano analizę wykorzystania czystych ekologicznie geotermalnych źródeł energii oraz przedstawiono czyste metody spalania węgla opracowane przez krajowych naukowców dające minimalną emisję CO2 i zapewniające jego wtórne przetwarzanie.
W Paryżu Polska umiejętnie rozegrała negocjacje i wchodząc m.in. w przejściowe alianse (porozumienia) z Chinami, Indiami, Arabia Saudyjską czy Indonezją uzyskała wszystko, co chciała i postulowała. W ostatecznym globalnym porozumieniu ONZ zawarto wszystkie polskie postulaty a ponadto uzyskano odejście od terminu "dekarbonizacja" na rzecz "neutralności węglowej". Szczyt zakończył się w sumie dużym sukcesem bo podpisały porozumienie niemal wszystkie kraje świata, w tym najwięksi emitenci CO2, czyli Rosja, Chiny i USA.
Dla Polski był to ogromny sukces.
Po pierwsze. Globalny charakter porozumienia na szczeblu najszerszym z możliwych czyli ONZ postawił zupełnie inaczej pozycję Polski i jej dorobek w emisji i redukcji CO2. Z globalnej bowiem perspektywy Polska jest krajem o średniej emisji CO2 a najwięcej winny dziś robić w zakresie redukcji jego emisji najwięksi globalni "truciciele".
Po drugie. Nareszcie Polska uzyskała możliwość uwzględniania jej specyfiki energetycznej w każdych negocjacjach klimatycznych. A jako, że Polska w 90% oparta jest na węglu to możliwym stało się wskazywanie na niemożność zrezygnowania z niego w długiej perspektywie czasowej a ponadto uzyskaliśmy swobodną możliwość wdrażania i eksportowania czystych technologii/metod spalania węgla dających minimalną emisję CO2 i zapewniających jego wtórne przetwarzanie, co - wedle ustaleń COP21 - pozwala na uniknięcie rezygnacji przez Polskę z węgla jako podstawowego surowca do produkcji energii a także - pozwala na rozszerzanie prac (unikanie blokowania przez UE) modernizacji polskiej energetyki opartej na węglu.
Po trzecie i chyba najważniejsze (o to delegacja Polski walczyła najmocniej). Uzyskaliśmy akceptację uznania lasów i zalesiania jako elementów redukujących emisję CO2, co pozwoliło na dywersyfikację uznawanych metod redukcji tego gazu. Więc - wedle porozumienia COP21 - nie musimy skupiać się na redukcji emisji tylko na zasadzie tzw "dekarbonizacji" przemysłu i wprowadzania odnawialnych źródeł energii (np. farmy wiatrowe) ale wskazywać, że Polska pochłania CO2 dzięki ogromnym połaciom posiadanych lasów obejmujących aż 30% powierzchni kraju ("płuca Europy" - ewenement w UE!) i tym samym redukuje własną emisję CO2 a dodatkowo prowadzi również efektywną politykę w zakresie redukcji gazów poprzez zalesienie. Dodatkowo dzięki m.in. terminowi "neutralność węglowa" możemy wskazać, że nasz kraj redukując emisję CO2 poprzez lasy i zalesianie tak naprawę dąży do zrównoważenia własnej emisji i staje się obojętnym a nawet netto ujemnym emitentem CO2. To pozwala na dalsze korzystanie Polski z węgla a to jest najważniejsze w krótkiej i długiej perspektywie naszej gospodarki. Dzięki tym zapisom - również tym z pkt. 2 - możliwym stało się również renegocjowanie skrajnie niekorzystnych zobowiązań jakie zostały przyjęte przez rządy D. Tuska i E. Kopacz.
Po czwarte. Uzyskaliśmy uznanie w zakresie naszych starań skierowanych na rozwijanie geotermalnych źródeł energii, czyli popularną geotermię tak wyśmiewaną przez elity III RP - ("Geotermia Toruńska").
Rok 2017 (luty)
Powtórzę to, co napisałem wcześniej. Przyjęto bezprawnie (pomimo sprzeciwu państw dających mniejszość blokującą) i niezgodnie z duchem ważniejszego porozumienia COP21 tzw. "wspólne stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)". Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
Na szczęście nie wszystko poszło "nie po naszej myśli".
Po pierwsze. Mimo, iż część krajów UE i wielu polityków chciało zwiększyć rokroczny spadek liczby uprawnień do emisji CO2, to jednak zachowany został ustalony w 2014 roku (też niekorzystny dla Polski) wskaźnik spadku wynoszący rocznie 2,2%.
Po drugie. Zgodnie z oczekiwaniami Polski przyjęto zapisy dotyczące zarządzania funduszem modernizacyjnym. Przewidziano go dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają przekształcać swój system energetyczny. Do Polski trafić ma największa część z tych środków, dlatego polskiemu rządowi szczególnie zależało, by móc decydować, na jakie inwestycje pójdą. Na tym etapie udało się wynegocjować zapisy przewidujące, że to państwa-beneficjanci odpowiadają za zarządzanie funduszem a nie przedstawiciele państw członkowskich, KE oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Polska obawiała się, że zarządzanie funduszem przez KE i EBI sprawi, iż nie wszystkie projekty, jakie chciałaby realizować, będą mogły otrzymać wsparcie. Na czarnej liście mogłyby się znaleźć np. inwestycje, które byłyby w jakikolwiek sposób związane z wykorzystaniem węgla jako surowca energetycznego.
Po trzecie. Uzyskano lekkie złagodzenie kryteriów (tzw. benchmarków), od których będzie zależało, ile dana firma będzie mogła dostać darmowych pozwoleń na emisję. W koncepcji bowiem KE benchmarki określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych pozwoleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.
Po czwarte. Uzyskano możliwość przyznania 30% darmowych uprawnień z przeznaczeniem dla ciepłownictwa, co jest ważne ze względu na wykorzystywanie przez Polskę węgla jako źródła energetycznego.
Niestety Polska może dziś walczyć tylko w zakresie skrajnie niekorzystnych porozumień zawartych przez zdrajców: D. Tuska i E. Kopacz a unijny system pozwoleń na emisję CO2 to główne narzędzie
realizacji zawartych w 2014 roku zapisów o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005 a nie 1990).
Opisując efekty szczytu z 28.02.2017 roku korzystałem z dostępnych medialnie informacji, które wydają się być niepełne, co jest znów zastanawiające. Mam nadzieję, że polski rząd podejmie określone kroki prawno-instytucjonalne, aby wymóc na państwach unijnych respektowanie światowego porozumienia COP21, co wydaje się całkiem możliwe i prawnie skuteczne.
Oczekiwałbym jednak jakiejś dyskusji w Polsce na ten temat i szczegółowego poinformowania Polaków o wszystkich aspektach naszej walki o polski przemysł oparty na węglu.
To jest jedna z najważniejszych kwestii i może tzw. "totalna opozycja" jakoś też się wypowie na ten temat i uruchomi dla dobra Polski swoich przyjaciół w UE... w co zresztą wątpię, bo zdrajcy i sprzedajni szubrawcy już nimi pozostaną w imię zasady "raz k...rwa, zawsze k...rwa".
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Jednym z tych tematów jest handel tzw. emisjami CO2 i światowymi oraz unijnymi obostrzeniami dotyczącymi emisji tegoż CO2.
Tak naprawdę zresztą przedmiotowego tematu w ogóle nie powinno być, bo tzw. Globalne Ocieplenie, które stało się pretekstem globalistów do walki z emisją gazów cieplarnianych oraz do wykreowania świetnego i dochodowego biznesu, jest fikcją.
Jednak na razie musimy - jako Polska - walczyć o jak najkorzystniejsze rozwiązania w tym obszarze, zarówno w skali światowej, jak i unijnej. A jest to bardzo trudne bowiem szczególnie największe państwa UE (w tym przede wszystkim Niemcy) prowadzą wobec nas wrogą i konkurencyjną politykę w zakresie polityki klimatycznej.
Kolejnym etapem tej wojny jest przyjęcie przez ministrów ds. środowiska w dniu 28.02.2017 roku "wspólnego stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)", które zawiera rozwiązania określone przez polskiego ministra Jana Szyszkę jako niszczące polskie bezpieczeństwo energetyczne i blokujące polskie zasoby energetyczne takie jak węgiel oraz nie mające nic wspólnego z porozumieniem paryskim (COP21). Polska wraz z Bułgarią, Rumunią, Cyprem, Chorwacją, Węgrami, Włochami, Litwą i Łotwą stanowiła grupę państw sprzeciwiających się proponowanym rozwiązaniom. Mimo, że zgodnie z obowiązującym jeszcze przez miesiąc nicejskim systemem głosowania, zgodnie z którym stworzona grupa wystarczała do utworzenia tzw. „mniejszości blokującej”, to „wspólne” stanowisko zostało jednak zaakceptowane.
Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
To porozumienie to kolejny negatywny krok UE wobec Polski a dodatkowo bezprawny oraz niezgodny z ogólnoświatowymi ustaleniami dokonanymi podczas ubiegłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu - COP21. Co prawda prace nad ostatecznym kształtem nowych przepisów rozpocznie niedługo Parlament Europejski, ale raczej nie należy się spodziewać by zmienił on ich treść. Polsce wraz z innymi krajami głosującymi przeciw porozumieniu pozostanie prawdopodobnie złożenie prawnego sprzeciwu do instytucji unijnych lub ONZ-towskich.
W tym kontekście warto przypomnieć historię naszych negocjacyjnych klęsk i zwycięstw dotyczących całego obszaru związanego z polityką klimatyczną i pakietem klimatycznym obejmującymi też emisję i handel uprawnieniami CO2.
Rok 2008
Premier D. Tusk zgodził się i podpisał pakiet klimatyczny negocjowany w ramach UE. Zawarto w nim skrajnie niekorzystne zapisy uderzające w polską gospodarkę, która przecież w 90% oparta jest na węglu jako źródle energii. Pakiet nazwany 3x20 zakładał redukcję emisji CO2 o 20% w stosunku do roku bazowego 2005, zwiększenie do 20% udziału energii odnawialnej w całości zużywanej energii i 20% poprawę efektywności wykorzystania energii. Największa zdrada Polski dokonana przez D. Tuska polegała na tym, że pierwotnie wynegocjowanym przez śp. prezydenta L. Kaczyńskiego rokiem bazowym liczenia redukcji emisji CO2 dla Polski miał być rok 1990 a "premier" D. Tusk zgodził się na jego zmianę na rok 2005. Ta zmiana spowodowała, że zamiast osiągnięcia już rzeczywistej redukcji (w stosunku do roku 1990) na poziomie 32% w 2010 roku mieliśmy ją na poziomie ledwo kilkuprocentowym w stosunku do niekorzystnego roku bazowego 2005.
Rok 2013 (marzec)
Sąd UE w Luksemburgu oddalił polską skargę przeciw decyzji Komisji Europejskiej z 2011 r. dotyczącej przejściowych zasad przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w całej Unii. Decyzja Komisji KE 2011/278/UE z 27 kwietnia 2011 r. (tzw. decyzja benchmarkowa) dotyczyła przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 w latach 2013-20 (...) i oznaczała, że Polska będzie mogła w latach 2013-2020 rozdzielić pomiędzy instalacje tylko ok. 477 mln uprawnień do emisji. Dla porównania w Niemczech mogło zostać rozdzielonych 1 mld 402 mln uprawnień do emisji, w Wielkiej Brytanii – 626 mln takich uprawnień. W polskiej skardze przeciw Komisji Europejskiej Polska zawarła cztery zarzuty:
- zaniżenie przydziału bezpłatnych uprawnień dla Polski wynikające z nie uwzględnienia specyfiki paliwowej poszczególnych państw członkowskich i wyliczeniu wskaźników emisyjności przy wykorzystaniu referencyjnej wydajności gazu ziemnego oraz przyjęcia tego paliwa jako paliwo referencyjne,
- nie uwzględnienie zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych regionach UE i przez to naruszenie zasady równego traktowania,
- naruszenie zasady proporcjonalności polegające na określeniu wskaźników emisyjności na poziomie bardziej restrykcyjnym niż wymagają tego cele dyrektywy 2003/87 ustanawiającej system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych we Wspólnocie,
- naruszenie przepisów dyrektywy 2003/87 i braku kompetencji Komisji do przyjęcia zaskarżonej decyzji.
Skarga, która i tak była spóźniona i wydawała się być działaniem pozorowanym została oddalona w całości, co tylko świadczyło o "wielkim" wówczas znaczeniu D. Tuska.
Rok 2014 (październik)
Pomimo lekceważenia przez UE interesów polskich w zakresie zmian klimatycznych (i w ogóle wszystkich interesów polskich) 24 października 2014 roku dalszej zdrady polskich interesów dopuściła się "premier" E. Kopacz. Podpisała bowiem rozwiązania nowego pakietu klimatycznego, jeszcze bardziej skrajnie niekorzystnego dla Polski i polskiego górnictwa i całej polskiej gospodarki. Zawarto w nim zapisy o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005). Było to jawne uderzenie w polską gospodarkę, która i tak jest zdecydowanie słabsza od np. gospodarki niemieckiej czy francuskiej. Jedną z konsekwencji - i chyba najtragiczniejszą dla Polski - tego pakietu była konieczność radykalnego przestawienia się naszego kraju z węgla kamiennego na inne źródła pozyskiwania energii, w tym tzw. źródła energii odnawialnej, na które musielibyśmy wydać w najbliższych latach miliardy złotych. Wiązało się to również z koniecznością przyszłych radykalnych wzrostów cen energii dla ostatecznych odbiorców: przemysłowych i indywidualnych. Stąd pojawiły się m.in zakusy zamykania polskich kopalń, co oczywiście było bardzo pożądane szczególnie dla niemieckiego przemysłu wydobywczego.
Rok 2015 (grudzień)
Ogromny sukces polskiego rządu i ministra Jana Szyszko na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, tzw. szczycie klimatycznym COP21.
Polska przygotowywała się na ten szczyt od dawna, ale prace nabrały przyspieszenia w momencie przejęcia władzy w Polsce przez rząd B. Szydło i objęcia teki ministra środowiska przez prof. J. Szyszko.
Polska w czasie tego szczytu chciała aby:
- porozumienie klimatyczne zostało zawarte niemal przez wszystkie państwa świata, czyli żeby Polska stała się sygnatariuszem porozumienia szerszego niż na poziomie UE i obejmującego całość światowej emisji gazów cieplarnianych, w tym również największych gospodarek takich jak: USA, Chiny czy Rosja,
- w porozumieniu klimatycznym zawarto zapisy umożliwiające uwzględnianie specyfiki gospodarek poszczególnych krajów i ich możliwości społeczno-gospodarczych w tworzeniu międzynarodowych porozumień klimatycznych,
- w porozumieniu klimatycznym wreszcie wskazano na rolę lasów w pochłanianiu CO2 i rolę zalesiania jako drogi do polepszenia klimatu oraz jednego ze sposobów działania na rzecz ochrony środowiska naturalnego i klimatu a także redukującego emisje CO2.
Dodatkowo też przygotowano analizę wykorzystania czystych ekologicznie geotermalnych źródeł energii oraz przedstawiono czyste metody spalania węgla opracowane przez krajowych naukowców dające minimalną emisję CO2 i zapewniające jego wtórne przetwarzanie.
W Paryżu Polska umiejętnie rozegrała negocjacje i wchodząc m.in. w przejściowe alianse (porozumienia) z Chinami, Indiami, Arabia Saudyjską czy Indonezją uzyskała wszystko, co chciała i postulowała. W ostatecznym globalnym porozumieniu ONZ zawarto wszystkie polskie postulaty a ponadto uzyskano odejście od terminu "dekarbonizacja" na rzecz "neutralności węglowej". Szczyt zakończył się w sumie dużym sukcesem bo podpisały porozumienie niemal wszystkie kraje świata, w tym najwięksi emitenci CO2, czyli Rosja, Chiny i USA.
Dla Polski był to ogromny sukces.
Po pierwsze. Globalny charakter porozumienia na szczeblu najszerszym z możliwych czyli ONZ postawił zupełnie inaczej pozycję Polski i jej dorobek w emisji i redukcji CO2. Z globalnej bowiem perspektywy Polska jest krajem o średniej emisji CO2 a najwięcej winny dziś robić w zakresie redukcji jego emisji najwięksi globalni "truciciele".
Po drugie. Nareszcie Polska uzyskała możliwość uwzględniania jej specyfiki energetycznej w każdych negocjacjach klimatycznych. A jako, że Polska w 90% oparta jest na węglu to możliwym stało się wskazywanie na niemożność zrezygnowania z niego w długiej perspektywie czasowej a ponadto uzyskaliśmy swobodną możliwość wdrażania i eksportowania czystych technologii/metod spalania węgla dających minimalną emisję CO2 i zapewniających jego wtórne przetwarzanie, co - wedle ustaleń COP21 - pozwala na uniknięcie rezygnacji przez Polskę z węgla jako podstawowego surowca do produkcji energii a także - pozwala na rozszerzanie prac (unikanie blokowania przez UE) modernizacji polskiej energetyki opartej na węglu.
Po trzecie i chyba najważniejsze (o to delegacja Polski walczyła najmocniej). Uzyskaliśmy akceptację uznania lasów i zalesiania jako elementów redukujących emisję CO2, co pozwoliło na dywersyfikację uznawanych metod redukcji tego gazu. Więc - wedle porozumienia COP21 - nie musimy skupiać się na redukcji emisji tylko na zasadzie tzw "dekarbonizacji" przemysłu i wprowadzania odnawialnych źródeł energii (np. farmy wiatrowe) ale wskazywać, że Polska pochłania CO2 dzięki ogromnym połaciom posiadanych lasów obejmujących aż 30% powierzchni kraju ("płuca Europy" - ewenement w UE!) i tym samym redukuje własną emisję CO2 a dodatkowo prowadzi również efektywną politykę w zakresie redukcji gazów poprzez zalesienie. Dodatkowo dzięki m.in. terminowi "neutralność węglowa" możemy wskazać, że nasz kraj redukując emisję CO2 poprzez lasy i zalesianie tak naprawę dąży do zrównoważenia własnej emisji i staje się obojętnym a nawet netto ujemnym emitentem CO2. To pozwala na dalsze korzystanie Polski z węgla a to jest najważniejsze w krótkiej i długiej perspektywie naszej gospodarki. Dzięki tym zapisom - również tym z pkt. 2 - możliwym stało się również renegocjowanie skrajnie niekorzystnych zobowiązań jakie zostały przyjęte przez rządy D. Tuska i E. Kopacz.
Po czwarte. Uzyskaliśmy uznanie w zakresie naszych starań skierowanych na rozwijanie geotermalnych źródeł energii, czyli popularną geotermię tak wyśmiewaną przez elity III RP - ("Geotermia Toruńska").
Rok 2017 (luty)
Powtórzę to, co napisałem wcześniej. Przyjęto bezprawnie (pomimo sprzeciwu państw dających mniejszość blokującą) i niezgodnie z duchem ważniejszego porozumienia COP21 tzw. "wspólne stanowiska ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję CO2 (EU - ETS)". Niekorzystne dla Polski rozwiązania - powodujące m.in. wzrost cen uprawnień na emisję CO2 a tym samym wzrost kosztów przedsiębiorstw i wzrost cen dla konsumentów - to przede wszystkim:
- ustalenie niższego progu całkowitej liczby uprawnień dostępnych na aukcjach z 57% (jakie proponowała i tak niekorzystnie dla Polski KE) do 55%,
- wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń, bez określenia nawet ilości certyfikatów, które miałyby być skasowane - tym samym nie będzie już możliwości np. korzystnej dochodowo odsprzedaży niewykorzystanych uprawnień.
Na szczęście nie wszystko poszło "nie po naszej myśli".
Po pierwsze. Mimo, iż część krajów UE i wielu polityków chciało zwiększyć rokroczny spadek liczby uprawnień do emisji CO2, to jednak zachowany został ustalony w 2014 roku (też niekorzystny dla Polski) wskaźnik spadku wynoszący rocznie 2,2%.
Po drugie. Zgodnie z oczekiwaniami Polski przyjęto zapisy dotyczące zarządzania funduszem modernizacyjnym. Przewidziano go dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają przekształcać swój system energetyczny. Do Polski trafić ma największa część z tych środków, dlatego polskiemu rządowi szczególnie zależało, by móc decydować, na jakie inwestycje pójdą. Na tym etapie udało się wynegocjować zapisy przewidujące, że to państwa-beneficjanci odpowiadają za zarządzanie funduszem a nie przedstawiciele państw członkowskich, KE oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Polska obawiała się, że zarządzanie funduszem przez KE i EBI sprawi, iż nie wszystkie projekty, jakie chciałaby realizować, będą mogły otrzymać wsparcie. Na czarnej liście mogłyby się znaleźć np. inwestycje, które byłyby w jakikolwiek sposób związane z wykorzystaniem węgla jako surowca energetycznego.
Po trzecie. Uzyskano lekkie złagodzenie kryteriów (tzw. benchmarków), od których będzie zależało, ile dana firma będzie mogła dostać darmowych pozwoleń na emisję. W koncepcji bowiem KE benchmarki określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych pozwoleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.
Po czwarte. Uzyskano możliwość przyznania 30% darmowych uprawnień z przeznaczeniem dla ciepłownictwa, co jest ważne ze względu na wykorzystywanie przez Polskę węgla jako źródła energetycznego.
Niestety Polska może dziś walczyć tylko w zakresie skrajnie niekorzystnych porozumień zawartych przez zdrajców: D. Tuska i E. Kopacz a unijny system pozwoleń na emisję CO2 to główne narzędzie
realizacji zawartych w 2014 roku zapisów o redukcji o co najmniej 40% emisji CO2 do roku 2030 (w stosunku do niekorzystnego dla Polski roku bazowego 2005 a nie 1990).
Opisując efekty szczytu z 28.02.2017 roku korzystałem z dostępnych medialnie informacji, które wydają się być niepełne, co jest znów zastanawiające. Mam nadzieję, że polski rząd podejmie określone kroki prawno-instytucjonalne, aby wymóc na państwach unijnych respektowanie światowego porozumienia COP21, co wydaje się całkiem możliwe i prawnie skuteczne.
Oczekiwałbym jednak jakiejś dyskusji w Polsce na ten temat i szczegółowego poinformowania Polaków o wszystkich aspektach naszej walki o polski przemysł oparty na węglu.
To jest jedna z najważniejszych kwestii i może tzw. "totalna opozycja" jakoś też się wypowie na ten temat i uruchomi dla dobra Polski swoich przyjaciół w UE... w co zresztą wątpię, bo zdrajcy i sprzedajni szubrawcy już nimi pozostaną w imię zasady "raz k...rwa, zawsze k...rwa".
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...
http://krzysztofjaw.blogspot.com/
kjahog@gmail.com
Etykiety:
2017,
28,
B. Szydło,
CO2,
COP21,
J. Szyszko,
Kopacz,
luty,
media,
milczenie,
prezydent A. Duda,
rząd PiS,
sukces,
szczyt klimatyczny,
Tusk,
zdrada
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Oczywiście wielcy gracze to: USA/UK/Izrael, Rosja, Chiny i być może zniemczona UE (czyli tak naprawdę Niemcy). Tyle tylko, że UE nie jest jednolita i wewnętrznie sprzeczna, bo tak naprawdę realizowane są w niej interesy poszczególnych krajów a Niemcy chcą żeby była ich, ewentualnie z zależnymi od nich: Francją, Włochami, Hiszpanią i innym krajami tzw. "Starej Europy" bez UK.
Jeżeli USA będą chciały pozostać najważniejszym państwem świata, to nie mogą pozwolić sobie na utratę kontroli nad Europą, czyli na hegemonię w niej Niemiec. Tu rysuje się szansa dla Polski i pozostałych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W takiej sytuacji USA też będą musiały powstrzymać rozwój kondominium niemiecko - rosyjskiego, a więc w takiej perspektywie nowy "reset USA-Rosja" jest raczej niemożliwy.
Natomiast może być tak, że USA uznają, że ważniejsze strategicznie jest powstrzymanie Chin a wtedy bardzo trudno nam będzie utrzymać swoje w miarę duże geopolityczne znaczenie, bo tak naprawdę takie mamy jako właśnie centralny kraj tranzytowy oraz posiadający duże zasoby bogactw naturalnych, w tym metali rzadkich, łupkowych: gazu i ropy a nawet złota.
W świecie liczą się tylko państwa prowadzące podmiotową politykę a Polska zaczęła taką prowadzić, co wyraźnie widać właśnie na przykładzie Chin czy Indii. Na pewno nie jest to za bardzo mile widziane przez zniemczoną UE, ale też i przez USA, przy czym nie jest powiedziane, że nasza współpraca z Chinami zostanie oceniona przez Amerykanów jako przejaw naszej wobec nich nielojalności. Wynika to z tego, że wzajemne zależności obu państw są bardzo duże i paradoksalnie to USA są niejako zależne od Chin, bowiem Chiny przez lata sprytnie zadłużali u siebie USA i dziś są bodajże ich największym zewnętrznym wierzycielem (na około 4,5 - 5,0 biliona USD długu zagranicznego USA zadłużenie wobec Chin wynosi około 1,1 - 1,4 biliona USD - średnio około 30% całości długu zagranicznego USA - sic!). Chiny więc mogą doprowadzić nawet do kryzysu wewnętrznego w tym kraju, który może być spotęgowany np. rezygnacją z dolara jako międzynarodowej waluty transakcyjnej.